Search
1000 results for “pospi”
-
Masz sprzęt Apple? OpenAI wymusza pilną aktualizację swoich aplikacji
Posiadacze komputerów z logo nadgryzionego jabłka muszą mieć się na baczności. Twórcy popularnego ChatGPT wezwali właśnie swoich użytkowników do natychmiastowego pobrania najnowszych wersji oprogramowania.
Powodem jest wykryta luka w narzędziach dostarczanych przez firmę trzecią. Choć inżynierowie uspokajają, że nasze dane są bezpieczne, zignorowanie tego apelu sprawi, że programy po prostu przestaną działać.
Sprawa jest poważna, choć samo OpenAI stara się tonować nastroje. W oficjalnym oświadczeniu opublikowanym w piątkowy wieczór czytamy, że problem dotyczy zewnętrznej biblioteki Axios, powszechnie wykorzystywanej przez programistów, która padła ofiarą szerszego incydentu w branży technologicznej.
„Zidentyfikowaliśmy problem związany z narzędziem Axios (…). Z nadmiaru ostrożności podejmujemy kroki w celu ochrony procesu certyfikacji naszych aplikacji dla systemu macOS” – tłumaczą przedstawiciele spółki. Jednocześnie firma wyraźnie podkreśla, że na ten moment nie ma najmniejszych dowodów na to, by dane użytkowników zostały wykradzione, a własność intelektualna lub serwery naruszone. Po co więc ten cały pośpiech?
Ochrona przed oszustami i blokada starych wersji
Głównym zagrożeniem nie jest w tym przypadku bezpośredni wyciek z serwerów firmy, ale ryzyko podszywania się. Odnawiając certyfikaty bezpieczeństwa, OpenAI chce mieć absolutną pewność, że nikt nie spróbuje wykorzystać luki do rozpowszechniania fałszywych, zawirusowanych programów, które system operacyjny mógłby uznać za oficjalne i bezpieczne oprogramowanie.
Aby uchronić się przed potencjalnymi problemami, użytkownicy macOS powinni niezwłocznie zaktualizować następujące aplikacje:
- ChatGPT
- Codex
- Atlas
- Codex CLI
Warto potraktować ten komunikat priorytetowo. Producent poinformował, że po 8 maja 2026 roku starsze wersje wymienionych aplikacji mogą całkowicie stracić łączność z serwerami i przestać funkcjonować. To dość skuteczny sposób, by zmusić opornych do zadbania o cyberbezpieczeństwo. Zamiast czekać na ostatnią chwilę, lepiej od razu wymusić pobranie łatek i cieszyć się spokojem.
#aktualizacja #Apple #Atlas #ChatGPT #Codex #cyberbezpieczeństwo #lukiWOprogramowaniu #macOS #OpenAI
-
Sprzeczne sygnały z Białego Domu. Trump chce potężnych cięć w budżecie NASA tuż po starcie misji Artemis II
Zaledwie dwa dni po tym, jak astronauci po raz pierwszy od ponad pół wieku ruszyli w stronę Księżyca, administracja Donalda Trumpa opublikowała nowy plan budżetowy dla NASA. Zakłada on cięcia na poziomie 23 procent. Pod topór mają pójść programy naukowe i stara infrastruktura, a wszystko w imię szybszej komercjalizacji kosmosu.
Propozycja budżetowa na rok fiskalny 2027 to mocne uderzenie. Biały Dom wnioskuje o przyznanie NASA 18,8 miliarda dolarów, co oznacza spadek o 5,6 miliarda w stosunku do roku ubiegłego. Dokument tłumaczy te radykalne posunięcia chęcią rezygnacji z „niepotrzebnych i przepłaconych działań” oraz skupieniem się na absolutnym priorytecie: lądowaniu ludzi na Księżycu przed końcem kadencji prezydenta oraz budowie tamtejszej bazy.
Księżyc zostaje, nauka idzie pod topór
Nowy administrator NASA, Jared Isaacman, musi teraz publicznie bronić tych decyzji. W wydanym oświadczeniu podkreśla, że budżet promuje „utrzymanie amerykańskiego przywództwa w głębokim kosmosie” oraz rozwój innowacji.
W praktyce oznacza to, że program Artemis otrzyma 8,5 miliarda dolarów. Pieniądze te zostaną wpompowane w komercyjne lądowniki, skafandry i łaziki. Ceną za ten księżycowy pośpiech jest jednak znaczne okrojenie programów badawczych. Budżet na naukę ma zostać zmniejszony o połowę (spadek o 3,4 miliarda dolarów), co oznacza anulowanie ponad 40 misji o „niskim priorytecie” – w tym de facto ostateczny koniec kosztownego programu Mars Sample Return (sprowadzenia próbek z Czerwonej Planety). Przedstawiciele The Planetary Society już nazwali te cięcia zagrożeniem dla amerykańskiego przywództwa w naukach o kosmosie.
Koniec z SLS i Orionem?
Niezwykle ciekawie zapowiada się również przyszłość samej logistyki. Biały Dom otwarcie wzywa do znalezienia „komercyjnych zamienników” dla gigantycznej rakiety SLS oraz statku Orion. Administracja uważa je za mało opłacalne w kontekście budowy bazy księżycowej.
NASA ma w planach wykorzystać rakietę SLS jeszcze kilka razy (prawdopodobnie do misji Artemis V), ale sam Isaacman nie ukrywa, że agencja chce docelowo przejść na rozwiązania komercyjne. Do gry wkrótce wejdą tacy giganci jak SpaceX ze statkiem Starship czy Blue Origin z rakietą New Glenn, a NASA zamierza rozpocząć poszukiwania prywatnych przewoźników dla swoich astronautów już w 2027 roku.
Co ciekawe, administracja planuje również uciąć finansowanie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) o 1,1 miliarda dolarów, trzymając się sztywno planu jej deorbitacji w 2030 roku. Jest to wyraźny prztyczek w nos dla części Kongresu, która forsuje wydłużenie życia stacji do 2032 roku.
Wszystko wskazuje na to, że przed nami długa batalia polityczna. W zeszłym roku podobne propozycje cięć spotkały się z twardym oporem i ostatecznie zostały odrzucone. Niezależnie od wyniku głosowań, wizja NASA wyraźnie ewoluuje – z agencji budującej własne rakiety staje się ona powoli inwestorem kupującym bilety u prywatnych przewoźników.
#ArtemisII #budżet #DonaldTrump #eksploracjaKosmosu #JaredIsaacman #NASA #politykaKosmiczna #SLS #SpaceX #statekOrion„Houston, mamy problem z pocztą”. Aplikacja Microsoft Outlook popsuła się w kosmosie
-
Sprzeczne sygnały z Białego Domu. Trump chce potężnych cięć w budżecie NASA tuż po starcie misji Artemis II
Zaledwie dwa dni po tym, jak astronauci po raz pierwszy od ponad pół wieku ruszyli w stronę Księżyca, administracja Donalda Trumpa opublikowała nowy plan budżetowy dla NASA. Zakłada on cięcia na poziomie 23 procent. Pod topór mają pójść programy naukowe i stara infrastruktura, a wszystko w imię szybszej komercjalizacji kosmosu.
Propozycja budżetowa na rok fiskalny 2027 to mocne uderzenie. Biały Dom wnioskuje o przyznanie NASA 18,8 miliarda dolarów, co oznacza spadek o 5,6 miliarda w stosunku do roku ubiegłego. Dokument tłumaczy te radykalne posunięcia chęcią rezygnacji z „niepotrzebnych i przepłaconych działań” oraz skupieniem się na absolutnym priorytecie: lądowaniu ludzi na Księżycu przed końcem kadencji prezydenta oraz budowie tamtejszej bazy.
Księżyc zostaje, nauka idzie pod topór
Nowy administrator NASA, Jared Isaacman, musi teraz publicznie bronić tych decyzji. W wydanym oświadczeniu podkreśla, że budżet promuje „utrzymanie amerykańskiego przywództwa w głębokim kosmosie” oraz rozwój innowacji.
W praktyce oznacza to, że program Artemis otrzyma 8,5 miliarda dolarów. Pieniądze te zostaną wpompowane w komercyjne lądowniki, skafandry i łaziki. Ceną za ten księżycowy pośpiech jest jednak znaczne okrojenie programów badawczych. Budżet na naukę ma zostać zmniejszony o połowę (spadek o 3,4 miliarda dolarów), co oznacza anulowanie ponad 40 misji o „niskim priorytecie” – w tym de facto ostateczny koniec kosztownego programu Mars Sample Return (sprowadzenia próbek z Czerwonej Planety). Przedstawiciele The Planetary Society już nazwali te cięcia zagrożeniem dla amerykańskiego przywództwa w naukach o kosmosie.
Koniec z SLS i Orionem?
Niezwykle ciekawie zapowiada się również przyszłość samej logistyki. Biały Dom otwarcie wzywa do znalezienia „komercyjnych zamienników” dla gigantycznej rakiety SLS oraz statku Orion. Administracja uważa je za mało opłacalne w kontekście budowy bazy księżycowej.
NASA ma w planach wykorzystać rakietę SLS jeszcze kilka razy (prawdopodobnie do misji Artemis V), ale sam Isaacman nie ukrywa, że agencja chce docelowo przejść na rozwiązania komercyjne. Do gry wkrótce wejdą tacy giganci jak SpaceX ze statkiem Starship czy Blue Origin z rakietą New Glenn, a NASA zamierza rozpocząć poszukiwania prywatnych przewoźników dla swoich astronautów już w 2027 roku.
Co ciekawe, administracja planuje również uciąć finansowanie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) o 1,1 miliarda dolarów, trzymając się sztywno planu jej deorbitacji w 2030 roku. Jest to wyraźny prztyczek w nos dla części Kongresu, która forsuje wydłużenie życia stacji do 2032 roku.
Wszystko wskazuje na to, że przed nami długa batalia polityczna. W zeszłym roku podobne propozycje cięć spotkały się z twardym oporem i ostatecznie zostały odrzucone. Niezależnie od wyniku głosowań, wizja NASA wyraźnie ewoluuje – z agencji budującej własne rakiety staje się ona powoli inwestorem kupującym bilety u prywatnych przewoźników.
#ArtemisII #budżet #DonaldTrump #eksploracjaKosmosu #JaredIsaacman #NASA #politykaKosmiczna #SLS #SpaceX #statekOrion„Houston, mamy problem z pocztą”. Aplikacja Microsoft Outlook popsuła się w kosmosie
-
Sprzeczne sygnały z Białego Domu. Trump chce potężnych cięć w budżecie NASA tuż po starcie misji Artemis II
Zaledwie dwa dni po tym, jak astronauci po raz pierwszy od ponad pół wieku ruszyli w stronę Księżyca, administracja Donalda Trumpa opublikowała nowy plan budżetowy dla NASA. Zakłada on cięcia na poziomie 23 procent. Pod topór mają pójść programy naukowe i stara infrastruktura, a wszystko w imię szybszej komercjalizacji kosmosu.
Propozycja budżetowa na rok fiskalny 2027 to mocne uderzenie. Biały Dom wnioskuje o przyznanie NASA 18,8 miliarda dolarów, co oznacza spadek o 5,6 miliarda w stosunku do roku ubiegłego. Dokument tłumaczy te radykalne posunięcia chęcią rezygnacji z „niepotrzebnych i przepłaconych działań” oraz skupieniem się na absolutnym priorytecie: lądowaniu ludzi na Księżycu przed końcem kadencji prezydenta oraz budowie tamtejszej bazy.
Księżyc zostaje, nauka idzie pod topór
Nowy administrator NASA, Jared Isaacman, musi teraz publicznie bronić tych decyzji. W wydanym oświadczeniu podkreśla, że budżet promuje „utrzymanie amerykańskiego przywództwa w głębokim kosmosie” oraz rozwój innowacji.
W praktyce oznacza to, że program Artemis otrzyma 8,5 miliarda dolarów. Pieniądze te zostaną wpompowane w komercyjne lądowniki, skafandry i łaziki. Ceną za ten księżycowy pośpiech jest jednak znaczne okrojenie programów badawczych. Budżet na naukę ma zostać zmniejszony o połowę (spadek o 3,4 miliarda dolarów), co oznacza anulowanie ponad 40 misji o „niskim priorytecie” – w tym de facto ostateczny koniec kosztownego programu Mars Sample Return (sprowadzenia próbek z Czerwonej Planety). Przedstawiciele The Planetary Society już nazwali te cięcia zagrożeniem dla amerykańskiego przywództwa w naukach o kosmosie.
Koniec z SLS i Orionem?
Niezwykle ciekawie zapowiada się również przyszłość samej logistyki. Biały Dom otwarcie wzywa do znalezienia „komercyjnych zamienników” dla gigantycznej rakiety SLS oraz statku Orion. Administracja uważa je za mało opłacalne w kontekście budowy bazy księżycowej.
NASA ma w planach wykorzystać rakietę SLS jeszcze kilka razy (prawdopodobnie do misji Artemis V), ale sam Isaacman nie ukrywa, że agencja chce docelowo przejść na rozwiązania komercyjne. Do gry wkrótce wejdą tacy giganci jak SpaceX ze statkiem Starship czy Blue Origin z rakietą New Glenn, a NASA zamierza rozpocząć poszukiwania prywatnych przewoźników dla swoich astronautów już w 2027 roku.
Co ciekawe, administracja planuje również uciąć finansowanie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) o 1,1 miliarda dolarów, trzymając się sztywno planu jej deorbitacji w 2030 roku. Jest to wyraźny prztyczek w nos dla części Kongresu, która forsuje wydłużenie życia stacji do 2032 roku.
Wszystko wskazuje na to, że przed nami długa batalia polityczna. W zeszłym roku podobne propozycje cięć spotkały się z twardym oporem i ostatecznie zostały odrzucone. Niezależnie od wyniku głosowań, wizja NASA wyraźnie ewoluuje – z agencji budującej własne rakiety staje się ona powoli inwestorem kupującym bilety u prywatnych przewoźników.
#ArtemisII #budżet #DonaldTrump #eksploracjaKosmosu #JaredIsaacman #NASA #politykaKosmiczna #SLS #SpaceX #statekOrion„Houston, mamy problem z pocztą”. Aplikacja Microsoft Outlook popsuła się w kosmosie
-
Chiński gigant opóźnia debiut modelu wideo AI. Hollywood obawia się o prawa autorskie
Jeśli czekałeś na przetestowanie najnowszego modelu wideo od twórców TikToka, Seedance 2.0, musisz uzbroić się w cierpliwość.
Firma ByteDance wstrzymała globalną premierę generatora Seedance 2.0. Powód? Potężny opór ze strony wytwórni filmowych i platform streamingowych, obawiających się fali fałszywych nagrań ze znanymi aktorami.
Do tej pory dostęp do modelu Seedance 2.0 był mocno ograniczony – wymagał chińskiego numeru telefonu oraz konta na lokalnej platformie ByteDance. Według informatorów serwisu The Information, globalny debiut obiecującej technologii został właśnie zamrożony. Główną przyczyną są groźby działań prawnych ze strony gigantów rozrywkowych (w tym Disneya, który blisko współpracuje z konkurencyjnym OpenAI).
Wirtualne bijatyki bez zabezpieczeń
Osią sporu jest całkowity brak barier ochronnych w początkowej wersji generatora. Użytkownicy w Chinach masowo tworzyli dynamiczne sceny akcji, w których główne role odgrywali cyfrowe klony hollywoodzkich gwiazd i postaci chronionych prawem autorskim.
W sieci ogromną popularność zdobyło między innymi wygenerowane przez AI nagranie brutalnej walki między Tomem Cruise’em a Bradem Pittem. Choć fizyka i ciągłość wydarzeń w tych materiałach wciąż pozostawiają wiele do życzenia, a model ma problemy z dokładnym naśladowaniem głosów, łatwość, z jaką można wykorzystać wizerunek znanych osób, wywołała alarm w Fabryce Snów.
Przerażenie w branży filmowej
Hollywood patrzy na rozwój chińskiej technologii z rosnącym niepokojem, co idealnie wpisuje się w niedawne, głośne obawy wyrażane między innymi przez Stevena Spielberga. Rhett Reese, współtwórca scenariusza do „Deadpoola”, w rozmowie z „New York Timesem” nie szczędził mocnych słów pod adresem nowych narzędzi AI.
„Dla nas wszystkich, którzy pracują w tej branży i poświęcili jej swoje kariery oraz życie, jest to po prostu przerażające. Widzę, jak to rozwiązanie odbiera ludziom pracę na masową skalę” – stwierdził Reese.
Słynny reżyser Hollywood odrzuca sztuczną inteligencję. Steven Spielberg wyznacza twardą granicę
Zespół ByteDance w pośpiechu próbuje teraz wdrożyć rygorystyczne ograniczenia dotyczące generowanych treści, aby zachować zgodność z zachodnimi regulacjami dotyczącymi praw autorskich. Choć pierwotnie debiut planowano na połowę marca, obecna oś czasu jest całkowicie uzależniona od tego, jak szybko inżynierom uda się załatać luki i powstrzymać algorytm przed tworzeniem nieautoryzowanych deepfake’ów.
#ByteDanceAI #deepfakeAktorzy #generatoryWideoSztucznaInteligencja #OpenAISoraKonkurencja #prawaAutorskieAI #RhettReeseAI #Seedance20Wideo #sztucznaInteligencjaHollywood #TomCruiseBradPittAI -
Chiński gigant opóźnia debiut modelu wideo AI. Hollywood obawia się o prawa autorskie
Jeśli czekałeś na przetestowanie najnowszego modelu wideo od twórców TikToka, Seedance 2.0, musisz uzbroić się w cierpliwość.
Firma ByteDance wstrzymała globalną premierę generatora Seedance 2.0. Powód? Potężny opór ze strony wytwórni filmowych i platform streamingowych, obawiających się fali fałszywych nagrań ze znanymi aktorami.
Do tej pory dostęp do modelu Seedance 2.0 był mocno ograniczony – wymagał chińskiego numeru telefonu oraz konta na lokalnej platformie ByteDance. Według informatorów serwisu The Information, globalny debiut obiecującej technologii został właśnie zamrożony. Główną przyczyną są groźby działań prawnych ze strony gigantów rozrywkowych (w tym Disneya, który blisko współpracuje z konkurencyjnym OpenAI).
Wirtualne bijatyki bez zabezpieczeń
Osią sporu jest całkowity brak barier ochronnych w początkowej wersji generatora. Użytkownicy w Chinach masowo tworzyli dynamiczne sceny akcji, w których główne role odgrywali cyfrowe klony hollywoodzkich gwiazd i postaci chronionych prawem autorskim.
W sieci ogromną popularność zdobyło między innymi wygenerowane przez AI nagranie brutalnej walki między Tomem Cruise’em a Bradem Pittem. Choć fizyka i ciągłość wydarzeń w tych materiałach wciąż pozostawiają wiele do życzenia, a model ma problemy z dokładnym naśladowaniem głosów, łatwość, z jaką można wykorzystać wizerunek znanych osób, wywołała alarm w Fabryce Snów.
Przerażenie w branży filmowej
Hollywood patrzy na rozwój chińskiej technologii z rosnącym niepokojem, co idealnie wpisuje się w niedawne, głośne obawy wyrażane między innymi przez Stevena Spielberga. Rhett Reese, współtwórca scenariusza do „Deadpoola”, w rozmowie z „New York Timesem” nie szczędził mocnych słów pod adresem nowych narzędzi AI.
„Dla nas wszystkich, którzy pracują w tej branży i poświęcili jej swoje kariery oraz życie, jest to po prostu przerażające. Widzę, jak to rozwiązanie odbiera ludziom pracę na masową skalę” – stwierdził Reese.
Słynny reżyser Hollywood odrzuca sztuczną inteligencję. Steven Spielberg wyznacza twardą granicę
Zespół ByteDance w pośpiechu próbuje teraz wdrożyć rygorystyczne ograniczenia dotyczące generowanych treści, aby zachować zgodność z zachodnimi regulacjami dotyczącymi praw autorskich. Choć pierwotnie debiut planowano na połowę marca, obecna oś czasu jest całkowicie uzależniona od tego, jak szybko inżynierom uda się załatać luki i powstrzymać algorytm przed tworzeniem nieautoryzowanych deepfake’ów.
#ByteDanceAI #deepfakeAktorzy #generatoryWideoSztucznaInteligencja #OpenAISoraKonkurencja #prawaAutorskieAI #RhettReeseAI #Seedance20Wideo #sztucznaInteligencjaHollywood #TomCruiseBradPittAI -
Sztuczna inteligencja zmyśla źródła na Wikipedii. Redaktorzy walczą z masowymi tłumaczeniami
Internetowa encyklopedia stanęła przed poważnym problemem.
Społeczność redaktorów Wikipedii nałożyła ostre restrykcje na grupę płatnych współpracowników, którzy do masowego tłumaczenia haseł wykorzystywali sztuczną inteligencję. Efekt? Artykuły zalała fala „halucynacji”, fałszywych przypisów i całkowicie zmyślonych informacji.
Jak donosi serwis 404 Media, sprawa dotyczy działań organizacji Open Knowledge Association (OKA) – fundacji, która w ramach wspierania otwartych platform wypłacała comiesięczne stypendia osobom zajmującym się tłumaczeniem haseł na inne języki. Problem w tym, że praca ta w dużej mierze opierała się na kopiowaniu i wklejaniu tekstów do dużych modeli językowych (LLM).
Zmyślone książki i fałszywe cytaty
Zatrudniani przez OKA tłumacze (często rekrutowani w krajach Globalnego Południa za stawki rzędu niespełna 400 dolarów miesięcznie) korzystali z narzędzi takich jak ChatGPT, Gemini czy – do niedawna – Grok od Elona Muska.
Szybko okazało się, że algorytmy wstawiają do encyklopedii treści, które wyglądają wiarygodnie, ale są całkowitą fikcją. Uwagę redaktorów przykuł m.in. artykuł o francuskiej rodzinie królewskiej La Bourdonnaye. Sztuczna inteligencja wygenerowała w nim perfekcyjnie sformatowany przypis do konkretnej strony w książce historycznej. Po weryfikacji okazało się, że na wskazanej stronie nie ma absolutnie żadnej wzmianki o tym rodzie.
Inne śledztwa wykazały kolejne nadużycia:
- Algorytmy podmieniały źródła miejscami, dopasowując je do błędnych kontekstów.
- Wstawiano całe akapity informacji, które brzmiały logicznie, ale były całkowicie niezwiązane z tematem (np. w artykule o francuskich wyborach do Senatu z 1879 roku).
- Masowe generowanie tekstów często psuło natywne formatowanie stron Wikipedii.
Wikipedia mówi „dość”
W obliczu zalewu błędnych danych, społeczność Wikipedii wprowadziła nowe, surowe zasady celujące bezpośrednio w proceder OKA. Jeśli współpracownik organizacji otrzyma w ciągu sześciu miesięcy cztery ostrzeżenia dotyczące wprowadzenia niezweryfikowanych treści, zostanie zablokowany bez dalszych uprzedzeń. Co więcej, wszystkie hasła dodane przez zablokowanego w ten sposób tłumacza mogą zostać z automatu usunięte, chyba że inny, zaufany redaktor weźmie za nie odpowiedzialność.
AI ma kontrolować AI
Prezes OKA, Jonathan Zimmermann, w korespondencji z 404 Media przyznał, że błędy faktycznie miały miejsce, ale zrzucił je na karb „indywidualnego entuzjazmu i pośpiechu” niektórych tłumaczy, a nie presji ze strony fundacji.
Organizacja zapowiedziała wzmocnienie środków ostrożności, jednak wybrane przez nią rozwiązanie budzi kolejne kontrowersje. OKA wdraża obecnie drugi, niezależny krok weryfikacyjny, w którym… inny model AI będzie sprawdzał tekst wygenerowany przez pierwsze AI w poszukiwaniu rozbieżności z oryginałem. Eksperci i dziennikarze od dawna zwracają uwagę, że używanie algorytmów do weryfikacji pracy innych algorytmów (tzw. zjawisko AI-checking-AI) wciąż cechuje się bardzo wysokim współczynnikiem błędu.
#błędyChatGPT #fakeNewsAI #Grok #halucynacjeAI #modeleLLM #OpenKnowledgeAssociation #tłumaczeniaAIWikipedia #weryfikacjaźródełAI #WikipediaSztucznaInteligencjaOpenAI wdraża ChatGPT-5.3 Instant – AI nie będzie już „lać wody”
-
Sztuczna inteligencja zmyśla źródła na Wikipedii. Redaktorzy walczą z masowymi tłumaczeniami
Internetowa encyklopedia stanęła przed poważnym problemem.
Społeczność redaktorów Wikipedii nałożyła ostre restrykcje na grupę płatnych współpracowników, którzy do masowego tłumaczenia haseł wykorzystywali sztuczną inteligencję. Efekt? Artykuły zalała fala „halucynacji”, fałszywych przypisów i całkowicie zmyślonych informacji.
Jak donosi serwis 404 Media, sprawa dotyczy działań organizacji Open Knowledge Association (OKA) – fundacji, która w ramach wspierania otwartych platform wypłacała comiesięczne stypendia osobom zajmującym się tłumaczeniem haseł na inne języki. Problem w tym, że praca ta w dużej mierze opierała się na kopiowaniu i wklejaniu tekstów do dużych modeli językowych (LLM).
Zmyślone książki i fałszywe cytaty
Zatrudniani przez OKA tłumacze (często rekrutowani w krajach Globalnego Południa za stawki rzędu niespełna 400 dolarów miesięcznie) korzystali z narzędzi takich jak ChatGPT, Gemini czy – do niedawna – Grok od Elona Muska.
Szybko okazało się, że algorytmy wstawiają do encyklopedii treści, które wyglądają wiarygodnie, ale są całkowitą fikcją. Uwagę redaktorów przykuł m.in. artykuł o francuskiej rodzinie królewskiej La Bourdonnaye. Sztuczna inteligencja wygenerowała w nim perfekcyjnie sformatowany przypis do konkretnej strony w książce historycznej. Po weryfikacji okazało się, że na wskazanej stronie nie ma absolutnie żadnej wzmianki o tym rodzie.
Inne śledztwa wykazały kolejne nadużycia:
- Algorytmy podmieniały źródła miejscami, dopasowując je do błędnych kontekstów.
- Wstawiano całe akapity informacji, które brzmiały logicznie, ale były całkowicie niezwiązane z tematem (np. w artykule o francuskich wyborach do Senatu z 1879 roku).
- Masowe generowanie tekstów często psuło natywne formatowanie stron Wikipedii.
Wikipedia mówi „dość”
W obliczu zalewu błędnych danych, społeczność Wikipedii wprowadziła nowe, surowe zasady celujące bezpośrednio w proceder OKA. Jeśli współpracownik organizacji otrzyma w ciągu sześciu miesięcy cztery ostrzeżenia dotyczące wprowadzenia niezweryfikowanych treści, zostanie zablokowany bez dalszych uprzedzeń. Co więcej, wszystkie hasła dodane przez zablokowanego w ten sposób tłumacza mogą zostać z automatu usunięte, chyba że inny, zaufany redaktor weźmie za nie odpowiedzialność.
AI ma kontrolować AI
Prezes OKA, Jonathan Zimmermann, w korespondencji z 404 Media przyznał, że błędy faktycznie miały miejsce, ale zrzucił je na karb „indywidualnego entuzjazmu i pośpiechu” niektórych tłumaczy, a nie presji ze strony fundacji.
Organizacja zapowiedziała wzmocnienie środków ostrożności, jednak wybrane przez nią rozwiązanie budzi kolejne kontrowersje. OKA wdraża obecnie drugi, niezależny krok weryfikacyjny, w którym… inny model AI będzie sprawdzał tekst wygenerowany przez pierwsze AI w poszukiwaniu rozbieżności z oryginałem. Eksperci i dziennikarze od dawna zwracają uwagę, że używanie algorytmów do weryfikacji pracy innych algorytmów (tzw. zjawisko AI-checking-AI) wciąż cechuje się bardzo wysokim współczynnikiem błędu.
#błędyChatGPT #fakeNewsAI #Grok #halucynacjeAI #modeleLLM #OpenKnowledgeAssociation #tłumaczeniaAIWikipedia #weryfikacjaźródełAI #WikipediaSztucznaInteligencjaOpenAI wdraża ChatGPT-5.3 Instant – AI nie będzie już „lać wody”
-
Sztuczna inteligencja zmyśla źródła na Wikipedii. Redaktorzy walczą z masowymi tłumaczeniami
Internetowa encyklopedia stanęła przed poważnym problemem.
Społeczność redaktorów Wikipedii nałożyła ostre restrykcje na grupę płatnych współpracowników, którzy do masowego tłumaczenia haseł wykorzystywali sztuczną inteligencję. Efekt? Artykuły zalała fala „halucynacji”, fałszywych przypisów i całkowicie zmyślonych informacji.
Jak donosi serwis 404 Media, sprawa dotyczy działań organizacji Open Knowledge Association (OKA) – fundacji, która w ramach wspierania otwartych platform wypłacała comiesięczne stypendia osobom zajmującym się tłumaczeniem haseł na inne języki. Problem w tym, że praca ta w dużej mierze opierała się na kopiowaniu i wklejaniu tekstów do dużych modeli językowych (LLM).
Zmyślone książki i fałszywe cytaty
Zatrudniani przez OKA tłumacze (często rekrutowani w krajach Globalnego Południa za stawki rzędu niespełna 400 dolarów miesięcznie) korzystali z narzędzi takich jak ChatGPT, Gemini czy – do niedawna – Grok od Elona Muska.
Szybko okazało się, że algorytmy wstawiają do encyklopedii treści, które wyglądają wiarygodnie, ale są całkowitą fikcją. Uwagę redaktorów przykuł m.in. artykuł o francuskiej rodzinie królewskiej La Bourdonnaye. Sztuczna inteligencja wygenerowała w nim perfekcyjnie sformatowany przypis do konkretnej strony w książce historycznej. Po weryfikacji okazało się, że na wskazanej stronie nie ma absolutnie żadnej wzmianki o tym rodzie.
Inne śledztwa wykazały kolejne nadużycia:
- Algorytmy podmieniały źródła miejscami, dopasowując je do błędnych kontekstów.
- Wstawiano całe akapity informacji, które brzmiały logicznie, ale były całkowicie niezwiązane z tematem (np. w artykule o francuskich wyborach do Senatu z 1879 roku).
- Masowe generowanie tekstów często psuło natywne formatowanie stron Wikipedii.
Wikipedia mówi „dość”
W obliczu zalewu błędnych danych, społeczność Wikipedii wprowadziła nowe, surowe zasady celujące bezpośrednio w proceder OKA. Jeśli współpracownik organizacji otrzyma w ciągu sześciu miesięcy cztery ostrzeżenia dotyczące wprowadzenia niezweryfikowanych treści, zostanie zablokowany bez dalszych uprzedzeń. Co więcej, wszystkie hasła dodane przez zablokowanego w ten sposób tłumacza mogą zostać z automatu usunięte, chyba że inny, zaufany redaktor weźmie za nie odpowiedzialność.
AI ma kontrolować AI
Prezes OKA, Jonathan Zimmermann, w korespondencji z 404 Media przyznał, że błędy faktycznie miały miejsce, ale zrzucił je na karb „indywidualnego entuzjazmu i pośpiechu” niektórych tłumaczy, a nie presji ze strony fundacji.
Organizacja zapowiedziała wzmocnienie środków ostrożności, jednak wybrane przez nią rozwiązanie budzi kolejne kontrowersje. OKA wdraża obecnie drugi, niezależny krok weryfikacyjny, w którym… inny model AI będzie sprawdzał tekst wygenerowany przez pierwsze AI w poszukiwaniu rozbieżności z oryginałem. Eksperci i dziennikarze od dawna zwracają uwagę, że używanie algorytmów do weryfikacji pracy innych algorytmów (tzw. zjawisko AI-checking-AI) wciąż cechuje się bardzo wysokim współczynnikiem błędu.
#błędyChatGPT #fakeNewsAI #Grok #halucynacjeAI #modeleLLM #OpenKnowledgeAssociation #tłumaczeniaAIWikipedia #weryfikacjaźródełAI #WikipediaSztucznaInteligencjaOpenAI wdraża ChatGPT-5.3 Instant – AI nie będzie już „lać wody”
-
Sztuczna inteligencja zmyśla źródła na Wikipedii. Redaktorzy walczą z masowymi tłumaczeniami
Internetowa encyklopedia stanęła przed poważnym problemem.
Społeczność redaktorów Wikipedii nałożyła ostre restrykcje na grupę płatnych współpracowników, którzy do masowego tłumaczenia haseł wykorzystywali sztuczną inteligencję. Efekt? Artykuły zalała fala „halucynacji”, fałszywych przypisów i całkowicie zmyślonych informacji.
Jak donosi serwis 404 Media, sprawa dotyczy działań organizacji Open Knowledge Association (OKA) – fundacji, która w ramach wspierania otwartych platform wypłacała comiesięczne stypendia osobom zajmującym się tłumaczeniem haseł na inne języki. Problem w tym, że praca ta w dużej mierze opierała się na kopiowaniu i wklejaniu tekstów do dużych modeli językowych (LLM).
Zmyślone książki i fałszywe cytaty
Zatrudniani przez OKA tłumacze (często rekrutowani w krajach Globalnego Południa za stawki rzędu niespełna 400 dolarów miesięcznie) korzystali z narzędzi takich jak ChatGPT, Gemini czy – do niedawna – Grok od Elona Muska.
Szybko okazało się, że algorytmy wstawiają do encyklopedii treści, które wyglądają wiarygodnie, ale są całkowitą fikcją. Uwagę redaktorów przykuł m.in. artykuł o francuskiej rodzinie królewskiej La Bourdonnaye. Sztuczna inteligencja wygenerowała w nim perfekcyjnie sformatowany przypis do konkretnej strony w książce historycznej. Po weryfikacji okazało się, że na wskazanej stronie nie ma absolutnie żadnej wzmianki o tym rodzie.
Inne śledztwa wykazały kolejne nadużycia:
- Algorytmy podmieniały źródła miejscami, dopasowując je do błędnych kontekstów.
- Wstawiano całe akapity informacji, które brzmiały logicznie, ale były całkowicie niezwiązane z tematem (np. w artykule o francuskich wyborach do Senatu z 1879 roku).
- Masowe generowanie tekstów często psuło natywne formatowanie stron Wikipedii.
Wikipedia mówi „dość”
W obliczu zalewu błędnych danych, społeczność Wikipedii wprowadziła nowe, surowe zasady celujące bezpośrednio w proceder OKA. Jeśli współpracownik organizacji otrzyma w ciągu sześciu miesięcy cztery ostrzeżenia dotyczące wprowadzenia niezweryfikowanych treści, zostanie zablokowany bez dalszych uprzedzeń. Co więcej, wszystkie hasła dodane przez zablokowanego w ten sposób tłumacza mogą zostać z automatu usunięte, chyba że inny, zaufany redaktor weźmie za nie odpowiedzialność.
AI ma kontrolować AI
Prezes OKA, Jonathan Zimmermann, w korespondencji z 404 Media przyznał, że błędy faktycznie miały miejsce, ale zrzucił je na karb „indywidualnego entuzjazmu i pośpiechu” niektórych tłumaczy, a nie presji ze strony fundacji.
Organizacja zapowiedziała wzmocnienie środków ostrożności, jednak wybrane przez nią rozwiązanie budzi kolejne kontrowersje. OKA wdraża obecnie drugi, niezależny krok weryfikacyjny, w którym… inny model AI będzie sprawdzał tekst wygenerowany przez pierwsze AI w poszukiwaniu rozbieżności z oryginałem. Eksperci i dziennikarze od dawna zwracają uwagę, że używanie algorytmów do weryfikacji pracy innych algorytmów (tzw. zjawisko AI-checking-AI) wciąż cechuje się bardzo wysokim współczynnikiem błędu.
#błędyChatGPT #fakeNewsAI #Grok #halucynacjeAI #modeleLLM #OpenKnowledgeAssociation #tłumaczeniaAIWikipedia #weryfikacjaźródełAI #WikipediaSztucznaInteligencjaOpenAI wdraża ChatGPT-5.3 Instant – AI nie będzie już „lać wody”
-
Sztuczna inteligencja zmyśla źródła na Wikipedii. Redaktorzy walczą z masowymi tłumaczeniami
Internetowa encyklopedia stanęła przed poważnym problemem.
Społeczność redaktorów Wikipedii nałożyła ostre restrykcje na grupę płatnych współpracowników, którzy do masowego tłumaczenia haseł wykorzystywali sztuczną inteligencję. Efekt? Artykuły zalała fala „halucynacji”, fałszywych przypisów i całkowicie zmyślonych informacji.
Jak donosi serwis 404 Media, sprawa dotyczy działań organizacji Open Knowledge Association (OKA) – fundacji, która w ramach wspierania otwartych platform wypłacała comiesięczne stypendia osobom zajmującym się tłumaczeniem haseł na inne języki. Problem w tym, że praca ta w dużej mierze opierała się na kopiowaniu i wklejaniu tekstów do dużych modeli językowych (LLM).
Zmyślone książki i fałszywe cytaty
Zatrudniani przez OKA tłumacze (często rekrutowani w krajach Globalnego Południa za stawki rzędu niespełna 400 dolarów miesięcznie) korzystali z narzędzi takich jak ChatGPT, Gemini czy – do niedawna – Grok od Elona Muska.
Szybko okazało się, że algorytmy wstawiają do encyklopedii treści, które wyglądają wiarygodnie, ale są całkowitą fikcją. Uwagę redaktorów przykuł m.in. artykuł o francuskiej rodzinie królewskiej La Bourdonnaye. Sztuczna inteligencja wygenerowała w nim perfekcyjnie sformatowany przypis do konkretnej strony w książce historycznej. Po weryfikacji okazało się, że na wskazanej stronie nie ma absolutnie żadnej wzmianki o tym rodzie.
Inne śledztwa wykazały kolejne nadużycia:
- Algorytmy podmieniały źródła miejscami, dopasowując je do błędnych kontekstów.
- Wstawiano całe akapity informacji, które brzmiały logicznie, ale były całkowicie niezwiązane z tematem (np. w artykule o francuskich wyborach do Senatu z 1879 roku).
- Masowe generowanie tekstów często psuło natywne formatowanie stron Wikipedii.
Wikipedia mówi „dość”
W obliczu zalewu błędnych danych, społeczność Wikipedii wprowadziła nowe, surowe zasady celujące bezpośrednio w proceder OKA. Jeśli współpracownik organizacji otrzyma w ciągu sześciu miesięcy cztery ostrzeżenia dotyczące wprowadzenia niezweryfikowanych treści, zostanie zablokowany bez dalszych uprzedzeń. Co więcej, wszystkie hasła dodane przez zablokowanego w ten sposób tłumacza mogą zostać z automatu usunięte, chyba że inny, zaufany redaktor weźmie za nie odpowiedzialność.
AI ma kontrolować AI
Prezes OKA, Jonathan Zimmermann, w korespondencji z 404 Media przyznał, że błędy faktycznie miały miejsce, ale zrzucił je na karb „indywidualnego entuzjazmu i pośpiechu” niektórych tłumaczy, a nie presji ze strony fundacji.
Organizacja zapowiedziała wzmocnienie środków ostrożności, jednak wybrane przez nią rozwiązanie budzi kolejne kontrowersje. OKA wdraża obecnie drugi, niezależny krok weryfikacyjny, w którym… inny model AI będzie sprawdzał tekst wygenerowany przez pierwsze AI w poszukiwaniu rozbieżności z oryginałem. Eksperci i dziennikarze od dawna zwracają uwagę, że używanie algorytmów do weryfikacji pracy innych algorytmów (tzw. zjawisko AI-checking-AI) wciąż cechuje się bardzo wysokim współczynnikiem błędu.
#błędyChatGPT #fakeNewsAI #Grok #halucynacjeAI #modeleLLM #OpenKnowledgeAssociation #tłumaczeniaAIWikipedia #weryfikacjaźródełAI #WikipediaSztucznaInteligencjaOpenAI wdraża ChatGPT-5.3 Instant – AI nie będzie już „lać wody”
-
Walka o Warner Bros. Discovery trwa. Paramount rzuca na stół 108 mld dolarów i „gwarancję ojca”
Wydawało się, że karty zostały rozdane, gdy zarząd Warner Bros. Discovery przyjął ofertę Netflixa. Nic bardziej mylnego. Paramount Skydance wraca do gry z ofertą wyższą o 25 miliardów dolarów i asem w rękawie: osobistym majątkiem założyciela Oracle.
Jeszcze niedawno informowaliśmy Was o szczegółach oferty Netflixa, która opiewała na 82,7 mld dolarów i została wstępnie zaakceptowana przez zarząd WBD. Wtedy wydawało się, że fuzja gigantów jest przesądzona. Jednak Paramount Skydance, kierowane przez Davida Ellisona, postanowiło powiedzieć „sprawdzam”.
40 miliardów z prywatnej kieszeni
Głównym powodem, dla którego Warner Bros. Discovery odrzuciło pierwotną, wyższą ofertę Paramountu (108 mld dolarów), był brak pewności finansowania. Opierało się ono częściowo na funduszach majątkowych z Arabii Saudyjskiej i Kataru, co budziło obawy o stabilność transakcji.
W nowej, zaktualizowanej ofercie, Paramount wyciąga działo największego kalibru. Do gry wchodzi ojciec Davida – Larry Ellison (założyciel Oracle i jeden z najbogatszych ludzi świata). Dokumenty zawierają jego „nieodwołalną gwarancję osobistą” na kwotę 40,4 mld dolarów. Oznacza to, że jeśli zewnętrzni inwestorzy się wycofają, Ellison pokryje koszty z własnego majątku.
Paramount: nasza oferta jest lepsza
David Ellison nie ukrywa rozgoryczenia postawą zarządu WBD. W oświadczeniu punktuje, że Warner pospieszył się z akceptacją „gorszej” oferty Netflixa, nie dając Paramountowi szansy na wcześniejsze przedstawienie gwarancji. Paramount oferuje 30 dolarów za akcję (gotówka), co jest wyceną znacznie korzystniejszą dla akcjonariuszy niż propozycja Netflixa. Dodatkowo firma zrównała opłatę za zerwanie umowy (tzw. reverse termination fee) do poziomu 5,8 mld dolarów – dokładnie tyle, ile zaproponował Netflix.
Co to oznacza dla nas?
Dla polskiego widza to walka o to, gdzie w przyszłości obejrzymy „Diunę”, „Harry’ego Pottera” czy seriale HBO. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Netflixa, będziemy mieli gigantyczną konsolidację, co może oznaczać potencjalnie wyższe ceny usług, ale wszystko w jednej aplikacji. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Paramountu, będzie to oznaczać powstanie kolejnego gracza-giganta w branży streamingu. Gracza, który będzie realną konkurencją tak dla samego Netflixa jak i Disneya.
Oferta Paramountu wygasa 21 stycznia 2026 roku. Zapowiada się gorący styczeń w Hollywood.
#fuzja #HBOMax #LarryEllison #media #Netflix #Paramount #rynekVOD #WarnerBrosDiscovery -
Walka o Warner Bros. Discovery trwa. Paramount rzuca na stół 108 mld dolarów i „gwarancję ojca”
Wydawało się, że karty zostały rozdane, gdy zarząd Warner Bros. Discovery przyjął ofertę Netflixa. Nic bardziej mylnego. Paramount Skydance wraca do gry z ofertą wyższą o 25 miliardów dolarów i asem w rękawie: osobistym majątkiem założyciela Oracle.
Jeszcze niedawno informowaliśmy Was o szczegółach oferty Netflixa, która opiewała na 82,7 mld dolarów i została wstępnie zaakceptowana przez zarząd WBD. Wtedy wydawało się, że fuzja gigantów jest przesądzona. Jednak Paramount Skydance, kierowane przez Davida Ellisona, postanowiło powiedzieć „sprawdzam”.
40 miliardów z prywatnej kieszeni
Głównym powodem, dla którego Warner Bros. Discovery odrzuciło pierwotną, wyższą ofertę Paramountu (108 mld dolarów), był brak pewności finansowania. Opierało się ono częściowo na funduszach majątkowych z Arabii Saudyjskiej i Kataru, co budziło obawy o stabilność transakcji.
W nowej, zaktualizowanej ofercie, Paramount wyciąga działo największego kalibru. Do gry wchodzi ojciec Davida – Larry Ellison (założyciel Oracle i jeden z najbogatszych ludzi świata). Dokumenty zawierają jego „nieodwołalną gwarancję osobistą” na kwotę 40,4 mld dolarów. Oznacza to, że jeśli zewnętrzni inwestorzy się wycofają, Ellison pokryje koszty z własnego majątku.
Paramount: nasza oferta jest lepsza
David Ellison nie ukrywa rozgoryczenia postawą zarządu WBD. W oświadczeniu punktuje, że Warner pospieszył się z akceptacją „gorszej” oferty Netflixa, nie dając Paramountowi szansy na wcześniejsze przedstawienie gwarancji. Paramount oferuje 30 dolarów za akcję (gotówka), co jest wyceną znacznie korzystniejszą dla akcjonariuszy niż propozycja Netflixa. Dodatkowo firma zrównała opłatę za zerwanie umowy (tzw. reverse termination fee) do poziomu 5,8 mld dolarów – dokładnie tyle, ile zaproponował Netflix.
Co to oznacza dla nas?
Dla polskiego widza to walka o to, gdzie w przyszłości obejrzymy „Diunę”, „Harry’ego Pottera” czy seriale HBO. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Netflixa, będziemy mieli gigantyczną konsolidację, co może oznaczać potencjalnie wyższe ceny usług, ale wszystko w jednej aplikacji. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Paramountu, będzie to oznaczać powstanie kolejnego gracza-giganta w branży streamingu. Gracza, który będzie realną konkurencją tak dla samego Netflixa jak i Disneya.
Oferta Paramountu wygasa 21 stycznia 2026 roku. Zapowiada się gorący styczeń w Hollywood.
#fuzja #HBOMax #LarryEllison #media #Netflix #Paramount #rynekVOD #WarnerBrosDiscovery -
Walka o Warner Bros. Discovery trwa. Paramount rzuca na stół 108 mld dolarów i „gwarancję ojca”
Wydawało się, że karty zostały rozdane, gdy zarząd Warner Bros. Discovery przyjął ofertę Netflixa. Nic bardziej mylnego. Paramount Skydance wraca do gry z ofertą wyższą o 25 miliardów dolarów i asem w rękawie: osobistym majątkiem założyciela Oracle.
Jeszcze niedawno informowaliśmy Was o szczegółach oferty Netflixa, która opiewała na 82,7 mld dolarów i została wstępnie zaakceptowana przez zarząd WBD. Wtedy wydawało się, że fuzja gigantów jest przesądzona. Jednak Paramount Skydance, kierowane przez Davida Ellisona, postanowiło powiedzieć „sprawdzam”.
40 miliardów z prywatnej kieszeni
Głównym powodem, dla którego Warner Bros. Discovery odrzuciło pierwotną, wyższą ofertę Paramountu (108 mld dolarów), był brak pewności finansowania. Opierało się ono częściowo na funduszach majątkowych z Arabii Saudyjskiej i Kataru, co budziło obawy o stabilność transakcji.
W nowej, zaktualizowanej ofercie, Paramount wyciąga działo największego kalibru. Do gry wchodzi ojciec Davida – Larry Ellison (założyciel Oracle i jeden z najbogatszych ludzi świata). Dokumenty zawierają jego „nieodwołalną gwarancję osobistą” na kwotę 40,4 mld dolarów. Oznacza to, że jeśli zewnętrzni inwestorzy się wycofają, Ellison pokryje koszty z własnego majątku.
Paramount: nasza oferta jest lepsza
David Ellison nie ukrywa rozgoryczenia postawą zarządu WBD. W oświadczeniu punktuje, że Warner pospieszył się z akceptacją „gorszej” oferty Netflixa, nie dając Paramountowi szansy na wcześniejsze przedstawienie gwarancji. Paramount oferuje 30 dolarów za akcję (gotówka), co jest wyceną znacznie korzystniejszą dla akcjonariuszy niż propozycja Netflixa. Dodatkowo firma zrównała opłatę za zerwanie umowy (tzw. reverse termination fee) do poziomu 5,8 mld dolarów – dokładnie tyle, ile zaproponował Netflix.
Co to oznacza dla nas?
Dla polskiego widza to walka o to, gdzie w przyszłości obejrzymy „Diunę”, „Harry’ego Pottera” czy seriale HBO. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Netflixa, będziemy mieli gigantyczną konsolidację, co może oznaczać potencjalnie wyższe ceny usług, ale wszystko w jednej aplikacji. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Paramountu, będzie to oznaczać powstanie kolejnego gracza-giganta w branży streamingu. Gracza, który będzie realną konkurencją tak dla samego Netflixa jak i Disneya.
Oferta Paramountu wygasa 21 stycznia 2026 roku. Zapowiada się gorący styczeń w Hollywood.
#fuzja #HBOMax #LarryEllison #media #Netflix #Paramount #rynekVOD #WarnerBrosDiscovery -
Walka o Warner Bros. Discovery trwa. Paramount rzuca na stół 108 mld dolarów i „gwarancję ojca”
Wydawało się, że karty zostały rozdane, gdy zarząd Warner Bros. Discovery przyjął ofertę Netflixa. Nic bardziej mylnego. Paramount Skydance wraca do gry z ofertą wyższą o 25 miliardów dolarów i asem w rękawie: osobistym majątkiem założyciela Oracle.
Jeszcze niedawno informowaliśmy Was o szczegółach oferty Netflixa, która opiewała na 82,7 mld dolarów i została wstępnie zaakceptowana przez zarząd WBD. Wtedy wydawało się, że fuzja gigantów jest przesądzona. Jednak Paramount Skydance, kierowane przez Davida Ellisona, postanowiło powiedzieć „sprawdzam”.
40 miliardów z prywatnej kieszeni
Głównym powodem, dla którego Warner Bros. Discovery odrzuciło pierwotną, wyższą ofertę Paramountu (108 mld dolarów), był brak pewności finansowania. Opierało się ono częściowo na funduszach majątkowych z Arabii Saudyjskiej i Kataru, co budziło obawy o stabilność transakcji.
W nowej, zaktualizowanej ofercie, Paramount wyciąga działo największego kalibru. Do gry wchodzi ojciec Davida – Larry Ellison (założyciel Oracle i jeden z najbogatszych ludzi świata). Dokumenty zawierają jego „nieodwołalną gwarancję osobistą” na kwotę 40,4 mld dolarów. Oznacza to, że jeśli zewnętrzni inwestorzy się wycofają, Ellison pokryje koszty z własnego majątku.
Paramount: nasza oferta jest lepsza
David Ellison nie ukrywa rozgoryczenia postawą zarządu WBD. W oświadczeniu punktuje, że Warner pospieszył się z akceptacją „gorszej” oferty Netflixa, nie dając Paramountowi szansy na wcześniejsze przedstawienie gwarancji. Paramount oferuje 30 dolarów za akcję (gotówka), co jest wyceną znacznie korzystniejszą dla akcjonariuszy niż propozycja Netflixa. Dodatkowo firma zrównała opłatę za zerwanie umowy (tzw. reverse termination fee) do poziomu 5,8 mld dolarów – dokładnie tyle, ile zaproponował Netflix.
Co to oznacza dla nas?
Dla polskiego widza to walka o to, gdzie w przyszłości obejrzymy „Diunę”, „Harry’ego Pottera” czy seriale HBO. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Netflixa, będziemy mieli gigantyczną konsolidację, co może oznaczać potencjalnie wyższe ceny usług, ale wszystko w jednej aplikacji. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Paramountu, będzie to oznaczać powstanie kolejnego gracza-giganta w branży streamingu. Gracza, który będzie realną konkurencją tak dla samego Netflixa jak i Disneya.
Oferta Paramountu wygasa 21 stycznia 2026 roku. Zapowiada się gorący styczeń w Hollywood.
#fuzja #HBOMax #LarryEllison #media #Netflix #Paramount #rynekVOD #WarnerBrosDiscovery -
Walka o Warner Bros. Discovery trwa. Paramount rzuca na stół 108 mld dolarów i „gwarancję ojca”
Wydawało się, że karty zostały rozdane, gdy zarząd Warner Bros. Discovery przyjął ofertę Netflixa. Nic bardziej mylnego. Paramount Skydance wraca do gry z ofertą wyższą o 25 miliardów dolarów i asem w rękawie: osobistym majątkiem założyciela Oracle.
Jeszcze niedawno informowaliśmy Was o szczegółach oferty Netflixa, która opiewała na 82,7 mld dolarów i została wstępnie zaakceptowana przez zarząd WBD. Wtedy wydawało się, że fuzja gigantów jest przesądzona. Jednak Paramount Skydance, kierowane przez Davida Ellisona, postanowiło powiedzieć „sprawdzam”.
40 miliardów z prywatnej kieszeni
Głównym powodem, dla którego Warner Bros. Discovery odrzuciło pierwotną, wyższą ofertę Paramountu (108 mld dolarów), był brak pewności finansowania. Opierało się ono częściowo na funduszach majątkowych z Arabii Saudyjskiej i Kataru, co budziło obawy o stabilność transakcji.
W nowej, zaktualizowanej ofercie, Paramount wyciąga działo największego kalibru. Do gry wchodzi ojciec Davida – Larry Ellison (założyciel Oracle i jeden z najbogatszych ludzi świata). Dokumenty zawierają jego „nieodwołalną gwarancję osobistą” na kwotę 40,4 mld dolarów. Oznacza to, że jeśli zewnętrzni inwestorzy się wycofają, Ellison pokryje koszty z własnego majątku.
Paramount: nasza oferta jest lepsza
David Ellison nie ukrywa rozgoryczenia postawą zarządu WBD. W oświadczeniu punktuje, że Warner pospieszył się z akceptacją „gorszej” oferty Netflixa, nie dając Paramountowi szansy na wcześniejsze przedstawienie gwarancji. Paramount oferuje 30 dolarów za akcję (gotówka), co jest wyceną znacznie korzystniejszą dla akcjonariuszy niż propozycja Netflixa. Dodatkowo firma zrównała opłatę za zerwanie umowy (tzw. reverse termination fee) do poziomu 5,8 mld dolarów – dokładnie tyle, ile zaproponował Netflix.
Co to oznacza dla nas?
Dla polskiego widza to walka o to, gdzie w przyszłości obejrzymy „Diunę”, „Harry’ego Pottera” czy seriale HBO. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Netflixa, będziemy mieli gigantyczną konsolidację, co może oznaczać potencjalnie wyższe ceny usług, ale wszystko w jednej aplikacji. Jeżeli sprawdzi się scenariusz Paramountu, będzie to oznaczać powstanie kolejnego gracza-giganta w branży streamingu. Gracza, który będzie realną konkurencją tak dla samego Netflixa jak i Disneya.
Oferta Paramountu wygasa 21 stycznia 2026 roku. Zapowiada się gorący styczeń w Hollywood.
#fuzja #HBOMax #LarryEllison #media #Netflix #Paramount #rynekVOD #WarnerBrosDiscovery -
Nowe badanie: zetki i millenialsi śpią fatalnie. Winny stres i smartfony tuż przed snem
Mimo niedawnej zmiany czasu na zimowy i teoretycznie dodatkowej godziny snu, młodzi Polacy wciąż cierpią na chroniczne zmęczenie. Tak wynika z nowego badania przeprowadzonego dla Huawei CBG Polska.
Z rzeczonego badania wynika, że problem ten dotyka zwłaszcza pokolenie Z i millenialsów, którzy zmagają się z kryzysem regeneracji. Zmiana czasu sama w sobie jest problemem – 25% Polaków źle ją znosi, a 47% ma trudności z przestawieniem swojego rytmu dobowego.
Badanie pokazuje, że obie młode generacje mają nieco inne problemy ze snem. W przypadku pokolenia Z kłopotem jest długość snu – aż 34% przedstawicieli tej grupy śpi nie dłużej niż 6 godzin na dobę. Z kolei millenialsi (pokolenie Y), choć częściej deklarują przesypianie 7-8 godzin (36% w porównaniu do 25% zetek), zmagają się z przewlekłymi zaburzeniami. Aż 45% z nich przyznaje, że ich kłopoty ze snem trwają już od ponad roku.
Co jest główną przyczyną problemów z regeneracją? Na szczycie listy w obu grupach znajduje się stres, który jako główny czynnik wskazało 49% millenialsów i 45% zetek. Na drugim miejscu znalazły się złe nawyki przed snem (33% pokolenia Y i 36% pokolenia Z). Dane to potwierdzają: 43% zetek i 44% millenialsów przyznaje, że korzysta z urządzeń elektronicznych aż do momentu zaśnięcia , a blisko połowa obu grup przegląda wtedy media społecznościowe.
Konsekwencje widać o poranku. Niemal połowa (47%) reprezentantów pokolenia Z deklaruje, że przynajmniej kilka razy w tygodniu budzi się zmęczona. Co więcej, 43% z nich zaczyna dzień w pośpiechu i bez stałego rytmu, w porównaniu do 29% millenialsów. Cytowany w badaniu psycholog Mateusz Majchrzak ostrzega, że długotrwałe zaniedbywanie snu w młodym wieku zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego, nawrotów depresji czy problemów emocjonalnych w przyszłości.
Co ciekawe, technologia, która mogłaby pomóc, często nie jest w pełni wykorzystywana. Z badania wynika, że choć 27% zetek i 30% millenialsów używa smartwatchy lub smartbandów do monitorowania snu, to pokolenie Z podchodzi do tych danych bardzo biernie. Aż 73% z nich przyznaje, że tylko przegląda wyniki, bez głębszej refleksji czy próby zmiany nawyków.
Badanie Huawei i IPSOS: lekarze coraz częściej zalecają sprzęt ubieralny
#badanie #chroniczneZmęczenie #huawei #jakośćSnu #millenialsi #news #pokolenieZ #regeneracja #sen #smartfony #stres #wearables
-
Nowe badanie: zetki i millenialsi śpią fatalnie. Winny stres i smartfony tuż przed snem
Mimo niedawnej zmiany czasu na zimowy i teoretycznie dodatkowej godziny snu, młodzi Polacy wciąż cierpią na chroniczne zmęczenie. Tak wynika z nowego badania przeprowadzonego dla Huawei CBG Polska.
Z rzeczonego badania wynika, że problem ten dotyka zwłaszcza pokolenie Z i millenialsów, którzy zmagają się z kryzysem regeneracji. Zmiana czasu sama w sobie jest problemem – 25% Polaków źle ją znosi, a 47% ma trudności z przestawieniem swojego rytmu dobowego.
Badanie pokazuje, że obie młode generacje mają nieco inne problemy ze snem. W przypadku pokolenia Z kłopotem jest długość snu – aż 34% przedstawicieli tej grupy śpi nie dłużej niż 6 godzin na dobę. Z kolei millenialsi (pokolenie Y), choć częściej deklarują przesypianie 7-8 godzin (36% w porównaniu do 25% zetek), zmagają się z przewlekłymi zaburzeniami. Aż 45% z nich przyznaje, że ich kłopoty ze snem trwają już od ponad roku.
Co jest główną przyczyną problemów z regeneracją? Na szczycie listy w obu grupach znajduje się stres, który jako główny czynnik wskazało 49% millenialsów i 45% zetek. Na drugim miejscu znalazły się złe nawyki przed snem (33% pokolenia Y i 36% pokolenia Z). Dane to potwierdzają: 43% zetek i 44% millenialsów przyznaje, że korzysta z urządzeń elektronicznych aż do momentu zaśnięcia , a blisko połowa obu grup przegląda wtedy media społecznościowe.
Konsekwencje widać o poranku. Niemal połowa (47%) reprezentantów pokolenia Z deklaruje, że przynajmniej kilka razy w tygodniu budzi się zmęczona. Co więcej, 43% z nich zaczyna dzień w pośpiechu i bez stałego rytmu, w porównaniu do 29% millenialsów. Cytowany w badaniu psycholog Mateusz Majchrzak ostrzega, że długotrwałe zaniedbywanie snu w młodym wieku zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego, nawrotów depresji czy problemów emocjonalnych w przyszłości.
Co ciekawe, technologia, która mogłaby pomóc, często nie jest w pełni wykorzystywana. Z badania wynika, że choć 27% zetek i 30% millenialsów używa smartwatchy lub smartbandów do monitorowania snu, to pokolenie Z podchodzi do tych danych bardzo biernie. Aż 73% z nich przyznaje, że tylko przegląda wyniki, bez głębszej refleksji czy próby zmiany nawyków.
Badanie Huawei i IPSOS: lekarze coraz częściej zalecają sprzęt ubieralny
#badanie #chroniczneZmęczenie #huawei #jakośćSnu #millenialsi #news #pokolenieZ #regeneracja #sen #smartfony #stres #wearables
-
Nowe badanie: zetki i millenialsi śpią fatalnie. Winny stres i smartfony tuż przed snem
Mimo niedawnej zmiany czasu na zimowy i teoretycznie dodatkowej godziny snu, młodzi Polacy wciąż cierpią na chroniczne zmęczenie. Tak wynika z nowego badania przeprowadzonego dla Huawei CBG Polska.
Z rzeczonego badania wynika, że problem ten dotyka zwłaszcza pokolenie Z i millenialsów, którzy zmagają się z kryzysem regeneracji. Zmiana czasu sama w sobie jest problemem – 25% Polaków źle ją znosi, a 47% ma trudności z przestawieniem swojego rytmu dobowego.
Badanie pokazuje, że obie młode generacje mają nieco inne problemy ze snem. W przypadku pokolenia Z kłopotem jest długość snu – aż 34% przedstawicieli tej grupy śpi nie dłużej niż 6 godzin na dobę. Z kolei millenialsi (pokolenie Y), choć częściej deklarują przesypianie 7-8 godzin (36% w porównaniu do 25% zetek), zmagają się z przewlekłymi zaburzeniami. Aż 45% z nich przyznaje, że ich kłopoty ze snem trwają już od ponad roku.
Co jest główną przyczyną problemów z regeneracją? Na szczycie listy w obu grupach znajduje się stres, który jako główny czynnik wskazało 49% millenialsów i 45% zetek. Na drugim miejscu znalazły się złe nawyki przed snem (33% pokolenia Y i 36% pokolenia Z). Dane to potwierdzają: 43% zetek i 44% millenialsów przyznaje, że korzysta z urządzeń elektronicznych aż do momentu zaśnięcia , a blisko połowa obu grup przegląda wtedy media społecznościowe.
Konsekwencje widać o poranku. Niemal połowa (47%) reprezentantów pokolenia Z deklaruje, że przynajmniej kilka razy w tygodniu budzi się zmęczona. Co więcej, 43% z nich zaczyna dzień w pośpiechu i bez stałego rytmu, w porównaniu do 29% millenialsów. Cytowany w badaniu psycholog Mateusz Majchrzak ostrzega, że długotrwałe zaniedbywanie snu w młodym wieku zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego, nawrotów depresji czy problemów emocjonalnych w przyszłości.
Co ciekawe, technologia, która mogłaby pomóc, często nie jest w pełni wykorzystywana. Z badania wynika, że choć 27% zetek i 30% millenialsów używa smartwatchy lub smartbandów do monitorowania snu, to pokolenie Z podchodzi do tych danych bardzo biernie. Aż 73% z nich przyznaje, że tylko przegląda wyniki, bez głębszej refleksji czy próby zmiany nawyków.
Badanie Huawei i IPSOS: lekarze coraz częściej zalecają sprzęt ubieralny
#badanie #chroniczneZmęczenie #huawei #jakośćSnu #millenialsi #news #pokolenieZ #regeneracja #sen #smartfony #stres #wearables
-
Nowe badanie: zetki i millenialsi śpią fatalnie. Winny stres i smartfony tuż przed snem
Mimo niedawnej zmiany czasu na zimowy i teoretycznie dodatkowej godziny snu, młodzi Polacy wciąż cierpią na chroniczne zmęczenie. Tak wynika z nowego badania przeprowadzonego dla Huawei CBG Polska.
Z rzeczonego badania wynika, że problem ten dotyka zwłaszcza pokolenie Z i millenialsów, którzy zmagają się z kryzysem regeneracji. Zmiana czasu sama w sobie jest problemem – 25% Polaków źle ją znosi, a 47% ma trudności z przestawieniem swojego rytmu dobowego.
Badanie pokazuje, że obie młode generacje mają nieco inne problemy ze snem. W przypadku pokolenia Z kłopotem jest długość snu – aż 34% przedstawicieli tej grupy śpi nie dłużej niż 6 godzin na dobę. Z kolei millenialsi (pokolenie Y), choć częściej deklarują przesypianie 7-8 godzin (36% w porównaniu do 25% zetek), zmagają się z przewlekłymi zaburzeniami. Aż 45% z nich przyznaje, że ich kłopoty ze snem trwają już od ponad roku.
Co jest główną przyczyną problemów z regeneracją? Na szczycie listy w obu grupach znajduje się stres, który jako główny czynnik wskazało 49% millenialsów i 45% zetek. Na drugim miejscu znalazły się złe nawyki przed snem (33% pokolenia Y i 36% pokolenia Z). Dane to potwierdzają: 43% zetek i 44% millenialsów przyznaje, że korzysta z urządzeń elektronicznych aż do momentu zaśnięcia , a blisko połowa obu grup przegląda wtedy media społecznościowe.
Konsekwencje widać o poranku. Niemal połowa (47%) reprezentantów pokolenia Z deklaruje, że przynajmniej kilka razy w tygodniu budzi się zmęczona. Co więcej, 43% z nich zaczyna dzień w pośpiechu i bez stałego rytmu, w porównaniu do 29% millenialsów. Cytowany w badaniu psycholog Mateusz Majchrzak ostrzega, że długotrwałe zaniedbywanie snu w młodym wieku zwiększa ryzyko wypalenia zawodowego, nawrotów depresji czy problemów emocjonalnych w przyszłości.
Co ciekawe, technologia, która mogłaby pomóc, często nie jest w pełni wykorzystywana. Z badania wynika, że choć 27% zetek i 30% millenialsów używa smartwatchy lub smartbandów do monitorowania snu, to pokolenie Z podchodzi do tych danych bardzo biernie. Aż 73% z nich przyznaje, że tylko przegląda wyniki, bez głębszej refleksji czy próby zmiany nawyków.
Badanie Huawei i IPSOS: lekarze coraz częściej zalecają sprzęt ubieralny
#badanie #chroniczneZmęczenie #huawei #jakośćSnu #millenialsi #news #pokolenieZ #regeneracja #sen #smartfony #stres #wearables
-
#UwolnioneZFB #Leśnołaz #Wilk #Roztocze #Człowiek
Jacek mieszkał na skraju boru, między Wieprzem a Bugiem, w miejscu, gdzie ziemia miewała w sobie pamięć i niechętnie oddawała ją płytkiej orce. Mówili o nim: samotnik, zawzięty, człowiek z lornetką w oczach i karabinem w duszy. Nie pił, nie mówił wiele, nie łasił się do ludzi. Tylko las go znał. Las i śmierć.
Od dzieciństwa uczył się czytać ślady. Rysunek niedźwiedziej łapy z książki przyrodniczej umiał narysować szybciej niż literę A. Ale na Lubelszczyźnie niedźwiedzie nie chodziły od dawna. Były za to sarny, jelenie, dziki i bażanty. Na nie polował najczęściej.
Jego chata stała pośród pól, które co roku wykrwawiały się pod kukurydzę. W oknach wisiała siatka przeciw komarom i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który dostał od babci. Nad drzwiami wisiała głowa jelenia z krzywym porożem. Jacek mówił, że to symbol upartej wolności. Naprawdę był to jego pierwszy strzał, oddany w chłodnym poranku września.
Pewnego dnia, wczesną wiosną, Jacek poszedł w las. Nie dla trofeum. Dla ciszy. Coś go ciągnęło. Może to był wiatr, który tej nocy brzmiał jak stary głos. Może wspomnienie snu, w którym jelenie mówiły ludzkimi słowami, a jego strzelba zamieniała się w bukowy kij pasterski.
Wchodząc między dęby, zauważył ślady. Były świeże i niepewne. Małe. Jacek znał je. Młody wilk, szukający swojego miejsca w życiu. Poszedł za tropem bez pośpiechu, nie z bronią, tylko z pytaniem. I wtedy zobaczył.
Wilczek leżał obok starej nory borsuka, oplątany w stalowy drut. Ktoś go tu zostawił, może kłusownik, może ktoś, kto nie odróżnia przyrody od pola bitwy. Zwierzę nie skomlało. Nie warczało. Leżało cicho i patrzyło. W jego oczach nie było strachu. Było coś, czego Jacek nie potrafił nazwać, choć znał wszystkie słowa z lasu. Może to była zgoda. A może głęboka, dzika prawda.
Jacek uklęknął. Odetchnął tak, jak oddycha się przy grobie kogoś bliskiego. Wyjął multitool, przeciął drut. Wilczek wstał powoli, z trudem. Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz. Potem zwierzę zniknęło między leszczyną i młodymi świerkami.
Tamten powrót do domu był najdłuższy. Droga, którą znał na pamięć, ciągnęła się, jakby prowadziła przez jego własne wnętrze. W chacie Jacek zdjął strzelbę ze ściany. Nie zawahał się. Poszedł nad rzekę i wrzucił ją w nurt. Żelazo utonęło bez słowa.Od tamtej pory ludzie mówili, że Jacek zdziwaczał. Sadził krzewy na miedzach. Budował budki dla puszczyków. Zamiast opowiadać o strzałach, opowiadał o gniazdach. Raz nawet próbował zaszczepić czarną porzeczkę na dzikim agreście i twierdził, że przemówił do niego dzik. Dzieci przychodziły, żeby słuchać tych bajek, choć dorośli się krzywili.
W jego ogrodzie wyrósł dąb. Tuż obok miejsca, gdzie zakopał resztki amunicji. Na pniu tego drzewa Jacek powiesił tabliczkę: „Nie wszystko, co żyje, musi zabijać”.
Wilk szary (Canis lupus) powrócił na Lubelszczyznę w ostatnich dekadach, tworząc stabilne grupy rodzinne w lasach Roztocza i Puszczy Solskiej. Objęty ścisłą ochroną gatunkową, pełni kluczową rolę w regulowaniu liczebności kopytnych i bobrów, przyczyniając się do równowagi ekologicznej. Wilki unikają ludzi. Przypadki agresji są skrajnie rzadkie i wiążą się z dokarmianiem lub próbami oswojenia. Większe zagrożenie stanowią bezpańskie psy i nielegalne wnyki, które ranią zarówno zwierzęta dzikie, jak i domowe.
W miejscach, gdzie człowiek wybiera współistnienie, a nie dominację, wilk staje się nie wrogiem, lecz dobrym sąsiadem. -
#UwolnioneZFB #Leśnołaz #Wilk #Roztocze #Człowiek
Jacek mieszkał na skraju boru, między Wieprzem a Bugiem, w miejscu, gdzie ziemia miewała w sobie pamięć i niechętnie oddawała ją płytkiej orce. Mówili o nim: samotnik, zawzięty, człowiek z lornetką w oczach i karabinem w duszy. Nie pił, nie mówił wiele, nie łasił się do ludzi. Tylko las go znał. Las i śmierć.
Od dzieciństwa uczył się czytać ślady. Rysunek niedźwiedziej łapy z książki przyrodniczej umiał narysować szybciej niż literę A. Ale na Lubelszczyźnie niedźwiedzie nie chodziły od dawna. Były za to sarny, jelenie, dziki i bażanty. Na nie polował najczęściej.
Jego chata stała pośród pól, które co roku wykrwawiały się pod kukurydzę. W oknach wisiała siatka przeciw komarom i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który dostał od babci. Nad drzwiami wisiała głowa jelenia z krzywym porożem. Jacek mówił, że to symbol upartej wolności. Naprawdę był to jego pierwszy strzał, oddany w chłodnym poranku września.
Pewnego dnia, wczesną wiosną, Jacek poszedł w las. Nie dla trofeum. Dla ciszy. Coś go ciągnęło. Może to był wiatr, który tej nocy brzmiał jak stary głos. Może wspomnienie snu, w którym jelenie mówiły ludzkimi słowami, a jego strzelba zamieniała się w bukowy kij pasterski.
Wchodząc między dęby, zauważył ślady. Były świeże i niepewne. Małe. Jacek znał je. Młody wilk, szukający swojego miejsca w życiu. Poszedł za tropem bez pośpiechu, nie z bronią, tylko z pytaniem. I wtedy zobaczył.
Wilczek leżał obok starej nory borsuka, oplątany w stalowy drut. Ktoś go tu zostawił, może kłusownik, może ktoś, kto nie odróżnia przyrody od pola bitwy. Zwierzę nie skomlało. Nie warczało. Leżało cicho i patrzyło. W jego oczach nie było strachu. Było coś, czego Jacek nie potrafił nazwać, choć znał wszystkie słowa z lasu. Może to była zgoda. A może głęboka, dzika prawda.
Jacek uklęknął. Odetchnął tak, jak oddycha się przy grobie kogoś bliskiego. Wyjął multitool, przeciął drut. Wilczek wstał powoli, z trudem. Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz. Potem zwierzę zniknęło między leszczyną i młodymi świerkami.
Tamten powrót do domu był najdłuższy. Droga, którą znał na pamięć, ciągnęła się, jakby prowadziła przez jego własne wnętrze. W chacie Jacek zdjął strzelbę ze ściany. Nie zawahał się. Poszedł nad rzekę i wrzucił ją w nurt. Żelazo utonęło bez słowa.Od tamtej pory ludzie mówili, że Jacek zdziwaczał. Sadził krzewy na miedzach. Budował budki dla puszczyków. Zamiast opowiadać o strzałach, opowiadał o gniazdach. Raz nawet próbował zaszczepić czarną porzeczkę na dzikim agreście i twierdził, że przemówił do niego dzik. Dzieci przychodziły, żeby słuchać tych bajek, choć dorośli się krzywili.
W jego ogrodzie wyrósł dąb. Tuż obok miejsca, gdzie zakopał resztki amunicji. Na pniu tego drzewa Jacek powiesił tabliczkę: „Nie wszystko, co żyje, musi zabijać”.
Wilk szary (Canis lupus) powrócił na Lubelszczyznę w ostatnich dekadach, tworząc stabilne grupy rodzinne w lasach Roztocza i Puszczy Solskiej. Objęty ścisłą ochroną gatunkową, pełni kluczową rolę w regulowaniu liczebności kopytnych i bobrów, przyczyniając się do równowagi ekologicznej. Wilki unikają ludzi. Przypadki agresji są skrajnie rzadkie i wiążą się z dokarmianiem lub próbami oswojenia. Większe zagrożenie stanowią bezpańskie psy i nielegalne wnyki, które ranią zarówno zwierzęta dzikie, jak i domowe.
W miejscach, gdzie człowiek wybiera współistnienie, a nie dominację, wilk staje się nie wrogiem, lecz dobrym sąsiadem. -
#UwolnioneZFB #Leśnołaz #Wilk #Roztocze #Człowiek
Jacek mieszkał na skraju boru, między Wieprzem a Bugiem, w miejscu, gdzie ziemia miewała w sobie pamięć i niechętnie oddawała ją płytkiej orce. Mówili o nim: samotnik, zawzięty, człowiek z lornetką w oczach i karabinem w duszy. Nie pił, nie mówił wiele, nie łasił się do ludzi. Tylko las go znał. Las i śmierć.
Od dzieciństwa uczył się czytać ślady. Rysunek niedźwiedziej łapy z książki przyrodniczej umiał narysować szybciej niż literę A. Ale na Lubelszczyźnie niedźwiedzie nie chodziły od dawna. Były za to sarny, jelenie, dziki i bażanty. Na nie polował najczęściej.
Jego chata stała pośród pól, które co roku wykrwawiały się pod kukurydzę. W oknach wisiała siatka przeciw komarom i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który dostał od babci. Nad drzwiami wisiała głowa jelenia z krzywym porożem. Jacek mówił, że to symbol upartej wolności. Naprawdę był to jego pierwszy strzał, oddany w chłodnym poranku września.
Pewnego dnia, wczesną wiosną, Jacek poszedł w las. Nie dla trofeum. Dla ciszy. Coś go ciągnęło. Może to był wiatr, który tej nocy brzmiał jak stary głos. Może wspomnienie snu, w którym jelenie mówiły ludzkimi słowami, a jego strzelba zamieniała się w bukowy kij pasterski.
Wchodząc między dęby, zauważył ślady. Były świeże i niepewne. Małe. Jacek znał je. Młody wilk, szukający swojego miejsca w życiu. Poszedł za tropem bez pośpiechu, nie z bronią, tylko z pytaniem. I wtedy zobaczył.
Wilczek leżał obok starej nory borsuka, oplątany w stalowy drut. Ktoś go tu zostawił, może kłusownik, może ktoś, kto nie odróżnia przyrody od pola bitwy. Zwierzę nie skomlało. Nie warczało. Leżało cicho i patrzyło. W jego oczach nie było strachu. Było coś, czego Jacek nie potrafił nazwać, choć znał wszystkie słowa z lasu. Może to była zgoda. A może głęboka, dzika prawda.
Jacek uklęknął. Odetchnął tak, jak oddycha się przy grobie kogoś bliskiego. Wyjął multitool, przeciął drut. Wilczek wstał powoli, z trudem. Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz. Potem zwierzę zniknęło między leszczyną i młodymi świerkami.
Tamten powrót do domu był najdłuższy. Droga, którą znał na pamięć, ciągnęła się, jakby prowadziła przez jego własne wnętrze. W chacie Jacek zdjął strzelbę ze ściany. Nie zawahał się. Poszedł nad rzekę i wrzucił ją w nurt. Żelazo utonęło bez słowa.Od tamtej pory ludzie mówili, że Jacek zdziwaczał. Sadził krzewy na miedzach. Budował budki dla puszczyków. Zamiast opowiadać o strzałach, opowiadał o gniazdach. Raz nawet próbował zaszczepić czarną porzeczkę na dzikim agreście i twierdził, że przemówił do niego dzik. Dzieci przychodziły, żeby słuchać tych bajek, choć dorośli się krzywili.
W jego ogrodzie wyrósł dąb. Tuż obok miejsca, gdzie zakopał resztki amunicji. Na pniu tego drzewa Jacek powiesił tabliczkę: „Nie wszystko, co żyje, musi zabijać”.
Wilk szary (Canis lupus) powrócił na Lubelszczyznę w ostatnich dekadach, tworząc stabilne grupy rodzinne w lasach Roztocza i Puszczy Solskiej. Objęty ścisłą ochroną gatunkową, pełni kluczową rolę w regulowaniu liczebności kopytnych i bobrów, przyczyniając się do równowagi ekologicznej. Wilki unikają ludzi. Przypadki agresji są skrajnie rzadkie i wiążą się z dokarmianiem lub próbami oswojenia. Większe zagrożenie stanowią bezpańskie psy i nielegalne wnyki, które ranią zarówno zwierzęta dzikie, jak i domowe.
W miejscach, gdzie człowiek wybiera współistnienie, a nie dominację, wilk staje się nie wrogiem, lecz dobrym sąsiadem. -
#UwolnioneZFB #Leśnołaz #Wilk #Roztocze #Człowiek
Jacek mieszkał na skraju boru, między Wieprzem a Bugiem, w miejscu, gdzie ziemia miewała w sobie pamięć i niechętnie oddawała ją płytkiej orce. Mówili o nim: samotnik, zawzięty, człowiek z lornetką w oczach i karabinem w duszy. Nie pił, nie mówił wiele, nie łasił się do ludzi. Tylko las go znał. Las i śmierć.
Od dzieciństwa uczył się czytać ślady. Rysunek niedźwiedziej łapy z książki przyrodniczej umiał narysować szybciej niż literę A. Ale na Lubelszczyźnie niedźwiedzie nie chodziły od dawna. Były za to sarny, jelenie, dziki i bażanty. Na nie polował najczęściej.
Jego chata stała pośród pól, które co roku wykrwawiały się pod kukurydzę. W oknach wisiała siatka przeciw komarom i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który dostał od babci. Nad drzwiami wisiała głowa jelenia z krzywym porożem. Jacek mówił, że to symbol upartej wolności. Naprawdę był to jego pierwszy strzał, oddany w chłodnym poranku września.
Pewnego dnia, wczesną wiosną, Jacek poszedł w las. Nie dla trofeum. Dla ciszy. Coś go ciągnęło. Może to był wiatr, który tej nocy brzmiał jak stary głos. Może wspomnienie snu, w którym jelenie mówiły ludzkimi słowami, a jego strzelba zamieniała się w bukowy kij pasterski.
Wchodząc między dęby, zauważył ślady. Były świeże i niepewne. Małe. Jacek znał je. Młody wilk, szukający swojego miejsca w życiu. Poszedł za tropem bez pośpiechu, nie z bronią, tylko z pytaniem. I wtedy zobaczył.
Wilczek leżał obok starej nory borsuka, oplątany w stalowy drut. Ktoś go tu zostawił, może kłusownik, może ktoś, kto nie odróżnia przyrody od pola bitwy. Zwierzę nie skomlało. Nie warczało. Leżało cicho i patrzyło. W jego oczach nie było strachu. Było coś, czego Jacek nie potrafił nazwać, choć znał wszystkie słowa z lasu. Może to była zgoda. A może głęboka, dzika prawda.
Jacek uklęknął. Odetchnął tak, jak oddycha się przy grobie kogoś bliskiego. Wyjął multitool, przeciął drut. Wilczek wstał powoli, z trudem. Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz. Potem zwierzę zniknęło między leszczyną i młodymi świerkami.
Tamten powrót do domu był najdłuższy. Droga, którą znał na pamięć, ciągnęła się, jakby prowadziła przez jego własne wnętrze. W chacie Jacek zdjął strzelbę ze ściany. Nie zawahał się. Poszedł nad rzekę i wrzucił ją w nurt. Żelazo utonęło bez słowa.Od tamtej pory ludzie mówili, że Jacek zdziwaczał. Sadził krzewy na miedzach. Budował budki dla puszczyków. Zamiast opowiadać o strzałach, opowiadał o gniazdach. Raz nawet próbował zaszczepić czarną porzeczkę na dzikim agreście i twierdził, że przemówił do niego dzik. Dzieci przychodziły, żeby słuchać tych bajek, choć dorośli się krzywili.
W jego ogrodzie wyrósł dąb. Tuż obok miejsca, gdzie zakopał resztki amunicji. Na pniu tego drzewa Jacek powiesił tabliczkę: „Nie wszystko, co żyje, musi zabijać”.
Wilk szary (Canis lupus) powrócił na Lubelszczyznę w ostatnich dekadach, tworząc stabilne grupy rodzinne w lasach Roztocza i Puszczy Solskiej. Objęty ścisłą ochroną gatunkową, pełni kluczową rolę w regulowaniu liczebności kopytnych i bobrów, przyczyniając się do równowagi ekologicznej. Wilki unikają ludzi. Przypadki agresji są skrajnie rzadkie i wiążą się z dokarmianiem lub próbami oswojenia. Większe zagrożenie stanowią bezpańskie psy i nielegalne wnyki, które ranią zarówno zwierzęta dzikie, jak i domowe.
W miejscach, gdzie człowiek wybiera współistnienie, a nie dominację, wilk staje się nie wrogiem, lecz dobrym sąsiadem. -
#UwolnioneZFB #Leśnołaz #Wilk #Roztocze #Człowiek
Jacek mieszkał na skraju boru, między Wieprzem a Bugiem, w miejscu, gdzie ziemia miewała w sobie pamięć i niechętnie oddawała ją płytkiej orce. Mówili o nim: samotnik, zawzięty, człowiek z lornetką w oczach i karabinem w duszy. Nie pił, nie mówił wiele, nie łasił się do ludzi. Tylko las go znał. Las i śmierć.
Od dzieciństwa uczył się czytać ślady. Rysunek niedźwiedziej łapy z książki przyrodniczej umiał narysować szybciej niż literę A. Ale na Lubelszczyźnie niedźwiedzie nie chodziły od dawna. Były za to sarny, jelenie, dziki i bażanty. Na nie polował najczęściej.
Jego chata stała pośród pól, które co roku wykrwawiały się pod kukurydzę. W oknach wisiała siatka przeciw komarom i obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, który dostał od babci. Nad drzwiami wisiała głowa jelenia z krzywym porożem. Jacek mówił, że to symbol upartej wolności. Naprawdę był to jego pierwszy strzał, oddany w chłodnym poranku września.
Pewnego dnia, wczesną wiosną, Jacek poszedł w las. Nie dla trofeum. Dla ciszy. Coś go ciągnęło. Może to był wiatr, który tej nocy brzmiał jak stary głos. Może wspomnienie snu, w którym jelenie mówiły ludzkimi słowami, a jego strzelba zamieniała się w bukowy kij pasterski.
Wchodząc między dęby, zauważył ślady. Były świeże i niepewne. Małe. Jacek znał je. Młody wilk, szukający swojego miejsca w życiu. Poszedł za tropem bez pośpiechu, nie z bronią, tylko z pytaniem. I wtedy zobaczył.
Wilczek leżał obok starej nory borsuka, oplątany w stalowy drut. Ktoś go tu zostawił, może kłusownik, może ktoś, kto nie odróżnia przyrody od pola bitwy. Zwierzę nie skomlało. Nie warczało. Leżało cicho i patrzyło. W jego oczach nie było strachu. Było coś, czego Jacek nie potrafił nazwać, choć znał wszystkie słowa z lasu. Może to była zgoda. A może głęboka, dzika prawda.
Jacek uklęknął. Odetchnął tak, jak oddycha się przy grobie kogoś bliskiego. Wyjął multitool, przeciął drut. Wilczek wstał powoli, z trudem. Ich spojrzenia spotkały się jeszcze raz. Potem zwierzę zniknęło między leszczyną i młodymi świerkami.
Tamten powrót do domu był najdłuższy. Droga, którą znał na pamięć, ciągnęła się, jakby prowadziła przez jego własne wnętrze. W chacie Jacek zdjął strzelbę ze ściany. Nie zawahał się. Poszedł nad rzekę i wrzucił ją w nurt. Żelazo utonęło bez słowa.Od tamtej pory ludzie mówili, że Jacek zdziwaczał. Sadził krzewy na miedzach. Budował budki dla puszczyków. Zamiast opowiadać o strzałach, opowiadał o gniazdach. Raz nawet próbował zaszczepić czarną porzeczkę na dzikim agreście i twierdził, że przemówił do niego dzik. Dzieci przychodziły, żeby słuchać tych bajek, choć dorośli się krzywili.
W jego ogrodzie wyrósł dąb. Tuż obok miejsca, gdzie zakopał resztki amunicji. Na pniu tego drzewa Jacek powiesił tabliczkę: „Nie wszystko, co żyje, musi zabijać”.
Wilk szary (Canis lupus) powrócił na Lubelszczyznę w ostatnich dekadach, tworząc stabilne grupy rodzinne w lasach Roztocza i Puszczy Solskiej. Objęty ścisłą ochroną gatunkową, pełni kluczową rolę w regulowaniu liczebności kopytnych i bobrów, przyczyniając się do równowagi ekologicznej. Wilki unikają ludzi. Przypadki agresji są skrajnie rzadkie i wiążą się z dokarmianiem lub próbami oswojenia. Większe zagrożenie stanowią bezpańskie psy i nielegalne wnyki, które ranią zarówno zwierzęta dzikie, jak i domowe.
W miejscach, gdzie człowiek wybiera współistnienie, a nie dominację, wilk staje się nie wrogiem, lecz dobrym sąsiadem. -
Noc, wigilia 1 listopada 1980 roku, ówczesny szpital psychiatryczny w Górnej Grupie. Pacjenci już śpią albo prawie zasypiają. Personel godzinę temu się zmienił, a nowa zmiana jeszcze nie zdążyła dopić kawy. Nikt jeszcze nie wie co za chwilę się wydarzy, a wydarzy się tragedia która przejdzie do historii. Tragedia w której zginie 55 pacjentów, a 26 dozna ciężkich oparzeń. Wydarzy się pożar szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie
Stanął w ogniu nasz wielki dom
Dym w korytarzach kręci sznury
Jest głęboka, naprawdę czarna noc
Z piwnic płonące uciekają szczuryStanął w ogniu nasz wielki dom.
Przed czasem kiedy istniał tu szpital, budynek ten był pałacem należącym początkowo do Malwiny von Bismarck, czyli młodszej siostry Ottona von Bismarcka. Kiedy Polska odzyskuje niepodległość budynek ten przejmuje ówczesny Urząd Ziemski w Grudziądzu. Jego pierwszym właścicielem w odrodzonej Polsce zostaje gen. Kazimierz Sosnkowski. W roku 1923 pałac nabywają księża werbiści. Rozbudowują oni pałac i zakładają w nim dom misyjny, seminarium, gimnazjum, oraz dom rekolekcyjny. Rokiem 1939 zamieszkuje go 60 braci zakonnych, 15 ojców, a w gimnazjum uczy się 240 dzieci.
Kiedy wybucha wojna księża zostają internowani w pałacu, oraz do Górnej Grupy zwożeni są księża z okolicznych diecezji i parafii. Część z nich zwolniono do domów, część zamordowano na miejscu, a część w niemieckich obozach. Niemieccy okupanci przejęli pałac i urządzili w nim sztab, strzelnicę, oraz więzienie.Krzyczę przez okno czoło w szybę wgniatam
Haustem powietrza robię w żarze wyłom
Ten co mnie słyszy ma mnie za wariata
Woła – co jeszcze świrze ci się śniłoDym w dziurce od klucza a drzwi bez klamek
Rokiem 1945 księża werbiści odzyskują majątek i przystępują do kontynuowania swego dzieła sprzed wojny. Rok później uruchomili szkołę.
Trzeciego lipca 1952 roku Prezydium Rady Narodowej w Bydgoszczy likwiduje Seminarium duchowne. Dzień później na podwórzu zjawiają się ciężarówki milicji, ładują dobytek zakonników, i rozpoczynają się prace budowlane. W ich ramach za pomocą płyt pilśniowych poprzedzielano sale, i zamurowano część wyjść ewakuacyjnych. Ołtarze z kaplicy wyniesiono do pobliskiego chlewu, a na ścianie pośpiesznie przykręcono tablicę: „Szpital psychiatryczny w Górnej Grupie powiat Świecie. Za kilka dni podjeżdżają kolejne ciężarówki, tym razem pełne, milicjanci wyprowadzają z nich kilkuset chorych psychicznie, mówią “To jest wasz nowy dom” i odjeżdżają. W ten sposób znikną klasztor i pojawiła się filia Szpitala dla nerwowo i psychicznie chorych w Świeciu.Jeszcze przed wydarzeniami z 1 listopada kilkukrotnie stwierdzano poważne braki w zabezpieczeniach przeciwpożarowych w obiekcie. Według kontroli z 1979 roku zanotowano, iż uchybieniem jest rozmieszczenie pacjentów w budynku, oraz braku wystarczającej liczby dróg ewakuacyjnych (gdyby tylko nie zamurowano wcześniej). Oczywiście jak można się spodziewać uchybień tych nigdy nie zaprawiono.
Więc chwytam kraty rozgrzane do białości
Twarz swoją widzę, twarz w przekleństwach
A obok sąsiad patrzy z ciekawością
Jak płonie na nim kaftan bezpieczeństwaCi przywiązani dymem materacówprzepowiadają życia swego słowa
Pacjenci przebywający w Górnej Grupie byli podzieleni na piętra według stopnia sprawności. Czyli ci lżej chorzy i samodzielni przebywali na pierwszym piętrze, zaś tych, którzy nie byli w stanie samemu wykonywać nawet podstawowych czynności umieszczono na ostatnim, trzecim piętrze. Na ogół byli to pacjenci nieuleczalnie chorzy, często nawet nieruszający się z łóżka, na tyle chorzy, że nie byli w stanie wezwać pomocy. Pacjenci Ci poza tym, że byli najbardziej chorzy, to byli także często przypięci do łóżka, a ich sala zamknięta na klucz.
Na każdym z pięter znajdowała się jedna sala z 50 łóżkami, oraz trzy mniejsze pokoje z 20 miejscami. Każde łóżko stało w ciasnym rzędzie, tak blisko siebie, że pacjenci dalej od wejścia musieli skakać po kolegach, by do tego wejścia dotrzeć.Dym w dziurce od klucza a drzwi bez klamek
Pękają tynki wzdłuż spoconej ściany
Wsuwam swój język w rozpalony zamek
Śmieje się za mną ktoś jak obłąkanyTen co mnie słyszy ma mnie za wariata,Woła - co jeszcze świrze ci się śniło
Właśnie wybija 23.00, a jako że jest 31 Października, to pielęgniarki myślami bardziej są już na mogiłach najbliższych niż w pracy. Zrobiło się późno, więc zostałiwy chorych pod opieką zaufanego pacjenta o przezwisku Ali (Alkowski), natomiast same zaczęły przygotowywać kolację.
Niczego nieświadome konsumują tę kolację gdy Ali przybiega do dyżurki cały zdyszany, krzycząc od korytarza „PALI SIĘ, POŻAR”. Personel popatrzył po sobie, przewrócił oczami, rzekł „Tak, Ali, dobrze” i wrócił do swych zajęć. Pech wystąpił tu trzy razy, kolejno:
— Ali był piromanem w szpitalu psychiatrycznym;
— Ali tydzień wcześniej tak samo wbiegł do pokoju personelu, z tym samym okrzykiem, wtedy personel prędko stanął na nogi, i ponad godzinę szukał ognia lecz go nie znalazł (ale Ali mógł mieć wtedy trochę racji, ale o tym za chwilę);
— Tym razem Ali miał rację.Także pacjenci z oddziałów epileptyków i schizofreników kilka razy mówili o dymie, oraz o ciepłych ścianach. Lecz kto by im uwierzył, wszak są tu nie bez powodu.
Tutaj wracamy do Aliego, i jego racji. Albowiem to nie był pożar który zaczął się od tak, od iskry. Ogień „siedział” sobie pomiędzy warstwami cegieł budynku od kilku dni i powoli pracował na tym co tam znalazł, dlatego też pacjenci mówili o ciepłych ścianach.Mija kolejnych kilka minut, w pokoju personelu ktoś wyczuł dym, dopiero wtedy uświadomiono sobie, że Ali jednak mógł mieć rację, i podniesiono alarm. Zawiadomiono straż pożarną w Bydgoszczy, Świeciu oraz Grudziądzu. Oficjalnie w budynku przebywało 319 pacjentów, ile w rzeczywistości nie wiemy, mówi się o ponad 400.
Personel czym prędzej ruszył otwierać drzwi z uwięzionymi za nimi pacjentami, już jednak było trochę za późno, mianowicie cały korytarz zajął duszący dym, a okien otworzyć się nie dało, dało się tylko symbolicznie uchylić. Uwięzionym próbowano pomóc świecąc reflektorami, lecz ściana gęstego dymu skutecznie blokowała wszelkie światło.Lecz większość śpi nadal, przez sen się uśmiecha
A kto się zbudzi nie wierzy w przebudzenie
Krzyk w wytłumionych salach nie zna ech
Na rusztach łóżek milczy przerażenieDym coraz gęstszy, obcy ktoś się wdziera
Ci pacjenci co byli na tyle przytomni, przerażeni, sami próbowali sami się wydostać. Udało się to nielicznym, tym których pokoje nie były zamknięte na klucz. Wielu uratowanych zawdzięcza życie brygadziście Jerzemu Sinickiemu, który to nie myśląc dużo wbiegł z kolegami i kilofem do płonącego budynku. Dokładniej dostał się na jego drugie piętro, i począł wybujać kilofem dziurę w ścianie odgradzającej korytarz.
W tej samej chwili pracownik szpitala oraz członek OSP Andrzej Rutkowski za pomocą kilofa ze ścianą dzielącą szpital od mieszkań służbowych, nie było już możliwości dostać się tam w inny sposób, a wewnątrz jeszcze byli pacjenci. W pewnym momencie zamiast rytmicznych uderzeń kilofa dało się słyszeć krzyki. Budynek i pacjenci stanęli w płomieniach.
Sama akcja ratunkowa była prowadzona dość chaotycznie, a ratownicy nie mieli odpowiedniego sprzętu. Przybyły na miejsce lekarz pogotowia Janusz Janczewski wspominał, że gdy poprosił o linę asekuracyjną, by wejść do płonącego szpitala to jedyne co otrzymał to odpowiedź, że jej nie mają.
Kiedy ratownicy przybyli na miejsce pożar zajął już praktycznie cały budynek, palił się już strych i trzecie piętro, gdzie znajdowali się przywiązani do łóżek, czasami agresywni mieszkańcy spitala, niestety wspomniany brak wyposażenia nie pomagał, brakowało praktycznie wszystkiego, od latarek, poprzez hełmy, kończywszy na noszach. Dodatkowo hydrant na podwórku nie działał, a pobliski staw zamiast wody zawierał głównie muł. A przecież jeszcze praktycznie każde z wyjść ewakuacyjnych zamurowano.
Ci przywiązani dymem materaców
Przepowiadają życia swego słowa
Nam pod nogami żarzą się posadzki
Deszcz iskier czerwonych osiada na głowachA my nie chcemy uciekać stąd.
Świadkowie zapamiętali, że przerażeni pacjenci nie chcieli wychodzić z płonących pomieszczeń, nie dawali się wyprowadzać, na widok strażaków reagowali paniką. Część pacjentów których udało się wyprowadzić ze szpitala, pełna paniki uciekała przed strażakami w przypadkowych kierunkach, a co po niektórzy nawet wracali w objęcia płomieni. Przecież od lat mieli wbijane do głowy, że nie mogą opuszczać swojego pokoju, więc gdy znaleźli się na zewnątrz, byli przerażeni. Niektórych znaleziono po kilku godzinach w okolicy szpitala. Niestety część z nich znaleziono martwych w okolicznych lasach, zamarzli (temperatura spadała do -10 w nocy) Uciekali albowiem znane im były wyłącznie białe, lekarskie kitle i bali się obecności nieznanych sobie osób. Natomiast ci to ich wyprowadzono marzli na mrozie, stojąc na śniegu, boso i w samych piżamach. Sumarycznie na placu przed szpitalem zgromadzono około tysiąca osób (łącznie z gapami).
Na to zamieszanie pomógł dopiero czyjś pomysł, by na kombinezony strażackie narzucić białe fartuchy personelu medycznego, na trochę to pomogło, lecz po chwili pędem wracali do swoich sal, nie mając świadomości, że właśnie wbiegają w objęcia śmierci. Innych trzeba było siła wyciągać ze swoich sal, posłusznie siedzieli na swoich łóżkach, czy też się pod nim chowali nawet nie myśląc o uciekaniu przed pożarem. Wszak szpital dla Psychicznie i nerwowo chorych w Górnej grupie był jedynym miejscem które znali. Był praktycznie domem, i nie wiedzieli o świecie poza nim.
Emerytowany ekspert Wydziału Kryminalistyki KWMO w Bydgoszczy Grzegorz Dombek wspomina:
Jak przyjechałem na miejsce to w pełni trwał pożar. Pacjenci biegali po terenie szpitala, strażacy w zasadzie poszukiwali wody, bo były kłopoty z wodą. Każdy chory na siłę nie chciał opuszczać tego pomieszczenia, bo to jego siedziba i cały czas tam przebywał. Po prostu siła fizyczna musiała być, żeby go złapać, wynieść…
Na rusztach łóżek milczy przerażenie
Kiedy akcja ratownicza trwała, wyprowadzano kolejnych chorych, nagle zawalił się dach na ostatniej kondygnacji budynku. Kondygnacji z chorymi, często przywiązanymi do łóżek.
Jerzy Strzałkowski, emerytowany oficer Wydziału Dochodzeniowo-Śledczego KWMO w Bydgoszczy wyznaje:Część pacjentów, która znajdowała się w miejscu zarzewia tego pożaru, spadła razem z łóżkami w momencie, gdy zawalił się cały strop od góry aż do poziomu parteru, gdzie znajdowała się kaplica
Po kilku godzinach ogień udało się opanować, przyczyną okazała się niedrożność przewodu kominowego. Przystąpiono więc do oględzin pogorzeliska, a to, co tam zobaczono, tego nie da się odzobaczyć. Wysoka temperatura zamieniła metalowe ramy łóżek w ruszt, ten od temperatury wyginał się razem z przywiązanym do niego człowiekiem. Nawet doświadczeni ratownicy nie dawali rady. Płakali na widok spalonych, powyginanych ciał, niektóre bez oczu, twarzy, popękane, na łóżkach, pod łóżkami, na podłodze, i pod oknami. A inne skulone w kącie sali niczym dzieci chroniące się przed przerażeniem. A jeszcze inni nawet nie naruszeni, zginęli dusząc się czadem. Wielu jednak nie udało się zidentyfikować.
Chrystyna Kitowska wspomina:
Paliły się wykładziny i gąbki od materaców… Temperatura była taka, że nie można było tam wejść. W zasadzie nie sama temperatura, tylko dym
Cytowany już Grzegorz Dombek wspomina:
Kiedy jakoś ugaszono ten pożar, przyszło wziąć łopaty i praktycznie odgarniać i poszukiwać. Pamiętam taki moment, jak mówię: “Tu ktoś leży, ale on ma dwie głowy…”. Dziwna rzecz, bo spalona wątroba przypominała czaszkę. Jest to makabryczne, co powiedziałem, ale to tylko dla pokreślenia, że była to trudna praca wykonywana na mrozie i trzeba było zrobić to dobrze, żeby nie pominąć żadnej osoby w gruzie.
Deszcz iskier czerwonych osiada na głowach
W takiej sytuacji niektórzy odkrywają w sobie bohatera, jak wspomnieni powyżej Andrzej Rutkowski, czy Jerzy Sinicki. Ale też trójka żołnierzy, czyli Jerzy, Marcin i Marek którzy nie wiedząc czy wrócą, bez rozkazu wchodzą prosto w ogień. Ich celem jest magazynek, a dokładniej trzymane weń butle z propanem-butanem. Gdyby by ich nie wynieść, to liczba ofiar wynosiła by dużo więcej. Udało się wynieśli butle.
Dym coraz gęstszy, obcy ktoś się wdziera
A my wciśnięci w najdalszy sali kąt
“Tędy!” – wrzeszczy – “Niech was jasna cholera!”
A my nie chcemy uciekać stąd.Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Po pożarze nikt nie chciał się zająć ciałami zmarłych, więc oddelegowano do tego młodych żołnierzy. Rozkaz, nie rozkaz wykonać trzeba. Ocalałych chorych przewieziono do szpitala w Świeciu, natomiast tych co nie przeżyli owinięto w prześcieradła i załadowano na ciężarówkę. Jedenastego grudnia 1980 roku złożone ich we wspólnym, bezimiennym grobie na przyszpitalnych cmentarzu w Górnej Grupie. Władze nie wyraziły zgody na pomnik, czy też tabliczkę. Więc jedyny napis, jaki na tym grobie zaistniał to “NN”. Zmieniło się to dopiero w 2010 roku, umieszczono wtedy tablicę z nazwiskami spoczywających tam ludzi.
Jeden z ocalałych z pożaru, zapytany o nazwisko powiedział:
Nie mam nazwiska – spaliło się
To chyba dobitnie pokazuje cierpienie tych którzy te zdarzenia przeżyli. A także tych co stracili swój dom.
Krzyk w wytłumionych salach nie zna echa
O tym wydarzeniu mówi się wiele, mówi się też, że z niektórych pomieszczeń byłego szpitala dla psychicznie i nerwowo chorych w Górnej Grupie było słychać dziwne dźwięki. Podobno mieszkańcy słyszeli skrzypiące łóżka, jęki, a nawet krzyki i stłumione ludzkie głosy. W ciemnych korytarzach i niektórych pokojach dało się często wyczuć czyjąś obecność. Misjonarze utrzymują, że były to niespokojne dusze chorych, którzy stracili tutaj życie. Z tego też powodu kilkukrotnie odprawiano tutaj msze święte za zmarłych pacjentów.
A my nie chcemy uciekać stąd!
Krzyczymy w szale wściekłości i pokory
Stanął w ogniu nasz wielki dom!
Dom dla psychicznie i nerwowo chorych!Spiskowa teroria dziejów
Mówiono też, że w Górnej Grupie nie wszyscy chorzy rzeczywiście chorzy są. Wsza był to okres Polski ludowej, a panujący tamże komunistyczny ustrój miewał wrogów ludu. A że w pobliżu znajdował się niepokorny Gdańsk ze słynnym elektrykiem na czele, to tylko sprzyjało to różnego rodzaju spiskowym teorią dziejów.
Mówiło się, że w Szpitalu w Górnej Grupie potajemnie więzi się i szprycuje lekami antykomunistycznych działaczy. Sprawą tą zajął się nawet IPN, jednak poprzestał tylko na postępowaniu sprawdzającym i odmówił wszczęcia śledztwa.
Była nawet teoria, że cały ten pożar był wywołany celowo by pozbyć się niewygodnych dla ówczesnej władzy ludzi. A ile w tym było prawdy, trochę pewnie tak, a ile dokładnie? Tego już się nie dowiemy…Tytuły rozdziałów są wersami z utworu Jacka Kaczmarskiego pt. A my nie chcemy uciekać stąd.
Galeria
-
Nigdy nie wiadomo kiedy nadarzy się jakiś ciekawszy urbex. Planowo wybrałem się pozwiedzać dwór, wiedział o nim jedynie to, że jest, i nie nastawiając się na jakieś specjalne wrażenia. Ale się dość nieźle zaskoczyłem faktem, iż przy okazji jest to opuszczona szkoła. Dodatkowo żeby było weselej na terenie obiektu prawdopodobnie nie byłem sam, kiedy zwiedzałem parter z góry zaczęły dobiegać dziwne hałasy. Jakoś nie specjalnie miałem ochotę poznawać źródła tychże hałasów, więc czym prędzej taktycznie się ewakuowałem z budynku. I wróciłem do niego tydzień później, wtedy już byłem sam. A z racji tego, że się trochu zbyt rozpędziłem zfotografowaniem i zrobiłem przeszło 150 zdjęc, to po selecji wyszło tego ponad 70 to wpis ten będzie podzielony na dwie części. Więc oto część pierwsza.
Krwawa niedziela
Wieś w której znajduje się dwór była w roku około 1872 w posiadaniu F.J. Prawdopodobnie to dla jego rodziny w połowie wieku XIX postawiono dwór. Oprócz dworu postawiono też liczne budynki gospodarcze, tak jak na przykład spichlerz (także niedługo będzie prezentowany, zapraszam więc na newsletter, dam Ci znać o jego publikacji).
W okresie II-wojennym majątek był zarządzany przez U.J. Był on niemieckim obszarnikiem z tejże miejscowości, członkiem SS, oraz uczestnikiem tzw „krwawej niedzieli” w pobliskim mieście. Ta masakra w więzieniu podczas pewnej październikowej nocy odbiła się dość szerokim echem w całej Europie.Znudzeni pijani niemcy
Pewnego październikowego dnia pijany właściciel dworu wraz ze swym przełożonym udali się na polowanie. Po jego zakończeniu powrócili do dworu i rozpoczęli popijawę. Kilka godzin później, będąc już w stanie znacznego upojenia stwierdzili, iż jeszcze mało im atrakcji tego wieczora, i stwierdzili, iż jeszcze mało in atrakcji tej nocy. Jeden z nich stwierdził, że pojadą postrzelać sobie do Polaków.
Przed północą udali się więc do gmachu starostwa w pobliskim mieście, i zabrali stamtąd listę 90 skazanych na śmierć Polaków przebywających w więzieniu w tymże mieście. W więzieniu pojawili się około 0:30, i na sam początek pobili polskiego dozorcę i jego rodzinę. Następnie kazali wyprowadzać więźniów według listy. Niemieccy dozorcy wyciągali ludzi z cel, i kazali im schodzić po schodach na parter gdzie czekała na nich pijana dwójka.Kazano nam ustać w otwartych drzwiach cel, twarzą do wnętrza. Wywołanego więźnia sprowadzono na parter do holu, wszystko w pośpiechu, i gradu bluzgów oraz kopnięć. Na dole czekały pytania, „Jak ci na imię, psie” Nim delikwent zdążył odpowiedzieć już leżał na ziemi powalony kolbą, lub rękojeścią broni. [cytat przeredagowany na potrzeby utajnienia lokalizacji]
To bez znaczenia, to tylko polacy
Po zejściu na parter więźniowie mieli się ustawić w rzędzie. Jeden z dwójki każdego osobno dokładnie oglądał, i wydawał polecenie rozstrzelania lub wyprowadzenia. Następnie dozorcy odprowadzali każdego po kolei na tył budynku i tam ich rozstrzeliwano bez względu na wcześniejszy werdykt. Część egzekucji oboje przeprowadzali osobiście, przy czym jedną z ofiar oskalpował dość małym i tępym nożykiem. Tempo tych egzekucji przeprowadzonych osobiście było tak duże, iż nie nadążano z notowaniem kogo zabito. Kiedy wykonawcom zwrócono na ten fakt uwagę, ci stwierdzili, iż:
To bez znaczenia, tu chodzi tylko o jednego polaka więcej, lub mniej
[cytat preredagowany]Naoczny świadek twierdzi, że następnego dnia dozorcy robili obchód i sprawdzali kto przeżył.
Zapraszam na część 2
Jak wspominałem na wstępie, wyszło mi trochę za dużo zdjęć jak na jeden wpis. Więc wpisy będą dwa. Na tą część to tyle, zapraszam na drugą. Tymczasem zapraszam do obejrzenia fotografii, oraz zapisania się na newsletter o tutaj.
Cześć 2Galeria
-
GRANICA CZŁOWIECZEŃSTWA - RECENZJA FILMU #ZielonaGranica
❗ RECENZJA ZAWIERA SPOILERY ❗
„Planeta jest dla każdego” – Behi Djanati Atai, aktorka, odtwórczyni roli Leili w filmie „Zielona granica”.
🧱 Hejt jaki spadł na Agnieszkę Holland to studium nienawiści w wydaniu prawicy. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Można było się tego spodziewać po polskiej prawicy lubującej się w patriotycznej sztuce. Wszystko co narodowe i katolickie jest święte, nieskazitelne. Prawicowe trolle i politycy mają przez jakiś czas używanie do momentu aż zapomną o „Zielonej granicy” wybierając sobie kolejny temat. Wielu z nich nie pójdzie na film, ale się wypowie, inni pójdą do kina z gotową recenzją ponieważ nienawidzą innych, co nie myślą tak jak oni. Za tą tępą nagonką nie kryje się żadna głębsza refleksja nad tym, co w swoim filmie przekazała Holland. To oskarżenie wobec całego politycznego świata. „Zielona granica” tym, którym nie jest wszystko jedno wywołuje wstrząs, szok i rozpacz.
🧱 Po obejrzeniu filmu przychodzi refleksja, dlaczego kraje z których ludzie muszą uchodzić są w takim stanie rozkładu? Czemu rządzą tam dyktatorzy i religijny fundamentalizm? Co my z tym robimy, my jako ludzie? Na pewno niewiele, albo nic. Afryka czy Azja są daleko od nas, tak jak problemy tamtejszych mieszkańców. Nikt nie chce pamiętać o czasach kolonizatorów i eksploatowania ich przez rządy państw zachodnich, co trwa zresztą do dziś. Kiedy ludzie mówią 'niech wracają do siebie’, to nie rozumieją faktu, że oni nie mają dokąd wrócić. Warto odnieść się do źródła zdarzeń na polsko – białoruskiej granicy 🇵🇱🇧🇾 latem i jesienią 2021 roku, zanim stanie się bezmyślnie murem za polskim mundurem🇵🇱.
🇧🇾 Białoruś jest od trzech dekad rządzona przez „ciepłego człowieka” (według polskich władz) Aleksandra Łukaszenkę. Ten dyktator już nie raz wodził za nos władze UE 🇪🇺 i p*lski 🇵🇱 Wszystkie polskie rządy po 1994 roku próbowały się dogadać z Mińskiem.
🧱 Po kolejnych sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich (2020 rok) w teatralnym geście państwa UE 🇪🇺 nałożyły na białoruskie 🇧🇾 władze sankcje. W odpowiedzi przywódca białoruski do spółki z prezydentem Rosji 🇷🇺 Władimirem Putinem zaczęli ściągać uchodźców na granicę białorusi 🇧🇾 z p*lską 🇵🇱 Jak opisuje Karolina Felberg, dziennikarka oko.press: „Dla rodzin z dziećmi, starców i kobiet w zaawansowanej ciąży szlak ten wydaje się znacznie bezpieczniejszy od drogi morskiej. Nie bez kozery na niebezpieczną przeprawę przez Morze Śródziemne decydują się przede wszystkim młodzi mężczyźni. Wszak w razie wypadku i konieczności wielogodzinnego oczekiwania na morzu na pomoc humanitarną tylko oni mają jakiekolwiek szanse”. Uchodźcy nie mają pojęcia, że przejście przez granice wschodnią unii będzie wiązało się z kolejnym dramatem w ich życiu.
🧱 Film Agnieszki Holland zaczyna się niewinnie. Rodzina z Syrii 🇸🇾 uciekająca przed wojną domową rozdzierającą ich kraj od ponad dekady. W samolocie tureckim lecącym do Mińska poznajemy: Aminę, jej męża Bashira, dzieci Nura, Talię i najmłodsze dziecko w wieku niemowlęcym. Towarzyszy im ojciec Bashira. Wszyscy chcą przez RP 🇵🇱 dostać się do Szwecji 🇸🇪 gdzie mieszka krewny rodziny. Podczas lotu poznają samotnie podróżującą Leile, Afgankę uciekającą przed talibami 🇦🇫 Była tłumaczką współpracującą z polskim wojskiem 🇵🇱 (tak samo jak jej brat) w czasie okupowania kraju przez armię państw NATO. Bohaterowie filmu mają bagaż traum i nadziei na lepsze życie na zachodzie. Kiedy docierają na miejsce Amina rozmawia z bratem (mieszkającym w Szwecji 🇸🇪), który zapewnia ją o bezpiecznym przerzucie przez granicę. Zabiera się z nimi w podróż na granicę Leila. Kiedy trafiają do celu kierowca podniesionym głosem każe im zapłacić jeszcze 300 dolarów 💵. Potem muszą pośpiesznie opuścić auto. Białoruska straż graniczna przepycha ich do p*lski 🇵🇱. Na początku nie mogą uwierzyć, że są już na terenie UE 🇪🇺. Są szczęśliwi z bycia po drugiej stronie zasieków. Potem przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością. Tracą osobiste rzeczy jak nadzieję na dostanie się do lepszego świata. Towarzysząca im Leila pomaga rodzinie szukając dla nich wody i jedzenia. Będzie im towarzyszyć do jednego z kolejnych push-backów w wykonaniu polskiej straży granicznej 🇵🇱
Potem ucieknie przed mundurowymi w głąb lasu, a wraz z nią Nur. Amina i jej najbliżsi (zmęczeni i wycieńczeni) będą nie raz nie dwa wypychani na białoruską 🇧🇾 stronę. Los syryjskiej 🇸🇾 rodziny i Leili przeplata się z losem innych uchodźców, aktywistów i aktywistek pomagającym im przeżyć w lesie. Dostarczają im nie tylko jedzenie, wodę, ale także pomoc medyczną i prawną.🧱 Są jednak bezradni wobec brutalności 🇵🇱 straży granicznej i zakazu wejścia w strefę przygraniczną objętą stanem wyjątkowym wprowadzoną przez władze dwa lata temu. Odbijani są jak piłeczki z jednej strony na drugą. Białorusini 🇧🇾 biją ich i upokarzają, a potem znowu wyrzucają na polską stronę 🇵🇱. Niektórzy z nich nie przeżyją tego. Film jest piękny przez scenerię podlaskich lasów, poruszający przez ludzką postawę części bohaterów i wstrząsający zachowaniem policji i straży granicznej
🧱 Nie dziwię się temu, że film Holland jest solą w oku prawicy oraz władz państwa. Oczekiwali wyłącznie laurek dla siebie i straży granicznej, a dostali prawdę. Holland niczego nie ubarwia, pokazuje dramat uchodźców chcących dostać się przez zasieki się do lepszego świata. Zadaje kłam państwowej propagandzie o hordach sprawnych mężczyzn forsujących granicę. Film jest także oskarżeniem samej UE 🇪🇺 jako bezdusznej instytucji mającej łączyć ludzi a nie ich dzielić.
🧱 Część państw UE 🇪🇺 robi interesy z dyktatorami Afryki i Azji (takim jak np. Erdoğan, prezydent Turcji🇹🇷) dokładając się do nieszczęść tamtejszych mieszkańców. Firmy z krajów UE 🇪🇺 (i nie tylko) robią brudne interesy z władzami państw afrykański i azjatyckich dając im tlen w postaci pieniędzy. Dzięki czemu mogą przetrwać latami. Koło się zamyka, którego nikt nie chce przerwać. Co pokazał film „Zielona granica” stoi w kontrze do postawy polskich pograniczników i władz po tym jak wybuchła wojna ukraińsko – rosyjska 🇺🇦🇷🇺 w lutym ubiegłego roku. Wtedy nie było już problemu z otwarciem granicy. Teraz to się zmienia ponieważ skuteczne szczucie na ukraińców przez prawicę zrobiło swoje w umysłach części społeczeństwa.
🧱 Jest jeszcze jedno co wynika z tego filmu. Behi Djanati Atai, aktorka (filmowa Leila) w wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” zadała pytanie nam wszystkim, co by zrobili Polacy 🇵🇱 w takiej sytuacji w jakiej są uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej 🇵🇱🇧🇾?
🧱 To ważne pytanie patrząc na to, co samą aktorkę spotkało w życiu. Uciekła z rodzicami i rodzeństwem po rewolucji religijnej w Iranie 🇮🇷 w 1979 roku. Nastały tam rządy fundamentalistów religijnych trwające do dziś. My też mamy swoich fundamentalistów. Po wyborach może się zdarzyć, że spora część społeczeństwa będzie zmuszona uciec przed nimi i swoimi (fanatycznie oddanymi władzy) sąsiadami. To będzie kolejny temat na film dla Agnieszki Holland.
#RefugeesWelcome #NoOneIsIllegal #NoBorders #NoBordersNoNations #solidarnie_z_ludźmi_w_drodze
#solidarity_with_people_on_the_move #MuremZaHolland #AbolishFrontex #FrontexKills -
GRANICA CZŁOWIECZEŃSTWA - RECENZJA FILMU #ZielonaGranica
❗ RECENZJA ZAWIERA SPOILERY ❗
„Planeta jest dla każdego” – Behi Djanati Atai, aktorka, odtwórczyni roli Leili w filmie „Zielona granica”.
🧱 Hejt jaki spadł na Agnieszkę Holland to studium nienawiści w wydaniu prawicy. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Można było się tego spodziewać po polskiej prawicy lubującej się w patriotycznej sztuce. Wszystko co narodowe i katolickie jest święte, nieskazitelne. Prawicowe trolle i politycy mają przez jakiś czas używanie do momentu aż zapomną o „Zielonej granicy” wybierając sobie kolejny temat. Wielu z nich nie pójdzie na film, ale się wypowie, inni pójdą do kina z gotową recenzją ponieważ nienawidzą innych, co nie myślą tak jak oni. Za tą tępą nagonką nie kryje się żadna głębsza refleksja nad tym, co w swoim filmie przekazała Holland. To oskarżenie wobec całego politycznego świata. „Zielona granica” tym, którym nie jest wszystko jedno wywołuje wstrząs, szok i rozpacz.
🧱 Po obejrzeniu filmu przychodzi refleksja, dlaczego kraje z których ludzie muszą uchodzić są w takim stanie rozkładu? Czemu rządzą tam dyktatorzy i religijny fundamentalizm? Co my z tym robimy, my jako ludzie? Na pewno niewiele, albo nic. Afryka czy Azja są daleko od nas, tak jak problemy tamtejszych mieszkańców. Nikt nie chce pamiętać o czasach kolonizatorów i eksploatowania ich przez rządy państw zachodnich, co trwa zresztą do dziś. Kiedy ludzie mówią 'niech wracają do siebie’, to nie rozumieją faktu, że oni nie mają dokąd wrócić. Warto odnieść się do źródła zdarzeń na polsko – białoruskiej granicy 🇵🇱🇧🇾 latem i jesienią 2021 roku, zanim stanie się bezmyślnie murem za polskim mundurem🇵🇱.
🇧🇾 Białoruś jest od trzech dekad rządzona przez „ciepłego człowieka” (według polskich władz) Aleksandra Łukaszenkę. Ten dyktator już nie raz wodził za nos władze UE 🇪🇺 i p*lski 🇵🇱 Wszystkie polskie rządy po 1994 roku próbowały się dogadać z Mińskiem.
🧱 Po kolejnych sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich (2020 rok) w teatralnym geście państwa UE 🇪🇺 nałożyły na białoruskie 🇧🇾 władze sankcje. W odpowiedzi przywódca białoruski do spółki z prezydentem Rosji 🇷🇺 Władimirem Putinem zaczęli ściągać uchodźców na granicę białorusi 🇧🇾 z p*lską 🇵🇱 Jak opisuje Karolina Felberg, dziennikarka oko.press: „Dla rodzin z dziećmi, starców i kobiet w zaawansowanej ciąży szlak ten wydaje się znacznie bezpieczniejszy od drogi morskiej. Nie bez kozery na niebezpieczną przeprawę przez Morze Śródziemne decydują się przede wszystkim młodzi mężczyźni. Wszak w razie wypadku i konieczności wielogodzinnego oczekiwania na morzu na pomoc humanitarną tylko oni mają jakiekolwiek szanse”. Uchodźcy nie mają pojęcia, że przejście przez granice wschodnią unii będzie wiązało się z kolejnym dramatem w ich życiu.
🧱 Film Agnieszki Holland zaczyna się niewinnie. Rodzina z Syrii 🇸🇾 uciekająca przed wojną domową rozdzierającą ich kraj od ponad dekady. W samolocie tureckim lecącym do Mińska poznajemy: Aminę, jej męża Bashira, dzieci Nura, Talię i najmłodsze dziecko w wieku niemowlęcym. Towarzyszy im ojciec Bashira. Wszyscy chcą przez RP 🇵🇱 dostać się do Szwecji 🇸🇪 gdzie mieszka krewny rodziny. Podczas lotu poznają samotnie podróżującą Leile, Afgankę uciekającą przed talibami 🇦🇫 Była tłumaczką współpracującą z polskim wojskiem 🇵🇱 (tak samo jak jej brat) w czasie okupowania kraju przez armię państw NATO. Bohaterowie filmu mają bagaż traum i nadziei na lepsze życie na zachodzie. Kiedy docierają na miejsce Amina rozmawia z bratem (mieszkającym w Szwecji 🇸🇪), który zapewnia ją o bezpiecznym przerzucie przez granicę. Zabiera się z nimi w podróż na granicę Leila. Kiedy trafiają do celu kierowca podniesionym głosem każe im zapłacić jeszcze 300 dolarów 💵. Potem muszą pośpiesznie opuścić auto. Białoruska straż graniczna przepycha ich do p*lski 🇵🇱. Na początku nie mogą uwierzyć, że są już na terenie UE 🇪🇺. Są szczęśliwi z bycia po drugiej stronie zasieków. Potem przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością. Tracą osobiste rzeczy jak nadzieję na dostanie się do lepszego świata. Towarzysząca im Leila pomaga rodzinie szukając dla nich wody i jedzenia. Będzie im towarzyszyć do jednego z kolejnych push-backów w wykonaniu polskiej straży granicznej 🇵🇱
Potem ucieknie przed mundurowymi w głąb lasu, a wraz z nią Nur. Amina i jej najbliżsi (zmęczeni i wycieńczeni) będą nie raz nie dwa wypychani na białoruską 🇧🇾 stronę. Los syryjskiej 🇸🇾 rodziny i Leili przeplata się z losem innych uchodźców, aktywistów i aktywistek pomagającym im przeżyć w lesie. Dostarczają im nie tylko jedzenie, wodę, ale także pomoc medyczną i prawną.🧱 Są jednak bezradni wobec brutalności 🇵🇱 straży granicznej i zakazu wejścia w strefę przygraniczną objętą stanem wyjątkowym wprowadzoną przez władze dwa lata temu. Odbijani są jak piłeczki z jednej strony na drugą. Białorusini 🇧🇾 biją ich i upokarzają, a potem znowu wyrzucają na polską stronę 🇵🇱. Niektórzy z nich nie przeżyją tego. Film jest piękny przez scenerię podlaskich lasów, poruszający przez ludzką postawę części bohaterów i wstrząsający zachowaniem policji i straży granicznej
🧱 Nie dziwię się temu, że film Holland jest solą w oku prawicy oraz władz państwa. Oczekiwali wyłącznie laurek dla siebie i straży granicznej, a dostali prawdę. Holland niczego nie ubarwia, pokazuje dramat uchodźców chcących dostać się przez zasieki się do lepszego świata. Zadaje kłam państwowej propagandzie o hordach sprawnych mężczyzn forsujących granicę. Film jest także oskarżeniem samej UE 🇪🇺 jako bezdusznej instytucji mającej łączyć ludzi a nie ich dzielić.
🧱 Część państw UE 🇪🇺 robi interesy z dyktatorami Afryki i Azji (takim jak np. Erdoğan, prezydent Turcji🇹🇷) dokładając się do nieszczęść tamtejszych mieszkańców. Firmy z krajów UE 🇪🇺 (i nie tylko) robią brudne interesy z władzami państw afrykański i azjatyckich dając im tlen w postaci pieniędzy. Dzięki czemu mogą przetrwać latami. Koło się zamyka, którego nikt nie chce przerwać. Co pokazał film „Zielona granica” stoi w kontrze do postawy polskich pograniczników i władz po tym jak wybuchła wojna ukraińsko – rosyjska 🇺🇦🇷🇺 w lutym ubiegłego roku. Wtedy nie było już problemu z otwarciem granicy. Teraz to się zmienia ponieważ skuteczne szczucie na ukraińców przez prawicę zrobiło swoje w umysłach części społeczeństwa.
🧱 Jest jeszcze jedno co wynika z tego filmu. Behi Djanati Atai, aktorka (filmowa Leila) w wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” zadała pytanie nam wszystkim, co by zrobili Polacy 🇵🇱 w takiej sytuacji w jakiej są uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej 🇵🇱🇧🇾?
🧱 To ważne pytanie patrząc na to, co samą aktorkę spotkało w życiu. Uciekła z rodzicami i rodzeństwem po rewolucji religijnej w Iranie 🇮🇷 w 1979 roku. Nastały tam rządy fundamentalistów religijnych trwające do dziś. My też mamy swoich fundamentalistów. Po wyborach może się zdarzyć, że spora część społeczeństwa będzie zmuszona uciec przed nimi i swoimi (fanatycznie oddanymi władzy) sąsiadami. To będzie kolejny temat na film dla Agnieszki Holland.
#RefugeesWelcome #NoOneIsIllegal #NoBorders #NoBordersNoNations #solidarnie_z_ludźmi_w_drodze
#solidarity_with_people_on_the_move #MuremZaHolland #AbolishFrontex #FrontexKills -
GRANICA CZŁOWIECZEŃSTWA - RECENZJA FILMU #ZielonaGranica
❗ RECENZJA ZAWIERA SPOILERY ❗
„Planeta jest dla każdego” – Behi Djanati Atai, aktorka, odtwórczyni roli Leili w filmie „Zielona granica”.
🧱 Hejt jaki spadł na Agnieszkę Holland to studium nienawiści w wydaniu prawicy. Nie jest to dla mnie zaskoczeniem. Można było się tego spodziewać po polskiej prawicy lubującej się w patriotycznej sztuce. Wszystko co narodowe i katolickie jest święte, nieskazitelne. Prawicowe trolle i politycy mają przez jakiś czas używanie do momentu aż zapomną o „Zielonej granicy” wybierając sobie kolejny temat. Wielu z nich nie pójdzie na film, ale się wypowie, inni pójdą do kina z gotową recenzją ponieważ nienawidzą innych, co nie myślą tak jak oni. Za tą tępą nagonką nie kryje się żadna głębsza refleksja nad tym, co w swoim filmie przekazała Holland. To oskarżenie wobec całego politycznego świata. „Zielona granica” tym, którym nie jest wszystko jedno wywołuje wstrząs, szok i rozpacz.
🧱 Po obejrzeniu filmu przychodzi refleksja, dlaczego kraje z których ludzie muszą uchodzić są w takim stanie rozkładu? Czemu rządzą tam dyktatorzy i religijny fundamentalizm? Co my z tym robimy, my jako ludzie? Na pewno niewiele, albo nic. Afryka czy Azja są daleko od nas, tak jak problemy tamtejszych mieszkańców. Nikt nie chce pamiętać o czasach kolonizatorów i eksploatowania ich przez rządy państw zachodnich, co trwa zresztą do dziś. Kiedy ludzie mówią 'niech wracają do siebie’, to nie rozumieją faktu, że oni nie mają dokąd wrócić. Warto odnieść się do źródła zdarzeń na polsko – białoruskiej granicy 🇵🇱🇧🇾 latem i jesienią 2021 roku, zanim stanie się bezmyślnie murem za polskim mundurem🇵🇱.
🇧🇾 Białoruś jest od trzech dekad rządzona przez „ciepłego człowieka” (według polskich władz) Aleksandra Łukaszenkę. Ten dyktator już nie raz wodził za nos władze UE 🇪🇺 i p*lski 🇵🇱 Wszystkie polskie rządy po 1994 roku próbowały się dogadać z Mińskiem.
🧱 Po kolejnych sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach prezydenckich (2020 rok) w teatralnym geście państwa UE 🇪🇺 nałożyły na białoruskie 🇧🇾 władze sankcje. W odpowiedzi przywódca białoruski do spółki z prezydentem Rosji 🇷🇺 Władimirem Putinem zaczęli ściągać uchodźców na granicę białorusi 🇧🇾 z p*lską 🇵🇱 Jak opisuje Karolina Felberg, dziennikarka oko.press: „Dla rodzin z dziećmi, starców i kobiet w zaawansowanej ciąży szlak ten wydaje się znacznie bezpieczniejszy od drogi morskiej. Nie bez kozery na niebezpieczną przeprawę przez Morze Śródziemne decydują się przede wszystkim młodzi mężczyźni. Wszak w razie wypadku i konieczności wielogodzinnego oczekiwania na morzu na pomoc humanitarną tylko oni mają jakiekolwiek szanse”. Uchodźcy nie mają pojęcia, że przejście przez granice wschodnią unii będzie wiązało się z kolejnym dramatem w ich życiu.
🧱 Film Agnieszki Holland zaczyna się niewinnie. Rodzina z Syrii 🇸🇾 uciekająca przed wojną domową rozdzierającą ich kraj od ponad dekady. W samolocie tureckim lecącym do Mińska poznajemy: Aminę, jej męża Bashira, dzieci Nura, Talię i najmłodsze dziecko w wieku niemowlęcym. Towarzyszy im ojciec Bashira. Wszyscy chcą przez RP 🇵🇱 dostać się do Szwecji 🇸🇪 gdzie mieszka krewny rodziny. Podczas lotu poznają samotnie podróżującą Leile, Afgankę uciekającą przed talibami 🇦🇫 Była tłumaczką współpracującą z polskim wojskiem 🇵🇱 (tak samo jak jej brat) w czasie okupowania kraju przez armię państw NATO. Bohaterowie filmu mają bagaż traum i nadziei na lepsze życie na zachodzie. Kiedy docierają na miejsce Amina rozmawia z bratem (mieszkającym w Szwecji 🇸🇪), który zapewnia ją o bezpiecznym przerzucie przez granicę. Zabiera się z nimi w podróż na granicę Leila. Kiedy trafiają do celu kierowca podniesionym głosem każe im zapłacić jeszcze 300 dolarów 💵. Potem muszą pośpiesznie opuścić auto. Białoruska straż graniczna przepycha ich do p*lski 🇵🇱. Na początku nie mogą uwierzyć, że są już na terenie UE 🇪🇺. Są szczęśliwi z bycia po drugiej stronie zasieków. Potem przychodzi brutalne zderzenie z rzeczywistością. Tracą osobiste rzeczy jak nadzieję na dostanie się do lepszego świata. Towarzysząca im Leila pomaga rodzinie szukając dla nich wody i jedzenia. Będzie im towarzyszyć do jednego z kolejnych push-backów w wykonaniu polskiej straży granicznej 🇵🇱
Potem ucieknie przed mundurowymi w głąb lasu, a wraz z nią Nur. Amina i jej najbliżsi (zmęczeni i wycieńczeni) będą nie raz nie dwa wypychani na białoruską 🇧🇾 stronę. Los syryjskiej 🇸🇾 rodziny i Leili przeplata się z losem innych uchodźców, aktywistów i aktywistek pomagającym im przeżyć w lesie. Dostarczają im nie tylko jedzenie, wodę, ale także pomoc medyczną i prawną.🧱 Są jednak bezradni wobec brutalności 🇵🇱 straży granicznej i zakazu wejścia w strefę przygraniczną objętą stanem wyjątkowym wprowadzoną przez władze dwa lata temu. Odbijani są jak piłeczki z jednej strony na drugą. Białorusini 🇧🇾 biją ich i upokarzają, a potem znowu wyrzucają na polską stronę 🇵🇱. Niektórzy z nich nie przeżyją tego. Film jest piękny przez scenerię podlaskich lasów, poruszający przez ludzką postawę części bohaterów i wstrząsający zachowaniem policji i straży granicznej
🧱 Nie dziwię się temu, że film Holland jest solą w oku prawicy oraz władz państwa. Oczekiwali wyłącznie laurek dla siebie i straży granicznej, a dostali prawdę. Holland niczego nie ubarwia, pokazuje dramat uchodźców chcących dostać się przez zasieki się do lepszego świata. Zadaje kłam państwowej propagandzie o hordach sprawnych mężczyzn forsujących granicę. Film jest także oskarżeniem samej UE 🇪🇺 jako bezdusznej instytucji mającej łączyć ludzi a nie ich dzielić.
🧱 Część państw UE 🇪🇺 robi interesy z dyktatorami Afryki i Azji (takim jak np. Erdoğan, prezydent Turcji🇹🇷) dokładając się do nieszczęść tamtejszych mieszkańców. Firmy z krajów UE 🇪🇺 (i nie tylko) robią brudne interesy z władzami państw afrykański i azjatyckich dając im tlen w postaci pieniędzy. Dzięki czemu mogą przetrwać latami. Koło się zamyka, którego nikt nie chce przerwać. Co pokazał film „Zielona granica” stoi w kontrze do postawy polskich pograniczników i władz po tym jak wybuchła wojna ukraińsko – rosyjska 🇺🇦🇷🇺 w lutym ubiegłego roku. Wtedy nie było już problemu z otwarciem granicy. Teraz to się zmienia ponieważ skuteczne szczucie na ukraińców przez prawicę zrobiło swoje w umysłach części społeczeństwa.
🧱 Jest jeszcze jedno co wynika z tego filmu. Behi Djanati Atai, aktorka (filmowa Leila) w wywiadzie przeprowadzonym przez dziennikarkę „Gazety Wyborczej” zadała pytanie nam wszystkim, co by zrobili Polacy 🇵🇱 w takiej sytuacji w jakiej są uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej 🇵🇱🇧🇾?
🧱 To ważne pytanie patrząc na to, co samą aktorkę spotkało w życiu. Uciekła z rodzicami i rodzeństwem po rewolucji religijnej w Iranie 🇮🇷 w 1979 roku. Nastały tam rządy fundamentalistów religijnych trwające do dziś. My też mamy swoich fundamentalistów. Po wyborach może się zdarzyć, że spora część społeczeństwa będzie zmuszona uciec przed nimi i swoimi (fanatycznie oddanymi władzy) sąsiadami. To będzie kolejny temat na film dla Agnieszki Holland.
#RefugeesWelcome #NoOneIsIllegal #NoBorders #NoBordersNoNations #solidarnie_z_ludźmi_w_drodze
#solidarity_with_people_on_the_move #MuremZaHolland #AbolishFrontex #FrontexKills