#prywatnoscwsieci — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #prywatnoscwsieci, aggregated by home.social.
-
Darmowy ChatGPT ma ukrytą cenę. OpenAI wykorzysta dane użytkowników do targetowania reklam
Używasz darmowej wersji najpopularniejszego chatbota na świecie? Przygotuj się na to, że twórcy zaczną wykorzystywać twoje dane do targetowania reklam poza platformą.
OpenAI zaktualizowało swoją politykę prywatności w Stanach Zjednoczonych, domyślnie zgadzając się na przekazywanie ograniczonych informacji identyfikacyjnych zewnętrznym partnerom marketingowym.
Ciasteczka, które nakarmią algorytmy
Zgodnie z nowymi wytycznymi firma oficjalnie zaczyna wykorzystywać pliki cookie do promowania swoich produktów i usług na zewnętrznych stronach internetowych. Cel tego zabiegu jest bardzo jasny: OpenAI chce skutecznie zamienić użytkowników darmowych w płacących subskrybentów. Z perspektywy konsumenta kluczowy jest jednak sposób wdrożenia nowości – w przypadku darmowych kont opcja udostępniania danych marketingowych została włączona domyślnie. Właściciele abonamentów Plus oraz Enterprise mogą na razie spać spokojnie, gdyż u nich funkcja ta pozostaje zablokowana.
Co dokładnie trafia w ręce reklamodawców? OpenAI wyraźnie podkreśla, że treści naszych rozmów z chatbotem pozostają w pełni prywatne i nie są nikomu udostępniane. Firma przekazuje jednak partnerom marketingowym tak zwane „ograniczone identyfikatory”, w tym adresy e-mail, identyfikatory plików cookie oraz dane urządzenia. Dzięki temu korporacja może precyzyjnie zmierzyć, czy użytkownik, który zobaczył reklamę ich autorskiego narzędzia (np. Codex) w mediach społecznościowych, faktycznie zdecydował się na jego przetestowanie.
Jak wyłączyć marketingowe identyfikatory?
Zastosowane przez OpenAI mechanizmy to klasyczna reklama ukierunkowana. Firma szuka dodatkowych sposobów na konwersję darmowych kont w płatne subskrypcje, co rynkowi analitycy łączą z przygotowaniami do potencjalnego debiutu giełdowego (IPO). Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że przed systemem reklamowym można się skutecznie obronić.
Aby to zrobić, należy wejść w ustawienia swojego konta na stronie ChatGPT, przejść do zakładki kontroli danych (Data Controls) i ręcznie odznaczyć opcję prywatności marketingowej (Marketing Privacy). To prosty krok, który pozwala zachować pełną kontrolę nad własnymi danymi i uniknąć reklamowego targetowania.
#bezpieczeństwoDanych #ChatGPT #OpenAI #plikiCookie #prywatnośćWSieci #reklamyInternetowe #sztucznaInteligencja #targetowanie -
Darmowy ChatGPT ma ukrytą cenę. OpenAI wykorzysta dane użytkowników do targetowania reklam
Używasz darmowej wersji najpopularniejszego chatbota na świecie? Przygotuj się na to, że twórcy zaczną wykorzystywać twoje dane do targetowania reklam poza platformą.
OpenAI zaktualizowało swoją politykę prywatności w Stanach Zjednoczonych, domyślnie zgadzając się na przekazywanie ograniczonych informacji identyfikacyjnych zewnętrznym partnerom marketingowym.
Ciasteczka, które nakarmią algorytmy
Zgodnie z nowymi wytycznymi firma oficjalnie zaczyna wykorzystywać pliki cookie do promowania swoich produktów i usług na zewnętrznych stronach internetowych. Cel tego zabiegu jest bardzo jasny: OpenAI chce skutecznie zamienić użytkowników darmowych w płacących subskrybentów. Z perspektywy konsumenta kluczowy jest jednak sposób wdrożenia nowości – w przypadku darmowych kont opcja udostępniania danych marketingowych została włączona domyślnie. Właściciele abonamentów Plus oraz Enterprise mogą na razie spać spokojnie, gdyż u nich funkcja ta pozostaje zablokowana.
Co dokładnie trafia w ręce reklamodawców? OpenAI wyraźnie podkreśla, że treści naszych rozmów z chatbotem pozostają w pełni prywatne i nie są nikomu udostępniane. Firma przekazuje jednak partnerom marketingowym tak zwane „ograniczone identyfikatory”, w tym adresy e-mail, identyfikatory plików cookie oraz dane urządzenia. Dzięki temu korporacja może precyzyjnie zmierzyć, czy użytkownik, który zobaczył reklamę ich autorskiego narzędzia (np. Codex) w mediach społecznościowych, faktycznie zdecydował się na jego przetestowanie.
Jak wyłączyć marketingowe identyfikatory?
Zastosowane przez OpenAI mechanizmy to klasyczna reklama ukierunkowana. Firma szuka dodatkowych sposobów na konwersję darmowych kont w płatne subskrypcje, co rynkowi analitycy łączą z przygotowaniami do potencjalnego debiutu giełdowego (IPO). Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że przed systemem reklamowym można się skutecznie obronić.
Aby to zrobić, należy wejść w ustawienia swojego konta na stronie ChatGPT, przejść do zakładki kontroli danych (Data Controls) i ręcznie odznaczyć opcję prywatności marketingowej (Marketing Privacy). To prosty krok, który pozwala zachować pełną kontrolę nad własnymi danymi i uniknąć reklamowego targetowania.
#bezpieczeństwoDanych #ChatGPT #OpenAI #plikiCookie #prywatnośćWSieci #reklamyInternetowe #sztucznaInteligencja #targetowanie -
Darmowy ChatGPT ma ukrytą cenę. OpenAI wykorzysta dane użytkowników do targetowania reklam
Używasz darmowej wersji najpopularniejszego chatbota na świecie? Przygotuj się na to, że twórcy zaczną wykorzystywać twoje dane do targetowania reklam poza platformą.
OpenAI zaktualizowało swoją politykę prywatności w Stanach Zjednoczonych, domyślnie zgadzając się na przekazywanie ograniczonych informacji identyfikacyjnych zewnętrznym partnerom marketingowym.
Ciasteczka, które nakarmią algorytmy
Zgodnie z nowymi wytycznymi firma oficjalnie zaczyna wykorzystywać pliki cookie do promowania swoich produktów i usług na zewnętrznych stronach internetowych. Cel tego zabiegu jest bardzo jasny: OpenAI chce skutecznie zamienić użytkowników darmowych w płacących subskrybentów. Z perspektywy konsumenta kluczowy jest jednak sposób wdrożenia nowości – w przypadku darmowych kont opcja udostępniania danych marketingowych została włączona domyślnie. Właściciele abonamentów Plus oraz Enterprise mogą na razie spać spokojnie, gdyż u nich funkcja ta pozostaje zablokowana.
Co dokładnie trafia w ręce reklamodawców? OpenAI wyraźnie podkreśla, że treści naszych rozmów z chatbotem pozostają w pełni prywatne i nie są nikomu udostępniane. Firma przekazuje jednak partnerom marketingowym tak zwane „ograniczone identyfikatory”, w tym adresy e-mail, identyfikatory plików cookie oraz dane urządzenia. Dzięki temu korporacja może precyzyjnie zmierzyć, czy użytkownik, który zobaczył reklamę ich autorskiego narzędzia (np. Codex) w mediach społecznościowych, faktycznie zdecydował się na jego przetestowanie.
Jak wyłączyć marketingowe identyfikatory?
Zastosowane przez OpenAI mechanizmy to klasyczna reklama ukierunkowana. Firma szuka dodatkowych sposobów na konwersję darmowych kont w płatne subskrypcje, co rynkowi analitycy łączą z przygotowaniami do potencjalnego debiutu giełdowego (IPO). Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że przed systemem reklamowym można się skutecznie obronić.
Aby to zrobić, należy wejść w ustawienia swojego konta na stronie ChatGPT, przejść do zakładki kontroli danych (Data Controls) i ręcznie odznaczyć opcję prywatności marketingowej (Marketing Privacy). To prosty krok, który pozwala zachować pełną kontrolę nad własnymi danymi i uniknąć reklamowego targetowania.
#bezpieczeństwoDanych #ChatGPT #OpenAI #plikiCookie #prywatnośćWSieci #reklamyInternetowe #sztucznaInteligencja #targetowanie -
Darmowy ChatGPT ma ukrytą cenę. OpenAI wykorzysta dane użytkowników do targetowania reklam
Używasz darmowej wersji najpopularniejszego chatbota na świecie? Przygotuj się na to, że twórcy zaczną wykorzystywać twoje dane do targetowania reklam poza platformą.
OpenAI zaktualizowało swoją politykę prywatności w Stanach Zjednoczonych, domyślnie zgadzając się na przekazywanie ograniczonych informacji identyfikacyjnych zewnętrznym partnerom marketingowym.
Ciasteczka, które nakarmią algorytmy
Zgodnie z nowymi wytycznymi firma oficjalnie zaczyna wykorzystywać pliki cookie do promowania swoich produktów i usług na zewnętrznych stronach internetowych. Cel tego zabiegu jest bardzo jasny: OpenAI chce skutecznie zamienić użytkowników darmowych w płacących subskrybentów. Z perspektywy konsumenta kluczowy jest jednak sposób wdrożenia nowości – w przypadku darmowych kont opcja udostępniania danych marketingowych została włączona domyślnie. Właściciele abonamentów Plus oraz Enterprise mogą na razie spać spokojnie, gdyż u nich funkcja ta pozostaje zablokowana.
Co dokładnie trafia w ręce reklamodawców? OpenAI wyraźnie podkreśla, że treści naszych rozmów z chatbotem pozostają w pełni prywatne i nie są nikomu udostępniane. Firma przekazuje jednak partnerom marketingowym tak zwane „ograniczone identyfikatory”, w tym adresy e-mail, identyfikatory plików cookie oraz dane urządzenia. Dzięki temu korporacja może precyzyjnie zmierzyć, czy użytkownik, który zobaczył reklamę ich autorskiego narzędzia (np. Codex) w mediach społecznościowych, faktycznie zdecydował się na jego przetestowanie.
Jak wyłączyć marketingowe identyfikatory?
Zastosowane przez OpenAI mechanizmy to klasyczna reklama ukierunkowana. Firma szuka dodatkowych sposobów na konwersję darmowych kont w płatne subskrypcje, co rynkowi analitycy łączą z przygotowaniami do potencjalnego debiutu giełdowego (IPO). Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że przed systemem reklamowym można się skutecznie obronić.
Aby to zrobić, należy wejść w ustawienia swojego konta na stronie ChatGPT, przejść do zakładki kontroli danych (Data Controls) i ręcznie odznaczyć opcję prywatności marketingowej (Marketing Privacy). To prosty krok, który pozwala zachować pełną kontrolę nad własnymi danymi i uniknąć reklamowego targetowania.
#bezpieczeństwoDanych #ChatGPT #OpenAI #plikiCookie #prywatnośćWSieci #reklamyInternetowe #sztucznaInteligencja #targetowanie -
Darmowy ChatGPT ma ukrytą cenę. OpenAI wykorzysta dane użytkowników do targetowania reklam
Używasz darmowej wersji najpopularniejszego chatbota na świecie? Przygotuj się na to, że twórcy zaczną wykorzystywać twoje dane do targetowania reklam poza platformą.
OpenAI zaktualizowało swoją politykę prywatności w Stanach Zjednoczonych, domyślnie zgadzając się na przekazywanie ograniczonych informacji identyfikacyjnych zewnętrznym partnerom marketingowym.
Ciasteczka, które nakarmią algorytmy
Zgodnie z nowymi wytycznymi firma oficjalnie zaczyna wykorzystywać pliki cookie do promowania swoich produktów i usług na zewnętrznych stronach internetowych. Cel tego zabiegu jest bardzo jasny: OpenAI chce skutecznie zamienić użytkowników darmowych w płacących subskrybentów. Z perspektywy konsumenta kluczowy jest jednak sposób wdrożenia nowości – w przypadku darmowych kont opcja udostępniania danych marketingowych została włączona domyślnie. Właściciele abonamentów Plus oraz Enterprise mogą na razie spać spokojnie, gdyż u nich funkcja ta pozostaje zablokowana.
Co dokładnie trafia w ręce reklamodawców? OpenAI wyraźnie podkreśla, że treści naszych rozmów z chatbotem pozostają w pełni prywatne i nie są nikomu udostępniane. Firma przekazuje jednak partnerom marketingowym tak zwane „ograniczone identyfikatory”, w tym adresy e-mail, identyfikatory plików cookie oraz dane urządzenia. Dzięki temu korporacja może precyzyjnie zmierzyć, czy użytkownik, który zobaczył reklamę ich autorskiego narzędzia (np. Codex) w mediach społecznościowych, faktycznie zdecydował się na jego przetestowanie.
Jak wyłączyć marketingowe identyfikatory?
Zastosowane przez OpenAI mechanizmy to klasyczna reklama ukierunkowana. Firma szuka dodatkowych sposobów na konwersję darmowych kont w płatne subskrypcje, co rynkowi analitycy łączą z przygotowaniami do potencjalnego debiutu giełdowego (IPO). Z punktu widzenia użytkownika najważniejsze jest to, że przed systemem reklamowym można się skutecznie obronić.
Aby to zrobić, należy wejść w ustawienia swojego konta na stronie ChatGPT, przejść do zakładki kontroli danych (Data Controls) i ręcznie odznaczyć opcję prywatności marketingowej (Marketing Privacy). To prosty krok, który pozwala zachować pełną kontrolę nad własnymi danymi i uniknąć reklamowego targetowania.
#bezpieczeństwoDanych #ChatGPT #OpenAI #plikiCookie #prywatnośćWSieci #reklamyInternetowe #sztucznaInteligencja #targetowanie -
Nagie ciała i intymne sytuacje w oku kamery. Moderatorzy Mety przerwali milczenie i stracili pracę
Inteligentne okulary Mety z wbudowaną kamerą miały być technologiczną rewolucją, ale właśnie stały się centrum ogromnego skandalu.
Pracownicy z Kenii, którzy trenowali sztuczną inteligencję giganta, stracili pracę niedługo po tym, jak ujawnili, że w ramach swoich obowiązków musieli oglądać nagie ciała i prywatne sytuacje nagrywane przez użytkowników sprzętu.
Sprawa pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za rozwój AI, nawet jeśli wcześniej wyraziliśmy na to formalną zgodę w regulaminie usługi.
Intymne sytuacje na ekranach analityków
W lutym tego roku szwedzkie gazety opublikowały głośny raport śledczy. Wynikało z niego, że pracownicy kenijskiej firmy Sama, wynajętej przez Metę do ręcznego oznaczania i weryfikacji danych dla AI, mieli dostęp do niezwykle prywatnych nagrań z inteligentnych okularów korporacji. Wśród analizowanych materiałów znalazły się między innymi ujęcia użytkowników korzystających z toalety czy nagrania stosunków seksualnych.
Pierwsze wrażenia z Meta Ray-Ban Wayfarer – rób zdjęcia, wideo lub livestreamuj
Jeden z anonimowych moderatorów przyznał wprost, że widzieli dosłownie wszystko – od zwykłych domowych salonów po nagie ciała, w tym nieświadomą kobietę przebierającą się we własnej sypialni. Meta w odpowiedzi na te doniesienia oficjalnie tłumaczy, że zdjęcia i filmy użytkowników pozostają prywatne, a ręczny przegląd treści przez ludzi ma służyć poprawie działania produktu i zawsze odbywa się za wyraźną zgodą użytkownika.
Związkowcy sugerują karę za ujawnienie sprawy
Zaledwie dwa miesiące po publikacji tych rewelacji Meta niespodziewanie zerwała współpracę z firmą Sama, co poskutkowało grupowym zwolnieniem 1108 pracowników. Jako oficjalny powód korporacja Marka Zuckerberga podała „niespełnianie standardów” przez podwykonawcę.
Sama kategorycznie odpiera te zarzuty, zaznaczając, że wcześniej nie otrzymywała żadnych ostrzeżeń o braku rzetelności na tle jakości lub bezpieczeństwa. Kenijskie organizacje pracownicze mają własną teorię na temat tego nagłego zwrotu akcji. Związkowcy sugerują, że ucięcie kontraktu mogło być próbą uciszenia niewygodnego tematu i zablokowania kolejnych medialnych przecieków.
Przedstawiciel Africa Tech Workers Movement wprost ocenił, że prawdziwe standardy, o których mówi w tym przypadku Meta, to w rzeczywistości „standardy tajemnicy”.
Cena inteligentnych technologii
Okulary tworzone przez Metę (we współpracy z marką Ray-Ban) posiadają wbudowane kamery, a wbudowany asystent potrafi na bieżąco analizować i tłumaczyć to, na co aktualnie patrzy właściciel. Wyciek informacji o kulisach treningu algorytmów wywołał jednak międzynarodowe oburzenie.
Oczekując konkretnych wyjaśnień, śledztwa w sprawie możliwego naruszenia prywatności wszczęły już brytyjskie (ICO) oraz kenijskie urzędy ochrony danych osobowych. Ta afera dobitnie udowadnia, że oddając inteligentnym gadżetom dostęp do naszego wzroku, bardzo łatwo możemy stracić kontrolę nad najbardziej intymną strefą życia.
#afera #MarkZuckerberg #Meta #moderatorzyTreści #okularyAR #prywatnośćWSieci #rayBan #Sama #śledztwo #sztucznaInteligencja -
Nagie ciała i intymne sytuacje w oku kamery. Moderatorzy Mety przerwali milczenie i stracili pracę
Inteligentne okulary Mety z wbudowaną kamerą miały być technologiczną rewolucją, ale właśnie stały się centrum ogromnego skandalu.
Pracownicy z Kenii, którzy trenowali sztuczną inteligencję giganta, stracili pracę niedługo po tym, jak ujawnili, że w ramach swoich obowiązków musieli oglądać nagie ciała i prywatne sytuacje nagrywane przez użytkowników sprzętu.
Sprawa pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za rozwój AI, nawet jeśli wcześniej wyraziliśmy na to formalną zgodę w regulaminie usługi.
Intymne sytuacje na ekranach analityków
W lutym tego roku szwedzkie gazety opublikowały głośny raport śledczy. Wynikało z niego, że pracownicy kenijskiej firmy Sama, wynajętej przez Metę do ręcznego oznaczania i weryfikacji danych dla AI, mieli dostęp do niezwykle prywatnych nagrań z inteligentnych okularów korporacji. Wśród analizowanych materiałów znalazły się między innymi ujęcia użytkowników korzystających z toalety czy nagrania stosunków seksualnych.
Pierwsze wrażenia z Meta Ray-Ban Wayfarer – rób zdjęcia, wideo lub livestreamuj
Jeden z anonimowych moderatorów przyznał wprost, że widzieli dosłownie wszystko – od zwykłych domowych salonów po nagie ciała, w tym nieświadomą kobietę przebierającą się we własnej sypialni. Meta w odpowiedzi na te doniesienia oficjalnie tłumaczy, że zdjęcia i filmy użytkowników pozostają prywatne, a ręczny przegląd treści przez ludzi ma służyć poprawie działania produktu i zawsze odbywa się za wyraźną zgodą użytkownika.
Związkowcy sugerują karę za ujawnienie sprawy
Zaledwie dwa miesiące po publikacji tych rewelacji Meta niespodziewanie zerwała współpracę z firmą Sama, co poskutkowało grupowym zwolnieniem 1108 pracowników. Jako oficjalny powód korporacja Marka Zuckerberga podała „niespełnianie standardów” przez podwykonawcę.
Sama kategorycznie odpiera te zarzuty, zaznaczając, że wcześniej nie otrzymywała żadnych ostrzeżeń o braku rzetelności na tle jakości lub bezpieczeństwa. Kenijskie organizacje pracownicze mają własną teorię na temat tego nagłego zwrotu akcji. Związkowcy sugerują, że ucięcie kontraktu mogło być próbą uciszenia niewygodnego tematu i zablokowania kolejnych medialnych przecieków.
Przedstawiciel Africa Tech Workers Movement wprost ocenił, że prawdziwe standardy, o których mówi w tym przypadku Meta, to w rzeczywistości „standardy tajemnicy”.
Cena inteligentnych technologii
Okulary tworzone przez Metę (we współpracy z marką Ray-Ban) posiadają wbudowane kamery, a wbudowany asystent potrafi na bieżąco analizować i tłumaczyć to, na co aktualnie patrzy właściciel. Wyciek informacji o kulisach treningu algorytmów wywołał jednak międzynarodowe oburzenie.
Oczekując konkretnych wyjaśnień, śledztwa w sprawie możliwego naruszenia prywatności wszczęły już brytyjskie (ICO) oraz kenijskie urzędy ochrony danych osobowych. Ta afera dobitnie udowadnia, że oddając inteligentnym gadżetom dostęp do naszego wzroku, bardzo łatwo możemy stracić kontrolę nad najbardziej intymną strefą życia.
#afera #MarkZuckerberg #Meta #moderatorzyTreści #okularyAR #prywatnośćWSieci #rayBan #Sama #śledztwo #sztucznaInteligencja -
Nagie ciała i intymne sytuacje w oku kamery. Moderatorzy Mety przerwali milczenie i stracili pracę
Inteligentne okulary Mety z wbudowaną kamerą miały być technologiczną rewolucją, ale właśnie stały się centrum ogromnego skandalu.
Pracownicy z Kenii, którzy trenowali sztuczną inteligencję giganta, stracili pracę niedługo po tym, jak ujawnili, że w ramach swoich obowiązków musieli oglądać nagie ciała i prywatne sytuacje nagrywane przez użytkowników sprzętu.
Sprawa pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za rozwój AI, nawet jeśli wcześniej wyraziliśmy na to formalną zgodę w regulaminie usługi.
Intymne sytuacje na ekranach analityków
W lutym tego roku szwedzkie gazety opublikowały głośny raport śledczy. Wynikało z niego, że pracownicy kenijskiej firmy Sama, wynajętej przez Metę do ręcznego oznaczania i weryfikacji danych dla AI, mieli dostęp do niezwykle prywatnych nagrań z inteligentnych okularów korporacji. Wśród analizowanych materiałów znalazły się między innymi ujęcia użytkowników korzystających z toalety czy nagrania stosunków seksualnych.
Pierwsze wrażenia z Meta Ray-Ban Wayfarer – rób zdjęcia, wideo lub livestreamuj
Jeden z anonimowych moderatorów przyznał wprost, że widzieli dosłownie wszystko – od zwykłych domowych salonów po nagie ciała, w tym nieświadomą kobietę przebierającą się we własnej sypialni. Meta w odpowiedzi na te doniesienia oficjalnie tłumaczy, że zdjęcia i filmy użytkowników pozostają prywatne, a ręczny przegląd treści przez ludzi ma służyć poprawie działania produktu i zawsze odbywa się za wyraźną zgodą użytkownika.
Związkowcy sugerują karę za ujawnienie sprawy
Zaledwie dwa miesiące po publikacji tych rewelacji Meta niespodziewanie zerwała współpracę z firmą Sama, co poskutkowało grupowym zwolnieniem 1108 pracowników. Jako oficjalny powód korporacja Marka Zuckerberga podała „niespełnianie standardów” przez podwykonawcę.
Sama kategorycznie odpiera te zarzuty, zaznaczając, że wcześniej nie otrzymywała żadnych ostrzeżeń o braku rzetelności na tle jakości lub bezpieczeństwa. Kenijskie organizacje pracownicze mają własną teorię na temat tego nagłego zwrotu akcji. Związkowcy sugerują, że ucięcie kontraktu mogło być próbą uciszenia niewygodnego tematu i zablokowania kolejnych medialnych przecieków.
Przedstawiciel Africa Tech Workers Movement wprost ocenił, że prawdziwe standardy, o których mówi w tym przypadku Meta, to w rzeczywistości „standardy tajemnicy”.
Cena inteligentnych technologii
Okulary tworzone przez Metę (we współpracy z marką Ray-Ban) posiadają wbudowane kamery, a wbudowany asystent potrafi na bieżąco analizować i tłumaczyć to, na co aktualnie patrzy właściciel. Wyciek informacji o kulisach treningu algorytmów wywołał jednak międzynarodowe oburzenie.
Oczekując konkretnych wyjaśnień, śledztwa w sprawie możliwego naruszenia prywatności wszczęły już brytyjskie (ICO) oraz kenijskie urzędy ochrony danych osobowych. Ta afera dobitnie udowadnia, że oddając inteligentnym gadżetom dostęp do naszego wzroku, bardzo łatwo możemy stracić kontrolę nad najbardziej intymną strefą życia.
#afera #MarkZuckerberg #Meta #moderatorzyTreści #okularyAR #prywatnośćWSieci #rayBan #Sama #śledztwo #sztucznaInteligencja -
Nagie ciała i intymne sytuacje w oku kamery. Moderatorzy Mety przerwali milczenie i stracili pracę
Inteligentne okulary Mety z wbudowaną kamerą miały być technologiczną rewolucją, ale właśnie stały się centrum ogromnego skandalu.
Pracownicy z Kenii, którzy trenowali sztuczną inteligencję giganta, stracili pracę niedługo po tym, jak ujawnili, że w ramach swoich obowiązków musieli oglądać nagie ciała i prywatne sytuacje nagrywane przez użytkowników sprzętu.
Sprawa pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za rozwój AI, nawet jeśli wcześniej wyraziliśmy na to formalną zgodę w regulaminie usługi.
Intymne sytuacje na ekranach analityków
W lutym tego roku szwedzkie gazety opublikowały głośny raport śledczy. Wynikało z niego, że pracownicy kenijskiej firmy Sama, wynajętej przez Metę do ręcznego oznaczania i weryfikacji danych dla AI, mieli dostęp do niezwykle prywatnych nagrań z inteligentnych okularów korporacji. Wśród analizowanych materiałów znalazły się między innymi ujęcia użytkowników korzystających z toalety czy nagrania stosunków seksualnych.
Pierwsze wrażenia z Meta Ray-Ban Wayfarer – rób zdjęcia, wideo lub livestreamuj
Jeden z anonimowych moderatorów przyznał wprost, że widzieli dosłownie wszystko – od zwykłych domowych salonów po nagie ciała, w tym nieświadomą kobietę przebierającą się we własnej sypialni. Meta w odpowiedzi na te doniesienia oficjalnie tłumaczy, że zdjęcia i filmy użytkowników pozostają prywatne, a ręczny przegląd treści przez ludzi ma służyć poprawie działania produktu i zawsze odbywa się za wyraźną zgodą użytkownika.
Związkowcy sugerują karę za ujawnienie sprawy
Zaledwie dwa miesiące po publikacji tych rewelacji Meta niespodziewanie zerwała współpracę z firmą Sama, co poskutkowało grupowym zwolnieniem 1108 pracowników. Jako oficjalny powód korporacja Marka Zuckerberga podała „niespełnianie standardów” przez podwykonawcę.
Sama kategorycznie odpiera te zarzuty, zaznaczając, że wcześniej nie otrzymywała żadnych ostrzeżeń o braku rzetelności na tle jakości lub bezpieczeństwa. Kenijskie organizacje pracownicze mają własną teorię na temat tego nagłego zwrotu akcji. Związkowcy sugerują, że ucięcie kontraktu mogło być próbą uciszenia niewygodnego tematu i zablokowania kolejnych medialnych przecieków.
Przedstawiciel Africa Tech Workers Movement wprost ocenił, że prawdziwe standardy, o których mówi w tym przypadku Meta, to w rzeczywistości „standardy tajemnicy”.
Cena inteligentnych technologii
Okulary tworzone przez Metę (we współpracy z marką Ray-Ban) posiadają wbudowane kamery, a wbudowany asystent potrafi na bieżąco analizować i tłumaczyć to, na co aktualnie patrzy właściciel. Wyciek informacji o kulisach treningu algorytmów wywołał jednak międzynarodowe oburzenie.
Oczekując konkretnych wyjaśnień, śledztwa w sprawie możliwego naruszenia prywatności wszczęły już brytyjskie (ICO) oraz kenijskie urzędy ochrony danych osobowych. Ta afera dobitnie udowadnia, że oddając inteligentnym gadżetom dostęp do naszego wzroku, bardzo łatwo możemy stracić kontrolę nad najbardziej intymną strefą życia.
#afera #MarkZuckerberg #Meta #moderatorzyTreści #okularyAR #prywatnośćWSieci #rayBan #Sama #śledztwo #sztucznaInteligencja -
Nagie ciała i intymne sytuacje w oku kamery. Moderatorzy Mety przerwali milczenie i stracili pracę
Inteligentne okulary Mety z wbudowaną kamerą miały być technologiczną rewolucją, ale właśnie stały się centrum ogromnego skandalu.
Pracownicy z Kenii, którzy trenowali sztuczną inteligencję giganta, stracili pracę niedługo po tym, jak ujawnili, że w ramach swoich obowiązków musieli oglądać nagie ciała i prywatne sytuacje nagrywane przez użytkowników sprzętu.
Sprawa pokazuje, jak wysoką cenę płacimy za rozwój AI, nawet jeśli wcześniej wyraziliśmy na to formalną zgodę w regulaminie usługi.
Intymne sytuacje na ekranach analityków
W lutym tego roku szwedzkie gazety opublikowały głośny raport śledczy. Wynikało z niego, że pracownicy kenijskiej firmy Sama, wynajętej przez Metę do ręcznego oznaczania i weryfikacji danych dla AI, mieli dostęp do niezwykle prywatnych nagrań z inteligentnych okularów korporacji. Wśród analizowanych materiałów znalazły się między innymi ujęcia użytkowników korzystających z toalety czy nagrania stosunków seksualnych.
Pierwsze wrażenia z Meta Ray-Ban Wayfarer – rób zdjęcia, wideo lub livestreamuj
Jeden z anonimowych moderatorów przyznał wprost, że widzieli dosłownie wszystko – od zwykłych domowych salonów po nagie ciała, w tym nieświadomą kobietę przebierającą się we własnej sypialni. Meta w odpowiedzi na te doniesienia oficjalnie tłumaczy, że zdjęcia i filmy użytkowników pozostają prywatne, a ręczny przegląd treści przez ludzi ma służyć poprawie działania produktu i zawsze odbywa się za wyraźną zgodą użytkownika.
Związkowcy sugerują karę za ujawnienie sprawy
Zaledwie dwa miesiące po publikacji tych rewelacji Meta niespodziewanie zerwała współpracę z firmą Sama, co poskutkowało grupowym zwolnieniem 1108 pracowników. Jako oficjalny powód korporacja Marka Zuckerberga podała „niespełnianie standardów” przez podwykonawcę.
Sama kategorycznie odpiera te zarzuty, zaznaczając, że wcześniej nie otrzymywała żadnych ostrzeżeń o braku rzetelności na tle jakości lub bezpieczeństwa. Kenijskie organizacje pracownicze mają własną teorię na temat tego nagłego zwrotu akcji. Związkowcy sugerują, że ucięcie kontraktu mogło być próbą uciszenia niewygodnego tematu i zablokowania kolejnych medialnych przecieków.
Przedstawiciel Africa Tech Workers Movement wprost ocenił, że prawdziwe standardy, o których mówi w tym przypadku Meta, to w rzeczywistości „standardy tajemnicy”.
Cena inteligentnych technologii
Okulary tworzone przez Metę (we współpracy z marką Ray-Ban) posiadają wbudowane kamery, a wbudowany asystent potrafi na bieżąco analizować i tłumaczyć to, na co aktualnie patrzy właściciel. Wyciek informacji o kulisach treningu algorytmów wywołał jednak międzynarodowe oburzenie.
Oczekując konkretnych wyjaśnień, śledztwa w sprawie możliwego naruszenia prywatności wszczęły już brytyjskie (ICO) oraz kenijskie urzędy ochrony danych osobowych. Ta afera dobitnie udowadnia, że oddając inteligentnym gadżetom dostęp do naszego wzroku, bardzo łatwo możemy stracić kontrolę nad najbardziej intymną strefą życia.
#afera #MarkZuckerberg #Meta #moderatorzyTreści #okularyAR #prywatnośćWSieci #rayBan #Sama #śledztwo #sztucznaInteligencja -
Google wpycha AI do Gmaila na siłę. Wyłączenie Gemini to droga przez mękę i strata starych funkcji
Google nie ustaje w wysiłkach, by przekonać nas, że sztuczna inteligencja to nasza nowa, lepsza rzeczywistość.
Model Gemini wylewa się z każdego zakamarka usług z logo wielkiego G, na czele z Gmailem i Dyskiem. Gigant zarzeka się, że dba o naszą prywatność, ale w praktyce rezygnacja z asysty AI została zaprojektowana tak, by ostatecznie i tak zmusić nas do kliknięcia „zgadzam się”.
Prywatne maile to karma dla AI
Choć firma oficjalnie twierdzi, że nie używa naszych osobistych plików z Google Workspace i maili do trenowania fundamentalnych modeli AI, sprawa nie jest czarno-biała. Jeśli pozwolimy, aby Gemini miał dostęp do naszych aplikacji w celu podsumowywania wiadomości czy szukania dokumentów, model może wygenerować z nich tzw. „snippety”. Jak punktuje serwis Ars Technica, te wygenerowane podsumowania mogą już stać się „karmą” do dalszego trenowania algorytmów pod kątem lepszego reagowania na intencje użytkowników.
Co gorsza, jedynym sposobem na całkowite zablokowanie uczenia się AI na naszych danych z czatów jest… wyłączenie opcji „Aktywność w aplikacjach Gemini”. Brzmi prosto, ale oznacza to, że tracimy dostęp do historii swoich wcześniejszych zapytań i rozmów z botem. Google stosuje tu klasyczny dylemat – albo oddajesz dane, albo tracisz kluczową funkcjonalność narzędzia.
To działanie, które eksperci od UX wprost nazywają dark pattern, czyli manipulowaniem interfejsem przeciwko intencjom użytkownika.
Chcesz wyłączyć AI? Pożegnaj się z ulubionymi funkcjami
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda, gdy chcemy po prostu pozbyć się natrętnego Gemini z poczty Gmail. Próżno szukać w ustawieniach jednego przycisku, który dezaktywuje wyłącznie nowości związane ze sztuczną inteligencją. Zamiast tego, Google ukryło tę opcję pod przyciskiem nazwanym „Inteligentne funkcje”.
Jego wyłączenie faktycznie uciszy AI, ale jednocześnie całkowicie zepsuje to, jak od lat korzystamy z poczty. Pozbędziemy się bowiem podziału skrzynki na kategorie (Społeczności, Oferty itp.), automatycznego wyciągania wydarzeń do Kalendarza, śledzenia przesyłek czy funkcji Smart Compose. Dla przeciętnego użytkownika to sytuacja bez wyjścia. Kiedy po rezygnacji z AI okazuje się, że skrzynka pocztowa tonie w chaosie starych powiadomień, Gmail litościwie wyświetla okienko z propozycją przywrócenia starych funkcji – co automatycznie oznacza ponowne wyrażenie zgody na obecność Gemini. Gigant z Mountain View doskonale wie, jak silna jest potęga domyślnych ustawień i robi wszystko, abyśmy w erze AI nawet nie próbowali ich zmieniać.
#AIWUsługachGoogle #darkPatterns #Gemini #Gmail #Google #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #ustawieniaGoogle -
Google wpycha AI do Gmaila na siłę. Wyłączenie Gemini to droga przez mękę i strata starych funkcji
Google nie ustaje w wysiłkach, by przekonać nas, że sztuczna inteligencja to nasza nowa, lepsza rzeczywistość.
Model Gemini wylewa się z każdego zakamarka usług z logo wielkiego G, na czele z Gmailem i Dyskiem. Gigant zarzeka się, że dba o naszą prywatność, ale w praktyce rezygnacja z asysty AI została zaprojektowana tak, by ostatecznie i tak zmusić nas do kliknięcia „zgadzam się”.
Prywatne maile to karma dla AI
Choć firma oficjalnie twierdzi, że nie używa naszych osobistych plików z Google Workspace i maili do trenowania fundamentalnych modeli AI, sprawa nie jest czarno-biała. Jeśli pozwolimy, aby Gemini miał dostęp do naszych aplikacji w celu podsumowywania wiadomości czy szukania dokumentów, model może wygenerować z nich tzw. „snippety”. Jak punktuje serwis Ars Technica, te wygenerowane podsumowania mogą już stać się „karmą” do dalszego trenowania algorytmów pod kątem lepszego reagowania na intencje użytkowników.
Co gorsza, jedynym sposobem na całkowite zablokowanie uczenia się AI na naszych danych z czatów jest… wyłączenie opcji „Aktywność w aplikacjach Gemini”. Brzmi prosto, ale oznacza to, że tracimy dostęp do historii swoich wcześniejszych zapytań i rozmów z botem. Google stosuje tu klasyczny dylemat – albo oddajesz dane, albo tracisz kluczową funkcjonalność narzędzia.
To działanie, które eksperci od UX wprost nazywają dark pattern, czyli manipulowaniem interfejsem przeciwko intencjom użytkownika.
Chcesz wyłączyć AI? Pożegnaj się z ulubionymi funkcjami
Jeszcze gorzej sytuacja wygląda, gdy chcemy po prostu pozbyć się natrętnego Gemini z poczty Gmail. Próżno szukać w ustawieniach jednego przycisku, który dezaktywuje wyłącznie nowości związane ze sztuczną inteligencją. Zamiast tego, Google ukryło tę opcję pod przyciskiem nazwanym „Inteligentne funkcje”.
Jego wyłączenie faktycznie uciszy AI, ale jednocześnie całkowicie zepsuje to, jak od lat korzystamy z poczty. Pozbędziemy się bowiem podziału skrzynki na kategorie (Społeczności, Oferty itp.), automatycznego wyciągania wydarzeń do Kalendarza, śledzenia przesyłek czy funkcji Smart Compose. Dla przeciętnego użytkownika to sytuacja bez wyjścia. Kiedy po rezygnacji z AI okazuje się, że skrzynka pocztowa tonie w chaosie starych powiadomień, Gmail litościwie wyświetla okienko z propozycją przywrócenia starych funkcji – co automatycznie oznacza ponowne wyrażenie zgody na obecność Gemini. Gigant z Mountain View doskonale wie, jak silna jest potęga domyślnych ustawień i robi wszystko, abyśmy w erze AI nawet nie próbowali ich zmieniać.
#AIWUsługachGoogle #darkPatterns #Gemini #Gmail #Google #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #ustawieniaGoogle -
Fikcja banerów prywatności. Giganci ignorują nasze wybory w sieci
Codziennie klikamy w powiadomienia o plikach cookie, wierząc, że mamy realny wpływ na naszą prywatność.
Niezależny audyt udowadnia jednak, że największe firmy technologiczne w wielu przypadkach ignorują żądania użytkowników, którzy nie życzą sobie śledzenia. W procederze przodują Google, Meta oraz Microsoft, a narzędzia do zarządzania zgodą okazują się często jedynie zasłoną dymną.
Raport przygotowany przez platformę webXray rzuca nowe światło na to, jak giganci traktują nasze informacje. Analizie poddano ruch sieciowy na 7634 popularnych witrynach, sprawdzając reakcję serwerów na wysyłany przez przeglądarkę sygnał GPC (Global Privacy Control), będący prawnie wiążącym żądaniem zaprzestania śledzenia.
Wyniki są druzgocące. Aż 194 dostawców usług reklamowych po prostu zignorowało sygnały wysyłane przez internautów i mimo wyraźnej odmowy nadal instalowało w ich przeglądarkach elementy śledzące, potencjalnie naruszając obowiązujące w Kalifornii (tam przeprowadzono badanie) przepisy.
Skala problemu u największych graczy
Wielka trójka technologiczna wypada w tym badaniu wyjątkowo blado. Zgromadzone przez analityków statystyki pokazują niepokojący obraz traktowania prywatności przez rynkowych potentatów:
- Google: odnotowało wskaźnik awaryjności na poziomie 86 procent. Mimo otrzymania czytelnego sygnału o rezygnacji ze śledzenia, serwery firmy odpowiadały jawną komendą wymuszającą zapisanie ciasteczek o długim terminie ważności.
- Meta: w przypadku firmy Marka Zuckerberga wskaźnik ten wyniósł 69 procent. Audytorzy udowodnili, że udostępniany przez Metę kod śledzący (tzw. Pixel) jest pozbawiony mechanizmów sprawdzających, czy internauta wyraził zgodę na przetwarzanie swoich informacji.
- Microsoft: sieć reklamowa twórców Windowsa zignorowała preferencje użytkowników w 50 procentach badanych przypadków.
Certyfikowana ułuda
Ogromnym problemem zbadanym w raporcie jest zachowanie platform zarządzania zgodą (CMP), czyli systemów wyświetlających irytujące powiadomienia z prośbą o akceptację ciasteczek. Jak wykazano, certyfikowane przez Google platformy tego typu zawodzą na całej linii i często dopuszczają do instalacji ciasteczek śledzących, nawet przy wyraźnym sprzeciwie ze strony przeglądarki.
Na czele zespołu webXray stoi Dr Timothy Libert, były szef odpowiedzialny za politykę prywatności w Google. Ekspert udowadnia, że respektowanie praw internautów nie wymaga zaawansowanej inżynierii. Wystarczyłoby, aby serwery po odebraniu żądania GPC odsyłały prosty komunikat błędu „451 Unavailable For Legal Reasons”, co skutecznie blokowałoby transfer. Sam Libert nie przebiera w słowach: „To nie jest skomplikowane. Mówisz: nie ustawiaj ciastka. A oni i tak je ustawiają”.
Giganci technologiczni odrzucają te oskarżenia, tłumacząc, że badanie opiera się na błędnym zrozumieniu działania ich systemów. Dla przeciętnego internauty ostateczny wniosek jest jednak wyjątkowo gorzki – klikanie opcji „odrzuć wszystko” na niewiele się zdaje, gdy system, który ma chronić użytkownika, działa jedynie na poziomie interfejsu.
#ciasteczka #cookies #Google #Meta #Microsoft #ochronaDanych #prywatnośćWSieci #śledzenie #webXrayAbsurdalne reklamy na YouTube. Błąd systemu czy badanie naszej cierpliwości?
-
Fikcja banerów prywatności. Giganci ignorują nasze wybory w sieci
Codziennie klikamy w powiadomienia o plikach cookie, wierząc, że mamy realny wpływ na naszą prywatność.
Niezależny audyt udowadnia jednak, że największe firmy technologiczne w wielu przypadkach ignorują żądania użytkowników, którzy nie życzą sobie śledzenia. W procederze przodują Google, Meta oraz Microsoft, a narzędzia do zarządzania zgodą okazują się często jedynie zasłoną dymną.
Raport przygotowany przez platformę webXray rzuca nowe światło na to, jak giganci traktują nasze informacje. Analizie poddano ruch sieciowy na 7634 popularnych witrynach, sprawdzając reakcję serwerów na wysyłany przez przeglądarkę sygnał GPC (Global Privacy Control), będący prawnie wiążącym żądaniem zaprzestania śledzenia.
Wyniki są druzgocące. Aż 194 dostawców usług reklamowych po prostu zignorowało sygnały wysyłane przez internautów i mimo wyraźnej odmowy nadal instalowało w ich przeglądarkach elementy śledzące, potencjalnie naruszając obowiązujące w Kalifornii (tam przeprowadzono badanie) przepisy.
Skala problemu u największych graczy
Wielka trójka technologiczna wypada w tym badaniu wyjątkowo blado. Zgromadzone przez analityków statystyki pokazują niepokojący obraz traktowania prywatności przez rynkowych potentatów:
- Google: odnotowało wskaźnik awaryjności na poziomie 86 procent. Mimo otrzymania czytelnego sygnału o rezygnacji ze śledzenia, serwery firmy odpowiadały jawną komendą wymuszającą zapisanie ciasteczek o długim terminie ważności.
- Meta: w przypadku firmy Marka Zuckerberga wskaźnik ten wyniósł 69 procent. Audytorzy udowodnili, że udostępniany przez Metę kod śledzący (tzw. Pixel) jest pozbawiony mechanizmów sprawdzających, czy internauta wyraził zgodę na przetwarzanie swoich informacji.
- Microsoft: sieć reklamowa twórców Windowsa zignorowała preferencje użytkowników w 50 procentach badanych przypadków.
Certyfikowana ułuda
Ogromnym problemem zbadanym w raporcie jest zachowanie platform zarządzania zgodą (CMP), czyli systemów wyświetlających irytujące powiadomienia z prośbą o akceptację ciasteczek. Jak wykazano, certyfikowane przez Google platformy tego typu zawodzą na całej linii i często dopuszczają do instalacji ciasteczek śledzących, nawet przy wyraźnym sprzeciwie ze strony przeglądarki.
Na czele zespołu webXray stoi Dr Timothy Libert, były szef odpowiedzialny za politykę prywatności w Google. Ekspert udowadnia, że respektowanie praw internautów nie wymaga zaawansowanej inżynierii. Wystarczyłoby, aby serwery po odebraniu żądania GPC odsyłały prosty komunikat błędu „451 Unavailable For Legal Reasons”, co skutecznie blokowałoby transfer. Sam Libert nie przebiera w słowach: „To nie jest skomplikowane. Mówisz: nie ustawiaj ciastka. A oni i tak je ustawiają”.
Giganci technologiczni odrzucają te oskarżenia, tłumacząc, że badanie opiera się na błędnym zrozumieniu działania ich systemów. Dla przeciętnego internauty ostateczny wniosek jest jednak wyjątkowo gorzki – klikanie opcji „odrzuć wszystko” na niewiele się zdaje, gdy system, który ma chronić użytkownika, działa jedynie na poziomie interfejsu.
#ciasteczka #cookies #Google #Meta #Microsoft #ochronaDanych #prywatnośćWSieci #śledzenie #webXrayAbsurdalne reklamy na YouTube. Błąd systemu czy badanie naszej cierpliwości?
-
Fikcja banerów prywatności. Giganci ignorują nasze wybory w sieci
Codziennie klikamy w powiadomienia o plikach cookie, wierząc, że mamy realny wpływ na naszą prywatność.
Niezależny audyt udowadnia jednak, że największe firmy technologiczne w wielu przypadkach ignorują żądania użytkowników, którzy nie życzą sobie śledzenia. W procederze przodują Google, Meta oraz Microsoft, a narzędzia do zarządzania zgodą okazują się często jedynie zasłoną dymną.
Raport przygotowany przez platformę webXray rzuca nowe światło na to, jak giganci traktują nasze informacje. Analizie poddano ruch sieciowy na 7634 popularnych witrynach, sprawdzając reakcję serwerów na wysyłany przez przeglądarkę sygnał GPC (Global Privacy Control), będący prawnie wiążącym żądaniem zaprzestania śledzenia.
Wyniki są druzgocące. Aż 194 dostawców usług reklamowych po prostu zignorowało sygnały wysyłane przez internautów i mimo wyraźnej odmowy nadal instalowało w ich przeglądarkach elementy śledzące, potencjalnie naruszając obowiązujące w Kalifornii (tam przeprowadzono badanie) przepisy.
Skala problemu u największych graczy
Wielka trójka technologiczna wypada w tym badaniu wyjątkowo blado. Zgromadzone przez analityków statystyki pokazują niepokojący obraz traktowania prywatności przez rynkowych potentatów:
- Google: odnotowało wskaźnik awaryjności na poziomie 86 procent. Mimo otrzymania czytelnego sygnału o rezygnacji ze śledzenia, serwery firmy odpowiadały jawną komendą wymuszającą zapisanie ciasteczek o długim terminie ważności.
- Meta: w przypadku firmy Marka Zuckerberga wskaźnik ten wyniósł 69 procent. Audytorzy udowodnili, że udostępniany przez Metę kod śledzący (tzw. Pixel) jest pozbawiony mechanizmów sprawdzających, czy internauta wyraził zgodę na przetwarzanie swoich informacji.
- Microsoft: sieć reklamowa twórców Windowsa zignorowała preferencje użytkowników w 50 procentach badanych przypadków.
Certyfikowana ułuda
Ogromnym problemem zbadanym w raporcie jest zachowanie platform zarządzania zgodą (CMP), czyli systemów wyświetlających irytujące powiadomienia z prośbą o akceptację ciasteczek. Jak wykazano, certyfikowane przez Google platformy tego typu zawodzą na całej linii i często dopuszczają do instalacji ciasteczek śledzących, nawet przy wyraźnym sprzeciwie ze strony przeglądarki.
Na czele zespołu webXray stoi Dr Timothy Libert, były szef odpowiedzialny za politykę prywatności w Google. Ekspert udowadnia, że respektowanie praw internautów nie wymaga zaawansowanej inżynierii. Wystarczyłoby, aby serwery po odebraniu żądania GPC odsyłały prosty komunikat błędu „451 Unavailable For Legal Reasons”, co skutecznie blokowałoby transfer. Sam Libert nie przebiera w słowach: „To nie jest skomplikowane. Mówisz: nie ustawiaj ciastka. A oni i tak je ustawiają”.
Giganci technologiczni odrzucają te oskarżenia, tłumacząc, że badanie opiera się na błędnym zrozumieniu działania ich systemów. Dla przeciętnego internauty ostateczny wniosek jest jednak wyjątkowo gorzki – klikanie opcji „odrzuć wszystko” na niewiele się zdaje, gdy system, który ma chronić użytkownika, działa jedynie na poziomie interfejsu.
#ciasteczka #cookies #Google #Meta #Microsoft #ochronaDanych #prywatnośćWSieci #śledzenie #webXrayAbsurdalne reklamy na YouTube. Błąd systemu czy badanie naszej cierpliwości?
-
Fikcja banerów prywatności. Giganci ignorują nasze wybory w sieci
Codziennie klikamy w powiadomienia o plikach cookie, wierząc, że mamy realny wpływ na naszą prywatność.
Niezależny audyt udowadnia jednak, że największe firmy technologiczne w wielu przypadkach ignorują żądania użytkowników, którzy nie życzą sobie śledzenia. W procederze przodują Google, Meta oraz Microsoft, a narzędzia do zarządzania zgodą okazują się często jedynie zasłoną dymną.
Raport przygotowany przez platformę webXray rzuca nowe światło na to, jak giganci traktują nasze informacje. Analizie poddano ruch sieciowy na 7634 popularnych witrynach, sprawdzając reakcję serwerów na wysyłany przez przeglądarkę sygnał GPC (Global Privacy Control), będący prawnie wiążącym żądaniem zaprzestania śledzenia.
Wyniki są druzgocące. Aż 194 dostawców usług reklamowych po prostu zignorowało sygnały wysyłane przez internautów i mimo wyraźnej odmowy nadal instalowało w ich przeglądarkach elementy śledzące, potencjalnie naruszając obowiązujące w Kalifornii (tam przeprowadzono badanie) przepisy.
Skala problemu u największych graczy
Wielka trójka technologiczna wypada w tym badaniu wyjątkowo blado. Zgromadzone przez analityków statystyki pokazują niepokojący obraz traktowania prywatności przez rynkowych potentatów:
- Google: odnotowało wskaźnik awaryjności na poziomie 86 procent. Mimo otrzymania czytelnego sygnału o rezygnacji ze śledzenia, serwery firmy odpowiadały jawną komendą wymuszającą zapisanie ciasteczek o długim terminie ważności.
- Meta: w przypadku firmy Marka Zuckerberga wskaźnik ten wyniósł 69 procent. Audytorzy udowodnili, że udostępniany przez Metę kod śledzący (tzw. Pixel) jest pozbawiony mechanizmów sprawdzających, czy internauta wyraził zgodę na przetwarzanie swoich informacji.
- Microsoft: sieć reklamowa twórców Windowsa zignorowała preferencje użytkowników w 50 procentach badanych przypadków.
Certyfikowana ułuda
Ogromnym problemem zbadanym w raporcie jest zachowanie platform zarządzania zgodą (CMP), czyli systemów wyświetlających irytujące powiadomienia z prośbą o akceptację ciasteczek. Jak wykazano, certyfikowane przez Google platformy tego typu zawodzą na całej linii i często dopuszczają do instalacji ciasteczek śledzących, nawet przy wyraźnym sprzeciwie ze strony przeglądarki.
Na czele zespołu webXray stoi Dr Timothy Libert, były szef odpowiedzialny za politykę prywatności w Google. Ekspert udowadnia, że respektowanie praw internautów nie wymaga zaawansowanej inżynierii. Wystarczyłoby, aby serwery po odebraniu żądania GPC odsyłały prosty komunikat błędu „451 Unavailable For Legal Reasons”, co skutecznie blokowałoby transfer. Sam Libert nie przebiera w słowach: „To nie jest skomplikowane. Mówisz: nie ustawiaj ciastka. A oni i tak je ustawiają”.
Giganci technologiczni odrzucają te oskarżenia, tłumacząc, że badanie opiera się na błędnym zrozumieniu działania ich systemów. Dla przeciętnego internauty ostateczny wniosek jest jednak wyjątkowo gorzki – klikanie opcji „odrzuć wszystko” na niewiele się zdaje, gdy system, który ma chronić użytkownika, działa jedynie na poziomie interfejsu.
#ciasteczka #cookies #Google #Meta #Microsoft #ochronaDanych #prywatnośćWSieci #śledzenie #webXrayAbsurdalne reklamy na YouTube. Błąd systemu czy badanie naszej cierpliwości?
-
Fikcja banerów prywatności. Giganci ignorują nasze wybory w sieci
Codziennie klikamy w powiadomienia o plikach cookie, wierząc, że mamy realny wpływ na naszą prywatność.
Niezależny audyt udowadnia jednak, że największe firmy technologiczne w wielu przypadkach ignorują żądania użytkowników, którzy nie życzą sobie śledzenia. W procederze przodują Google, Meta oraz Microsoft, a narzędzia do zarządzania zgodą okazują się często jedynie zasłoną dymną.
Raport przygotowany przez platformę webXray rzuca nowe światło na to, jak giganci traktują nasze informacje. Analizie poddano ruch sieciowy na 7634 popularnych witrynach, sprawdzając reakcję serwerów na wysyłany przez przeglądarkę sygnał GPC (Global Privacy Control), będący prawnie wiążącym żądaniem zaprzestania śledzenia.
Wyniki są druzgocące. Aż 194 dostawców usług reklamowych po prostu zignorowało sygnały wysyłane przez internautów i mimo wyraźnej odmowy nadal instalowało w ich przeglądarkach elementy śledzące, potencjalnie naruszając obowiązujące w Kalifornii (tam przeprowadzono badanie) przepisy.
Skala problemu u największych graczy
Wielka trójka technologiczna wypada w tym badaniu wyjątkowo blado. Zgromadzone przez analityków statystyki pokazują niepokojący obraz traktowania prywatności przez rynkowych potentatów:
- Google: odnotowało wskaźnik awaryjności na poziomie 86 procent. Mimo otrzymania czytelnego sygnału o rezygnacji ze śledzenia, serwery firmy odpowiadały jawną komendą wymuszającą zapisanie ciasteczek o długim terminie ważności.
- Meta: w przypadku firmy Marka Zuckerberga wskaźnik ten wyniósł 69 procent. Audytorzy udowodnili, że udostępniany przez Metę kod śledzący (tzw. Pixel) jest pozbawiony mechanizmów sprawdzających, czy internauta wyraził zgodę na przetwarzanie swoich informacji.
- Microsoft: sieć reklamowa twórców Windowsa zignorowała preferencje użytkowników w 50 procentach badanych przypadków.
Certyfikowana ułuda
Ogromnym problemem zbadanym w raporcie jest zachowanie platform zarządzania zgodą (CMP), czyli systemów wyświetlających irytujące powiadomienia z prośbą o akceptację ciasteczek. Jak wykazano, certyfikowane przez Google platformy tego typu zawodzą na całej linii i często dopuszczają do instalacji ciasteczek śledzących, nawet przy wyraźnym sprzeciwie ze strony przeglądarki.
Na czele zespołu webXray stoi Dr Timothy Libert, były szef odpowiedzialny za politykę prywatności w Google. Ekspert udowadnia, że respektowanie praw internautów nie wymaga zaawansowanej inżynierii. Wystarczyłoby, aby serwery po odebraniu żądania GPC odsyłały prosty komunikat błędu „451 Unavailable For Legal Reasons”, co skutecznie blokowałoby transfer. Sam Libert nie przebiera w słowach: „To nie jest skomplikowane. Mówisz: nie ustawiaj ciastka. A oni i tak je ustawiają”.
Giganci technologiczni odrzucają te oskarżenia, tłumacząc, że badanie opiera się na błędnym zrozumieniu działania ich systemów. Dla przeciętnego internauty ostateczny wniosek jest jednak wyjątkowo gorzki – klikanie opcji „odrzuć wszystko” na niewiele się zdaje, gdy system, który ma chronić użytkownika, działa jedynie na poziomie interfejsu.
#ciasteczka #cookies #Google #Meta #Microsoft #ochronaDanych #prywatnośćWSieci #śledzenie #webXrayAbsurdalne reklamy na YouTube. Błąd systemu czy badanie naszej cierpliwości?
-
Tryb incognito to „ściema”. Wyszukiwarka Perplexity potajemnie wysyłała intymne pytania do Google i Mety
Sztuczna inteligencja miała być naszym prywatnym asystentem, a stała się idealnym narzędziem inwigilacji.
Złożony właśnie pozew zbiorowy obnaża mroczną stronę wyszukiwarki Perplexity AI. Twórcy narzędzia, wbrew obietnicom, mieli karmić gigantów reklamowych najbardziej wrażliwymi danymi użytkowników – nawet wtedy, gdy ci korzystali z rzekomo bezpiecznego trybu incognito.
Kiedy mamy problem medyczny, finansowy lub prawny, coraz częściej pytamy o to czatboty, zamiast szukać informacji na forach. Wyszukiwarka Perplexity wręcz zachęca do pogłębiania tematów w formie długich konwersacji. Użytkownicy, wierząc w obietnicę prywatności, dzielili się z maszyną informacjami o wynikach biopsji czy planach podatkowych. Jak ujawnia najnowszy pozew sądowy złożony w USA – robili to na własne ryzyko.
Według oskarżycieli, tryb incognito w Perplexity był zwykłą „ściemą”. Pod maską minimalistycznego interfejsu rzekomo zaszyto skrypty śledzące (m.in. Facebook Meta Pixel oraz Google Ads). Mechanizm działał bezlitośnie: całe transkrypty zapytań (wraz z adresami e-mail i danymi pozwalającymi na identyfikację) trafiały prosto na serwery Mety i Google. Z technicznego punktu widzenia, skrypty te traktowały nasze rozmowy z AI jak każdą inną stronę internetową do sprofilowania.
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Perplexity z pełną premedytacją miało nie informować o tym w swojej polityce prywatności, skrzętnie ukrywając fakt współpracy z brokerami danych. Jeśli pozew zakończy się po myśli oskarżycieli, firmę mogą czekać astronomiczne kary (do 5000 dolarów za jedno naruszenie), ale przede wszystkim – potężny kryzys zaufania. W świecie sztucznej inteligencji, jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że Twoje najskrytsze myśli są towarem.
#AI #bezpieczeństwoDanych #Google #Meta #Perplexity #pozewZbiorowy #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #trybIncognito #wyciekDanych
-
Tryb incognito to „ściema”. Wyszukiwarka Perplexity potajemnie wysyłała intymne pytania do Google i Mety
Sztuczna inteligencja miała być naszym prywatnym asystentem, a stała się idealnym narzędziem inwigilacji.
Złożony właśnie pozew zbiorowy obnaża mroczną stronę wyszukiwarki Perplexity AI. Twórcy narzędzia, wbrew obietnicom, mieli karmić gigantów reklamowych najbardziej wrażliwymi danymi użytkowników – nawet wtedy, gdy ci korzystali z rzekomo bezpiecznego trybu incognito.
Kiedy mamy problem medyczny, finansowy lub prawny, coraz częściej pytamy o to czatboty, zamiast szukać informacji na forach. Wyszukiwarka Perplexity wręcz zachęca do pogłębiania tematów w formie długich konwersacji. Użytkownicy, wierząc w obietnicę prywatności, dzielili się z maszyną informacjami o wynikach biopsji czy planach podatkowych. Jak ujawnia najnowszy pozew sądowy złożony w USA – robili to na własne ryzyko.
Według oskarżycieli, tryb incognito w Perplexity był zwykłą „ściemą”. Pod maską minimalistycznego interfejsu rzekomo zaszyto skrypty śledzące (m.in. Facebook Meta Pixel oraz Google Ads). Mechanizm działał bezlitośnie: całe transkrypty zapytań (wraz z adresami e-mail i danymi pozwalającymi na identyfikację) trafiały prosto na serwery Mety i Google. Z technicznego punktu widzenia, skrypty te traktowały nasze rozmowy z AI jak każdą inną stronę internetową do sprofilowania.
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Perplexity z pełną premedytacją miało nie informować o tym w swojej polityce prywatności, skrzętnie ukrywając fakt współpracy z brokerami danych. Jeśli pozew zakończy się po myśli oskarżycieli, firmę mogą czekać astronomiczne kary (do 5000 dolarów za jedno naruszenie), ale przede wszystkim – potężny kryzys zaufania. W świecie sztucznej inteligencji, jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że Twoje najskrytsze myśli są towarem.
#AI #bezpieczeństwoDanych #Google #Meta #Perplexity #pozewZbiorowy #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #trybIncognito #wyciekDanych
-
Tryb incognito to „ściema”. Wyszukiwarka Perplexity potajemnie wysyłała intymne pytania do Google i Mety
Sztuczna inteligencja miała być naszym prywatnym asystentem, a stała się idealnym narzędziem inwigilacji.
Złożony właśnie pozew zbiorowy obnaża mroczną stronę wyszukiwarki Perplexity AI. Twórcy narzędzia, wbrew obietnicom, mieli karmić gigantów reklamowych najbardziej wrażliwymi danymi użytkowników – nawet wtedy, gdy ci korzystali z rzekomo bezpiecznego trybu incognito.
Kiedy mamy problem medyczny, finansowy lub prawny, coraz częściej pytamy o to czatboty, zamiast szukać informacji na forach. Wyszukiwarka Perplexity wręcz zachęca do pogłębiania tematów w formie długich konwersacji. Użytkownicy, wierząc w obietnicę prywatności, dzielili się z maszyną informacjami o wynikach biopsji czy planach podatkowych. Jak ujawnia najnowszy pozew sądowy złożony w USA – robili to na własne ryzyko.
Według oskarżycieli, tryb incognito w Perplexity był zwykłą „ściemą”. Pod maską minimalistycznego interfejsu rzekomo zaszyto skrypty śledzące (m.in. Facebook Meta Pixel oraz Google Ads). Mechanizm działał bezlitośnie: całe transkrypty zapytań (wraz z adresami e-mail i danymi pozwalającymi na identyfikację) trafiały prosto na serwery Mety i Google. Z technicznego punktu widzenia, skrypty te traktowały nasze rozmowy z AI jak każdą inną stronę internetową do sprofilowania.
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Perplexity z pełną premedytacją miało nie informować o tym w swojej polityce prywatności, skrzętnie ukrywając fakt współpracy z brokerami danych. Jeśli pozew zakończy się po myśli oskarżycieli, firmę mogą czekać astronomiczne kary (do 5000 dolarów za jedno naruszenie), ale przede wszystkim – potężny kryzys zaufania. W świecie sztucznej inteligencji, jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że Twoje najskrytsze myśli są towarem.
#AI #bezpieczeństwoDanych #Google #Meta #Perplexity #pozewZbiorowy #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #trybIncognito #wyciekDanych
-
Tryb incognito to „ściema”. Wyszukiwarka Perplexity potajemnie wysyłała intymne pytania do Google i Mety
Sztuczna inteligencja miała być naszym prywatnym asystentem, a stała się idealnym narzędziem inwigilacji.
Złożony właśnie pozew zbiorowy obnaża mroczną stronę wyszukiwarki Perplexity AI. Twórcy narzędzia, wbrew obietnicom, mieli karmić gigantów reklamowych najbardziej wrażliwymi danymi użytkowników – nawet wtedy, gdy ci korzystali z rzekomo bezpiecznego trybu incognito.
Kiedy mamy problem medyczny, finansowy lub prawny, coraz częściej pytamy o to czatboty, zamiast szukać informacji na forach. Wyszukiwarka Perplexity wręcz zachęca do pogłębiania tematów w formie długich konwersacji. Użytkownicy, wierząc w obietnicę prywatności, dzielili się z maszyną informacjami o wynikach biopsji czy planach podatkowych. Jak ujawnia najnowszy pozew sądowy złożony w USA – robili to na własne ryzyko.
Według oskarżycieli, tryb incognito w Perplexity był zwykłą „ściemą”. Pod maską minimalistycznego interfejsu rzekomo zaszyto skrypty śledzące (m.in. Facebook Meta Pixel oraz Google Ads). Mechanizm działał bezlitośnie: całe transkrypty zapytań (wraz z adresami e-mail i danymi pozwalającymi na identyfikację) trafiały prosto na serwery Mety i Google. Z technicznego punktu widzenia, skrypty te traktowały nasze rozmowy z AI jak każdą inną stronę internetową do sprofilowania.
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Perplexity z pełną premedytacją miało nie informować o tym w swojej polityce prywatności, skrzętnie ukrywając fakt współpracy z brokerami danych. Jeśli pozew zakończy się po myśli oskarżycieli, firmę mogą czekać astronomiczne kary (do 5000 dolarów za jedno naruszenie), ale przede wszystkim – potężny kryzys zaufania. W świecie sztucznej inteligencji, jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że Twoje najskrytsze myśli są towarem.
#AI #bezpieczeństwoDanych #Google #Meta #Perplexity #pozewZbiorowy #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #trybIncognito #wyciekDanych
-
Tryb incognito to „ściema”. Wyszukiwarka Perplexity potajemnie wysyłała intymne pytania do Google i Mety
Sztuczna inteligencja miała być naszym prywatnym asystentem, a stała się idealnym narzędziem inwigilacji.
Złożony właśnie pozew zbiorowy obnaża mroczną stronę wyszukiwarki Perplexity AI. Twórcy narzędzia, wbrew obietnicom, mieli karmić gigantów reklamowych najbardziej wrażliwymi danymi użytkowników – nawet wtedy, gdy ci korzystali z rzekomo bezpiecznego trybu incognito.
Kiedy mamy problem medyczny, finansowy lub prawny, coraz częściej pytamy o to czatboty, zamiast szukać informacji na forach. Wyszukiwarka Perplexity wręcz zachęca do pogłębiania tematów w formie długich konwersacji. Użytkownicy, wierząc w obietnicę prywatności, dzielili się z maszyną informacjami o wynikach biopsji czy planach podatkowych. Jak ujawnia najnowszy pozew sądowy złożony w USA – robili to na własne ryzyko.
Według oskarżycieli, tryb incognito w Perplexity był zwykłą „ściemą”. Pod maską minimalistycznego interfejsu rzekomo zaszyto skrypty śledzące (m.in. Facebook Meta Pixel oraz Google Ads). Mechanizm działał bezlitośnie: całe transkrypty zapytań (wraz z adresami e-mail i danymi pozwalającymi na identyfikację) trafiały prosto na serwery Mety i Google. Z technicznego punktu widzenia, skrypty te traktowały nasze rozmowy z AI jak każdą inną stronę internetową do sprofilowania.
Sprawa jest o tyle bulwersująca, że Perplexity z pełną premedytacją miało nie informować o tym w swojej polityce prywatności, skrzętnie ukrywając fakt współpracy z brokerami danych. Jeśli pozew zakończy się po myśli oskarżycieli, firmę mogą czekać astronomiczne kary (do 5000 dolarów za jedno naruszenie), ale przede wszystkim – potężny kryzys zaufania. W świecie sztucznej inteligencji, jeśli nie płacisz za produkt, to znaczy, że Twoje najskrytsze myśli są towarem.
#AI #bezpieczeństwoDanych #Google #Meta #Perplexity #pozewZbiorowy #prywatnośćWSieci #sztucznaInteligencja #trybIncognito #wyciekDanych
-
TikTok idzie pod prąd. Dlaczego chiński gigant odmawia pełnego szyfrowania prywatnych wiadomości?
Podczas gdy giganci tacy jak Apple czy Meta chwalą się pełnym szyfrowaniem naszych rozmów, TikTok mówi twarde „nie”.
Włodarze najpopularniejszej aplikacji wideo na świecie oficjalnie potwierdzili, że nie wprowadzą szyfrowania end-to-end (E2EE) w prywatnych wiadomościach. Oficjalny powód? Troska o bezpieczeństwo najmłodszych. Nieoficjalny? Eksperci wskazują palcem na politykę Pekinu.
Szyfrowanie end-to-end (E2EE) to obecnie złoty standard prywatności w cyfrowym świecie. Technologia ta sprawia, że treść wiadomości może odczytać wyłącznie nadawca i odbiorca. Nawet twórcy aplikacji nie mają klucza, by zajrzeć do naszych rozmów. To właśnie dlatego E2EE jest domyślnie stosowane w komunikatorach takich jak Signal, WhatsApp, iMessage od Apple, a od niedawna także w usłudze Messenger.
TikTok postanowił jednak wyłamać się z tego branżowego trendu. Przedstawiciele firmy podczas briefingu w londyńskim biurze potwierdzili stacji BBC, że aplikacja celowo rezygnuje z tego rozwiązania, chcąc odróżnić się od rynkowych rywali.
Bezpieczeństwo ponad absolutną prywatność
Argumentacja TikToka jest prosta i niezwykle nośna wizerunkowo: pełne szyfrowanie ułatwia życie przestępcom. Brak dostępu do treści wiadomości (DMs) wiąże ręce moderatorom i organom ścigania, uniemożliwiając skuteczną walkę z nękaniem czy nagabywaniem nieletnich (tzw. groomingiem).
Taka postawa spotkała się z ogromnym uznaniem fundacji charytatywnych. Brytyjskie organizacje, takie jak NSPCC czy Internet Watch Foundation (IWF), zajmujące się walką z wykorzystywaniem dzieci w sieci, biją brawo. Ich zdaniem ślepy pęd technologicznych gigantów ku absolutnej prywatności sprawia, że w sieci drastycznie spada wykrywalność przestępstw wobec najmłodszych.
TikTok tłumaczy, że prywatne wiadomości w aplikacji są nadal zabezpieczone (korzystają ze standardowego szyfrowania, podobnie jak np. skrzynki Gmail), ale w uzasadnionych przypadkach – po zgłoszeniu od użytkownika lub na oficjalny wniosek policji – upoważnieni pracownicy firmy mogą uzyskać dostęp do ich treści.
Chiński słoń w pokoju
Eksperci od spraw cyberbezpieczeństwa patrzą jednak na tę sprawę ze znacznie większym dystansem. Trudno bowiem ignorować fakt, że właścicielem TikToka jest chiński gigant ByteDance. Firma od lat boryka się z oskarżeniami o przekazywanie danych zachodnich użytkowników władzom w Pekinie (co ostatecznie doprowadziło do nakazu oddzielenia amerykańskich operacji od globalnego biznesu).
Jak zauważa prof. Alan Woodward z Uniwersytetu w Surrey, decyzja firmy może mieć proste podłoże: technologia E2EE jest w Chinach w dużej mierze zakazana. Z kolei analityk branży mediów społecznościowych Matt Navarra uważa, że decyzja TikToka to niezwykle sprytny ruch PR-owy. Firma może teraz wiarygodnie głosić hasła o „proaktywnym bezpieczeństwie” i zjednywać sobie zachodnich polityków współpracą z policją, ale jednocześnie jej działania wzmacniają obawy o to, kto tak naprawdę może zaglądać w dane miliarda użytkowników.
Niezależnie od intencji, wniosek z tej decyzji jest jeden: jeśli piszesz prywatne wiadomości na TikToku, miej świadomość, że nie jesteście w tym cyfrowym pokoju sami.
#bezpieczeństwoDzieciWInternecie #ByteDance #E2EE #inwigilacjaTikTok #komunikatorySzyfrowane #prywatnośćWSieci #szyfrowanieEndToEnd #TikTokWiadomościPrywatne
-
TikTok idzie pod prąd. Dlaczego chiński gigant odmawia pełnego szyfrowania prywatnych wiadomości?
Podczas gdy giganci tacy jak Apple czy Meta chwalą się pełnym szyfrowaniem naszych rozmów, TikTok mówi twarde „nie”.
Włodarze najpopularniejszej aplikacji wideo na świecie oficjalnie potwierdzili, że nie wprowadzą szyfrowania end-to-end (E2EE) w prywatnych wiadomościach. Oficjalny powód? Troska o bezpieczeństwo najmłodszych. Nieoficjalny? Eksperci wskazują palcem na politykę Pekinu.
Szyfrowanie end-to-end (E2EE) to obecnie złoty standard prywatności w cyfrowym świecie. Technologia ta sprawia, że treść wiadomości może odczytać wyłącznie nadawca i odbiorca. Nawet twórcy aplikacji nie mają klucza, by zajrzeć do naszych rozmów. To właśnie dlatego E2EE jest domyślnie stosowane w komunikatorach takich jak Signal, WhatsApp, iMessage od Apple, a od niedawna także w usłudze Messenger.
TikTok postanowił jednak wyłamać się z tego branżowego trendu. Przedstawiciele firmy podczas briefingu w londyńskim biurze potwierdzili stacji BBC, że aplikacja celowo rezygnuje z tego rozwiązania, chcąc odróżnić się od rynkowych rywali.
Bezpieczeństwo ponad absolutną prywatność
Argumentacja TikToka jest prosta i niezwykle nośna wizerunkowo: pełne szyfrowanie ułatwia życie przestępcom. Brak dostępu do treści wiadomości (DMs) wiąże ręce moderatorom i organom ścigania, uniemożliwiając skuteczną walkę z nękaniem czy nagabywaniem nieletnich (tzw. groomingiem).
Taka postawa spotkała się z ogromnym uznaniem fundacji charytatywnych. Brytyjskie organizacje, takie jak NSPCC czy Internet Watch Foundation (IWF), zajmujące się walką z wykorzystywaniem dzieci w sieci, biją brawo. Ich zdaniem ślepy pęd technologicznych gigantów ku absolutnej prywatności sprawia, że w sieci drastycznie spada wykrywalność przestępstw wobec najmłodszych.
TikTok tłumaczy, że prywatne wiadomości w aplikacji są nadal zabezpieczone (korzystają ze standardowego szyfrowania, podobnie jak np. skrzynki Gmail), ale w uzasadnionych przypadkach – po zgłoszeniu od użytkownika lub na oficjalny wniosek policji – upoważnieni pracownicy firmy mogą uzyskać dostęp do ich treści.
Chiński słoń w pokoju
Eksperci od spraw cyberbezpieczeństwa patrzą jednak na tę sprawę ze znacznie większym dystansem. Trudno bowiem ignorować fakt, że właścicielem TikToka jest chiński gigant ByteDance. Firma od lat boryka się z oskarżeniami o przekazywanie danych zachodnich użytkowników władzom w Pekinie (co ostatecznie doprowadziło do nakazu oddzielenia amerykańskich operacji od globalnego biznesu).
Jak zauważa prof. Alan Woodward z Uniwersytetu w Surrey, decyzja firmy może mieć proste podłoże: technologia E2EE jest w Chinach w dużej mierze zakazana. Z kolei analityk branży mediów społecznościowych Matt Navarra uważa, że decyzja TikToka to niezwykle sprytny ruch PR-owy. Firma może teraz wiarygodnie głosić hasła o „proaktywnym bezpieczeństwie” i zjednywać sobie zachodnich polityków współpracą z policją, ale jednocześnie jej działania wzmacniają obawy o to, kto tak naprawdę może zaglądać w dane miliarda użytkowników.
Niezależnie od intencji, wniosek z tej decyzji jest jeden: jeśli piszesz prywatne wiadomości na TikToku, miej świadomość, że nie jesteście w tym cyfrowym pokoju sami.
#bezpieczeństwoDzieciWInternecie #ByteDance #E2EE #inwigilacjaTikTok #komunikatorySzyfrowane #prywatnośćWSieci #szyfrowanieEndToEnd #TikTokWiadomościPrywatne
-
TikTok idzie pod prąd. Dlaczego chiński gigant odmawia pełnego szyfrowania prywatnych wiadomości?
Podczas gdy giganci tacy jak Apple czy Meta chwalą się pełnym szyfrowaniem naszych rozmów, TikTok mówi twarde „nie”.
Włodarze najpopularniejszej aplikacji wideo na świecie oficjalnie potwierdzili, że nie wprowadzą szyfrowania end-to-end (E2EE) w prywatnych wiadomościach. Oficjalny powód? Troska o bezpieczeństwo najmłodszych. Nieoficjalny? Eksperci wskazują palcem na politykę Pekinu.
Szyfrowanie end-to-end (E2EE) to obecnie złoty standard prywatności w cyfrowym świecie. Technologia ta sprawia, że treść wiadomości może odczytać wyłącznie nadawca i odbiorca. Nawet twórcy aplikacji nie mają klucza, by zajrzeć do naszych rozmów. To właśnie dlatego E2EE jest domyślnie stosowane w komunikatorach takich jak Signal, WhatsApp, iMessage od Apple, a od niedawna także w usłudze Messenger.
TikTok postanowił jednak wyłamać się z tego branżowego trendu. Przedstawiciele firmy podczas briefingu w londyńskim biurze potwierdzili stacji BBC, że aplikacja celowo rezygnuje z tego rozwiązania, chcąc odróżnić się od rynkowych rywali.
Bezpieczeństwo ponad absolutną prywatność
Argumentacja TikToka jest prosta i niezwykle nośna wizerunkowo: pełne szyfrowanie ułatwia życie przestępcom. Brak dostępu do treści wiadomości (DMs) wiąże ręce moderatorom i organom ścigania, uniemożliwiając skuteczną walkę z nękaniem czy nagabywaniem nieletnich (tzw. groomingiem).
Taka postawa spotkała się z ogromnym uznaniem fundacji charytatywnych. Brytyjskie organizacje, takie jak NSPCC czy Internet Watch Foundation (IWF), zajmujące się walką z wykorzystywaniem dzieci w sieci, biją brawo. Ich zdaniem ślepy pęd technologicznych gigantów ku absolutnej prywatności sprawia, że w sieci drastycznie spada wykrywalność przestępstw wobec najmłodszych.
TikTok tłumaczy, że prywatne wiadomości w aplikacji są nadal zabezpieczone (korzystają ze standardowego szyfrowania, podobnie jak np. skrzynki Gmail), ale w uzasadnionych przypadkach – po zgłoszeniu od użytkownika lub na oficjalny wniosek policji – upoważnieni pracownicy firmy mogą uzyskać dostęp do ich treści.
Chiński słoń w pokoju
Eksperci od spraw cyberbezpieczeństwa patrzą jednak na tę sprawę ze znacznie większym dystansem. Trudno bowiem ignorować fakt, że właścicielem TikToka jest chiński gigant ByteDance. Firma od lat boryka się z oskarżeniami o przekazywanie danych zachodnich użytkowników władzom w Pekinie (co ostatecznie doprowadziło do nakazu oddzielenia amerykańskich operacji od globalnego biznesu).
Jak zauważa prof. Alan Woodward z Uniwersytetu w Surrey, decyzja firmy może mieć proste podłoże: technologia E2EE jest w Chinach w dużej mierze zakazana. Z kolei analityk branży mediów społecznościowych Matt Navarra uważa, że decyzja TikToka to niezwykle sprytny ruch PR-owy. Firma może teraz wiarygodnie głosić hasła o „proaktywnym bezpieczeństwie” i zjednywać sobie zachodnich polityków współpracą z policją, ale jednocześnie jej działania wzmacniają obawy o to, kto tak naprawdę może zaglądać w dane miliarda użytkowników.
Niezależnie od intencji, wniosek z tej decyzji jest jeden: jeśli piszesz prywatne wiadomości na TikToku, miej świadomość, że nie jesteście w tym cyfrowym pokoju sami.
#bezpieczeństwoDzieciWInternecie #ByteDance #E2EE #inwigilacjaTikTok #komunikatorySzyfrowane #prywatnośćWSieci #szyfrowanieEndToEnd #TikTokWiadomościPrywatne
-
TikTok idzie pod prąd. Dlaczego chiński gigant odmawia pełnego szyfrowania prywatnych wiadomości?
Podczas gdy giganci tacy jak Apple czy Meta chwalą się pełnym szyfrowaniem naszych rozmów, TikTok mówi twarde „nie”.
Włodarze najpopularniejszej aplikacji wideo na świecie oficjalnie potwierdzili, że nie wprowadzą szyfrowania end-to-end (E2EE) w prywatnych wiadomościach. Oficjalny powód? Troska o bezpieczeństwo najmłodszych. Nieoficjalny? Eksperci wskazują palcem na politykę Pekinu.
Szyfrowanie end-to-end (E2EE) to obecnie złoty standard prywatności w cyfrowym świecie. Technologia ta sprawia, że treść wiadomości może odczytać wyłącznie nadawca i odbiorca. Nawet twórcy aplikacji nie mają klucza, by zajrzeć do naszych rozmów. To właśnie dlatego E2EE jest domyślnie stosowane w komunikatorach takich jak Signal, WhatsApp, iMessage od Apple, a od niedawna także w usłudze Messenger.
TikTok postanowił jednak wyłamać się z tego branżowego trendu. Przedstawiciele firmy podczas briefingu w londyńskim biurze potwierdzili stacji BBC, że aplikacja celowo rezygnuje z tego rozwiązania, chcąc odróżnić się od rynkowych rywali.
Bezpieczeństwo ponad absolutną prywatność
Argumentacja TikToka jest prosta i niezwykle nośna wizerunkowo: pełne szyfrowanie ułatwia życie przestępcom. Brak dostępu do treści wiadomości (DMs) wiąże ręce moderatorom i organom ścigania, uniemożliwiając skuteczną walkę z nękaniem czy nagabywaniem nieletnich (tzw. groomingiem).
Taka postawa spotkała się z ogromnym uznaniem fundacji charytatywnych. Brytyjskie organizacje, takie jak NSPCC czy Internet Watch Foundation (IWF), zajmujące się walką z wykorzystywaniem dzieci w sieci, biją brawo. Ich zdaniem ślepy pęd technologicznych gigantów ku absolutnej prywatności sprawia, że w sieci drastycznie spada wykrywalność przestępstw wobec najmłodszych.
TikTok tłumaczy, że prywatne wiadomości w aplikacji są nadal zabezpieczone (korzystają ze standardowego szyfrowania, podobnie jak np. skrzynki Gmail), ale w uzasadnionych przypadkach – po zgłoszeniu od użytkownika lub na oficjalny wniosek policji – upoważnieni pracownicy firmy mogą uzyskać dostęp do ich treści.
Chiński słoń w pokoju
Eksperci od spraw cyberbezpieczeństwa patrzą jednak na tę sprawę ze znacznie większym dystansem. Trudno bowiem ignorować fakt, że właścicielem TikToka jest chiński gigant ByteDance. Firma od lat boryka się z oskarżeniami o przekazywanie danych zachodnich użytkowników władzom w Pekinie (co ostatecznie doprowadziło do nakazu oddzielenia amerykańskich operacji od globalnego biznesu).
Jak zauważa prof. Alan Woodward z Uniwersytetu w Surrey, decyzja firmy może mieć proste podłoże: technologia E2EE jest w Chinach w dużej mierze zakazana. Z kolei analityk branży mediów społecznościowych Matt Navarra uważa, że decyzja TikToka to niezwykle sprytny ruch PR-owy. Firma może teraz wiarygodnie głosić hasła o „proaktywnym bezpieczeństwie” i zjednywać sobie zachodnich polityków współpracą z policją, ale jednocześnie jej działania wzmacniają obawy o to, kto tak naprawdę może zaglądać w dane miliarda użytkowników.
Niezależnie od intencji, wniosek z tej decyzji jest jeden: jeśli piszesz prywatne wiadomości na TikToku, miej świadomość, że nie jesteście w tym cyfrowym pokoju sami.
#bezpieczeństwoDzieciWInternecie #ByteDance #E2EE #inwigilacjaTikTok #komunikatorySzyfrowane #prywatnośćWSieci #szyfrowanieEndToEnd #TikTokWiadomościPrywatne
-
TikTok idzie pod prąd. Dlaczego chiński gigant odmawia pełnego szyfrowania prywatnych wiadomości?
Podczas gdy giganci tacy jak Apple czy Meta chwalą się pełnym szyfrowaniem naszych rozmów, TikTok mówi twarde „nie”.
Włodarze najpopularniejszej aplikacji wideo na świecie oficjalnie potwierdzili, że nie wprowadzą szyfrowania end-to-end (E2EE) w prywatnych wiadomościach. Oficjalny powód? Troska o bezpieczeństwo najmłodszych. Nieoficjalny? Eksperci wskazują palcem na politykę Pekinu.
Szyfrowanie end-to-end (E2EE) to obecnie złoty standard prywatności w cyfrowym świecie. Technologia ta sprawia, że treść wiadomości może odczytać wyłącznie nadawca i odbiorca. Nawet twórcy aplikacji nie mają klucza, by zajrzeć do naszych rozmów. To właśnie dlatego E2EE jest domyślnie stosowane w komunikatorach takich jak Signal, WhatsApp, iMessage od Apple, a od niedawna także w usłudze Messenger.
TikTok postanowił jednak wyłamać się z tego branżowego trendu. Przedstawiciele firmy podczas briefingu w londyńskim biurze potwierdzili stacji BBC, że aplikacja celowo rezygnuje z tego rozwiązania, chcąc odróżnić się od rynkowych rywali.
Bezpieczeństwo ponad absolutną prywatność
Argumentacja TikToka jest prosta i niezwykle nośna wizerunkowo: pełne szyfrowanie ułatwia życie przestępcom. Brak dostępu do treści wiadomości (DMs) wiąże ręce moderatorom i organom ścigania, uniemożliwiając skuteczną walkę z nękaniem czy nagabywaniem nieletnich (tzw. groomingiem).
Taka postawa spotkała się z ogromnym uznaniem fundacji charytatywnych. Brytyjskie organizacje, takie jak NSPCC czy Internet Watch Foundation (IWF), zajmujące się walką z wykorzystywaniem dzieci w sieci, biją brawo. Ich zdaniem ślepy pęd technologicznych gigantów ku absolutnej prywatności sprawia, że w sieci drastycznie spada wykrywalność przestępstw wobec najmłodszych.
TikTok tłumaczy, że prywatne wiadomości w aplikacji są nadal zabezpieczone (korzystają ze standardowego szyfrowania, podobnie jak np. skrzynki Gmail), ale w uzasadnionych przypadkach – po zgłoszeniu od użytkownika lub na oficjalny wniosek policji – upoważnieni pracownicy firmy mogą uzyskać dostęp do ich treści.
Chiński słoń w pokoju
Eksperci od spraw cyberbezpieczeństwa patrzą jednak na tę sprawę ze znacznie większym dystansem. Trudno bowiem ignorować fakt, że właścicielem TikToka jest chiński gigant ByteDance. Firma od lat boryka się z oskarżeniami o przekazywanie danych zachodnich użytkowników władzom w Pekinie (co ostatecznie doprowadziło do nakazu oddzielenia amerykańskich operacji od globalnego biznesu).
Jak zauważa prof. Alan Woodward z Uniwersytetu w Surrey, decyzja firmy może mieć proste podłoże: technologia E2EE jest w Chinach w dużej mierze zakazana. Z kolei analityk branży mediów społecznościowych Matt Navarra uważa, że decyzja TikToka to niezwykle sprytny ruch PR-owy. Firma może teraz wiarygodnie głosić hasła o „proaktywnym bezpieczeństwie” i zjednywać sobie zachodnich polityków współpracą z policją, ale jednocześnie jej działania wzmacniają obawy o to, kto tak naprawdę może zaglądać w dane miliarda użytkowników.
Niezależnie od intencji, wniosek z tej decyzji jest jeden: jeśli piszesz prywatne wiadomości na TikToku, miej świadomość, że nie jesteście w tym cyfrowym pokoju sami.
#bezpieczeństwoDzieciWInternecie #ByteDance #E2EE #inwigilacjaTikTok #komunikatorySzyfrowane #prywatnośćWSieci #szyfrowanieEndToEnd #TikTokWiadomościPrywatne
-
• Monero
[...] kryptowaluta typu open-source [...] koncentruje się na prywatności i decentralizacji [.…] każdy może wysyłać transakcje, ale żaden zewnętrzny obserwator nie może poznać źródła, kwoty lub miejsca przeznaczenia [...]
https://pl.wikipedia.org/wiki/Monero
_____
#prywatnoscwsieci #technologie #otwarteoprogramowanie #wolneoprogramowanie -
Afera z fotobudkami w USA to ostrzeżenie dla Polski. Twoje „weselne 360” też może latać po sieci
W USA wybuchła afera po tym, jak operator fotobudek wystawił na widok publiczny 100 GB prywatnych zdjęć z wesel. „To w Ameryce” – powiesz. Ale w Polsce, gdzie króluje moda na foto i wideobudki 360, mechanizm jest identyczny. Podajesz numer telefonu, żeby dostać filmik, i tracisz kontrolę nad tym, kto go ogląda.
Co się stało za oceanem?
Joseph Cox z 404 Media ujawnił, że firma Curator Live, obsługująca tysiące imprez w USA, zostawiła „otwarte drzwi” do swojej chmury. Każdy, kto znał prosty schemat linku, mógł pobrać zdjęcia pijanych gości weselnych, fotki dzieci, a nawet numery telefonów przypisane do twarzy. Firma zignorowała zgłoszenia ekspertów od zabezpieczeń („Fix your s**t” – pisał jeden z nich), dopóki sprawa nie trafiła do mediów.
Polski kontekst: boom na „360-tki”
W Polsce tradycyjne fotobudki (drukujące paski zdjęć) są wypierane przez fotobudki 360. To te platformy z obrotowym ramieniem, które kręcą efektowne filmy w slow-motion. Problem? Tego nie da się wydrukować. Aby dostać film, musisz podać swój numer telefonu, e-mail lub zeskanować kod QR.
I tu zaczynają się schody. Wiele małych firm obsługujących polskie wesela i studniówki korzysta z gotowego oprogramowania (często właśnie z USA, jak Curator, Snappic czy Touchpix) lub – co gorsza – z „partyzanckich” rozwiązań.
Grzechy główne polskich operatorów
Choć RODO w Polsce teoretycznie nas chroni, praktyka bywa przerażająca:
- Otwarte dyski: bywa, że filmy z całej nocy lądują w jednym folderze na Dysku Google/Dropboxie, a link do niego („Pobierz swoje wideo”) jest publiczny. Każdy gość widzi filmy wszystkich innych.
- Brak hasła: galeria online często nie jest zabezpieczona PIN-em. Wystarczy, że ktoś wrzuci link na Facebooka i nagle Twoje tańce ogląda pół Internetu.
- Baza numerów: podając numer telefonu „do wysyłki filmu”, często nieświadomie wyrażamy zgodę na marketing. Nie zdziw się, jeśli za tydzień zadzwoni fotowoltaika.
Jak się bawić i nie płakać?
Jako redakcja technologiczna zalecamy „cyfrową higienę”, nawet po kilku toastach:
- AirDrop / QuickShare: jeśli obsługa to oferuje – to najbezpieczniejsza opcja. Plik leci bezpośrednio na Twój telefon, bez chmury.
- QR z ekranu: jeśli masz zeskanować kod z ekranu tabletu, żeby pobrać tylko swój plik – zrób to.
- Nie podawaj numeru:jeśli jedyną opcją jest wpisanie numeru telefonu do tabletu podłączonego do sieci – zastanów się dwa razy.
Wesele to prywatna impreza, ale chmura, do której trafiają zdjęcia, jest już publiczna. Warto o tym pamiętać, zanim założymy te śmieszne okulary.
#CuratorLiveAfera #fotobudka360Bezpieczeństwo #news #prywatnośćWSieci #RODONaWeselu #wyciekZdjęćZFotobudkiSony World Photography Awards 2026. Młodzi gniewni fotografii wybrani – finał w kwietniu
-
Masz dość klikania w „ciasteczka”? To darmowe narzędzie automatycznie mówi „NIE” śledzeniu
Unijne RODO miało chronić naszą prywatność, a w praktyce zafundowało nam niekończący się festiwal wyskakujących okienek. Jeśli masz dość tracenia czasu na szukanie przycisku „Odrzuć wszystko”, mamy dla Ciebie rozwiązanie.
Wtyczka Consent-O-Matic robi to za Ciebie – szybko, skutecznie i co najważniejsze: dbając o Twoje dane.
Problem: iluzja wyboru
Każda wizyta na nowej stronie zaczyna się tak samo: atakuje nas baner z prośbą o zgodę na ciasteczka. Przycisk „Akceptuj” jest wielki i zielony. Przycisk „Odrzuć” (lub „Ustawienia”) jest mały, szary i ukryty. Zmęczeni użytkownicy często klikają ten pierwszy dla świętego spokoju, dobrowolnie oddając swoją prywatność firmom reklamowym. Istnieją wtyczki typu „I Don’t Care About Cookies”, ale one zazwyczaj po prostu… akceptują wszystko, byle okienko zniknęło. To wylanie dziecka z kąpielą.
Rozwiązanie: Consent-O-Matic
Tutaj na scenę wchodzi Consent-O-Matic. To darmowe rozszerzenie typu open-source, stworzone nie przez firmę zbierającą dane, ale przez naukowców z duńskiego Uniwersytetu w Aarhus. Jak to działa?
- Automatyzacja: wtyczka wykrywa baner z ciasteczkami.
- Ochrona: zamiast klikać „Akceptuj”, automat wchodzi w ustawienia i odznacza wszystkie zgody na śledzenie, marketing i analitykę.
- Czystość: okienko znika, a Ty przeglądasz stronę bez reklam śledzących Cię po całej sieci.
Czy to bezpieczne? (ważne!)
Tutaj pewnie zapala się lampka ostrzegawcza: „A co z logowaniem do banku albo koszykiem w sklepie? Przecież one wymagają ciasteczek!”. Spokojnie. Wtyczka jest mądra. Zgodnie z prawem ciasteczka techniczne (niezbędne do działania strony) nie podlegają blokadzie. Consent-O-Matic odrzuca tylko „szpiegów” reklamowych. Twoja sesja w banku czy Netflixie pozostanie nienaruszona.
Mimo to, w internecie zdarzają się strony napisane „na kolanie”. Jeśli kiedyś trafisz na witrynę, która po wejściu nie reaguje na kliknięcia – wystarczy kliknąć ikonę wtyczki i dodać tę konkretną stronę do wyjątków (Whitelist). To dwa kliknięcia, a problem znika.
Jak zainstalować?
Narzędzie jest dostępne na wszystkie najpopularniejsze przeglądarki (Safari, Chrome, Firefox, Edge).
- Strona projektu: consentomatic.au.dk
- App Store (macOS/iOS): Link
- Chrome Web Store (działa też na Microsoft Edge): Link
- Firefox Add-ons: Link
Warto dodać, że wtyczka działa też na iPhone’ach i iPadach (jako rozszerzenie do Safari), co czyni mobilne przeglądanie sieci o wiele przyjemniejszym. Zainstaluj, skonfiguruj raz i zapomnij o irytujących pop-upach. Twój czas i nerwy są tego warte.
#blokowanieCiasteczek #ConsentOMatic #news #prywatnośćWSieci #RODOCookies #wtyczkaDoPrzeglądarkiApple bada rynek „iPhone Flip” – składany smartfon w stylu clamshell
-
Google Search zajrzy ci w maile i zdjęcia. Nowa funkcja „Personal Intelligence” zmienia wyszukiwarkę w osobistego asystenta
To była tylko kwestia czasu. Google oficjalnie zaciera granicę między „szukaniem w internecie” a „szukaniem w twoim życiu”.
Nowa funkcja o nazwie Personal Intelligence pozwala modelom AI przekopać twoją skrzynkę Gmail i galerię Google Photos, by odpowiedzi w wyszukiwarce były skrojone idealnie pod ciebie. Brzmi wygodnie czy przerażająco?
Koniec z generycznymi odpowiedziami
Robby Stein, VP of Product w Google, ogłosił wprowadzenie nowej funkcji dla subskrybentów płatnych planów Google AI Pro oraz AI Ultra. Nazywa się to „Personal Intelligence” i działa w trybie AI Mode w wyszukiwarce.
Zasada jest prosta: zamiast tłumaczyć Google’owi kontekst swojego pytania, pozwalasz mu „zrozumieć” go samemu na podstawie twoich cyfrowych śladów.
Jak to działa w praktyce?
Google podaje konkretne przykłady, które robią wrażenie (i dają do myślenia):
- Planowanie weekendu: pytasz wyszukiwarkę: „Co robić w weekend?” (w sumie niezbyt mądre pytanie do AI). AI zagląda do Gmaila, widzi rezerwację hotelu w innym mieście. Zagląda do Google Photos, widzi, że masz dzieci i mnóstwo zdjęć z lodami. Wynik? Propozycja interaktywnego muzeum dla dzieci i lodziarni w stylu retro w pobliżu twojego hotelu.
- Zakupy: szukasz płaszcza. AI wie z Gmaila, że za tydzień lecisz do wietrznego Chicago (bilet lotniczy), a z historii zakupów zna twoje ulubione marki. Proponuje więc konkretny, wiatroszczelny model, który pasuje do pogody w miejscu docelowym.
- Ego-trip: możesz nawet zapytać: „Gdyby moje życie było filmem, jaki byłby to gatunek?”. AI przeanalizuje twoje zdjęcia i maile, by stworzyć opis.
Gemini 3 i kwestia prywatności
Google zdaje sobie sprawę, że wpuszczenie AI do prywatnych maili i zdjęć to stąpanie po cienkim lodzie. Dlatego firma podkreśla trzy bezpieczniki:
- Opt-in: funkcja jest domyślnie wyłączona. Musisz świadomie połączyć aplikacje w ustawieniach.
- Brak treningu na danych: Google twierdzi, że model Gemini 3 nie trenuje się bezpośrednio na twojej skrzynce odbiorczej ani bibliotece zdjęć. Trenuje się jedynie na promptach i reakcjach (np. kciuk w dół).
- Dostępność: funkcja na razie trafia jako eksperyment (Labs) tylko do użytkowników w USA, korzystających z języka angielskiego i płacących za najdroższe plany subskrypcji. Nie jest dostępna dla kont firmowych (Workspace).
Dla użytkowników w Polsce to na razie pieśń przyszłości, ale kierunek jest jasny. Wyszukiwarka przestaje być encyklopedią, a staje się drugą półkulą mózgu, która pamięta za nas, gdzie jedziemy i co lubimy. Pytanie tylko, czy jesteśmy gotowi oddać jej aż tyle danych.
#AIWWyszukiwarce #Gemini3 #GmailIntegracja #GooglePersonalIntelligence #GooglePhotosAI #news #prywatnośćWSieciSzewc w końcu kupił buty. Gemini wchodzi do przeglądarki na ChromeOS (z półrocznym poślizgiem)
-
TyfloPrzegląd Odcinek nr 314
https://tyflopodcast.net/tyfloprzeglad-odcinek-nr-314/ -
TyfloPrzegląd Odcinek nr 314
https://tyflopodcast.net/tyfloprzeglad-odcinek-nr-314/ -
TyfloPrzegląd Odcinek nr 314
https://tyflopodcast.net/tyfloprzeglad-odcinek-nr-314/ -
Koniec cyfrowej suwerenności? Indie zmuszają Apple do instalacji nieusuwalnej rządowej aplikacji
Rząd w New Delhi wydał bezprecedensowy nakaz uderzający w politykę prywatności gigantów technologicznych.
Apple oraz inni producenci smartfonów otrzymali ultimatum: muszą preinstalować na swoich urządzeniach państwową aplikację „Sanchar Saathi”. Co kluczowe – oprogramowania tego użytkownik nie będzie mógł usunąć ani wyłączyć.
Decyzja indyjskiego Departamentu Telekomunikacji (DoT) z 28 listopada 2025 roku, do której dotarła agencja Reuters, stawia Apple pod ścianą. Firma z Cupertino, która od lat buduje swój wizerunek na ochronie prywatności użytkowników, ma 90 dni na dostosowanie się do nowych przepisów. Nakaz dotyczy nie tylko nowych urządzeń wchodzących na rynek, ale także tych, które już znajdują się w rękach klientów – producenci zostali zobowiązani do wymuszenia instalacji rządowego oprogramowania poprzez aktualizację systemu operacyjnego.
Oficjalnie pomoc, nieoficjalnie inwigilacja
Władze argumentują, że aplikacja „Sanchar Saathi” ma służyć do odzyskiwania zgubionych i skradzionych telefonów. Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa nie mają jednak wątpliwości, że instalacja nieusuwalnego oprogramowania państwowego de facto otwiera rządowi furtkę do śledzenia lokalizacji i aktywności każdego obywatela posiadającego smartfon.
To złamanie jednej z fundamentalnych zasad ekosystemu iOS, który do tej pory był wolny od zewnętrznego, wymuszonego oprogramowania.
Atak na szyfrowanie
To nie koniec kontrowersji. Równolegle procedowane są przepisy uderzające w komunikatory szyfrowane, takie jak WhatsApp. Nowe regulacje mają wymagać powiązania konta użytkownika z unikalnym numerem seryjnym karty SIM (IMSI).
Ponieważ zakup karty SIM w Indiach wymaga wylegitymowania się rządowym dowodem tożsamości (podobnie jest w Polsce, każda karta SIM musi być zarejestrowana), w praktyce oznacza to koniec anonimowości i możliwość precyzyjnego przypisania każdej wysłanej wiadomości do konkretnej osoby fizycznej.
Biznes ważniejszy niż wartości?
Apple znajduje się w trudnym położeniu. Z jednej strony firma powinna bronić swoich wartości i prywatności klientów, z drugiej – Indie są obecnie kluczowym elementem strategii biznesowej Tima Cooka.
Kraj ten staje się nie tylko gigantycznym rynkiem zbytu, ale przede wszystkim głównym hubem produkcyjnym, mającym uniezależnić Apple od Chin. Historia pokazuje jednak, że korporacja potrafi iść na ustępstwa. W Chinach Apple zgodziło się już na przechowywanie danych iCloud na państwowych serwerach oraz na usuwanie niewygodnych dla partii aplikacji, w tym narzędzi VPN. Wszystko wskazuje na to, że w imię zysków, podobny scenariusz zrealizuje się teraz w Indiach.
Apple ponownie wesprze Global Fund w walce z AIDS, gruźlicą i malarią
#apple #bloatware #cyberbezpieczenstwo #indie #inwigilacja #ios #news #prywatnoscWSieci #sancharSaathi
-
Koniec cyfrowej suwerenności? Indie zmuszają Apple do instalacji nieusuwalnej rządowej aplikacji
Rząd w New Delhi wydał bezprecedensowy nakaz uderzający w politykę prywatności gigantów technologicznych.
Apple oraz inni producenci smartfonów otrzymali ultimatum: muszą preinstalować na swoich urządzeniach państwową aplikację „Sanchar Saathi”. Co kluczowe – oprogramowania tego użytkownik nie będzie mógł usunąć ani wyłączyć.
Decyzja indyjskiego Departamentu Telekomunikacji (DoT) z 28 listopada 2025 roku, do której dotarła agencja Reuters, stawia Apple pod ścianą. Firma z Cupertino, która od lat buduje swój wizerunek na ochronie prywatności użytkowników, ma 90 dni na dostosowanie się do nowych przepisów. Nakaz dotyczy nie tylko nowych urządzeń wchodzących na rynek, ale także tych, które już znajdują się w rękach klientów – producenci zostali zobowiązani do wymuszenia instalacji rządowego oprogramowania poprzez aktualizację systemu operacyjnego.
Oficjalnie pomoc, nieoficjalnie inwigilacja
Władze argumentują, że aplikacja „Sanchar Saathi” ma służyć do odzyskiwania zgubionych i skradzionych telefonów. Eksperci ds. cyberbezpieczeństwa nie mają jednak wątpliwości, że instalacja nieusuwalnego oprogramowania państwowego de facto otwiera rządowi furtkę do śledzenia lokalizacji i aktywności każdego obywatela posiadającego smartfon.
To złamanie jednej z fundamentalnych zasad ekosystemu iOS, który do tej pory był wolny od zewnętrznego, wymuszonego oprogramowania.
Atak na szyfrowanie
To nie koniec kontrowersji. Równolegle procedowane są przepisy uderzające w komunikatory szyfrowane, takie jak WhatsApp. Nowe regulacje mają wymagać powiązania konta użytkownika z unikalnym numerem seryjnym karty SIM (IMSI).
Ponieważ zakup karty SIM w Indiach wymaga wylegitymowania się rządowym dowodem tożsamości (podobnie jest w Polsce, każda karta SIM musi być zarejestrowana), w praktyce oznacza to koniec anonimowości i możliwość precyzyjnego przypisania każdej wysłanej wiadomości do konkretnej osoby fizycznej.
Biznes ważniejszy niż wartości?
Apple znajduje się w trudnym położeniu. Z jednej strony firma powinna bronić swoich wartości i prywatności klientów, z drugiej – Indie są obecnie kluczowym elementem strategii biznesowej Tima Cooka.
Kraj ten staje się nie tylko gigantycznym rynkiem zbytu, ale przede wszystkim głównym hubem produkcyjnym, mającym uniezależnić Apple od Chin. Historia pokazuje jednak, że korporacja potrafi iść na ustępstwa. W Chinach Apple zgodziło się już na przechowywanie danych iCloud na państwowych serwerach oraz na usuwanie niewygodnych dla partii aplikacji, w tym narzędzi VPN. Wszystko wskazuje na to, że w imię zysków, podobny scenariusz zrealizuje się teraz w Indiach.
Apple ponownie wesprze Global Fund w walce z AIDS, gruźlicą i malarią
#apple #bloatware #cyberbezpieczenstwo #indie #inwigilacja #ios #news #prywatnoscWSieci #sancharSaathi
-
🌐 VPN-y a #prywatnoscwsieci – fakty i mity
Czytaj więcej 👇
https://prywatnie.eu/vpn-y-a-prywatnosc-w-sieci-fakty-i-mity/
-
👩💻 Znaczenie otwartego oprogramowania w ochronie prywatności
-
👩💻 Poznajcie trzy najlepsze VPN-y na 2025 rok
-
Ale mnie to wku$%ia. Znów to samo. UPC przejął play i automagicznie po zmianie wszystkie zgody marketingowe znów oznaczone jako zatwierdzone. Noż $%%^%
#korpo #play #gsm #marketing #panoptykon #prywatnoscwsieci -
💻 Zagrożenia wynikające z korzystania z darmowych usług online – czy naprawdę warto?
#prywatnosc #prywatnoscwsieci #cyberbezpieczenstwo #darmoweprogramy
-
📲 Prywatność a urządzenia mobilne: Jak zabezpieczyć swój smartfon?
-
🔐 Odkryj, co musisz wiedzieć o przepisach dotyczących prywatności cyfrowej!
Nasz najnowszy artykuł rzuca światło na RODO i polskie prawo ochrony danych.
-
🔒✨ Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak Twoje dane są chronione w Internecie? Odkryj sekrety kryptografii w naszym najnowszym artykule 'Kryptografia dla Początkujących'!
-
📲 Czy Twój smartfon może zdradzić więcej niż myślisz? Niewidoczne zagrożenia dla prywatności
-
🤔 Czy wiesz, jak algorytmy analizy danych mogą zagrozić Twojej prywatności online?
Nasz artykuł ujawnia tą niebezpieczną stronę technologicznego postępu. Dowiedz się, jak zabezpieczyć swoje dane 🛡️ #Cyberbezpieczeństwo #Prywatnośćwsieci
-
🏄 Surfshark VPN – zaufana sieć z konkurencyjnymi cenami
-
🔐 Od hasła do technologii biometrycznych: Ewolucja uwierzytelniania
-
Ok, jak korzystacie z pi-hole'a to upewnijcie się, że np. wasz smart tv go nie omija:
https://labzilla.io/blog/force-dns-pihole
Np. Amazon Fire Sticki dopisują googleowego DNSa 8.8.8.8, nawet jeśli podacie dwa własne adresy.
#privacy #pihole #ads #tracking #sledzenie #prywatnosc #prywatnoscwsieci #dns