home.social

#nauka — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #nauka, aggregated by home.social.

  1. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Doktorat jako akt nobilitacyjny

    Głośnym echem odbiła się nieudana obrona doktoratu Jakuba Wiecha – dziennikarza znanego ze swojej bezkompromisowej i aktywnej obrony odnawialnych źródeł energii oraz tematyki okołoklimatycznej. Komisja dokonała specyficznej wolty: na skutek wstrzymania się od głosu dużej części jej członków do obrony pracy w ogóle nie doszło.

    Nie czytałem dysertacji autora, więc nie będę wypowiadał się na temat jej merytorycznej jakości. Z doniesień medialnych wynika jednak, że był to doktorat z dziedziny prawa, co samo w sobie gwarantuje pewne przywileje – chociażby możliwość zasiadania w radach nadzorczych spółek. To w pewnym stopniu tłumaczy, po co doktorat autorowi, który na co dzień nie prowadzi działalności badawczej ani nie pracuje na uczelni.

    Akademicki glejt w służbie polityki

    Gdy przyglądamy się doktoratom osób znanych z pierwszej strony gazet – takich jak Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Sławomir Mentzen, Patryk Jaki czy Rafał Trzaskowski – staje się jasne, że wzorem niemieckim stopień naukowy doktora zaczyna pełnić w naszej rzeczywistości politycznej rolę stricte nobilitacyjną. Jest niejako oficjalnym glejtem potwierdzającym przynależność do warstwy inteligencji.

    Nie jest to zjawisko typowo polskie; podobną funkcję doktoraty pełnią chociażby w Niemczech czy w Rosji. Pytanie jednak: na ile jest to praktyka wartościowa i czy powinniśmy ją akceptować? Z punktu widzenia – być może utopijnej – koncepcji rozwoju nauki, stopnie zdobywane na potrzeby karier pozanaukowych po prostu marnują zasoby. Czas i środki uczelni powinny być przeznaczone dla badaczy, którzy realnie budują potencjał naukowy kraju.

    Co więcej, jakość doktoratów pisanych przez polityków, z którymi miałem okazję się zapoznać, jest – delikatnie mówiąc – przeciętna. O osobnym zagadnieniu, jakim jest funkcjonowanie państwowych „fabryk tytułów” (co zarzuca się np. Akademii Wymiaru Sprawiedliwości), nawet nie wspominam. W istocie – choć wiele osób pewnie się oburzy – podobną funkcję od lat spełnia Instytut Pamięci Narodowej, masowo produkując doktoraty oparte na kilku kwerendach archiwalnych o bardzo ograniczonym zasięgu i znikomej wartości poznawczej. Dają one jednak określonym środowiskom barierę ochronną oraz przepustkę do politycznych karier.

    Grzechy akademii i cień sztucznej inteligencji

    Wina nie leży wyłącznie po stronie oportunistów – odpowiada za to również samo środowisko naukowe. Przecież ktoś te prace recenzuje, ktoś uczestniczy w obronach. O ile kandydat nie ma zawziętych wrogów (jak we wspomnianym przypadku Wiecha), obrona przebiega zazwyczaj w miłej, życzliwej atmosferze i pozostaje dość anonimowa. Nazwiska promotorów i recenzentów wypływają do opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po latach ze wstydem odkrywają oni, kogo stworzyli (tak, to uwaga pod Panów adresem, panie profesorze Dudek).

    Obecnie kolejną warstwę naukowej mizerii dokłada sztuczna inteligencja. AI to narzędzie zbyt poręczne, by z niego nie korzystać, a zarazem zbyt świeże, by leciwa kadra profesorska potrafiła sprawnie zidentyfikować i wyeliminować generowane w ten sposób „dzieła”. Wszystko to składa się na smutny obraz akademickiej kryzysowości.

    I od razu ubiegnę częsty argument: „takie rzeczy dzieją się tylko w humanistyce”. Owszem, nauki humanistyczne ze swej natury ułatwiają produkcję tego typu prac, ale nie ma żadnego problemu, by w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” obronić dysertację o znikomej wartości naukowej również z fizyki czy chemii.

    Czy publiczny lincz uratuje standardy?

    Czy istnieje sposób na naprawę tego stanu rzeczy? Ze względu na wspomnianą w tytule nobilitacyjną funkcję stopni naukowych – szczerze w to wątpię. Zbyt mocno przyzwyczailiśmy się do wiązania skrótu przed nazwiskiem z powszechną carte blanche na wypowiadanie się na każdy temat, również ten leżący daleko poza dziedziną danych badań.

    Pozostaje liczyć na bezwzględność formuły publicznych obron. Precedens związany z Jakubem Wiechem może podnieść poprzeczkę kolejnym postaciom ze świecznika. W obawie przed publicznym fiaskiem zarówno sami doktoranci, jak i ich akademiccy opiekunowie będą musieli wreszcie zadbać o zachowanie choćby podstawowych minimów jakościowych.

    #nauka #Polityka #społeczeństwo
  2. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Doktorat jako akt nobilitacyjny

    Głośnym echem odbiła się nieudana obrona doktoratu Jakuba Wiecha – dziennikarza znanego ze swojej bezkompromisowej i aktywnej obrony odnawialnych źródeł energii oraz tematyki okołoklimatycznej. Komisja dokonała specyficznej wolty: na skutek wstrzymania się od głosu dużej części jej członków do obrony pracy w ogóle nie doszło.

    Nie czytałem dysertacji autora, więc nie będę wypowiadał się na temat jej merytorycznej jakości. Z doniesień medialnych wynika jednak, że był to doktorat z dziedziny prawa, co samo w sobie gwarantuje pewne przywileje – chociażby możliwość zasiadania w radach nadzorczych spółek. To w pewnym stopniu tłumaczy, po co doktorat autorowi, który na co dzień nie prowadzi działalności badawczej ani nie pracuje na uczelni.

    Akademicki glejt w służbie polityki

    Gdy przyglądamy się doktoratom osób znanych z pierwszej strony gazet – takich jak Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Sławomir Mentzen, Patryk Jaki czy Rafał Trzaskowski – staje się jasne, że wzorem niemieckim stopień naukowy doktora zaczyna pełnić w naszej rzeczywistości politycznej rolę stricte nobilitacyjną. Jest niejako oficjalnym glejtem potwierdzającym przynależność do warstwy inteligencji.

    Nie jest to zjawisko typowo polskie; podobną funkcję doktoraty pełnią chociażby w Niemczech czy w Rosji. Pytanie jednak: na ile jest to praktyka wartościowa i czy powinniśmy ją akceptować? Z punktu widzenia – być może utopijnej – koncepcji rozwoju nauki, stopnie zdobywane na potrzeby karier pozanaukowych po prostu marnują zasoby. Czas i środki uczelni powinny być przeznaczone dla badaczy, którzy realnie budują potencjał naukowy kraju.

    Co więcej, jakość doktoratów pisanych przez polityków, z którymi miałem okazję się zapoznać, jest – delikatnie mówiąc – przeciętna. O osobnym zagadnieniu, jakim jest funkcjonowanie państwowych „fabryk tytułów” (co zarzuca się np. Akademii Wymiaru Sprawiedliwości), nawet nie wspominam. W istocie – choć wiele osób pewnie się oburzy – podobną funkcję od lat spełnia Instytut Pamięci Narodowej, masowo produkując doktoraty oparte na kilku kwerendach archiwalnych o bardzo ograniczonym zasięgu i znikomej wartości poznawczej. Dają one jednak określonym środowiskom barierę ochronną oraz przepustkę do politycznych karier.

    Grzechy akademii i cień sztucznej inteligencji

    Wina nie leży wyłącznie po stronie oportunistów – odpowiada za to również samo środowisko naukowe. Przecież ktoś te prace recenzuje, ktoś uczestniczy w obronach. O ile kandydat nie ma zawziętych wrogów (jak we wspomnianym przypadku Wiecha), obrona przebiega zazwyczaj w miłej, życzliwej atmosferze i pozostaje dość anonimowa. Nazwiska promotorów i recenzentów wypływają do opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po latach ze wstydem odkrywają oni, kogo stworzyli (tak, to uwaga pod Panów adresem, panie profesorze Dudek).

    Obecnie kolejną warstwę naukowej mizerii dokłada sztuczna inteligencja. AI to narzędzie zbyt poręczne, by z niego nie korzystać, a zarazem zbyt świeże, by leciwa kadra profesorska potrafiła sprawnie zidentyfikować i wyeliminować generowane w ten sposób „dzieła”. Wszystko to składa się na smutny obraz akademickiej kryzysowości.

    I od razu ubiegnę częsty argument: „takie rzeczy dzieją się tylko w humanistyce”. Owszem, nauki humanistyczne ze swej natury ułatwiają produkcję tego typu prac, ale nie ma żadnego problemu, by w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” obronić dysertację o znikomej wartości naukowej również z fizyki czy chemii.

    Czy publiczny lincz uratuje standardy?

    Czy istnieje sposób na naprawę tego stanu rzeczy? Ze względu na wspomnianą w tytule nobilitacyjną funkcję stopni naukowych – szczerze w to wątpię. Zbyt mocno przyzwyczailiśmy się do wiązania skrótu przed nazwiskiem z powszechną carte blanche na wypowiadanie się na każdy temat, również ten leżący daleko poza dziedziną danych badań.

    Pozostaje liczyć na bezwzględność formuły publicznych obron. Precedens związany z Jakubem Wiechem może podnieść poprzeczkę kolejnym postaciom ze świecznika. W obawie przed publicznym fiaskiem zarówno sami doktoranci, jak i ich akademiccy opiekunowie będą musieli wreszcie zadbać o zachowanie choćby podstawowych minimów jakościowych.

    #nauka #Polityka #społeczeństwo
  3. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Doktorat jako akt nobilitacyjny

    Głośnym echem odbiła się nieudana obrona doktoratu Jakuba Wiecha – dziennikarza znanego ze swojej bezkompromisowej i aktywnej obrony odnawialnych źródeł energii oraz tematyki okołoklimatycznej. Komisja dokonała specyficznej wolty: na skutek wstrzymania się od głosu dużej części jej członków do obrony pracy w ogóle nie doszło.

    Nie czytałem dysertacji autora, więc nie będę wypowiadał się na temat jej merytorycznej jakości. Z doniesień medialnych wynika jednak, że był to doktorat z dziedziny prawa, co samo w sobie gwarantuje pewne przywileje – chociażby możliwość zasiadania w radach nadzorczych spółek. To w pewnym stopniu tłumaczy, po co doktorat autorowi, który na co dzień nie prowadzi działalności badawczej ani nie pracuje na uczelni.

    Akademicki glejt w służbie polityki

    Gdy przyglądamy się doktoratom osób znanych z pierwszej strony gazet – takich jak Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Sławomir Mentzen, Patryk Jaki czy Rafał Trzaskowski – staje się jasne, że wzorem niemieckim stopień naukowy doktora zaczyna pełnić w naszej rzeczywistości politycznej rolę stricte nobilitacyjną. Jest niejako oficjalnym glejtem potwierdzającym przynależność do warstwy inteligencji.

    Nie jest to zjawisko typowo polskie; podobną funkcję doktoraty pełnią chociażby w Niemczech czy w Rosji. Pytanie jednak: na ile jest to praktyka wartościowa i czy powinniśmy ją akceptować? Z punktu widzenia – być może utopijnej – koncepcji rozwoju nauki, stopnie zdobywane na potrzeby karier pozanaukowych po prostu marnują zasoby. Czas i środki uczelni powinny być przeznaczone dla badaczy, którzy realnie budują potencjał naukowy kraju.

    Co więcej, jakość doktoratów pisanych przez polityków, z którymi miałem okazję się zapoznać, jest – delikatnie mówiąc – przeciętna. O osobnym zagadnieniu, jakim jest funkcjonowanie państwowych „fabryk tytułów” (co zarzuca się np. Akademii Wymiaru Sprawiedliwości), nawet nie wspominam. W istocie – choć wiele osób pewnie się oburzy – podobną funkcję od lat spełnia Instytut Pamięci Narodowej, masowo produkując doktoraty oparte na kilku kwerendach archiwalnych o bardzo ograniczonym zasięgu i znikomej wartości poznawczej. Dają one jednak określonym środowiskom barierę ochronną oraz przepustkę do politycznych karier.

    Grzechy akademii i cień sztucznej inteligencji

    Wina nie leży wyłącznie po stronie oportunistów – odpowiada za to również samo środowisko naukowe. Przecież ktoś te prace recenzuje, ktoś uczestniczy w obronach. O ile kandydat nie ma zawziętych wrogów (jak we wspomnianym przypadku Wiecha), obrona przebiega zazwyczaj w miłej, życzliwej atmosferze i pozostaje dość anonimowa. Nazwiska promotorów i recenzentów wypływają do opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po latach ze wstydem odkrywają oni, kogo stworzyli (tak, to uwaga pod Panów adresem, panie profesorze Dudek).

    Obecnie kolejną warstwę naukowej mizerii dokłada sztuczna inteligencja. AI to narzędzie zbyt poręczne, by z niego nie korzystać, a zarazem zbyt świeże, by leciwa kadra profesorska potrafiła sprawnie zidentyfikować i wyeliminować generowane w ten sposób „dzieła”. Wszystko to składa się na smutny obraz akademickiej kryzysowości.

    I od razu ubiegnę częsty argument: „takie rzeczy dzieją się tylko w humanistyce”. Owszem, nauki humanistyczne ze swej natury ułatwiają produkcję tego typu prac, ale nie ma żadnego problemu, by w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” obronić dysertację o znikomej wartości naukowej również z fizyki czy chemii.

    Czy publiczny lincz uratuje standardy?

    Czy istnieje sposób na naprawę tego stanu rzeczy? Ze względu na wspomnianą w tytule nobilitacyjną funkcję stopni naukowych – szczerze w to wątpię. Zbyt mocno przyzwyczailiśmy się do wiązania skrótu przed nazwiskiem z powszechną carte blanche na wypowiadanie się na każdy temat, również ten leżący daleko poza dziedziną danych badań.

    Pozostaje liczyć na bezwzględność formuły publicznych obron. Precedens związany z Jakubem Wiechem może podnieść poprzeczkę kolejnym postaciom ze świecznika. W obawie przed publicznym fiaskiem zarówno sami doktoranci, jak i ich akademiccy opiekunowie będą musieli wreszcie zadbać o zachowanie choćby podstawowych minimów jakościowych.

    #nauka #Polityka #społeczeństwo
  4. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Doktorat jako akt nobilitacyjny

    Głośnym echem odbiła się nieudana obrona doktoratu Jakuba Wiecha – dziennikarza znanego ze swojej bezkompromisowej i aktywnej obrony odnawialnych źródeł energii oraz tematyki okołoklimatycznej. Komisja dokonała specyficznej wolty: na skutek wstrzymania się od głosu dużej części jej członków do obrony pracy w ogóle nie doszło.

    Nie czytałem dysertacji autora, więc nie będę wypowiadał się na temat jej merytorycznej jakości. Z doniesień medialnych wynika jednak, że był to doktorat z dziedziny prawa, co samo w sobie gwarantuje pewne przywileje – chociażby możliwość zasiadania w radach nadzorczych spółek. To w pewnym stopniu tłumaczy, po co doktorat autorowi, który na co dzień nie prowadzi działalności badawczej ani nie pracuje na uczelni.

    Akademicki glejt w służbie polityki

    Gdy przyglądamy się doktoratom osób znanych z pierwszej strony gazet – takich jak Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Sławomir Mentzen, Patryk Jaki czy Rafał Trzaskowski – staje się jasne, że wzorem niemieckim stopień naukowy doktora zaczyna pełnić w naszej rzeczywistości politycznej rolę stricte nobilitacyjną. Jest niejako oficjalnym glejtem potwierdzającym przynależność do warstwy inteligencji.

    Nie jest to zjawisko typowo polskie; podobną funkcję doktoraty pełnią chociażby w Niemczech czy w Rosji. Pytanie jednak: na ile jest to praktyka wartościowa i czy powinniśmy ją akceptować? Z punktu widzenia – być może utopijnej – koncepcji rozwoju nauki, stopnie zdobywane na potrzeby karier pozanaukowych po prostu marnują zasoby. Czas i środki uczelni powinny być przeznaczone dla badaczy, którzy realnie budują potencjał naukowy kraju.

    Co więcej, jakość doktoratów pisanych przez polityków, z którymi miałem okazję się zapoznać, jest – delikatnie mówiąc – przeciętna. O osobnym zagadnieniu, jakim jest funkcjonowanie państwowych „fabryk tytułów” (co zarzuca się np. Akademii Wymiaru Sprawiedliwości), nawet nie wspominam. W istocie – choć wiele osób pewnie się oburzy – podobną funkcję od lat spełnia Instytut Pamięci Narodowej, masowo produkując doktoraty oparte na kilku kwerendach archiwalnych o bardzo ograniczonym zasięgu i znikomej wartości poznawczej. Dają one jednak określonym środowiskom barierę ochronną oraz przepustkę do politycznych karier.

    Grzechy akademii i cień sztucznej inteligencji

    Wina nie leży wyłącznie po stronie oportunistów – odpowiada za to również samo środowisko naukowe. Przecież ktoś te prace recenzuje, ktoś uczestniczy w obronach. O ile kandydat nie ma zawziętych wrogów (jak we wspomnianym przypadku Wiecha), obrona przebiega zazwyczaj w miłej, życzliwej atmosferze i pozostaje dość anonimowa. Nazwiska promotorów i recenzentów wypływają do opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po latach ze wstydem odkrywają oni, kogo stworzyli (tak, to uwaga pod Panów adresem, panie profesorze Dudek).

    Obecnie kolejną warstwę naukowej mizerii dokłada sztuczna inteligencja. AI to narzędzie zbyt poręczne, by z niego nie korzystać, a zarazem zbyt świeże, by leciwa kadra profesorska potrafiła sprawnie zidentyfikować i wyeliminować generowane w ten sposób „dzieła”. Wszystko to składa się na smutny obraz akademickiej kryzysowości.

    I od razu ubiegnę częsty argument: „takie rzeczy dzieją się tylko w humanistyce”. Owszem, nauki humanistyczne ze swej natury ułatwiają produkcję tego typu prac, ale nie ma żadnego problemu, by w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” obronić dysertację o znikomej wartości naukowej również z fizyki czy chemii.

    Czy publiczny lincz uratuje standardy?

    Czy istnieje sposób na naprawę tego stanu rzeczy? Ze względu na wspomnianą w tytule nobilitacyjną funkcję stopni naukowych – szczerze w to wątpię. Zbyt mocno przyzwyczailiśmy się do wiązania skrótu przed nazwiskiem z powszechną carte blanche na wypowiadanie się na każdy temat, również ten leżący daleko poza dziedziną danych badań.

    Pozostaje liczyć na bezwzględność formuły publicznych obron. Precedens związany z Jakubem Wiechem może podnieść poprzeczkę kolejnym postaciom ze świecznika. W obawie przed publicznym fiaskiem zarówno sami doktoranci, jak i ich akademiccy opiekunowie będą musieli wreszcie zadbać o zachowanie choćby podstawowych minimów jakościowych.

    #nauka #Polityka #społeczeństwo
  5. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Doktorat jako akt nobilitacyjny

    Głośnym echem odbiła się nieudana obrona doktoratu Jakuba Wiecha – dziennikarza znanego ze swojej bezkompromisowej i aktywnej obrony odnawialnych źródeł energii oraz tematyki okołoklimatycznej. Komisja dokonała specyficznej wolty: na skutek wstrzymania się od głosu dużej części jej członków do obrony pracy w ogóle nie doszło.

    Nie czytałem dysertacji autora, więc nie będę wypowiadał się na temat jej merytorycznej jakości. Z doniesień medialnych wynika jednak, że był to doktorat z dziedziny prawa, co samo w sobie gwarantuje pewne przywileje – chociażby możliwość zasiadania w radach nadzorczych spółek. To w pewnym stopniu tłumaczy, po co doktorat autorowi, który na co dzień nie prowadzi działalności badawczej ani nie pracuje na uczelni.

    Akademicki glejt w służbie polityki

    Gdy przyglądamy się doktoratom osób znanych z pierwszej strony gazet – takich jak Andrzej Duda, Karol Nawrocki, Sławomir Mentzen, Patryk Jaki czy Rafał Trzaskowski – staje się jasne, że wzorem niemieckim stopień naukowy doktora zaczyna pełnić w naszej rzeczywistości politycznej rolę stricte nobilitacyjną. Jest niejako oficjalnym glejtem potwierdzającym przynależność do warstwy inteligencji.

    Nie jest to zjawisko typowo polskie; podobną funkcję doktoraty pełnią chociażby w Niemczech czy w Rosji. Pytanie jednak: na ile jest to praktyka wartościowa i czy powinniśmy ją akceptować? Z punktu widzenia – być może utopijnej – koncepcji rozwoju nauki, stopnie zdobywane na potrzeby karier pozanaukowych po prostu marnują zasoby. Czas i środki uczelni powinny być przeznaczone dla badaczy, którzy realnie budują potencjał naukowy kraju.

    Co więcej, jakość doktoratów pisanych przez polityków, z którymi miałem okazję się zapoznać, jest – delikatnie mówiąc – przeciętna. O osobnym zagadnieniu, jakim jest funkcjonowanie państwowych „fabryk tytułów” (co zarzuca się np. Akademii Wymiaru Sprawiedliwości), nawet nie wspominam. W istocie – choć wiele osób pewnie się oburzy – podobną funkcję od lat spełnia Instytut Pamięci Narodowej, masowo produkując doktoraty oparte na kilku kwerendach archiwalnych o bardzo ograniczonym zasięgu i znikomej wartości poznawczej. Dają one jednak określonym środowiskom barierę ochronną oraz przepustkę do politycznych karier.

    Grzechy akademii i cień sztucznej inteligencji

    Wina nie leży wyłącznie po stronie oportunistów – odpowiada za to również samo środowisko naukowe. Przecież ktoś te prace recenzuje, ktoś uczestniczy w obronach. O ile kandydat nie ma zawziętych wrogów (jak we wspomnianym przypadku Wiecha), obrona przebiega zazwyczaj w miłej, życzliwej atmosferze i pozostaje dość anonimowa. Nazwiska promotorów i recenzentów wypływają do opinii publicznej dopiero wtedy, gdy po latach ze wstydem odkrywają oni, kogo stworzyli (tak, to uwaga pod Panów adresem, panie profesorze Dudek).

    Obecnie kolejną warstwę naukowej mizerii dokłada sztuczna inteligencja. AI to narzędzie zbyt poręczne, by z niego nie korzystać, a zarazem zbyt świeże, by leciwa kadra profesorska potrafiła sprawnie zidentyfikować i wyeliminować generowane w ten sposób „dzieła”. Wszystko to składa się na smutny obraz akademickiej kryzysowości.

    I od razu ubiegnę częsty argument: „takie rzeczy dzieją się tylko w humanistyce”. Owszem, nauki humanistyczne ze swej natury ułatwiają produkcję tego typu prac, ale nie ma żadnego problemu, by w „atmosferze wzajemnego zrozumienia” obronić dysertację o znikomej wartości naukowej również z fizyki czy chemii.

    Czy publiczny lincz uratuje standardy?

    Czy istnieje sposób na naprawę tego stanu rzeczy? Ze względu na wspomnianą w tytule nobilitacyjną funkcję stopni naukowych – szczerze w to wątpię. Zbyt mocno przyzwyczailiśmy się do wiązania skrótu przed nazwiskiem z powszechną carte blanche na wypowiadanie się na każdy temat, również ten leżący daleko poza dziedziną danych badań.

    Pozostaje liczyć na bezwzględność formuły publicznych obron. Precedens związany z Jakubem Wiechem może podnieść poprzeczkę kolejnym postaciom ze świecznika. W obawie przed publicznym fiaskiem zarówno sami doktoranci, jak i ich akademiccy opiekunowie będą musieli wreszcie zadbać o zachowanie choćby podstawowych minimów jakościowych.

    #nauka #Polityka #społeczeństwo