#nowoscitechnologiczne — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #nowoscitechnologiczne, aggregated by home.social.
-
Ikona designu w wersji bezprzewodowej. Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi debiutuje w Polsce
Seria Aura od lat uchodzi za jeden z najbardziej rozpoznawalnych projektów w świecie domowego audio.
Harman Kardon właśnie odświeżył ten kultowy koncept, wprowadzając model Aura Studio 5 Wi-Fi. Nowa generacja zachowuje swoją unikalną, szklaną formę, ale pod kopułą skrywa technologię, która przenosi ten głośnik z kategorii „stylowy gadżet Bluetooth” do ligi pełnoprawnych systemów streamingowych hi-fi.
Najważniejszą zmianą w nowym modelu jest, jak sama nazwa wskazuje, dodanie modułu Wi-Fi. To przełom dla tej serii – użytkownicy nie są już ograniczeni zasięgiem i kompresją Bluetooth. Aura Studio 5 Wi-Fi wspiera teraz natywnie standardy AirPlay, Google Cast, Spotify Connect oraz Tidal Connect. Oznacza to możliwość strumieniowania muzyki w wysokiej rozdzielczości bezpośrednio z sieci, a także łatwe włączenie głośnika w domowy system multiroom.
Światło, które słyszy muzykę
Wizualnie Aura Studio 5 pozostaje wierna swojej futurystycznej estetyce. Przezroczysta kopuła skrywa system oświetlenia ambientowego, który w nowej wersji stał się jeszcze bardziej dynamiczny. Światło nie tylko pulsuje w rytm basu, ale dzięki integracji z aplikacją Harman Kardon One, pozwala na pełną personalizację kolorów i animacji. To już nie tylko głośnik, ale nowoczesna rzeźba świetlna, która adaptuje się do nastroju panującego w pomieszczeniu.
Harman Kardon podkreśla również proekologiczny aspekt nowej konstrukcji. Obudowa została wykonana z aluminium pochodzącego w 100% z recyklingu, a tkanina maskownicy to w 85% poliester z odzysku.
Inżynieria dźwięku: subwoofer robi różnicę
Mimo efektownego wyglądu, Aura Studio 5 Wi-Fi to przede wszystkim potężna maszyna grająca. Producent postawił na trójdrożną konstrukcję, która zapewnia szerokie, 360-stopniowe pole dźwiękowe (Constant Sound Field):
- 6 przetworników średnio-wysokotonowych (40 mm) rozmieszczonych wokół osi głośnika.
- 1 dedykowany tweeter (25 mm) dla czystości sopranów.
- Potężny subwoofer (143 mm) skierowany w dół, który odpowiada za głęboki, fizycznie odczuwalny bas.
Łączna moc wyjściowa zestawu to imponujące 160W RMS, co pozwala na bezproblemowe nagłośnienie nawet dużego salonu. Głośnik wyposażono także w najnowszy standard łączności Bluetooth 6.0 dla tych, którzy chcą szybko sparować urządzenie bez użycia domowej sieci.
Nowy Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi jest już dostępny w sprzedaży w Polsce. Sugerowana cena detaliczna wynosi 1599 PLN.
#AirPlay #audioDomowe #AuraStudio5 #design #głośnikBluetooth #głośnikWiFi #HarmanKardon #multiroom #nowościTechnologiczne #SpotifyConnectIkona designu w nowym świetle. Harman Kardon Aura Studio 5 debiutuje w Polsce
-
Ikona designu w wersji bezprzewodowej. Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi debiutuje w Polsce
Seria Aura od lat uchodzi za jeden z najbardziej rozpoznawalnych projektów w świecie domowego audio.
Harman Kardon właśnie odświeżył ten kultowy koncept, wprowadzając model Aura Studio 5 Wi-Fi. Nowa generacja zachowuje swoją unikalną, szklaną formę, ale pod kopułą skrywa technologię, która przenosi ten głośnik z kategorii „stylowy gadżet Bluetooth” do ligi pełnoprawnych systemów streamingowych hi-fi.
Najważniejszą zmianą w nowym modelu jest, jak sama nazwa wskazuje, dodanie modułu Wi-Fi. To przełom dla tej serii – użytkownicy nie są już ograniczeni zasięgiem i kompresją Bluetooth. Aura Studio 5 Wi-Fi wspiera teraz natywnie standardy AirPlay, Google Cast, Spotify Connect oraz Tidal Connect. Oznacza to możliwość strumieniowania muzyki w wysokiej rozdzielczości bezpośrednio z sieci, a także łatwe włączenie głośnika w domowy system multiroom.
Światło, które słyszy muzykę
Wizualnie Aura Studio 5 pozostaje wierna swojej futurystycznej estetyce. Przezroczysta kopuła skrywa system oświetlenia ambientowego, który w nowej wersji stał się jeszcze bardziej dynamiczny. Światło nie tylko pulsuje w rytm basu, ale dzięki integracji z aplikacją Harman Kardon One, pozwala na pełną personalizację kolorów i animacji. To już nie tylko głośnik, ale nowoczesna rzeźba świetlna, która adaptuje się do nastroju panującego w pomieszczeniu.
Harman Kardon podkreśla również proekologiczny aspekt nowej konstrukcji. Obudowa została wykonana z aluminium pochodzącego w 100% z recyklingu, a tkanina maskownicy to w 85% poliester z odzysku.
Inżynieria dźwięku: subwoofer robi różnicę
Mimo efektownego wyglądu, Aura Studio 5 Wi-Fi to przede wszystkim potężna maszyna grająca. Producent postawił na trójdrożną konstrukcję, która zapewnia szerokie, 360-stopniowe pole dźwiękowe (Constant Sound Field):
- 6 przetworników średnio-wysokotonowych (40 mm) rozmieszczonych wokół osi głośnika.
- 1 dedykowany tweeter (25 mm) dla czystości sopranów.
- Potężny subwoofer (143 mm) skierowany w dół, który odpowiada za głęboki, fizycznie odczuwalny bas.
Łączna moc wyjściowa zestawu to imponujące 160W RMS, co pozwala na bezproblemowe nagłośnienie nawet dużego salonu. Głośnik wyposażono także w najnowszy standard łączności Bluetooth 6.0 dla tych, którzy chcą szybko sparować urządzenie bez użycia domowej sieci.
Nowy Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi jest już dostępny w sprzedaży w Polsce. Sugerowana cena detaliczna wynosi 1599 PLN.
#AirPlay #audioDomowe #AuraStudio5 #design #głośnikBluetooth #głośnikWiFi #HarmanKardon #multiroom #nowościTechnologiczne #SpotifyConnectIkona designu w nowym świetle. Harman Kardon Aura Studio 5 debiutuje w Polsce
-
Zapomnij o ręcznym koszeniu. Roborock wjeżdża do polskich ogrodów z nową flotą autonomicznych kosiarek
Roborock, firma znana polskim konsumentom głównie z produkcji inteligentnych odkurzaczy, oficjalnie rozszerza swoje portfolio i wkracza na rynek urządzeń ogrodowych.
Producent wprowadza do sprzedaży rozbudowaną linię automatycznych kosiarek z serii RockNeo Q oraz RockMow S i Z. Nowa flota ma zagospodarować zróżnicowane potrzeby klientów – od niewielkich przydomowych trawników (500 m²) aż po rozległe, skomplikowane tereny sięgające 5000 m².
Zamiast polegać wyłącznie na prostych czujnikach zderzeniowych, Roborock przenosi do ogrodu zaawansowane algorytmy znane z systemów autonomicznej jazdy. Fundamentem nawigacji w nowych kosiarkach jest połączenie technologii RTK (Real-Time Kinematic) oraz systemu VSLAM. Producent deklaruje, że pozwala to na centymetrową precyzję orientacji w terenie, rozwiązując tym samym problem gubienia zasięgu GPS w mocno zadrzewionych ogrodach.
Warto zwrócić uwagę na systemowe podejście do ekologii. Wszystkie kosiarki wyposażono w tryb „wildlife-friendly”, który blokuje pracę urządzeń po zmroku. Jest to kluczowe zabezpieczenie chroniące nocne zwierzęta (m.in. jeże), dla których tradycyjne kosiarki automatyczne stanowią śmiertelne zagrożenie.
Trzy serie, różne potrzeby
Portfolio Roborocka zostało podzielone na trzy główne segmenty sprzętowe, różniące się systemami napędowymi i możliwościami skanowania terenu:
Seria RockNeo Q1 (Modele Q105 i Q110): budżetowa linia przeznaczona dla osób rozpoczynających przygodę z automatyzacją ogrodu. Posiada napęd na dwa koła (2WD), wspiera mapowanie AI i pokonuje wzniesienia o nachyleniu do 45%. Zapewnia precyzyjne cięcie krawędzi z marginesem 3 cm.
- Wersja Q105 (do 500 m²) kosztuje 3 499 zł.
- Wersja Q110 (do 1000 m²) to wydatek rzędu 4 799 zł.
Seria RockMow S1 (Modele S108 i S115): średnia półka stworzona z myślą o skomplikowanej architekturze ogrodowej. Dzięki systemowi stereowizji kosiarka bezbłędnie identyfikuje obiekty i potrafi swobodnie pracować w wąskich przejazdach o szerokości od 0,7 metra.
- Model S108 (do 800 m²) wyceniono na 5 599 zł.
- Model S115 (do 1500 m²) kosztuje 6 899 zł.
Seria RockMow Z1: najpotężniejsze maszyny w ofercie producenta. Dzięki stałemu napędowi na cztery koła (4WD) sprzęt radzi sobie ze wzniesieniami sięgającymi 80% (39°) i przeszkodami o wysokości do 8 cm. Urządzenia z tej serii wyposażono w dynamiczne zawieszenie, 6-nożowy mechanizm tnący, klasę wodoodporności IPX6 oraz łączność 4G LTE do monitorowania w czasie rzeczywistym.
- Model Z115 (do 1500 m²) – 8 599 zł.
- Model Z130 (do 3000 m²) – 12 999 zł.
- Model Z150 (do 5000 m²) – 15 099 zł.
Technologiczny okręt flagowy: RockMow Z120 LiDAR
Szczególne miejsce w portfolio zajmuje wariant RockMow Z120 LiDAR. To model wyposażony w zaawansowany system skanowania Sentisphere™ LiDAR 360°, który współpracuje z dwiema kamerami wideo. Skaner przetwarza 200 000 punktów danych na sekundę i potrafi wykrywać przeszkody z odległości sięgającej 70 metrów. Ten technologiczny flagowiec (przeznaczony do trawników o powierzchni 2000 m²) wyceniono na 11 999 zł.
Urządzenia trafiły już do sprzedaży. Co ciekawe, producent zrezygnował z szerokiej dystrybucji marketowej, decydując się na sprzedaż kosiarek wyłącznie przez sieć wyspecjalizowanych punktów dealerskich. Taka strategia ma zapewnić klientom dostęp do profesjonalnego doradztwa i pełnego wsparcia technicznego.
#kosiarkaAutomatyczna #Lidar #nowościTechnologiczne #ogród #Roborock #robotKoszący #RockMow #RockNeo #smartHome
-
Zapomnij o ręcznym koszeniu. Roborock wjeżdża do polskich ogrodów z nową flotą autonomicznych kosiarek
Roborock, firma znana polskim konsumentom głównie z produkcji inteligentnych odkurzaczy, oficjalnie rozszerza swoje portfolio i wkracza na rynek urządzeń ogrodowych.
Producent wprowadza do sprzedaży rozbudowaną linię automatycznych kosiarek z serii RockNeo Q oraz RockMow S i Z. Nowa flota ma zagospodarować zróżnicowane potrzeby klientów – od niewielkich przydomowych trawników (500 m²) aż po rozległe, skomplikowane tereny sięgające 5000 m².
Zamiast polegać wyłącznie na prostych czujnikach zderzeniowych, Roborock przenosi do ogrodu zaawansowane algorytmy znane z systemów autonomicznej jazdy. Fundamentem nawigacji w nowych kosiarkach jest połączenie technologii RTK (Real-Time Kinematic) oraz systemu VSLAM. Producent deklaruje, że pozwala to na centymetrową precyzję orientacji w terenie, rozwiązując tym samym problem gubienia zasięgu GPS w mocno zadrzewionych ogrodach.
Warto zwrócić uwagę na systemowe podejście do ekologii. Wszystkie kosiarki wyposażono w tryb „wildlife-friendly”, który blokuje pracę urządzeń po zmroku. Jest to kluczowe zabezpieczenie chroniące nocne zwierzęta (m.in. jeże), dla których tradycyjne kosiarki automatyczne stanowią śmiertelne zagrożenie.
Trzy serie, różne potrzeby
Portfolio Roborocka zostało podzielone na trzy główne segmenty sprzętowe, różniące się systemami napędowymi i możliwościami skanowania terenu:
Seria RockNeo Q1 (Modele Q105 i Q110): budżetowa linia przeznaczona dla osób rozpoczynających przygodę z automatyzacją ogrodu. Posiada napęd na dwa koła (2WD), wspiera mapowanie AI i pokonuje wzniesienia o nachyleniu do 45%. Zapewnia precyzyjne cięcie krawędzi z marginesem 3 cm.
- Wersja Q105 (do 500 m²) kosztuje 3 499 zł.
- Wersja Q110 (do 1000 m²) to wydatek rzędu 4 799 zł.
Seria RockMow S1 (Modele S108 i S115): średnia półka stworzona z myślą o skomplikowanej architekturze ogrodowej. Dzięki systemowi stereowizji kosiarka bezbłędnie identyfikuje obiekty i potrafi swobodnie pracować w wąskich przejazdach o szerokości od 0,7 metra.
- Model S108 (do 800 m²) wyceniono na 5 599 zł.
- Model S115 (do 1500 m²) kosztuje 6 899 zł.
Seria RockMow Z1: najpotężniejsze maszyny w ofercie producenta. Dzięki stałemu napędowi na cztery koła (4WD) sprzęt radzi sobie ze wzniesieniami sięgającymi 80% (39°) i przeszkodami o wysokości do 8 cm. Urządzenia z tej serii wyposażono w dynamiczne zawieszenie, 6-nożowy mechanizm tnący, klasę wodoodporności IPX6 oraz łączność 4G LTE do monitorowania w czasie rzeczywistym.
- Model Z115 (do 1500 m²) – 8 599 zł.
- Model Z130 (do 3000 m²) – 12 999 zł.
- Model Z150 (do 5000 m²) – 15 099 zł.
Technologiczny okręt flagowy: RockMow Z120 LiDAR
Szczególne miejsce w portfolio zajmuje wariant RockMow Z120 LiDAR. To model wyposażony w zaawansowany system skanowania Sentisphere™ LiDAR 360°, który współpracuje z dwiema kamerami wideo. Skaner przetwarza 200 000 punktów danych na sekundę i potrafi wykrywać przeszkody z odległości sięgającej 70 metrów. Ten technologiczny flagowiec (przeznaczony do trawników o powierzchni 2000 m²) wyceniono na 11 999 zł.
Urządzenia trafiły już do sprzedaży. Co ciekawe, producent zrezygnował z szerokiej dystrybucji marketowej, decydując się na sprzedaż kosiarek wyłącznie przez sieć wyspecjalizowanych punktów dealerskich. Taka strategia ma zapewnić klientom dostęp do profesjonalnego doradztwa i pełnego wsparcia technicznego.
#kosiarkaAutomatyczna #Lidar #nowościTechnologiczne #ogród #Roborock #robotKoszący #RockMow #RockNeo #smartHome
-
Cięcia kosztów zamiast innowacji? Zaskakujące doniesienia w sprawie iPhone’a 18
Zamiast windować cenę w górę, Apple może zdecydować się na niecodzienny ruch. Z najnowszych przecieków wynika, że bazowy wariant iPhone’a 18, który prawdopodobnie zadebiutuje wiosną 2027 roku, ma otrzymać uboższe podzespoły.
Spodziewane cięcia miałyby objąć między innymi jakość ekranu i wydajność układu graficznego. Według plotek cel inżynierów z Cupertino jest jasny – upodobnić go technologicznie do tańszego wariantu „18e” i za wszelką cenę utrzymać dotychczasowy próg cenowy.
Według informatora działającego w serwisie Weibo pod pseudonimem „Fixed Focus Digital”, firma wdraża drastyczne strategie kontroli kosztów produkcji. W przypadku standardowego iPhone’a 18 oszczędności mają dotknąć specyfikacji wyświetlacza, co mogłoby bezpośrednio przełożyć się na obniżenie parametrów obrazu względem poprzednika. Obecny na rynku model 17 oferuje technologię ProMotion oraz jasność sięgającą nawet 3000 nitów w trybach HDR. Ponieważ płynne odświeżanie było kluczowym ulepszeniem ubiegłego roku, analitycy spekulują, że regres uderzy w maksymalną jasność panelu. Informator twierdzi, że w tym wypadku zastosowane technologie produkcyjne wskazują na możliwy „krok wstecz”.
Procesor pod ostrzałem księgowych
Drugim obszarem podlegającym ewentualnej redukcji jest układ napędzający smartfona. Choć zarówno obecny iPhone 17, jak i jego tańsza wersja 17e korzystają z architektury procesora A19, wariant standardowy dysponuje 5-rdzeniowym układem graficznym (względem 4 rdzeni w wersji „e”). Według doniesień nowa rewizja chipu w iPhonie 18 może zostać okrojona o jeden rdzeń GPU. Co więcej, mówi się, że Apple zmodyfikuje nazewnictwo samego układu z serii A, co mogłoby skutecznie utrudnić bezpośrednie porównanie wydajności między generacjami.
Wiarygodność źródła w tym wypadku jest oceniana wysoko – to samo konto trafnie potwierdziło utrzymanie klasycznego wcięcia (notcha) w modelu 17e, wbrew powszechnym plotkom wieszczącym tam wdrożenie Dynamic Island. Inżynieryjne testy walidacyjne (EVT) dla obu „osiemnastek” według przecieków wystartują równolegle w czerwcu tego roku.
Nowy harmonogram premier
Opisywana operacja idealnie wpisywałaby się w całkowicie nową, rozdzieloną strategię wydawniczą giganta. Jesienią podczas tradycyjnej konferencji zobaczylibyśmy wyłącznie urządzenia o najwyższej marży: iPhone’a 18 Pro, 18 Pro Max oraz zupełnie nowego, składanego smartfona, przewidywanego jako „iPhone Ultra”. Wersje przystępniejsze cenowo, czyli zaktualizowany 18e, wyczekiwany iPhone Air 2 oraz właśnie wspomniany, zubożony iPhone 18, trafią na półki sklepowe prawdopodobnie kilka miesięcy później, wiosną 2027 roku.
Ewentualna decyzja o równaniu specyfikacji technicznej w dół pokazuje, jak dotkliwie rosnące koszty komponentów mogą wymuszać zmiany w portfolio firmy. Utrzymanie stałej ceny detalicznej, o której tak często wspomina Apple, tym razem może po prostu oznaczać kompromisy po stronie specyfikacji dla konsumenta końcowego.
#Apple #iOS #iPhone18 #iPhone18e #nowościTechnologiczne #procesorASeries #przecieki #rynekMobilny #smartfony
-
Google rzuca wyzwanie opasce Whoop. Fitbit Air z datą premiery i zaskakującą ceną
Rynek zaawansowanych opasek sportowych bez ekranu zdominował do tej pory Whoop, stając się ulubionym gadżetem profesjonalnych sportowców. Google postanowiło jednak odkroić dla siebie kawałek tego tortu.
Z najnowszych przecieków wynika, że ich odpowiedź – Fitbit Air – zadebiutuje już w połowie maja. Co ważne, znamy też przewidywaną cenę, która zdradza rynkową strategię giganta.
Informacje, do których dotarły serwisy 9to5Google oraz Droid-Life (na podstawie danych od dostawców), rzucają sporo światła na to, czym dokładnie będzie nowy sprzęt z Mountain View. Fitbit Air to z założenia urządzenie noszone 24 godziny na dobę, skupione wyłącznie na ciągłym monitorowaniu parametrów życiowych, snu i regeneracji, pozbawione jakiegokolwiek wyświetlacza, by nie rozpraszać uwagi użytkownika.
Sprzęt za 100 dolarów kontra darmowy Whoop
Najciekawiej prezentują się przecieki dotyczące ceny. Z baz danych dostawców wynika, że urządzenie (wycenione u nich na 93 dolary) trafi na półki sklepowe z metką około 100 dolarów. To diametralnie inne podejście niż w przypadku głównego rywala.
Whoop opiera się na modelu usługowym – sam hardware otrzymujemy za darmo, ale warunkiem jego działania jest opłacanie dość drogiej, miesięcznej subskrypcji. Ustalenie ceny Fitbit Air na poziomie 100 dolarów sugeruje, że Google chce sprzedawać sprzęt w sposób tradycyjny. Warto jednak pamiętać o wcześniejszych plotkach, które wiązały premierę tej opaski z debiutem nowej, płatnej usługi „Google Health”. Niewykluczone więc, że klienci będą musieli zapłacić zarówno za samą opaskę, jak i za odblokowanie zaawansowanych analiz.
Personalizacja, czyli jak ukryć elektronikę
Skoro urządzenie nie posiada ekranu, musi nadrabiać estetyką i dyskrecją. Sam rdzeń opaski będzie podobno dostępny w trzech głównych kolorach: Obsidian, Lavender oraz Berry. Google przygotowało też szeroką gamę pasków, w tym:
- Elevated SoftFlex: materiałowy pasek najbardziej zbliżony do rozwiązań z Whoopa (to prawdopodobnie z nim na nadgarstku widziano niedawno Stepha Curry’ego, amerykańskiego koszykarza; patrz zdjęcie otwierające).
- Performance Loop oraz Active Band: standardowe, sportowe opaski z silikonu i plecionki, znane z Pixel Watcha.
- Metal Mesh: elegancka bransoleta, która ma sprawić, że tracker będzie wyglądał jak klasyczna biżuteria (dostępna w kolorach srebrnym i złotym).
Według danych z systemów sprzedażowych, premiera Fitbit Air została zaplanowana na 16 maja 2026 roku.
Google wchodzi na trudne terytorium. Whoop zbudował wokół siebie potężną społeczność opartą na bezkompromisowej analityce i zaufaniu sportowców. Fitbit ma za sobą potężne zaplecze algorytmów i integrację z systemem Android, ale to, czy 100-dolarowa opaska przekona do siebie wymagających użytkowników, będzie zależało wyłącznie od jakości oprogramowania analitycznego.
#FitbitAir #fitness #Google #GoogleHealth #nowościTechnologiczne #opaskiSportowe #trackeryZdrowia #wearable #WhoopAsystent zamiast nowinki. Jak Polacy wykorzystują AI w nauce i pracy według nowych danych Google
-
Wytnij irytujący hałas na żywo. Audio Eraser w Galaxy S26 przenosi miksowanie do kieszeni
Wyciszanie otoczenia w smartfonach z serii Galaxy S26 to definitywne pożegnanie z uciążliwym tłem.
Samsung wyciąga technologię Galaxy AI z postprodukcji prosto do odtwarzacza, pozwalając na filtrowanie audio na żywo. W praktyce przenosi to podstawowe narzędzia miksu dźwięku prosto do Twojej kieszeni.
Funkcja Audio Eraser zadebiutowała w modelach Galaxy S25 jako narzędzie przeznaczone wyłącznie do obróbki nagranych wcześniej materiałów. W najnowszej serii, obejmującej smartfony Galaxy S26, S26+ oraz S26 Ultra, oprogramowanie po raz pierwszy analizuje strumień w czasie rzeczywistym. Sztuczna inteligencja separuje ścieżkę dźwiękową dokładnie w momencie odbioru transmisji. To funkcja, do której jeszcze niedawno potrzebowaliśmy profesjonalnych programów typu DAW, a dziś działa w locie na mobilnym procesorze.
Sześć warstw dźwięku, ale skuteczność zależna od źródła
Dla osób tworzących treści, system oferuje sporą swobodę. Narzędzie pozwala rozdzielić scenerię audio na sześć niezależnych warstw: głos, muzyka, wiatr, przyroda, tłum oraz pozostałe. Dzięki temu można precyzyjnie wzmacniać lub tłumić wybrane dźwięki, miksując elementy na bieżąco.
Producent deklaruje działanie bez opóźnień, ale w tym miejscu warto zachować zdrowy redakcyjny dystans. Fizyki i ograniczeń małych mikrofonów nie da się w pełni oszukać. Nawet sam Samsung w drobnym druczku zastrzega, że skuteczność zależy od rodzaju nagrania, a dokładność wycinania poszczególnych pasm po prostu nie jest gwarantowana.
Pełna kontrola pod jednym palcem
Dostęp do nowej funkcji zaprojektowano z myślą o szybkiej obsłudze. Regulacja odbywa się bezpośrednio w Panelu szybkiego sterowania, bez pauzowania oglądanej treści. Po aktywacji użytkownik otrzymuje do dyspozycji:
- Suwak „Siła” (Strength) do ręcznego, precyzyjnego dopasowania poziomu redukcji niepożądanych zakłóceń z otoczenia.
- Tryb „Uwypuklenie głosów” (Voice Focus), by natychmiast podbić dialogi podczas transmisji na żywo.
Gdzie to rozwiązanie sprawdzi się najlepiej?
- Podczas wirtualnych koncertów: można zachować warstwę muzyki i głosu, wyciszając irytujący ryk tłumu, aby skupić się na występie.
- Przy tworzeniu treści do sieci: twórcy mogą łatwo balansować dialog z tłem za pomocą intuicyjnego suwaka.
- W zatłoczonych miejscach: nagrywając materiały w hałaśliwych przestrzeniach, obniżenie poziomu warstwy tłumu pozwoli na uratowanie wypowiedzi na pierwszym planie.
#AudioEraser #edycjaDźwięku #GalaxyAI #nowościTechnologiczne #SamsungGalaxyS26 #smartfony #usuwanieDźwięku #VoiceFocus7 lat aktualizacji i brak odblasków. Samsung trafia w realne problemy użytkowników
-
Komputery z AI to nie marketing. Nowe dane pokazują, jak odzyskać nawet dwa dni pracy w tygodniu
Przez ostatnie miesiące producenci sprzętu zasypywali nas obietnicami o rewolucji, jaką przyniosą komputery ze zintegrowanymi układami sztucznej inteligencji (tzw. AI PC). Do teraz brzmiało to jak zręczny marketing.
Dwa najnowsze raporty badawcze – choć warto odnotować uczciwie, że zrealizowane na zlecenie jednego z czołowych producentów procesorów – weryfikują te zapowiedzi, dostarczając twardych danych. Wniosek? Ignorowanie tej technologii kosztuje firmy dziesiątki godzin zmarnowanego czasu miesięcznie, a pracownikom w skrajnych przypadkach odbiera nawet dwa dni wolnego w tygodniu.
Efekt kuli śnieżnej, czyli 7 tygodni w kieszeni
Z pierwszego badania wynika, że choć poszczególne zadania z pomocą lokalnego AI wykonuje się zauważalnie szybciej, prawdziwa zmiana dzieje się, gdy te drobne oszczędności skumulujemy w cyklu dobowym. Analiza typowego, 95-minutowego bloku pracy biurowej – obejmującego odpowiadanie na maile, notatki ze spotkań czy aktualizację prezentacji – wykazała, że na komputerze ze wsparciem sprzętowym AI czas ten skraca się do 61 minut. To redukcja aż o 36 procent.
W skali roku oznacza to, że pracownik zyskuje dodatkowe 7 tygodni (ponad 300 godzin), które może przeznaczyć na pracę analityczną lub po prostu na złapanie oddechu. Co więcej, atutem dzisiejszych AI PC jest możliwość uruchamiania zaawansowanych modeli językowych (np. LLM przez aplikację LM Studio) całkowicie lokalnie. Oznacza to, że firmy mogą generować podsumowania i analizować poufne dokumenty finansowe bez wysyłania choćby jednego bajta do zewnętrznej chmury, gwarantując absolutną prywatność danych.
Zaawansowany użytkownik oszczędza jeszcze więcej
Drugi raport wziął pod lupę tzw. „power userów” – kierowników projektów i analityków. W ich przypadku liczby są jeszcze bardziej bezlitosne dla tradycyjnych metod pracy. Okazuje się, że wykorzystanie wbudowanej sztucznej inteligencji potrafi w niektórych, bardzo intensywnych scenariuszach zaoszczędzić ponad 16 godzin w typowym tygodniu pracy. To niemal dwa pełne dni robocze.
Absolutny rekord odnotowano przy redagowaniu i formatowaniu formalnych e-maili – czas tej czynności skrócił się o 93,8 procent, z 15 minut do zaledwie minuty. Rewelacyjne wyniki osiągnięto również przy tworzeniu wykresów Gantta w Excelu (oszczędność na poziomie 73 procent) oraz przy podsumowywaniu długich, zawiłych wątków w systemie ticketowym Jira, gdzie AI ucięło czas o ponad 74 procent, dając ponad 8 minut oszczędności na pojedynczym zadaniu.
Koszt czekania na „ideał”
Najciekawszy jest jednak meta-wniosek płynący z obu analiz. Badacze zgodnie podkreślają, że odkładanie inwestycji w sprzęt nowej generacji w oczekiwaniu na mityczne, „jeszcze doskonalsze” modele to strategiczny błąd. Technologia już dziś osiągnęła poziom, na którym potrafi trwale odciążyć układ nerwowy pracownika, zmniejszając zmęczenie i redukując liczbę popełnianych błędów.
Firmy, które wstrzymują się z aktualizacją infrastruktury pod wymogi AI, de facto nie oszczędzają. Pozwalają jedynie, by konkurencja zbudowała przewagę operacyjną dzięki zespołom, które to samo robią dwa dni szybciej. W erze drastycznego poszukiwania rynkowych optymalizacji, z tym argumentem dyskutować po prostu się nie da.
#AIPC #Copilot #LLM #LMStudio #nowościTechnologiczne #optymalizacjaPracy #produktywność #rynekIT #sprzętIT #sztucznaInteligencja
-
AI już nie zgubi kontekstu. Google wprowadza Notatniki do darmowego Gemini
Praca ze sztuczną inteligencją bywa męcząca, gdy po kilku dniach chcesz wrócić do starego projektu, a algorytm zdążył już zgubić kontekst.
Google zaczęło właśnie wdrażać na to sensowne rozwiązanie. Funkcja tworzenia notatników, znana z projektu NotebookLM, sukcesywnie trafia do standardowej, darmowej wersji aplikacji Gemini. To jedna z najbardziej praktycznych zmian w codziennym korzystaniu z AI dla każdego, kto używa asystenta do czegoś więcej niż pisania luźnych zapytań. W praktyce oznacza to przejście z jednorazowych rozmów do długoterminowej pracy projektowej – bliższej temu, jak korzystamy z klasycznych narzędzi biurowych.
Mała, ale kluczowa zmiana. Google nareszcie ułatwi nawigację w NotebookLM
Twój asystent dostaje własne foldery
Zamiast przekopywać się przez długą listę starych czatów, na bocznym pasku strony gemini.google.com z czasem pojawi się nowa zakładka „Notebooks” (lub Notatniki). To działa jak zwykłe segregatory na dokumenty – zakładasz osobne miejsce dla konkretnego tematu i wrzucasz tam wybrane rozmowy z asystentem, pliki PDF czy inne teksty.
Co najważniejsze, w obrębie danego notatnika sztuczna inteligencja trzyma stały kontekst. Jeśli założysz projekt „Analiza rynku”, Gemini będzie czerpać wiedzę wyłącznie ze zgromadzonych tam materiałów. To spora zaleta, bo zauważalnie zmniejsza ryzyko zmyślania faktów przez algorytm. Możesz tam też na stałe zdefiniować, w jakim tonie asystent ma Ci odpowiadać.
Limity, które w zupełności wystarczą
Do tej pory zaawansowane organizowanie pracy było domeną płatnych subskrypcji. Teraz Google udostępnia tę funkcję bezpłatnie, pozwalając na podpięcie do 50 źródeł do jednego notatnika. Do codziennej pracy biurowej czy na studia – w sam raz. Subskrybenci planów AI Plus, Pro i Ultra mają wyższe limity (od 100 do 600 źródeł w projekcie).
Wartością dodaną z NotebookLM jest też łatwy eksport. Na podstawie zebranych materiałów można kilkoma kliknięciami wygenerować infografikę lub krótkie podsumowanie audio lub wideo.
Proces udostępniania nowej funkcji już się rozpoczął i obejmuje na razie przeglądarkową wersję Gemini. Właściciele aplikacji mobilnych oraz wersji na system macOS otrzymają nową sekcję w najbliższym czasie, więc jeśli jeszcze nie widzisz jej u siebie, uzbrój się w odrobinę cierpliwości.
#AIZaDarmo #asystentAI #Gemini #Google #NotebookLM #nowościTechnologiczne #organizacjaPracy #produktywność #sztucznaInteligencja -
Amazon Prime w Polsce. Wyższe opłaty za popularny abonament
Usługa, która przez lata uchodziła za najbardziej opłacalną na polskim rynku, doczekała się pierwszej od dawna aktualizacji cennika.
Amazon sukcesywnie informuje swoich użytkowników o nowych stawkach. Zmiany wchodzą w życie wraz z kolejnym okresem rozliczeniowym.
Dotychczasowy cennik Amazona w Polsce był rynkowym ewenementem. Za 49 złotych rocznie użytkownik otrzymywał darmowe dostawy ze sklepu giganta, dostęp do platformy Prime Video, produkcje w usłudze Prime Gaming oraz specjalne promocje. Ten stan rzeczy ulega normalizacji, a ceny idą w górę.
Nowe stawki i odnowienie usługi
Firma na bieżąco wysyła oficjalne wiadomości do polskich klientów. Nowy cennik przedstawia się następująco:
- Plan roczny rośnie z 49,00 zł na 69,00 zł
- Plan miesięczny rośnie z 10,99 zł na 15,50 zł
Oznacza to wzrost o równe 20 złotych w skali roku (w przypadku planu rocznego, najbardziej opłacalnego). Biorąc pod uwagę obecne realia rynkowe i oferty innych platform streamingowych, kwota 69 złotych za dwanaście miesięcy to nadal niezwykle rozsądna propozycja, wyprzedzająca atrakcyjnością konkurencję żądającą kilkudziesięciu złotych za jeden miesiąc.
Termin wprowadzenia nowych opłat
Formalnie rzecz biorąc nowa cena roczna (69 zł) obowiązuje od 13 stycznia br. Jeżeli ktoś opłacał abonament roczny Amazon Prime Video np. co roku w lutym, to już płaci drożej, ale np. osoby, które cykl rozliczeniowy zamykają w drugiej połowie roku, podwyżka dotknie ich później. Innymi słowy dla obecnych abonentów wyższe stawki nie wchodzą w życie odgórnie konkretnego dnia. Zaktualizowane zasady zaczną obowiązywać w momencie nadejścia kolejnego, indywidualnego okresu rozliczeniowego – jeśli opłacasz usługę na rok z góry w sierpniu, to nowa kwota zostanie pobrana właśnie w tym miesiącu.
Co istotne, z rozsyłanych przez giganta powiadomień wynika, że nowa stawka wymaga aktywnej zgody ze strony użytkownika. Jeśli klient nie podejmie żadnych działań i nie zaakceptuje zmienionego regulaminu przed dniem odnowienia swojej usługi, ta po prostu automatycznie wygaśnie.
Oprócz samej zmiany kwot, firma zaktualizowała również regulamin. Nowe zapisy obejmują uściślenie procedur anulowania subskrypcji, wyjaśnienia dotyczące polityki zwrotów oraz ujednolicenie warunków korzystania z platformy wideo. Zmiany dotknęły również oficjalnej listy obsługiwanych urządzeń.
Podwyżki rzadko spotykają się z entuzjazmem, jednak w tym przypadku mówimy o urealnieniu ceny, która przez długi czas pozostawała na wyjątkowo niskim poziomie. Nawet po dodaniu 20 złotych rocznie, propozycja Amazona pozostaje jedną z najbardziej opłacalnych opcji w polskim internecie.
#abonament #Amazon #AmazonPolska #AmazonPrime #darmowaDostawa #nowościTechnologiczne #podwyżkiCen #PrimeVideo #rynekVODAmazon zmusza do wymiany czytników. Miliony sprawnych urządzeń straci wsparcie
-
Microsoft podnosi ceny laptopów Surface. Różnice wynoszą aż 500 dolarów
Microsoft zdecydował się na drastyczny ruch, który mocno uderzy w portfele fanów marki.
Ceny nowej generacji urządzeń z linii Surface poszybowały w górę, a podwyżki są wręcz astronomiczne. Odrzucamy korporacyjne tłumaczenia i chłodno sprawdzamy, co ten skok oznacza dla zwykłego użytkownika szukającego sprzętu z systemem Windows.
Gigant z Redmond po cichu zaktualizował cenniki, a nowe kwoty przyprawiają o zawrót głowy. Zmiany najmocniej dotknęły urządzeń z najwyższej półki. Flagowy Surface Pro (wersja 13-calowa) oraz Surface Laptop (13,8 cala), które początkowo debiutowały z ceną 999 dolarów, teraz zaczynają się od pułapu 1499 dolarów. Oznacza to potężny wzrost o równe 500 „zielonych” na przestrzeni zaledwie jednej generacji sprzętu.
Tłumaczenia producenta a rynkowa rzeczywistość
Firma oficjalnie zrzuca winę na rosnące koszty komponentów, w szczególności pamięci operacyjnej (RAM). Choć globalne zawirowania w łańcuchach dostaw są faktem, to przerzucenie aż tak ogromnych obciążeń finansowych bezpośrednio na barki ostatecznego nabywcy wydaje się ruchem niezwykle odważnym. Konkurencja potrafi znacznie skuteczniej amortyzować podobne wahania, nie fundując swoim klientom z dnia na dzień pięćdziesięcioprocentowych podwyżek.
Co gorsza, cięcia w portfelach nie ominęły również sprzętów celujących w niższy budżet. Starszy wariant Surface Pro (12 cali) podrożał z 799 do 1049 dolarów, a podstawowy wariant Surface Laptop (13 cali) zanotował skok z 899 na 1149 dolarów. W praktyce maszyny, które do tej pory uchodziły za bardzo rozsądny, środkowy segment, wchodzą właśnie na terytorium zarezerwowane niegdyś wyłącznie dla urządzeń flagowych.
Ryzykowna strategia i prezent dla Apple
Tak agresywna wycena może okazać się rynkowym strzałem w stopę. Próg wejścia w ekosystem przenośnych komputerów Microsoftu stał się niezwykle wysoki. W tej sytuacji wielu użytkowników może skierować swój wzrok w stronę Apple. Słynące z wysokich cen laptopy z nadgryzionym jabłkiem paradoksalnie zaczynają wyglądać na bardzo rozsądną i stabilną propozycję na tle zaktualizowanych cenników rodziny Surface. Czas pokaże, czy ta odważna strategia nie odbije się poważną czkawką w wynikach kwartalnych ze sprzedaży sprzętu.
#komputeryWindows #laptopy #Microsoft #MicrosoftSurface #nowościTechnologiczne #podwyżkiCen #rynekPC #SurfaceLaptop #SurfacePro
-
Microsoft podnosi ceny laptopów Surface. Różnice wynoszą aż 500 dolarów
Microsoft zdecydował się na drastyczny ruch, który mocno uderzy w portfele fanów marki.
Ceny nowej generacji urządzeń z linii Surface poszybowały w górę, a podwyżki są wręcz astronomiczne. Odrzucamy korporacyjne tłumaczenia i chłodno sprawdzamy, co ten skok oznacza dla zwykłego użytkownika szukającego sprzętu z systemem Windows.
Gigant z Redmond po cichu zaktualizował cenniki, a nowe kwoty przyprawiają o zawrót głowy. Zmiany najmocniej dotknęły urządzeń z najwyższej półki. Flagowy Surface Pro (wersja 13-calowa) oraz Surface Laptop (13,8 cala), które początkowo debiutowały z ceną 999 dolarów, teraz zaczynają się od pułapu 1499 dolarów. Oznacza to potężny wzrost o równe 500 „zielonych” na przestrzeni zaledwie jednej generacji sprzętu.
Tłumaczenia producenta a rynkowa rzeczywistość
Firma oficjalnie zrzuca winę na rosnące koszty komponentów, w szczególności pamięci operacyjnej (RAM). Choć globalne zawirowania w łańcuchach dostaw są faktem, to przerzucenie aż tak ogromnych obciążeń finansowych bezpośrednio na barki ostatecznego nabywcy wydaje się ruchem niezwykle odważnym. Konkurencja potrafi znacznie skuteczniej amortyzować podobne wahania, nie fundując swoim klientom z dnia na dzień pięćdziesięcioprocentowych podwyżek.
Co gorsza, cięcia w portfelach nie ominęły również sprzętów celujących w niższy budżet. Starszy wariant Surface Pro (12 cali) podrożał z 799 do 1049 dolarów, a podstawowy wariant Surface Laptop (13 cali) zanotował skok z 899 na 1149 dolarów. W praktyce maszyny, które do tej pory uchodziły za bardzo rozsądny, środkowy segment, wchodzą właśnie na terytorium zarezerwowane niegdyś wyłącznie dla urządzeń flagowych.
Ryzykowna strategia i prezent dla Apple
Tak agresywna wycena może okazać się rynkowym strzałem w stopę. Próg wejścia w ekosystem przenośnych komputerów Microsoftu stał się niezwykle wysoki. W tej sytuacji wielu użytkowników może skierować swój wzrok w stronę Apple. Słynące z wysokich cen laptopy z nadgryzionym jabłkiem paradoksalnie zaczynają wyglądać na bardzo rozsądną i stabilną propozycję na tle zaktualizowanych cenników rodziny Surface. Czas pokaże, czy ta odważna strategia nie odbije się poważną czkawką w wynikach kwartalnych ze sprzedaży sprzętu.
#komputeryWindows #laptopy #Microsoft #MicrosoftSurface #nowościTechnologiczne #podwyżkiCen #rynekPC #SurfaceLaptop #SurfacePro
-
Premiera vivo X300 Ultra w Polsce. Zestaw z systemem ZEISS rzuca wyzwanie gigantom
Po raz pierwszy seria Ultra od vivo oficjalnie pojawia się na naszym rynku. Model X300 Ultra to sprzęt, który ma ambicję zatrzeć granicę między smartfonem a profesjonalnym sprzętem fotograficznym i filmowym.
Odzieramy tę premierę z haseł reklamowych i chłodno sprawdzamy, co dokładnie otrzymujemy za kwotę przekraczającą osiem tysięcy złotych oraz jak nowość wypada na tle rynkowych rywali.
To nie jest uniwersalny smartfon dla mas, ale raczej zaawansowane narzędzie dla twórców wideo i fotografów. Vivo rzuca tu otwarte wyzwanie takim tuzom jak Samsung Galaxy S26 Ultra, Xiaomi 17 Ultra czy iPhone 17 Pro Max. O ile jednak rywale często stawiają na kompromisową wszechstronność, o tyle nowy gracz wyraźnie pozycjonuje swój sprzęt jako wysoce wyspecjalizowaną maszynę do rejestrowania obrazu.
Optyka ZEISS i twarde realia mobilnej fotografii
Producent postawił na moduł opracowany wspólnie z marką ZEISS, w którym każdy z trzech obiektywów (14 mm, 35 mm oraz 85 mm) z założenia pełni rolę jednostki głównej. Największe wrażenie na papierze robi teleobiektyw, który wykorzystuje ogromną matrycę Samsung HP0 o rozdzielczości 200 MP, wspieraną przez zaawansowaną stabilizację (tzw. OIS klasy gimbal) oraz bardzo szybkie śledzenie ostrości do 60 klatek na sekundę. Główna jednostka to z kolei również 200-megapikselowy sensor, tym razem Sony LYTIA 901.
Trzeba jednak pamiętać, że w erze fotografii obliczeniowej potężne liczby i obietnice „gimbalowej” płynności to tylko połowa sukcesu. Ostateczny efekt i tak zawsze zależy od oprogramowania oraz algorytmów przetwarzania obrazu. Tę lekcję boleśnie odrobiło już wielu producentów w przeszłości.
Wideo gotowe na postprodukcję
Urządzenie pozwala na nagrywanie w rozdzielczości 4K przy 120 klatkach na sekundę (w 10-bitowym formacie Log oraz Dolby Vision) na wszystkich dostępnych ogniskowych. Profesjonaliści zyskują też natywną obsługę LUT-ów 3D oraz kompatybilność z systemem postprodukcji ACES. To właśnie te funkcje, a nie same megapiksele, stanowią o największej sile modelu w oczach świadomych twórców.
Wnętrze i zapotrzebowanie na energię
Aby płynnie przetworzyć tak ogromne ilości danych w czasie rzeczywistym, zastosowano flagowy procesor Snapdragon 8 Elite Gen 5, z którym współpracuje autorski układ obrazowania vivo VS1+. Stabilność pracy podczas ciągłego nagrywania ma zapewnić rozbudowany system chłodzenia z komorą parową. Energię dostarcza ogniwo o pojemności 6600 mAh (ładowanie 100W po kablu lub 40W bezprzewodowo). Front zajmuje z kolei 6,82-calowy panel 2K o szczytowej jasności sięgającej 4500 nitów.
Ceny, akcesoria i rynkowy sens zakupu
Sprzęt w wersji z 16 GB pamięci operacyjnej i 1 TB przestrzeni na dane trafił do sprzedaży w dwóch wariantach barwnych (Stepowa Zieleń oraz Wulkaniczna Czerń). Sugerowana cena detaliczna wynosi 8 499 złotych.
Dla osób szukających wrażeń przypominających pracę z tradycyjnym aparatem, przygotowano pakiet Special Edition (9 499 zł). W jego skład wchodzi między innymi telekonwerter, zewnętrzna ładowarka oraz specjalny uchwyt z fizycznymi przyciskami i wbudowaną baterią. Pojawia się jednak pytanie, czy w dobie skrajnej miniaturyzacji znajdzie się wielu chętnych, by z i tak masywnego smartfona budować nieporęczny aparat za pomocą dołączanych rączek.
Dla kogo więc faktycznie jest ten sprzęt? To zdecydowanie nie jest wybór dla przeciętnego użytkownika szukającego po prostu ładnych ujęć z wakacji. Vivo X300 Ultra to wąsko sprofilowana maszyna dla entuzjastów oraz twórców, którzy wiedzą, jak wykorzystać profile logarytmiczne i zaawansowaną korekcję barwną. Reszta rynku z czystym sumieniem zadowoli się tańszą i bardziej uniwersalną konkurencją.
#fotografiaMobilna #konkurencjaDlaGalaxyS24Ultra #nagrywanie4K #nowościTechnologiczne #smartfonFotograficzny #smartfony #Vivo #VivoX300Ultra #Zeiss
-
Premiera vivo X300 Ultra w Polsce. Zestaw z systemem ZEISS rzuca wyzwanie gigantom
Po raz pierwszy seria Ultra od vivo oficjalnie pojawia się na naszym rynku. Model X300 Ultra to sprzęt, który ma ambicję zatrzeć granicę między smartfonem a profesjonalnym sprzętem fotograficznym i filmowym.
Odzieramy tę premierę z haseł reklamowych i chłodno sprawdzamy, co dokładnie otrzymujemy za kwotę przekraczającą osiem tysięcy złotych oraz jak nowość wypada na tle rynkowych rywali.
To nie jest uniwersalny smartfon dla mas, ale raczej zaawansowane narzędzie dla twórców wideo i fotografów. Vivo rzuca tu otwarte wyzwanie takim tuzom jak Samsung Galaxy S26 Ultra, Xiaomi 17 Ultra czy iPhone 17 Pro Max. O ile jednak rywale często stawiają na kompromisową wszechstronność, o tyle nowy gracz wyraźnie pozycjonuje swój sprzęt jako wysoce wyspecjalizowaną maszynę do rejestrowania obrazu.
Optyka ZEISS i twarde realia mobilnej fotografii
Producent postawił na moduł opracowany wspólnie z marką ZEISS, w którym każdy z trzech obiektywów (14 mm, 35 mm oraz 85 mm) z założenia pełni rolę jednostki głównej. Największe wrażenie na papierze robi teleobiektyw, który wykorzystuje ogromną matrycę Samsung HP0 o rozdzielczości 200 MP, wspieraną przez zaawansowaną stabilizację (tzw. OIS klasy gimbal) oraz bardzo szybkie śledzenie ostrości do 60 klatek na sekundę. Główna jednostka to z kolei również 200-megapikselowy sensor, tym razem Sony LYTIA 901.
Trzeba jednak pamiętać, że w erze fotografii obliczeniowej potężne liczby i obietnice „gimbalowej” płynności to tylko połowa sukcesu. Ostateczny efekt i tak zawsze zależy od oprogramowania oraz algorytmów przetwarzania obrazu. Tę lekcję boleśnie odrobiło już wielu producentów w przeszłości.
Wideo gotowe na postprodukcję
Urządzenie pozwala na nagrywanie w rozdzielczości 4K przy 120 klatkach na sekundę (w 10-bitowym formacie Log oraz Dolby Vision) na wszystkich dostępnych ogniskowych. Profesjonaliści zyskują też natywną obsługę LUT-ów 3D oraz kompatybilność z systemem postprodukcji ACES. To właśnie te funkcje, a nie same megapiksele, stanowią o największej sile modelu w oczach świadomych twórców.
Wnętrze i zapotrzebowanie na energię
Aby płynnie przetworzyć tak ogromne ilości danych w czasie rzeczywistym, zastosowano flagowy procesor Snapdragon 8 Elite Gen 5, z którym współpracuje autorski układ obrazowania vivo VS1+. Stabilność pracy podczas ciągłego nagrywania ma zapewnić rozbudowany system chłodzenia z komorą parową. Energię dostarcza ogniwo o pojemności 6600 mAh (ładowanie 100W po kablu lub 40W bezprzewodowo). Front zajmuje z kolei 6,82-calowy panel 2K o szczytowej jasności sięgającej 4500 nitów.
Ceny, akcesoria i rynkowy sens zakupu
Sprzęt w wersji z 16 GB pamięci operacyjnej i 1 TB przestrzeni na dane trafił do sprzedaży w dwóch wariantach barwnych (Stepowa Zieleń oraz Wulkaniczna Czerń). Sugerowana cena detaliczna wynosi 8 499 złotych.
Dla osób szukających wrażeń przypominających pracę z tradycyjnym aparatem, przygotowano pakiet Special Edition (9 499 zł). W jego skład wchodzi między innymi telekonwerter, zewnętrzna ładowarka oraz specjalny uchwyt z fizycznymi przyciskami i wbudowaną baterią. Pojawia się jednak pytanie, czy w dobie skrajnej miniaturyzacji znajdzie się wielu chętnych, by z i tak masywnego smartfona budować nieporęczny aparat za pomocą dołączanych rączek.
Dla kogo więc faktycznie jest ten sprzęt? To zdecydowanie nie jest wybór dla przeciętnego użytkownika szukającego po prostu ładnych ujęć z wakacji. Vivo X300 Ultra to wąsko sprofilowana maszyna dla entuzjastów oraz twórców, którzy wiedzą, jak wykorzystać profile logarytmiczne i zaawansowaną korekcję barwną. Reszta rynku z czystym sumieniem zadowoli się tańszą i bardziej uniwersalną konkurencją.
#fotografiaMobilna #konkurencjaDlaGalaxyS24Ultra #nagrywanie4K #nowościTechnologiczne #smartfonFotograficzny #smartfony #Vivo #VivoX300Ultra #Zeiss
-
JBL Go 5 oficjalnie. Przydatne nowości, mające realny sens
JBL odświeża swoją linię miniaturowych urządzeń audio. Piąta odsłona modelu Go to nie tylko podbicie parametrów, ale przede wszystkim ulepszenia technologiczne.
Nowy JBL Go 5 zachowuje formę znanej, małej kostki, ale zyskuje ambientowe podświetlenie krawędzi. Nie jest to wyłącznie estetyczny dodatek – świetlne motywy pełnią rolę informacyjną, sygnalizując między innymi stan urządzenia, proces parowania czy poziom naładowania akumulatora.
Odporność i czas pracy
Urządzenie zostało uszczelnione zgodnie z rygorystyczną normą IP68, co gwarantuje pełną odporność na wodę oraz pył. Wzmocniono również samą obudowę, aby znacznie lepiej znosiła ewentualne upadki na twarde podłoże. Całość pozostaje wysoce mobilna, ważąc zaledwie 230 gramów.
Wewnątrz pracuje 45-milimetrowy przetwornik o mocy 4,8 W RMS. Wbudowane ogniwo litowo-jonowe pozwala na 8 godzin ciągłego odtwarzania muzyki, a uruchomienie programowej funkcji „Playtime Boost” jest w stanie wyciągnąć z niego dodatkowe dwie godziny.
Zaawansowana łączność i ekologia
Najciekawiej zapowiada się wsparcie dla nowych standardów, które realnie zmieniają sposób korzystania ze sprzętu. Głośnik łączy się ze źródłem poprzez moduł Bluetooth w wersji 6.0 (z obsługą kodeków takich jak LC3 czy AAC). Ogromnym plusem jest obecność technologii Auracast – to standard pozwalający na bezprzewodowe łączenie wielu kompatybilnych głośników w jedną, rozbudowaną sieć audio.
Praktyczną nowinką jest system „AirTouch”, czyli rozwiązanie przypominające znane z innych urządzeń szybkie parowanie przez zbliżenie. Wystarczy zetknąć ze sobą dwa modele Go 5, aby natychmiast utworzyły one parę stereo z automatycznym podziałem na lewy i prawy kanał. Dla purystów producent zostawił również rzadko spotykaną w tej klasie cenowej możliwość przewodowego przesyłania bezstratnego dźwięku za pomocą portu USB-C.
Inżynierowie JBL zrezygnowali z używania tworzywa PVC. Obudowę oraz magnes przetwornika wykonano częściowo z materiałów pochodzących z recyklingu (w tym tworzyw sztucznych i tkanin). Zmiany dotknęły również opakowania, które powstaje z papieru z certyfikatem FSC z ekologicznym nadrukiem na bazie soi. Ustawieniami oraz iluminacją można swobodnie sterować z poziomu mobilnej aplikacji JBL Portable.
Producent nie próbuje tu na siłę wymyślać koła na nowo, ale precyzyjnie dokłada funkcje, które realnie poprawiają codzienne użytkowanie – szczególnie Auracast oraz bezstratny przesył po kablu. Sugerowana cena detaliczna modelu JBL Go 5 została ustalona na 219 złotych.
#AirTouch #Auracast #Bluetooth60 #głośnikBluetooth #JBL #JBLGo5 #mobilneAudio #nowościTechnologiczne #sprzętMuzyczny
-
JBL Go 5 oficjalnie. Przydatne nowości, mające realny sens
JBL odświeża swoją linię miniaturowych urządzeń audio. Piąta odsłona modelu Go to nie tylko podbicie parametrów, ale przede wszystkim ulepszenia technologiczne.
Nowy JBL Go 5 zachowuje formę znanej, małej kostki, ale zyskuje ambientowe podświetlenie krawędzi. Nie jest to wyłącznie estetyczny dodatek – świetlne motywy pełnią rolę informacyjną, sygnalizując między innymi stan urządzenia, proces parowania czy poziom naładowania akumulatora.
Odporność i czas pracy
Urządzenie zostało uszczelnione zgodnie z rygorystyczną normą IP68, co gwarantuje pełną odporność na wodę oraz pył. Wzmocniono również samą obudowę, aby znacznie lepiej znosiła ewentualne upadki na twarde podłoże. Całość pozostaje wysoce mobilna, ważąc zaledwie 230 gramów.
Wewnątrz pracuje 45-milimetrowy przetwornik o mocy 4,8 W RMS. Wbudowane ogniwo litowo-jonowe pozwala na 8 godzin ciągłego odtwarzania muzyki, a uruchomienie programowej funkcji „Playtime Boost” jest w stanie wyciągnąć z niego dodatkowe dwie godziny.
Zaawansowana łączność i ekologia
Najciekawiej zapowiada się wsparcie dla nowych standardów, które realnie zmieniają sposób korzystania ze sprzętu. Głośnik łączy się ze źródłem poprzez moduł Bluetooth w wersji 6.0 (z obsługą kodeków takich jak LC3 czy AAC). Ogromnym plusem jest obecność technologii Auracast – to standard pozwalający na bezprzewodowe łączenie wielu kompatybilnych głośników w jedną, rozbudowaną sieć audio.
Praktyczną nowinką jest system „AirTouch”, czyli rozwiązanie przypominające znane z innych urządzeń szybkie parowanie przez zbliżenie. Wystarczy zetknąć ze sobą dwa modele Go 5, aby natychmiast utworzyły one parę stereo z automatycznym podziałem na lewy i prawy kanał. Dla purystów producent zostawił również rzadko spotykaną w tej klasie cenowej możliwość przewodowego przesyłania bezstratnego dźwięku za pomocą portu USB-C.
Inżynierowie JBL zrezygnowali z używania tworzywa PVC. Obudowę oraz magnes przetwornika wykonano częściowo z materiałów pochodzących z recyklingu (w tym tworzyw sztucznych i tkanin). Zmiany dotknęły również opakowania, które powstaje z papieru z certyfikatem FSC z ekologicznym nadrukiem na bazie soi. Ustawieniami oraz iluminacją można swobodnie sterować z poziomu mobilnej aplikacji JBL Portable.
Producent nie próbuje tu na siłę wymyślać koła na nowo, ale precyzyjnie dokłada funkcje, które realnie poprawiają codzienne użytkowanie – szczególnie Auracast oraz bezstratny przesył po kablu. Sugerowana cena detaliczna modelu JBL Go 5 została ustalona na 219 złotych.
#AirTouch #Auracast #Bluetooth60 #głośnikBluetooth #JBL #JBLGo5 #mobilneAudio #nowościTechnologiczne #sprzętMuzyczny
-
Autonomiczne algorytmy Google wyręczą nas w planowaniu. Zarezerwują stolik bez naszego udziału
Sztuczna inteligencja wreszcie przestaje być tylko zaawansowanym chatbotem, a zaczyna realnie działać w naszym imieniu.
Google ogłosiło globalne rozszerzenie funkcji autonomicznej rezerwacji w trybie AI Mode. Choć na razie nowość omija Polskę, to wyraźny sygnał, że era tak zwanego „agentic AI” staje się faktem na naszych smartfonach.
Jeszcze do niedawna asystenci głosowi potrafili co najwyżej podać nam adres restauracji czy sprawdzić godziny otwarcia. Google idzie o wielki krok dalej. Zamiast zmuszać użytkownika do samodzielnego dzwonienia lub przeklikiwania się przez dziesiątki systemów rezerwacyjnych, AI Mode bierze to zadanie w pełni na siebie.
Sztuczna inteligencja załatwi to za nas
Wystarczy wpisać lub wypowiedzieć naturalne polecenie w stylu: „znajdź mi pobliską knajpę z sushi, która ma wolny stolik dla czterech osób i serwuje wegańską tempurę”. Autonomiczny agent Google sam przeszuka sieć, zintegrowane platformy rezerwacyjne oraz strony lokali, a następnie doprowadzi proces rezerwacji do końca. Co ważne, funkcja ta wychodzi z fazy eksperymentalnej i staje się powszechnie dostępna.
Niestety, jak to niemal zawsze bywa w przypadku nowości od giganta z Mountain View, technologiczna rewolucja musi chwilę poczekać, zanim dotrze nad Wisłę. Zgodnie z oficjalnym komunikatem, funkcja wychodzi poza Stany Zjednoczone, ale trafia wyłącznie na osiem nowych rynków. Są to:
- Australia
- Kanada
- Hongkong
- Indie
- Nowa Zelandia
- Singapur
- Republika Południowej Afryki
- Wielka Brytania
Odświeżony interfejs aplikacji
Przy okazji wprowadzania agenturalnych nowości, Google odświeża również sam wygląd narzędzia w aplikacjach na systemy Android oraz iOS. Dotychczasowe, wyskakujące okienko zostało zastąpione znacznie czytelniejszym panelem dolnym, który nie zasłania już całego ekranu.
Użytkownicy zyskali łatwe w obsłudze przyciski szybkiego dostępu do aparatu i galerii, ułatwiające wprowadzanie wizualnego kontekstu do zapytań. Dodano również nową sekcję narzędzi (obecnie pozwalającą na szybkie generowanie obrazów bezpośrednio ze smartfona) oraz prosty przełącznik modeli językowych, pozwalający użytkownikom wymusić użycie potężniejszego wariantu Pro zamiast standardowego trybu Auto.
To doskonały przykład tego, jak w najbliższych miesiącach zmieni się nasza interakcja ze smartfonami. Firmy technologiczne powoli przestają ścigać się na to, czyj model językowy napisze lepszy wiersz czy streszczenie maila. Prawdziwa walka toczy się teraz o to, czyje algorytmy szybciej i skuteczniej odciążą nas w codziennych, powtarzalnych obowiązkach.
#agenticAI #AIMode #Android #aplikacjeMobilne #Google #iOS #nowościTechnologiczne #rezerwacje #sztucznaInteligencja -
Autonomiczne algorytmy Google wyręczą nas w planowaniu. Zarezerwują stolik bez naszego udziału
Sztuczna inteligencja wreszcie przestaje być tylko zaawansowanym chatbotem, a zaczyna realnie działać w naszym imieniu.
Google ogłosiło globalne rozszerzenie funkcji autonomicznej rezerwacji w trybie AI Mode. Choć na razie nowość omija Polskę, to wyraźny sygnał, że era tak zwanego „agentic AI” staje się faktem na naszych smartfonach.
Jeszcze do niedawna asystenci głosowi potrafili co najwyżej podać nam adres restauracji czy sprawdzić godziny otwarcia. Google idzie o wielki krok dalej. Zamiast zmuszać użytkownika do samodzielnego dzwonienia lub przeklikiwania się przez dziesiątki systemów rezerwacyjnych, AI Mode bierze to zadanie w pełni na siebie.
Sztuczna inteligencja załatwi to za nas
Wystarczy wpisać lub wypowiedzieć naturalne polecenie w stylu: „znajdź mi pobliską knajpę z sushi, która ma wolny stolik dla czterech osób i serwuje wegańską tempurę”. Autonomiczny agent Google sam przeszuka sieć, zintegrowane platformy rezerwacyjne oraz strony lokali, a następnie doprowadzi proces rezerwacji do końca. Co ważne, funkcja ta wychodzi z fazy eksperymentalnej i staje się powszechnie dostępna.
Niestety, jak to niemal zawsze bywa w przypadku nowości od giganta z Mountain View, technologiczna rewolucja musi chwilę poczekać, zanim dotrze nad Wisłę. Zgodnie z oficjalnym komunikatem, funkcja wychodzi poza Stany Zjednoczone, ale trafia wyłącznie na osiem nowych rynków. Są to:
- Australia
- Kanada
- Hongkong
- Indie
- Nowa Zelandia
- Singapur
- Republika Południowej Afryki
- Wielka Brytania
Odświeżony interfejs aplikacji
Przy okazji wprowadzania agenturalnych nowości, Google odświeża również sam wygląd narzędzia w aplikacjach na systemy Android oraz iOS. Dotychczasowe, wyskakujące okienko zostało zastąpione znacznie czytelniejszym panelem dolnym, który nie zasłania już całego ekranu.
Użytkownicy zyskali łatwe w obsłudze przyciski szybkiego dostępu do aparatu i galerii, ułatwiające wprowadzanie wizualnego kontekstu do zapytań. Dodano również nową sekcję narzędzi (obecnie pozwalającą na szybkie generowanie obrazów bezpośrednio ze smartfona) oraz prosty przełącznik modeli językowych, pozwalający użytkownikom wymusić użycie potężniejszego wariantu Pro zamiast standardowego trybu Auto.
To doskonały przykład tego, jak w najbliższych miesiącach zmieni się nasza interakcja ze smartfonami. Firmy technologiczne powoli przestają ścigać się na to, czyj model językowy napisze lepszy wiersz czy streszczenie maila. Prawdziwa walka toczy się teraz o to, czyje algorytmy szybciej i skuteczniej odciążą nas w codziennych, powtarzalnych obowiązkach.
#agenticAI #AIMode #Android #aplikacjeMobilne #Google #iOS #nowościTechnologiczne #rezerwacje #sztucznaInteligencja -
Uratujesz przypadkowo usunięte SMS-y. Aplikacja Google zyskuje niezwykle przydatną opcję
Wszyscy to znamy – jeden nieostrożny ruch palcem i ważna wymiana wiadomości znika na zawsze. Przez lata użytkownicy Androida musieli godzić się z faktem, że skasowanie SMS-a to wyrok ostateczny. Google postanowiło wreszcie naprawić to irytujące niedopatrzenie i wprowadza do swojej systemowej aplikacji wcześniej już ogłaszany bezpieczny bufor.
Trudno nie odnieść wrażenia, że gigant z Mountain View po raz kolejny odkrywa koło na nowo. Przecież folder z usuniętymi elementami to absolutny standard w klientach pocztowych czy systemach operacyjnych na komputerach osobistych od dobrych kilkudziesięciu lat. Mimo wszystko, dodanie wirtualnego „Kosza” do Google Wiadomości to zmiana, która realnie ułatwi życie milionom posiadaczy smartfonów. Zamiast natychmiastowo pozbywać się danych z urządzenia, aplikacja da nam wreszcie margines na błąd.
Wiadomości Google z dwiema nowościami. Kosz na SMS-y i oznaczanie w czatach RCS
Jak to działa w praktyce?
Zamiast tradycyjnego usuwania, aplikacja stosuje teraz „okres karencji”. Po najnowszej aktualizacji, pozbycie się rozmowy uruchamia nowy mechanizm:
- Po naciśnięciu ikony usuwania, wątek trafia do specjalnego folderu na równo 30 dni.
- Co ciekawe, w przypadku tańszych urządzeń z systemem Android Go, ten czas skrócono do zaledwie 7 dni (aby agresywniej oszczędzać wbudowaną pamięć masową).
Dostęp do nowej sekcji uzyskamy, klikając swoje zdjęcie profilowe w prawym górnym rogu ekranu – opcja znajduje się tuż pod zarchiwizowanymi wiadomościami.
Wewnątrz możemy przejrzeć stan naszego śmietnika, przywrócić poszczególne wątki na główny ekran lub pozbyć się ich już bezpowrotnie jednym kliknięciem.
Sprytne zarządzanie nowymi wiadomościami
Programiści Google całkiem logicznie rozwiązali też kwestię powrotu do przerwanej konwersacji. Jeśli ktoś z usuniętego wcześniej (i wciąż przebywającego w koszu) wątku wyśle nam nagle nową wiadomość, aplikacja nie wyciągnie starych SMS-ów z cyfrowego niebytu. Zamiast tego stworzy na głównym ekranie zupełnie nową, czystą rozmowę, pozostawiając historyczną korespondencję w śmietniku do czasu jej automatycznego wygaśnięcia.
Funkcja, oznaczona w stabilnej wersji aplikacji jako 20260327_00_RC00, jest już sukcesywnie udostępniana globalnie. Choć to innowacja, która powinna być dostępna od dekady, świetnie pokazuje ona, że Google powoli doprowadza swój komunikator do rynkowych standardów, czyniąc z niego coraz bezpieczniejsze i wygodniejsze narzędzie.
#Aktualizacje #Android #aplikacjeMobilne #Google #GoogleWiadomości #nowościTechnologiczne #smartfony #sms -
Sztuczna inteligencja schodzi pod strzechy. Samsung Galaxy A57 oraz A37 oficjalnie w Polsce
Firma Samsung ogłosiła wprowadzenie na polski rynek najnowszych smartfonów ze swojej najpopularniejszej serii – Galaxy A57 5G oraz A37 5G.
To wyraźny sygnał dla całej branży mobilnej: zaawansowana sztuczna inteligencja przestaje być ekskluzywnym towarem dla posiadaczy najdroższych flagowców i staje się wreszcie rynkowym standardem.
Koreański producent tym razem rzuca poważne wyzwanie średniej półce, wprowadzając do niej pakiet „Awesome Intelligence”. Na pokładzie nowych urządzeń znalazła się najnowsza nakładka systemowa One UI 8.5. Co to oznacza dla użytkownika? W praktyce to świetnie znane rozwiązania z droższych modeli z serii Galaxy S, które po raz pierwszy trafiają do masowego odbiorcy. Na liście funkcji AI znajdziemy między innymi:
- System transkrypcji głosu zamieniający nagrania w tekst, wraz z przydatną opcją tłumaczenia.
- Wybór AI, pozwalający na błyskawiczne wyodrębnienie tekstu lub obrazu z dowolnego miejsca na ekranie.
- Inteligentną „Gumkę do usuwania obiektów” ze zdjęć.
- Integrację z asystentami Bixby oraz Gemini, co pozwala na obsługę urządzenia naturalnym językiem.
Cienkie ramki i święty spokój na lata
W obu modelach zamontowano potrójny aparat, w którym główna matryca ma rozdzielczość 50 MP i współpracuje z trybem nocnym „Nightography”. Wariant A57 5G idzie o krok dalej, oferując ulepszony procesor sygnału obrazu (ISP) – to teoretycznie powinno wyciągnąć więcej detali w trudnych warunkach oświetleniowych, choć prawdziwy werdykt wydamy dopiero po pierwszych testach.
Odchodząc od marketingowych zachwytów nad ekranami Super AMOLED+, warto spojrzeć na same gabaryty. Model A57 5G waży 179 g i przy 6,9 mm grubości jest po prostu zgrabnym, nowocześnie wyglądającym sprzętem, który nie wypycha kieszeni. Akumulator o pojemności 5000 mAh i certyfikat wodoszczelności IP68 to w tej klasie cenowej już raczej rynkowy wymóg, ale Samsung dokłada do tego coś znacznie ważniejszego.
Producent oficjalnie obiecuje aktualizację aż sześciu generacji systemu Android oraz łatki bezpieczeństwa dostarczane przez równe sześć lat od premiery. I to jest ten moment, w którym Koreańczycy najmocniej uderzają w tańszą, chińską konkurencję – sprzęt z serii Galaxy A może i jest nieco droższy na starcie, ale przynajmniej nie stanie się zacinającym się elektrośmieciem po zaledwie dwóch sezonach.
Samsung Galaxy A37 5G (fot. materiały prasowe)
Oferty dla szybkich
Tradycyjnie, dla pierwszych nabywców przygotowano oferty specjalne w oficjalnym sklepie producenta, obowiązujące do 24 kwietnia 2026 roku. Klienci, którzy zdecydują się na szybszy zakup, otrzymają warianty z większą pamięcią na dane w obniżonych cenach.
Promocyjne ceny za wersje 256 GB prezentują się następująco:
- Galaxy A57 5G – 2439 zł (zamiast regularnych 2569 zł)
- Galaxy A37 5G – 2069 zł (zamiast regularnych 2269 zł)
Uzupełnieniem przedsprzedaży są rabaty na ekosystem (do 250 zł zniżki na smartwatche Galaxy, 100 zł na słuchawki) oraz trzy darmowe miesiące ubezpieczenia Samsung Care+. We współpracy z marką Burga ruszyła również specjalna akcja w mediach społecznościowych z designerskimi etui do wygrania.
#Android16 #AwesomeIntelligence #GalaxyA375G #GalaxyA575G #nowościTechnologiczne #promocje #Samsung #smartfony #sztucznaInteligencja
-
Sztuczna inteligencja schodzi pod strzechy. Samsung Galaxy A57 oraz A37 oficjalnie w Polsce
Firma Samsung ogłosiła wprowadzenie na polski rynek najnowszych smartfonów ze swojej najpopularniejszej serii – Galaxy A57 5G oraz A37 5G.
To wyraźny sygnał dla całej branży mobilnej: zaawansowana sztuczna inteligencja przestaje być ekskluzywnym towarem dla posiadaczy najdroższych flagowców i staje się wreszcie rynkowym standardem.
Koreański producent tym razem rzuca poważne wyzwanie średniej półce, wprowadzając do niej pakiet „Awesome Intelligence”. Na pokładzie nowych urządzeń znalazła się najnowsza nakładka systemowa One UI 8.5. Co to oznacza dla użytkownika? W praktyce to świetnie znane rozwiązania z droższych modeli z serii Galaxy S, które po raz pierwszy trafiają do masowego odbiorcy. Na liście funkcji AI znajdziemy między innymi:
- System transkrypcji głosu zamieniający nagrania w tekst, wraz z przydatną opcją tłumaczenia.
- Wybór AI, pozwalający na błyskawiczne wyodrębnienie tekstu lub obrazu z dowolnego miejsca na ekranie.
- Inteligentną „Gumkę do usuwania obiektów” ze zdjęć.
- Integrację z asystentami Bixby oraz Gemini, co pozwala na obsługę urządzenia naturalnym językiem.
Cienkie ramki i święty spokój na lata
W obu modelach zamontowano potrójny aparat, w którym główna matryca ma rozdzielczość 50 MP i współpracuje z trybem nocnym „Nightography”. Wariant A57 5G idzie o krok dalej, oferując ulepszony procesor sygnału obrazu (ISP) – to teoretycznie powinno wyciągnąć więcej detali w trudnych warunkach oświetleniowych, choć prawdziwy werdykt wydamy dopiero po pierwszych testach.
Odchodząc od marketingowych zachwytów nad ekranami Super AMOLED+, warto spojrzeć na same gabaryty. Model A57 5G waży 179 g i przy 6,9 mm grubości jest po prostu zgrabnym, nowocześnie wyglądającym sprzętem, który nie wypycha kieszeni. Akumulator o pojemności 5000 mAh i certyfikat wodoszczelności IP68 to w tej klasie cenowej już raczej rynkowy wymóg, ale Samsung dokłada do tego coś znacznie ważniejszego.
Producent oficjalnie obiecuje aktualizację aż sześciu generacji systemu Android oraz łatki bezpieczeństwa dostarczane przez równe sześć lat od premiery. I to jest ten moment, w którym Koreańczycy najmocniej uderzają w tańszą, chińską konkurencję – sprzęt z serii Galaxy A może i jest nieco droższy na starcie, ale przynajmniej nie stanie się zacinającym się elektrośmieciem po zaledwie dwóch sezonach.
Samsung Galaxy A37 5G (fot. materiały prasowe)
Oferty dla szybkich
Tradycyjnie, dla pierwszych nabywców przygotowano oferty specjalne w oficjalnym sklepie producenta, obowiązujące do 24 kwietnia 2026 roku. Klienci, którzy zdecydują się na szybszy zakup, otrzymają warianty z większą pamięcią na dane w obniżonych cenach.
Promocyjne ceny za wersje 256 GB prezentują się następująco:
- Galaxy A57 5G – 2439 zł (zamiast regularnych 2569 zł)
- Galaxy A37 5G – 2069 zł (zamiast regularnych 2269 zł)
Uzupełnieniem przedsprzedaży są rabaty na ekosystem (do 250 zł zniżki na smartwatche Galaxy, 100 zł na słuchawki) oraz trzy darmowe miesiące ubezpieczenia Samsung Care+. We współpracy z marką Burga ruszyła również specjalna akcja w mediach społecznościowych z designerskimi etui do wygrania.
#Android16 #AwesomeIntelligence #GalaxyA375G #GalaxyA575G #nowościTechnologiczne #promocje #Samsung #smartfony #sztucznaInteligencja
-
Przeglądarka Google nadrabia lata opóźnień. Pionowy układ i lepszy tryb czytania
Google wreszcie poszło po rozum do głowy. Najpopularniejsza przeglądarka na świecie doczekała się właśnie dwóch nowości, które mają rzekomo zrewolucjonizować naszą produktywność.
Użytkownicy konkurencyjnych rozwiązań mogą jedynie uśmiechnąć się pod nosem, bo to, co dla giganta z Mountain View jest świeżą innowacją, u innych od dawna stanowi standard.
Zarządzanie otwartymi witrynami w poziomie sprawdza się świetnie… dopóki nie otworzymy ich kilkunastu. Wtedy z nazw stron zostają jedynie małe, nieczytelne ikony (tak zwane favicony). Jak poinformowali na oficjalnym blogu przedstawiciele Google, przeglądarka Chrome nareszcie zyskuje opcję przeniesienia paska nawigacyjnego na bok ekranu.
Pionowy układ to nowa jakość (dla niektórych)
Aby skorzystać z nowej funkcji, wystarczy kliknąć prawym przyciskiem myszy w górnej części okna i wybrać opcję „Pokaż pionowo” (Show Tabs Vertically). Dzięki temu tytuły witryn pozostają w pełni czytelne niezależnie od tego, ile stron mamy otwartych. Brzmi jak świetne i logiczne rozwiązanie, prawda? Szkoda tylko, że osoby korzystające z Microsoft Edge, Vivaldi czy nowoczesnej przeglądarki Arc znają i chwalą ten system od dawna.
Skupienie na samym tekście
Druga nowość to odświeżony, pełnoekranowy tryb czytania (uruchamiany również z menu kontekstowego). Opcja ta wycina ze strony wszystkie rozpraszacze, reklamy oraz zbędne elementy wizualne, zostawiając sam tekst i najważniejsze grafiki. I znów – to fantastyczna, immersyjna funkcja, którą fani chociażby systemowego Safari od Apple znają i cenią od grubo ponad dekady.
Niezależnie jednak od złośliwości, trzeba przyznać jedno: lepiej późno niż wcale. Biorąc pod uwagę potężny, globalny udział Chrome’a w rynku przeglądarek, ta spóźniona aktualizacja i tak ułatwi codzienne życie i pracę milionom internautów na całym świecie.
#Aplikacje #Chrome #Google #nowościTechnologiczne #produktywność #przeglądarkiInternetowe #trybCzytaniaChrome na Androida nadrabia zaległości. Przypinanie kart (w końcu) trafia na telefony
-
Zdjęcia Google wprowadzają magiczny przycisk „AI Enhance” i nowość dla wideo
Użytkownicy smartfonów z Androidem mają powody do zadowolenia. Google oficjalnie udostępnia dwie nowości w swojej sztandarowej aplikacji do zarządzania multimediami.
Pierwsza to wsparty sztuczną inteligencją przycisk do błyskawicznej poprawy zdjęć, a druga – funkcja wideo, o którą użytkownicy prosili od lat.
Zarządzanie mobilną biblioteką zdjęć i filmów staje się właśnie znacznie prostsze. Jak donosi serwis 9to5Google, gigant z Mountain View rozpoczął globalne wdrażanie nowej aktualizacji dla aplikacji Google Zdjęcia. Co dokładnie znajdziemy w aplikacji na Androida?
Jeden przycisk zamiast dziesiątek suwaków
Największą nowością jest funkcja „AI Enhance”. To swego rodzaju cyfrowa, magiczna różdżka dla osób, które nie mają czasu ani ochoty na żmudną, ręczną edycję fotografii. Zamiast ręcznie regulować ekspozycję, cienie, światła czy nasycenie kolorów, wystarczy wcisnąć jeden przycisk.
Sztuczna inteligencja od Google błyskawicznie przeanalizuje zdjęcie i nałoży na nie automatyczną, optymalną korektę, skupiając się przede wszystkim na poprawie oświetlenia i kontrastu. Z udostępnionych przez Google materiałów wynika, że funkcja ta potrafi wyciągnąć detale nawet z mocno niedoświetlonych kadrów.
Did you see the new button in your photo editor? AI Enhance is now available to Android users worldwide! ✨🌎
Elevate your images with a tap, balancing light and color instantly. Because your best memories deserve better than “okay” lighting. 🪄
Output varies by device. pic.twitter.com/eCocp55ybt
— Google Photos (@googlephotos) April 6, 2026
Wideo pod pełną kontrolą
Drugą zmianą, drobną, ale użyteczną, jest wprowadzenie kontroli prędkości odtwarzania wideo. To funkcja, o którą społeczność Google prosiła od bardzo dawna. Po aktualizacji, w menu kryjącym się pod ikoną trzech kropek, znajdziemy nową opcję pozwalającą na spowolnienie lub przyspieszenie filmu w zakresie od 0,25x do 2x.
Obie nowości są już udostępniane użytkownikom urządzeń z systemem Android. Funkcja „AI Enhance” wydaje się mieć globalny i szeroki zasięg już teraz, natomiast opcja zmiany prędkości wideo może pojawiać się u niektórych użytkowników falowo w ciągu najbliższych dni.
#AIEnhance #aktualizacjaAplikacji #Android #edycjaWideo #edycjaZdjęć #Google #GoogleZdjęcia #nowościTechnologiczne #sztucznaInteligencjaGoogle Vids potrafi więcej. Nowe modele AI wygenerują za ciebie wideo, muzykę i… prezentera
-
Nowa Luna 2 od Harmana debiutuje w Polsce. Sprawdzamy, co faktycznie kryje się za hasłem „AI Sound Boost”
Na polski rynek oficjalnie trafia Harman Kardon Luna 2 – najnowsza odsłona przenośnego głośnika Bluetooth od uznanego producenta.
W zalewie podobnych do siebie urządzeń audio, marka próbuje przyciągnąć klientów modnym ostatnio dodatkiem sztucznej inteligencji oraz rozbudowanymi opcjami łączenia wielu głośników. Zdejmujemy warstwę marketingowych obietnic i sprawdzamy na papierze, co faktycznie oferuje ten sprzęt.
Dźwięk pod dyktando algorytmów
Głównym technologicznym wyróżnikiem nowej Luny ma być system AI Sound Boost. Producent deklaruje, że oprogramowanie analizuje sygnał audio w czasie rzeczywistym, optymalizując jego parametry. W praktyce ma to chronić dźwięk przed zniekształceniami przy wysokich poziomach głośności, zapewniając bardziej zrównoważone brzmienie i głębszy bas. Tego typu algorytmiczne „wspomagacze” coraz częściej pojawiają się w nowoczesnym sprzęcie audio, ale ich realna skuteczność bywa bardzo różna i często zależy od gatunku odtwarzanej muzyki.
Odkładając jednak sztuczną inteligencję na bok i patrząc na twarde, fizyczne dane: za brzmienie odpowiada tu 62-milimetrowy przetwornik niskotonowy (o mocy 25 W RMS) wspierany przez 20-milimetrowy przetwornik wysokotonowy (15 W RMS). Taki układ pokrywa pasmo przenoszenia w zakresie od 58 Hz do 20 kHz.
Nowoczesna łączność i „zbliżeniowe” parowanie
Luna 2 nadrabia zaległości w kwestii standardów komunikacji bezprzewodowej. Na pokładzie znalazł się nowszy moduł Bluetooth w wersji 5.4, pozwalający m.in. na jednoczesne podłączenie dwóch urządzeń mobilnych.
Zdecydowanie najciekawiej prezentują się dwie technologie stworzone z myślą o rozbudowie domowego systemu:
- Auracast: standard, który umożliwia bezprzewodowe spięcie wielu kompatybilnych głośników w jeden, znacznie większy system nagłośnienia.
- AirTouch: użyteczna funkcja pozwalająca na błyskawiczne parowanie dwóch głośników Luna 2 w tryb stereo. Zamiast przebijać się przez menu telefonu, wystarczy fizycznie zbliżyć do siebie urządzenia, aby system automatycznie przypisał im odpowiednio lewy i prawy kanał.
Solidny, choć nie wybitny standard plenerowy
Jak przystało na sprzęt przenośny, obudowa ważąca niespełna 735 gramów uzyskała certyfikat IP67. Gwarantuje to całkowitą odporność na wodę i kurz. Wbudowany akumulator ma według specyfikacji producenta wystarczyć na 12 godzin nieprzerwanego odtwarzania muzyki. To solidny, branżowy standard, choć warto zaznaczyć, że w tej klasie cenowej na rynku znajdziemy rywali, którzy potrafią zagrać o kilka godzin dłużej.
Głośnik został wyposażony w zintegrowane oświetlenie ambientowe z sześcioma różnymi motywami świetlnymi. Całością funkcji zarządzamy z poziomu dedykowanej aplikacji Harman Kardon One.
Cena i bezpośrednia konkurencja
Sugerowana cena detaliczna modelu Luna 2 została w Polsce ustalona na 759 zł. W segmencie kompaktowych głośników do 800 złotych panuje potężny ścisk, co oznacza, że nowość Harmana będzie musiała zmierzyć się bezpośrednio z takimi hitami sprzedażowymi jak JBL Charge 5, Sony z serii ULT Field czy Ultimate Ears (UE Boom).
Solidne wykonanie, nowoczesne standardy na czele z Auracast i mocna marka mogą sprawić, że nowość od Harmana obroni swoją pozycję na półkach – o ile obietnice dotyczące działania sztucznej inteligencji AI Sound Boost faktycznie potwierdzą się podczas niezależnych, redakcyjnych odsłuchów.
#AISoundBoost #Auracast #głośnikBezprzewodowy #głośnikBluetooth #HarmanKardon #JBLChargeKonkurencja #Luna2 #nowościTechnologiczne #sprzętAudioIkona designu w nowym świetle. Harman Kardon Aura Studio 5 debiutuje w Polsce
-
MOVA idzie dalej niż roboty sprzątające. Asystent AI przypinany do smartfona i głośniki na start
Marka MOVA, znana do tej pory na polskim rynku z produkcji zaawansowanych urządzeń do utrzymania czystości, wykonuje zwrot w swojej strategii.
Firma wkracza w zupełnie nową dla siebie kategorię, wprowadzając inteligentny dyktafon napędzany sztuczną inteligencją oraz linię plenerowych głośników Bluetooth. Zdejmujemy warstwę marketingu i sprawdzamy, co dokładnie trafiło na półki.
Asystent AI w formacie karty kredytowej
Zdecydowanie najciekawszym elementem nowej oferty jest MOVA TPEAK AI Note. To nie jest zwykły dyktafon. Urządzenie ma zaledwie 2,89 mm grubości (odpowiada to trzem kartom kredytowym) i waży skromne 28 gramów. Zamiast nosić je w kieszeni, doczepia się je magnetycznie bezpośrednio do pleców smartfona.
Sprzęt zasila bateria o pojemności 130 mAh, co według specyfikacji pozwala na 24 godziny ciągłego nagrywania. Dyktafon wspiera również standard bezprzewodowego ładowania Qi, co umożliwia awaryjne zasilanie go prosto z telefonu (jeśli ten posiada funkcję ładowania zwrotnego).
Prawdziwa potęga tego gadżetu kryje się jednak w oprogramowaniu zintegrowanym z modelami językowymi (w tym ChatGPT). Możliwości asystenta można podzielić na dwa główne bloki:
- Nagrywanie:
- Automatyczny start i zatrzymywanie zapisu po wykryciu głosu.
- Samodzielne rozpoznawanie kontekstu (rozmowa telefoniczna vs spotkanie na żywo).
- Rozróżnianie od 3 do 5 mówców podczas jednego nagrania.
- Analiza i przetwarzanie:
- Konwersja mowy na tekst w czasie rzeczywistym (transkrypcja).
- Tłumaczenie rozmów na żywo.
- Generowanie zwięzłych podsumowań spotkań na podstawie szablonów.
- Tworzenie map myśli.
Transfer plików między dyktafonem a telefonem odbywa się przez dwupasmowe Wi-Fi, co pozwala na błyskawiczne zgranie materiału. Jak deklaruje producent, przesłanie godzinnego nagrania zajmuje około 10 sekund.
Dźwięk na plener. Synchronizacja do 100 głośników
Drugim filarem dzisiejszej premiery jest sprzęt audio. Producent pokazał dwa nowe głośniki bazujące na najnowszym standardzie Bluetooth V6.0. Kluczową nowością jest tu wsparcie dla funkcji Stereo Mode, pozwalającej na bezprzewodową synchronizację nawet do 100 głośników jednocześnie.
MOVA TPEAK S1 Mini: kompaktowy, outdoorowy głośnik z 45-milimetrowym przetwornikiem o mocy 6W. Posiada certyfikat odporności na pył i wodę IP67. Ogniwo o pojemności 2000 mAh wystarcza na 25 godzin odtwarzania muzyki. Obsługuje także bezpośrednie odtwarzanie z kart microSD (TF) i tryb karty dźwiękowej pod USB-C.
MOVA TPEAK S1: większy, 20-watowy model wykorzystujący przetwornik z potrójną membraną. Jego wyróżnikiem jest wbudowany pierścień RGB z pięcioma trybami podświetlenia pulsującego w rytm muzyki. Bateria zapewnia do 8 godzin pracy, a konstrukcja posiada certyfikat wodoodporności IPX7.
Ceny i dostępność w Polsce
MOVA od razu wrzuca sprzęt do największych polskich sieci handlowych (m.in. RTV Euro AGD, Media Expert czy Komputronik) oraz na platformę Allegro. Od 1 do 26 kwietnia 2026 roku obowiązują ceny promocyjne:
- MOVA TPEAK AI Note: sugerowana cena 649 zł (w promocji taniej nawet o 31%).
- MOVA TPEAK S1: sugerowana cena 299 zł (w promocji do 30% taniej).
- MOVA TPEAK S1 Mini: sugerowana cena 169 zł (w promocji do 30% taniej).
O ile na rynku taniego audio konkurencja jest gigantyczna, to dyktafon AI doczepiany na magnes prezentuje się jako niezwykle praktyczne narzędzie. Przy cenie promocyjnej wynoszącej około 450 zł to gadżet, obok którego żaden student, dziennikarz czy pracownik spędzający życie na spotkaniach nie przejdzie obojętnie – o ile oczywiście realne działanie sprzętu dorówna obietnicom producenta.
#asystentAI #ChatGPT #dyktafonAI #głośnikBluetooth #MOVA #nowościTechnologiczne #smartHome #sztucznaInteligencja #TPEAKAINote #TPEAKS1 #TPEAKS1MiniMOVA idzie na całość: robot-kosiarka jak czołg i ponad 200 narzędzi w jednym systemie [galeria]
- Nagrywanie:
-
Meta chce, żebyś nosił AI na nosie przez cały dzień. Nowe Ray-Bany oficjalnie [galeria]
Zaledwie kilka dni temu informowaliśmy Was o wczesnych przeciekach z amerykańskich urzędów certyfikacyjnych dotyczących nowych okularów Mety. Dziś nie musimy już zgadywać.
Meta oficjalnie zaprezentowała nowe oprawki dla osób z wadami wzroku i dorzuciła do pieca dużą aktualizację oprogramowania. To moment, w którym firma przestaje sprzedawać wakacyjny gadżet, a zaczyna na poważnie walczyć o codzienny, wielogodzinny kontakt z użytkownikiem. Zobaczcie, jak nowe modele prezentują się na oficjalnych zdjęciach.
Inteligentne oprawki od optyka. Meta szykuje nowe Ray-Bany specjalnie dla okularników
Elastyczne noski i transparentny design
Przecieki sugerowały, że nowe modele będą wygodniejsze, ale dopiero teraz wiemy, jak inżynierowie to osiągnęli. Meta oficjalnie wprowadza do oferty modele Blayzer (tak brzmi oficjalna pisownia, korygująca nazwy z przecieków) oraz Scriber.
Największą rewolucją z punktu widzenia „prawdziwych” okularników jest rezygnacja z twardego plastiku. Nowe oprawki otrzymały elastyczne noski oraz w pełni regulowane zauszniki, a także zawiasy o zwiększonym zakresie rotacji. Mają być niemal niewyczuwalne nawet po kilkunastu godzinach noszenia.
Wizualnie Meta stawia na półprzezroczystość. Model Blayzer zadebiutuje w czterech wersjach: Matte Black, Shiny Transparent Black, Matte Transparent Ice Grey oraz Shiny Transparent Dark Olive. Z kolei Scriber będzie dostępny wyłącznie w intrygującym wariancie Shiny Transparent Umber.
O tym przecieki milczały: nowe funkcje AI
Sprzęt to tylko połowa sukcesu. Meta wykorzystała premierę oprawek do ogłoszenia dużych nowości w oprogramowaniu. Sztuczna inteligencja w okularach nauczyła się właśnie dwóch kluczowych rzeczy: śledzenia odżywiania oraz tworzenia podsumowań wiadomości z WhatsAppa bez użycia rąk.
Tu pojawia się jednak naturalne tarcie – czy jako użytkownicy na pewno jesteśmy gotowi na to, by okulary liczyły nam kalorie w trakcie obiadu i szeptały do ucha streszczenia firmowych czatów? Niezależnie od obaw dotyczących prywatności, ekosystem rośnie. Latem do przydatnej funkcji tłumaczenia na żywo dołączy 20 nowych języków (w tym m.in. japoński, koreański, mandaryński i arabski).
Paczka nowości trafia też do modeli z wbudowanymi ekranami (Meta Ray-Ban Display). Ich użytkownicy mogą liczyć na nawigację dla pieszych, skróty do Spotify, przeglądanie Instagram Reels oraz długo wyczekiwaną opcję nagrywania obrazu z wyświetlacza.
Nowe kolory i mocne uderzenie w rynek
Meta nie zapomniała o dotychczasowym portfolio. Na sezon letni przygotowano nowe kombinacje oprawek i soczewek dla modeli Skyler i Headliner (warianty brzoskwiniowe z szarymi szkłami Transition) oraz Wayfarer (szare oprawki z brązowymi szkłami). Sportowa marka Oakley (również należąca do tego samego ekosystemu AI) zyskała z kolei specjalistyczne soczewki Prizm dla modeli Vanguard i HSTN.
Oficjalna premiera rynkowa modeli Blayzer i Scriber zaplanowana jest na 14 kwietnia 2026 roku. Okulary można już zamawiać w przedsprzedaży, a cena startowa w USA została ustalona na poziomie 499 dolarów (ostateczny rachunek zależy od parametrów szkieł korekcyjnych).
To nie jest już eksperyment. Meta zaczyna traktować okulary jako pełnoprawny komputer, który ma być z nami od rana do wieczora – a to zupełnie inna liga niż smartfon wyciągany z kieszeni tylko od czasu do czasu.
#Blayzer #inteligentneOkulary #MetaAI #nowościTechnologiczne #oakley #okularyAI #okularyKorekcyjne #RayBanMeta #Scriber #smartGlasses -
Meta chce, żebyś nosił AI na nosie przez cały dzień. Nowe Ray-Bany oficjalnie [galeria]
Zaledwie kilka dni temu informowaliśmy Was o wczesnych przeciekach z amerykańskich urzędów certyfikacyjnych dotyczących nowych okularów Mety. Dziś nie musimy już zgadywać.
Meta oficjalnie zaprezentowała nowe oprawki dla osób z wadami wzroku i dorzuciła do pieca dużą aktualizację oprogramowania. To moment, w którym firma przestaje sprzedawać wakacyjny gadżet, a zaczyna na poważnie walczyć o codzienny, wielogodzinny kontakt z użytkownikiem. Zobaczcie, jak nowe modele prezentują się na oficjalnych zdjęciach.
Inteligentne oprawki od optyka. Meta szykuje nowe Ray-Bany specjalnie dla okularników
Elastyczne noski i transparentny design
Przecieki sugerowały, że nowe modele będą wygodniejsze, ale dopiero teraz wiemy, jak inżynierowie to osiągnęli. Meta oficjalnie wprowadza do oferty modele Blayzer (tak brzmi oficjalna pisownia, korygująca nazwy z przecieków) oraz Scriber.
Największą rewolucją z punktu widzenia „prawdziwych” okularników jest rezygnacja z twardego plastiku. Nowe oprawki otrzymały elastyczne noski oraz w pełni regulowane zauszniki, a także zawiasy o zwiększonym zakresie rotacji. Mają być niemal niewyczuwalne nawet po kilkunastu godzinach noszenia.
Wizualnie Meta stawia na półprzezroczystość. Model Blayzer zadebiutuje w czterech wersjach: Matte Black, Shiny Transparent Black, Matte Transparent Ice Grey oraz Shiny Transparent Dark Olive. Z kolei Scriber będzie dostępny wyłącznie w intrygującym wariancie Shiny Transparent Umber.
O tym przecieki milczały: nowe funkcje AI
Sprzęt to tylko połowa sukcesu. Meta wykorzystała premierę oprawek do ogłoszenia dużych nowości w oprogramowaniu. Sztuczna inteligencja w okularach nauczyła się właśnie dwóch kluczowych rzeczy: śledzenia odżywiania oraz tworzenia podsumowań wiadomości z WhatsAppa bez użycia rąk.
Tu pojawia się jednak naturalne tarcie – czy jako użytkownicy na pewno jesteśmy gotowi na to, by okulary liczyły nam kalorie w trakcie obiadu i szeptały do ucha streszczenia firmowych czatów? Niezależnie od obaw dotyczących prywatności, ekosystem rośnie. Latem do przydatnej funkcji tłumaczenia na żywo dołączy 20 nowych języków (w tym m.in. japoński, koreański, mandaryński i arabski).
Paczka nowości trafia też do modeli z wbudowanymi ekranami (Meta Ray-Ban Display). Ich użytkownicy mogą liczyć na nawigację dla pieszych, skróty do Spotify, przeglądanie Instagram Reels oraz długo wyczekiwaną opcję nagrywania obrazu z wyświetlacza.
Nowe kolory i mocne uderzenie w rynek
Meta nie zapomniała o dotychczasowym portfolio. Na sezon letni przygotowano nowe kombinacje oprawek i soczewek dla modeli Skyler i Headliner (warianty brzoskwiniowe z szarymi szkłami Transition) oraz Wayfarer (szare oprawki z brązowymi szkłami). Sportowa marka Oakley (również należąca do tego samego ekosystemu AI) zyskała z kolei specjalistyczne soczewki Prizm dla modeli Vanguard i HSTN.
Oficjalna premiera rynkowa modeli Blayzer i Scriber zaplanowana jest na 14 kwietnia 2026 roku. Okulary można już zamawiać w przedsprzedaży, a cena startowa w USA została ustalona na poziomie 499 dolarów (ostateczny rachunek zależy od parametrów szkieł korekcyjnych).
To nie jest już eksperyment. Meta zaczyna traktować okulary jako pełnoprawny komputer, który ma być z nami od rana do wieczora – a to zupełnie inna liga niż smartfon wyciągany z kieszeni tylko od czasu do czasu.
#Blayzer #inteligentneOkulary #MetaAI #nowościTechnologiczne #oakley #okularyAI #okularyKorekcyjne #RayBanMeta #Scriber #smartGlasses