home.social

Search

219 results for “Dziadek”

  1. Działkowiec pyta sąsiada:
    - Co tam wczoraj za święto mieliście, tak wszyscy tańczyliście?
    - A, nie… Dziadek ul przewrócił...

    #suchar #kawał #żart #dowcip #humor #SucharDnia #MnieŚmieszy

  2. Działkowiec pyta sąsiada:
    - Co tam wczoraj za święto mieliście, tak wszyscy tańczyliście?
    - A, nie… Dziadek ul przewrócił...

    #suchar #kawał #żart #dowcip #humor #SucharDnia #MnieŚmieszy

  3. Działkowiec pyta sąsiada:
    - Co tam wczoraj za święto mieliście, tak wszyscy tańczyliście?
    - A, nie… Dziadek ul przewrócił...

    #suchar #kawał #żart #dowcip #humor #SucharDnia #MnieŚmieszy

  4. Działkowiec pyta sąsiada:
    - Co tam wczoraj za święto mieliście, tak wszyscy tańczyliście?
    - A, nie… Dziadek ul przewrócił...

    #suchar #kawał #żart #dowcip #humor #SucharDnia #MnieŚmieszy

  5. Jestem tu ostatnio mniej aktywny, niż bym sobie życzył - pochłania mnie tzw. prawdziwe życie :) Ale kilka dni temu stałem się posiadaczem takiego oto wynalazku.

    Można powoedzieć, że to dziadek współczesnych komputerów pokładowych w tramwajach, czyli... no właśnie. Nie wiem, czy to urządzenie ma jakąś oficjalną nazwę, w środowisku miłośników nazywane jest po prostu "zegarem z eNki" - bo dokładnie tym jest. Tarcza ze wskazówką to zwykły zegar, zresztą od tyłu ma dziurkę do nakręcania. Zewnętrzny pierścień, jak widać, ma wypisane nazwy ważniejszych przystanków po trasie i czasy przejazdu między nimi. Pierścień jest ruchomy, więc po dojeździe na krańcówkę po prostu przestawiało się go tak, by wskazówka pokrywała się z drugą skalą - czasu jazdy w przeciwną stronę.
    Taki zegar znajdował się w każdym wagonie typu N w Łodzi, a zapewne i w starszych, póki były w służbie. Motorniczy zabierał go ze sobą po skończeniu zmiany (zresztą, jak widać na pierścieniu, jest on przypisany do linii i brygady, a nie konkretnego wagonu; papierowy pierścień dało się wymieniać, ale potrzeba było do tego narzędzi - zegara nie da się rozkręcić gołą ręką).

    Nie wiem, czy ten konkretny egzemplarz działa. Mechanicznie zapewne nie jest bardziej skomplikowany od budzika, ale dziś znalezienie zegarmistrza, tym bardziej kompetentnego, to jak odnalezienie jednorożca. #komunikacjamiejska #retro #ciekawostki #technika

  6. @Antifajaworzno
    Bardzo ważny artykuł obnażający zaplecze ideologiczne bąkiewicza i jego wypierdków.

    „Polscy „turbopatrioci” grzmią, że nie było polskich ochotniczych jednostek Waffen SS. Mają rację. Nie było, bo Hitler ich nie chciał. Gdyby miał inne zamiary wobec dawnej Kongresówki, bez problemu znaleźliby się ochotnicy z kręgów skrajnej prawicy.”

    Swoją drogą, autor tego nie podkreślił, że wbrew warszawkocentrycznej narracji wrzucającej wszystkich Górnoślązaków, nie tylko żyjących w czasie IIWŚ, do szuflady pt. „Zdrajcy narodu”, to właśnie w Generalnym Gubernatorstwie, z wyjątkiem Łodzi i okolic gdzie zagadnienia narodowościowe były równie skomplikowane, jak na Górnym Śląsku, żeby podpisać pl.wikipedia.org/wiki/Volkslis , trzeba było się o to bardzo *postarać* a na Górnym Śląsku, Kaszubach, Warmii i Mazurach trzeba było się postarać, żeby jej *nie podpisać*

    Jedna z prababek mojej żony była Niemką, więc dostała „jedynkę”, zaś pradziadek był Górnoślązakiem, więc mógł mieć „trójkę” lub nawet „czwórkę”, a dziadek miał... „trójkę”. Ta kategoria była „skrojona” dla takiego elementu niepewnego, jakim nie tylko dla Niemców, byli członkowie w/w narodów.
    Wprawdzie „trójkowicze” nie mogli studiować i wykonywać wielu zawodów, za to mogli dostąpić chwały śmierci za Führera i Tysiącletnią Rzeszę.

    @litwanieojczyzna

    #DeutscheVolkslite #GórnyŚląsk #Kaszuby #Warmia #Mazury
    #DziadekwWehrmachcie

  7. @Antifajaworzno
    Bardzo ważny artykuł obnażający zaplecze ideologiczne bąkiewicza i jego wypierdków.

    „Polscy „turbopatrioci” grzmią, że nie było polskich ochotniczych jednostek Waffen SS. Mają rację. Nie było, bo Hitler ich nie chciał. Gdyby miał inne zamiary wobec dawnej Kongresówki, bez problemu znaleźliby się ochotnicy z kręgów skrajnej prawicy.”

    Swoją drogą, autor tego nie podkreślił, że wbrew warszawkocentrycznej narracji wrzucającej wszystkich Górnoślązaków, nie tylko żyjących w czasie IIWŚ, do szuflady pt. „Zdrajcy narodu”, to właśnie w Generalnym Gubernatorstwie, z wyjątkiem Łodzi i okolic gdzie zagadnienia narodowościowe były równie skomplikowane, jak na Górnym Śląsku, żeby podpisać pl.wikipedia.org/wiki/Volkslis , trzeba było się o to bardzo *postarać* a na Górnym Śląsku, Kaszubach, Warmii i Mazurach trzeba było się postarać, żeby jej *nie podpisać*

    Jedna z prababek mojej żony była Niemką, więc dostała „jedynkę”, zaś pradziadek był Górnoślązakiem, więc mógł mieć „trójkę” lub nawet „czwórkę”, a dziadek miał... „trójkę”. Ta kategoria była „skrojona” dla takiego elementu niepewnego, jakim nie tylko dla Niemców, byli członkowie w/w narodów.
    Wprawdzie „trójkowicze” nie mogli studiować i wykonywać wielu zawodów, za to mogli dostąpić chwały śmierci za Führera i Tysiącletnią Rzeszę.

    @litwanieojczyzna

    #DeutscheVolkslite #GórnyŚląsk #Kaszuby #Warmia #Mazury
    #DziadekwWehrmachcie

  8. @Antifajaworzno
    Bardzo ważny artykuł obnażający zaplecze ideologiczne bąkiewicza i jego wypierdków.

    „Polscy „turbopatrioci” grzmią, że nie było polskich ochotniczych jednostek Waffen SS. Mają rację. Nie było, bo Hitler ich nie chciał. Gdyby miał inne zamiary wobec dawnej Kongresówki, bez problemu znaleźliby się ochotnicy z kręgów skrajnej prawicy.”

    Swoją drogą, autor tego nie podkreślił, że wbrew warszawkocentrycznej narracji wrzucającej wszystkich Górnoślązaków, nie tylko żyjących w czasie IIWŚ, do szuflady pt. „Zdrajcy narodu”, to właśnie w Generalnym Gubernatorstwie, z wyjątkiem Łodzi i okolic gdzie zagadnienia narodowościowe były równie skomplikowane, jak na Górnym Śląsku, żeby podpisać pl.wikipedia.org/wiki/Volkslis , trzeba było się o to bardzo *postarać* a na Górnym Śląsku, Kaszubach, Warmii i Mazurach trzeba było się postarać, żeby jej *nie podpisać*

    Jedna z prababek mojej żony była Niemką, więc dostała „jedynkę”, zaś pradziadek był Górnoślązakiem, więc mógł mieć „trójkę” lub nawet „czwórkę”, a dziadek miał... „trójkę”. Ta kategoria była „skrojona” dla takiego elementu niepewnego, jakim nie tylko dla Niemców, byli członkowie w/w narodów.
    Wprawdzie „trójkowicze” nie mogli studiować i wykonywać wielu zawodów, za to mogli dostąpić chwały śmierci za Führera i Tysiącletnią Rzeszę.

    @litwanieojczyzna

    #DeutscheVolkslite #GórnyŚląsk #Kaszuby #Warmia #Mazury
    #DziadekwWehrmachcie

  9. @Antifajaworzno
    Bardzo ważny artykuł obnażający zaplecze ideologiczne bąkiewicza i jego wypierdków.

    „Polscy „turbopatrioci” grzmią, że nie było polskich ochotniczych jednostek Waffen SS. Mają rację. Nie było, bo Hitler ich nie chciał. Gdyby miał inne zamiary wobec dawnej Kongresówki, bez problemu znaleźliby się ochotnicy z kręgów skrajnej prawicy.”

    Swoją drogą, autor tego nie podkreślił, że wbrew warszawkocentrycznej narracji wrzucającej wszystkich Górnoślązaków, nie tylko żyjących w czasie IIWŚ, do szuflady pt. „Zdrajcy narodu”, to właśnie w Generalnym Gubernatorstwie, z wyjątkiem Łodzi i okolic gdzie zagadnienia narodowościowe były równie skomplikowane, jak na Górnym Śląsku, żeby podpisać pl.wikipedia.org/wiki/Volkslis , trzeba było się o to bardzo *postarać* a na Górnym Śląsku, Kaszubach, Warmii i Mazurach trzeba było się postarać, żeby jej *nie podpisać*

    Jedna z prababek mojej żony była Niemką, więc dostała „jedynkę”, zaś pradziadek był Górnoślązakiem, więc mógł mieć „trójkę” lub nawet „czwórkę”, a dziadek miał... „trójkę”. Ta kategoria była „skrojona” dla takiego elementu niepewnego, jakim nie tylko dla Niemców, byli członkowie w/w narodów.
    Wprawdzie „trójkowicze” nie mogli studiować i wykonywać wielu zawodów, za to mogli dostąpić chwały śmierci za Führera i Tysiącletnią Rzeszę.

    @litwanieojczyzna

    #DeutscheVolkslite #GórnyŚląsk #Kaszuby #Warmia #Mazury
    #DziadekwWehrmachcie

  10. 🕹️ Stare Atari 2600 – nowe gry cudeńka… Jak to możliwe?


    Nowe życie legendy: Jak współcześni programiści wyciskają siódme poty z Atari 2600

    Atari 2600, znane również jako VCS (Video Computer System), to konsola, która dla wielu jest synonimem początków domowej rozrywki. Choć jej premiera miała miejsce w 1977 roku, a ograniczenia sprzętowe – takie jak zaledwie 128 bajtów pamięci RAM czy brak bufora ramki – wydają się dziś wręcz abstrakcyjne, scena homebrew udowadnia, że ten „dziadek” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W Muzeum Gry i Komputery Minionej Ery, Frabi i Borg z ekipy Retrogralnia postanowili sprawdzić, jak na oryginalnym, starym sprzęcie prezentują się najnowsze produkcje.

    Efekt? Gry, które w latach 80. uznano by za magię lub technologię z innej planety.

    Nowoczesny warsztat na starym krzemie

    Zanim przejdziemy do samych gier, warto zwrócić uwagę na paradoks współczesnego tworzenia na Atari. Kiedyś programiści musieli walczyć z ogromnymi kosztami pamięci ROM i prymitywnymi zestawami deweloperskimi. Dziś, dzięki emulatorom, szybkiemu testowaniu na PC i braku restrykcji co do wielkości kartridża, twórcy mogą pozwolić sobie na znacznie więcej.

    Ciekawym akcentem podczas testów było wykorzystanie współczesnych, bezprzewodowych kontrolerów od Atari, które bezproblemowo współpracują ze starym sprzętem, oferując precyzję, o jakiej użytkownicy oryginalnych dżojstików „pytaków” mogli tylko pomarzyć.

    Donkey Kong BCS: Rehabilitacja klasyka

    Pierwszym tytułem na warsztacie był Donkey Kong BCS (wersja 1.0) autorstwa Andreasa Ditra. Każdy, kto pamięta oficjalny port tej gry na Atari 2600 z lat 80., wie, że był on – delikatnie mówiąc – rozczarowujący. Wersja BCS to jednak zupełnie inna liga.

    • Oprawa wizualna: Gra wita nas animowanym ekranem tytułowym i napisami, co na VCS jest rzadkością.
    • Technologia: Twórca zastosował zaawansowane techniki migotania (flickering), dzięki czemu na ekranie może pojawić się więcej obiektów bez drastycznego spadku wydajności. Na ekranach CRT efekty te są niemal niezauważalne, dając złudzenie stabilnej, bogatej grafiki.
    • Scrolling: W przeciwieństwie do oryginału, tutaj ekran potrafi się płynnie przewijać, co pozwala na wierniejsze odwzorowanie pionowej architektury poziomów znanych z automatów.

    To doskonały przykład na to, że słabość oryginalnych gier często nie wynikała z ograniczeń procesora 6507, ale z presji czasu i małej ilości dostępnej pamięci ROM.

    Frosty: Fizyka i bezwładność

    Kolejna propozycja, Frosty, to platformówka z unikalną mechaniką. Wcielamy się w bałwana, który musi gasić płomienie, ale robiąc to… stopniowo się roztapia.

    Z technicznego punktu widzenia, gra imponuje systemem bezwładności. Programowanie płynnego ruchu, który przypomina fizykę z serii Super Mario Bros., jest na Atari wyzwaniem. Sterowanie jest responsywne, a postać reaguje na pęd w sposób naturalny. Dodatkowo, gra implementuje prosty, ale skuteczny system cząsteczkowy – bałwan zostawia za sobą ślad, a jego model zmienia się (zmniejsza) wraz z postępem roztapiania. To subtelne detale, które budują nowoczesny „feel” na sprzęcie sprzed pół wieku.

    Carrot Kingdom: Królicze skoki w 60 klatkach

    Carrot Kingdom (znane też pod roboczą nazwą Zz) to próba stworzenia klasycznej, scrollowanej platformówki. Choć gra zmaga się z pewnymi problemami z paletą kolorów (różnice między systemami NTSC a PAL sprawiają, że niektóre elementy bywają zbyt ciemne lub mają inne barwy), technicznie jest to majstersztyk.

    Największe wrażenie robi płynność scrollingu. Atari 2600 nie posiada sprzętowego wsparcia dla przewijania tła w taki sposób, jak robił to np. NES. Tutaj każdy piksel przesunięcia musi być precyzyjnie wyliczony przez procesor w czasie rysowania linii obrazu. Gra posiada również walki z bossami (np. wielki kot/sfinks), co wymaga zarządzania dużymi obiektami graficznymi, które normalnie nie mieszczą się w rejestrach dusz (spritów) konsoli.

    Princess Rescue: „Super Mario” na sterydach

    Daniem głównym prezentacji był tytuł Princess Rescue. Nie da się ukryć inspiracji największym hitem Nintendo, ale to, co udało się osiągnąć autorowi, przekracza granice wyobraźni fanów retro.

    To prawdopodobnie najbardziej zaawansowana technicznie gra na Atari 2600, jaką kiedykolwiek stworzono. Znajdziemy tu wszystko:

    1. Dwukierunkowy scrolling: Możliwość cofania się w poziomie, co wczesne gry na VCS niemal całkowicie wykluczały.
    2. Mechanika power-upów: Zbieranie bonusów zmienia rozmiar postaci i daje nowe umiejętności (np. strzelanie), dokładnie tak jak w pierwowzorze.
    3. Złożona interakcja obiektów: Żółwie, których skorupy po naskoczeniu lecą i eliminują innych przeciwników, wymagają zaawansowanej detekcji kolizji i zarządzania wieloma ruchomymi obiektami jednocześnie.
    4. Dźwięk: Muzyka w Princess Rescue brzmi czysto i melodyjnie, co jest rzadkością na układzie TIA, znanym raczej z „pierdzących” i nieczystych brzmień.

    Mimo nieco innej bezwładności niż w oryginale z NES-a, gra jest w pełni grywalna i oferuje wyzwanie na poziomie komercyjnych hitów z lat 90. Pojawiają się w niej nawet punkty kontrolne (checkpoints) oraz zaawansowane walki z bossami, które wykraczają poza schemat „przeskocz i unikaj”.

    Podsumowanie: Czy warto wracać do VCS?

    Oglądając te produkcje, trudno nie ulec wrażeniu, że Atari 2600 przeżywa swoją drugą młodość. Gry takie jak Princess Rescue czy Donkey Kong BCS udowadniają, że programowanie „blisko metalu” (bare-metal programming) w połączeniu ze współczesną wiedzą o architekturze układów pozwala na obejście niemal każdego ograniczenia.

    Dla fanów technologii to fascynująca lekcja optymalizacji. Dla graczy – dowód na to, że dobra rozgrywka obroni się nawet na 128 bajtach RAM-u. Jeśli macie w piwnicy stare Atari, najwyższy czas je odkurzyć i sprawdzić, co przygotowała dla was scena homebrew. Okazuje się bowiem, że najlepsze gry na tę konsolę powstają właśnie teraz, kilkadziesiąt lat po jej rzekomej „śmierci”.

    #RetroGaming #TheGameIsNotOver
  11. Wsadzili dziadka do więzienia. Dziadzio wchodzi do celi pełnej strasznych zakapiorów:

    - Za co cię posadzili dziadzio?
    - Za figle.
    - Za jakie kurła figle?! Co ty będziesz kit wciskał, gadaj zgredzie za co, bo po tobie!
    - To ja to mogę pokazać... - mówi dziadzio.
    - Taa? No to pokaż! - mówi zaintrygowany herszt celi.

    Dziadzio przeżegnawszy się bierze wiadro służące w celi za ubikację i puka w drzwi.
    Kiedy uchylił się judasz, dziadzio chlusnął zawartością wiadra przez judasz, odstawił wiadro na miejsce i stanął obok drzwi na baczność.

    Po chwili drzwi się otwierają, staje w nich gromada wkurzonych klawiszy, w tym jeden wysmarowany gównem i mówią:
    - Dziadek, ty się odsuń na bok, żeby ci się przypadkiem nie oberwało.

    #żart #dowcip #kawał #suchar #KawałZBrodą #MnieŚmieszy

  12. „Miód to są skutek uboczny. Najważniejsze jest zapylanie”. O miłości do pszczół

    Pani Irena i pan Marian Woźniakowie są właścicielami Pasieki Darz Ul w wielkopolskim Trzuskołoniu. Dorastali na wsi, więc zamiłowanie przyrody kiełkowało w nich od urodzenia. Później przekazali je swoim dzieciom. Nasi rozmówcy mówią, jak zrodziła się ich pasja i co robią w trosce o zapylacze. – Gdy byłem mały, mój dziadek i tata zajmowali się […]

    spinka.tepewu.pl/2025/09/miod-

  13. Kofi-Brejk

    229/365 #szosopasta na 438 słów, 2 minuty czasu czytania.

    Kiedyś, dawno temu (o ile mnie pamięć nie myli), kiedy fryzjer w swym naiwnym optymizmie proponował „że może przyfarbujemy te siwe po bokach”, a dzieci i kobiety w niezbyt zaawansowanej ciąży jeszcze nie ustępowały mi miejsca w tramwaju („niech sobie dziadek spocznie, bo nam tu jeszcze padnie i upadnie”

    szosami.com/2025/07/01/slupek/

  14. Język istnieje po to, żeby opisywać rzeczywistość, a ona nie zawsze jest czarno-biała i binarna. Kiedy osoba niebinarna zostaje rodzicem albo jej rodzeństwo ma dzieci, pojawia się problem – jak teraz o niej mówić w kontekście rodzinnym? Mamo, tato, ciociu, wujku…? Jasne, można po imieniu, ale nie każdy chce.

    Dlatego dzięki kreatywności i researchowi osób biorących udział w konkursie z ubiegłego roku zebraxśmy propozycjepropozycje alternatywnych, neutralnych form, które mogą zastąpić tradycyjne, binarne określenia członków rodziny.

    Oto kilka z nich:
    wujek/ciocia: rodzictwo, wujcio, ciociek
    babcia/dziadek: prarodzic, dziabcia
    rodzeństwo: kardasz, brasio, siorek, siostrzyk
    rodzic: tacio, mamek, tacia
    kuzyn/kuzynka: kuzyńcze

    Dzięki coraz większej świadomości społecznej i widoczności osób niebinarnych język polski się zmienia. Szczerze wierzymy, że dalej będzie się zmieniał i dostosowywał do nowej rzeczywistości, a form neutralnych będzie powstawało coraz więcej!

    Znasz jakieś inne neutralne określenia na członków rodziny, które szczególnie przypadło Ci do gustu?

    Daj znać w odpowiedzi!

    #niebinarnosc #niebinarkiforever #queer #lgbtqia #nb

  15. „Video Killed the Radio Star”… a Internet zabił wideo. Wczoraj w nocy MTV oficjalnie przestało nadawać

    Stało się. 31 grudnia 2025 roku, równo o północy, najsłynniejszy logotyp w historii popkultury zgasł.

    Po 44 latach nadawania, stacja MTV (Music Television) zakończyła emisję sygnału linearnego. To koniec epoki, która ukształtowała nie tylko nasz gust muzyczny, ale i sposób, w jaki dzisiaj konsumujemy treści w Apple Music czy Spotify.

    Decyzja właściciela, koncernu Paramount, była spodziewana od lat, ale i tak boli. W dobie, gdy algorytmy TikToka i Spotify lepiej wiedzą, czego chcemy słuchać, utrzymywanie kanału telewizyjnego, który kiedyś był oknem na świat, przestało mieć sens ekonomiczny. Ostatnie lata stacji to smutna agonia wypełniona powtórkami reality shows (kto pamięta jeszcze, że „M” w nazwie oznaczało „Music”?), ale nie tak zapamiętamy tego giganta.

    Dziadek YouTube’a i wujek Spotify

    Trzeba to powiedzieć głośno: bez MTV nie byłoby współczesnego streamingu. To MTV w latach 80. i 90. nauczyło nas, że muzyka to nie tylko dźwięk, ale i obraz. To oni stworzyli format „krótkiego wideo”, który dziś rządzi w sieci. Zanim powstały playlisty w Apple Music, mieliśmy listę przebojów TRL. Zanim algorytm zaczął podpowiadać „Odkryj w tym tygodniu”, mieliśmy VJ-ów (Video Jockey), którzy byli pierwszymi influencerami świata muzyki. MTV było pierwszym globalnym kuratorem treści – rolę tę dziś przejęły serwery w Dolinie Krzemowej.

    Pętla się zamknęła

    Symbolika końca była poruszająca. Według doniesień z USA, ostatnim teledyskiem wyemitowanym przed wyłączeniem sygnału był „Video Killed the Radio Star” zespołu The Buggles – ten sam utwór, który 1 sierpnia 1981 roku otworzył historię stacji. Wtedy wideo zabiło gwiazdę radia. Dziś internet ostatecznie zabił gwiazdę wideo.

    Marka MTV przetrwa jako kafelek w aplikacji streamingowej, produkujący treści reality, ale „telewizja muzyczna” jako medium, przy którym spędzaliśmy godziny po szkole, właśnie odeszła do lamusa. Dziękujemy za muzykę.

    Anna’s Archive kontra Spotify. 300 TB „muzycznej Arki Noego” czy największy akt cyfrowego piractwa? Raczej po prostu chaos

    #historiaMuzyki #koniecMTV #MTV #muzyka #Paramount #popkultura #streaming #VideoKilledTheRadioStar
  16. „Video Killed the Radio Star”… a Internet zabił wideo. Wczoraj w nocy MTV oficjalnie przestało nadawać

    Stało się. 31 grudnia 2025 roku, równo o północy, najsłynniejszy logotyp w historii popkultury zgasł.

    Po 44 latach nadawania, stacja MTV (Music Television) zakończyła emisję sygnału linearnego. To koniec epoki, która ukształtowała nie tylko nasz gust muzyczny, ale i sposób, w jaki dzisiaj konsumujemy treści w Apple Music czy Spotify.

    Decyzja właściciela, koncernu Paramount, była spodziewana od lat, ale i tak boli. W dobie, gdy algorytmy TikToka i Spotify lepiej wiedzą, czego chcemy słuchać, utrzymywanie kanału telewizyjnego, który kiedyś był oknem na świat, przestało mieć sens ekonomiczny. Ostatnie lata stacji to smutna agonia wypełniona powtórkami reality shows (kto pamięta jeszcze, że „M” w nazwie oznaczało „Music”?), ale nie tak zapamiętamy tego giganta.

    Dziadek YouTube’a i wujek Spotify

    Trzeba to powiedzieć głośno: bez MTV nie byłoby współczesnego streamingu. To MTV w latach 80. i 90. nauczyło nas, że muzyka to nie tylko dźwięk, ale i obraz. To oni stworzyli format „krótkiego wideo”, który dziś rządzi w sieci. Zanim powstały playlisty w Apple Music, mieliśmy listę przebojów TRL. Zanim algorytm zaczął podpowiadać „Odkryj w tym tygodniu”, mieliśmy VJ-ów (Video Jockey), którzy byli pierwszymi influencerami świata muzyki. MTV było pierwszym globalnym kuratorem treści – rolę tę dziś przejęły serwery w Dolinie Krzemowej.

    Pętla się zamknęła

    Symbolika końca była poruszająca. Według doniesień z USA, ostatnim teledyskiem wyemitowanym przed wyłączeniem sygnału był „Video Killed the Radio Star” zespołu The Buggles – ten sam utwór, który 1 sierpnia 1981 roku otworzył historię stacji. Wtedy wideo zabiło gwiazdę radia. Dziś internet ostatecznie zabił gwiazdę wideo.

    Marka MTV przetrwa jako kafelek w aplikacji streamingowej, produkujący treści reality, ale „telewizja muzyczna” jako medium, przy którym spędzaliśmy godziny po szkole, właśnie odeszła do lamusa. Dziękujemy za muzykę.

    Anna’s Archive kontra Spotify. 300 TB „muzycznej Arki Noego” czy największy akt cyfrowego piractwa? Raczej po prostu chaos

    #historiaMuzyki #koniecMTV #MTV #muzyka #Paramount #popkultura #streaming #VideoKilledTheRadioStar
  17. „Video Killed the Radio Star”… a Internet zabił wideo. Wczoraj w nocy MTV oficjalnie przestało nadawać

    Stało się. 31 grudnia 2025 roku, równo o północy, najsłynniejszy logotyp w historii popkultury zgasł.

    Po 44 latach nadawania, stacja MTV (Music Television) zakończyła emisję sygnału linearnego. To koniec epoki, która ukształtowała nie tylko nasz gust muzyczny, ale i sposób, w jaki dzisiaj konsumujemy treści w Apple Music czy Spotify.

    Decyzja właściciela, koncernu Paramount, była spodziewana od lat, ale i tak boli. W dobie, gdy algorytmy TikToka i Spotify lepiej wiedzą, czego chcemy słuchać, utrzymywanie kanału telewizyjnego, który kiedyś był oknem na świat, przestało mieć sens ekonomiczny. Ostatnie lata stacji to smutna agonia wypełniona powtórkami reality shows (kto pamięta jeszcze, że „M” w nazwie oznaczało „Music”?), ale nie tak zapamiętamy tego giganta.

    Dziadek YouTube’a i wujek Spotify

    Trzeba to powiedzieć głośno: bez MTV nie byłoby współczesnego streamingu. To MTV w latach 80. i 90. nauczyło nas, że muzyka to nie tylko dźwięk, ale i obraz. To oni stworzyli format „krótkiego wideo”, który dziś rządzi w sieci. Zanim powstały playlisty w Apple Music, mieliśmy listę przebojów TRL. Zanim algorytm zaczął podpowiadać „Odkryj w tym tygodniu”, mieliśmy VJ-ów (Video Jockey), którzy byli pierwszymi influencerami świata muzyki. MTV było pierwszym globalnym kuratorem treści – rolę tę dziś przejęły serwery w Dolinie Krzemowej.

    Pętla się zamknęła

    Symbolika końca była poruszająca. Według doniesień z USA, ostatnim teledyskiem wyemitowanym przed wyłączeniem sygnału był „Video Killed the Radio Star” zespołu The Buggles – ten sam utwór, który 1 sierpnia 1981 roku otworzył historię stacji. Wtedy wideo zabiło gwiazdę radia. Dziś internet ostatecznie zabił gwiazdę wideo.

    Marka MTV przetrwa jako kafelek w aplikacji streamingowej, produkujący treści reality, ale „telewizja muzyczna” jako medium, przy którym spędzaliśmy godziny po szkole, właśnie odeszła do lamusa. Dziękujemy za muzykę.

    Anna’s Archive kontra Spotify. 300 TB „muzycznej Arki Noego” czy największy akt cyfrowego piractwa? Raczej po prostu chaos

    #historiaMuzyki #koniecMTV #MTV #muzyka #Paramount #popkultura #streaming #VideoKilledTheRadioStar
  18. Wystarczający

    Kiedy pisałem felietony do poprzedniego, lutowego wydania iMagazine, nasza technologiczna bańka narzekała na skandaliczną obecność iPhone’a SE z Touch ID w ofercie Apple i wypatrywała jego następcy. W marcu ten jest już na rynku, ale Apple nazwało go 16e. Na to nie byliśmy gotowi.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2025

    Następca, ale czego?

    Z każdą kolejną premierą Apple odnoszę nieodparte wrażenie, że jako fani tej marki czy, szerzej, technologii, coraz mniej rozumiemy jej przekaz. Albo sami go sobie komplikujemy, szukając każdego możliwego argumentu, aby tę czy inną premierę uznać za porażkę. Niebawem kolejne premiery, choć część recenzji produktów, których jeszcze nikt nie widział, już mógłbym tutaj śmiało przytoczyć. Zdaję sobie przy tym sprawę, że moje postrzeganie Apple jako firmy produkującej rzeczy, które po prostu działają, jest dalece odbiegające od narracji panującej w technologicznej bańce nad Wisłą, ale pomimo tego spróbuję się z nią zmierzyć raz jeszcze.

    Apple, wypuszczając model iPhone’a 16e, chciało nie tyle zaprezentować następcę ostatniego modelu SE, ile definitywnie zerwać z tamtą linią. Miało ku temu kilka racjonalnych argumentów, takich jak zmiana bryły urządzenia, pożegnanie Touch ID, nowy procesor i ilość RAM wspierająca debiutujące niebawem w Polsce Apple Intelligence, czy w końcu włożenie do niego najnowszego projektu w postaci chipu Apple C1. O jego znaczeniu w kontekście długoterminowym piszę szerzej w drugim tekście w tym numerze. Pozostanie przy nazwie SE w przypadku modelu, któremu bliżej do iPhone’a 16 niż zapomnianego reliktu z przeszłości, byłoby bezsensowne.

    Ale nie u nas.

    Fala krytyki, która przelała się przez X czy komentarzy pod treściami dotyczącymi ostatniej premiery Apple, skupiła się wokół dyskusji nie o tym, że w końcu otrzymaliśmy produkt w miejsce przestarzałego modelu SE, ale o tym, że Apple zaprezentowało „zabiedzonego iPhone’a 16”, który jest przecież osobnym produktem. Odniosłem wrażenie, że 16e został nad Wisłą potraktowany jako – uwaga, ponieważ to kontrowersyjny wniosek – następca podstawowego modelu 16.

    I to w złej cenie, jak na jego możliwości.

    „Gdybyś miał doradzić iPhone’a dla seniora lub dziecka…”

    Z takim pytaniem jako twórca technologiczny spotykam się bardzo często i nie inaczej było po premierze 16e. I nie będę trzymał cię w niepewności – tak, obecnie doradziłbym; odpowiadając na tak postawione pytanie, sięgnięcie po najnowszy model 16e. Stawiając się w butach grupy docelowej, której dotyczy to pytanie, z pewnością nie szukałbym MagSafe (albo nie wiedziałbym, czym ono w ogóle jest), 100 Hz ekranu Always On, czy 2000 nitów jego jasności, ale już na pewno zależałoby mi na długoletnim wsparciu aktualizacjami i baterii.

    Tutaj 16e wypada naprawdę świetnie, dowożąc niejako nawet obietnicę z przyszłości, jeżeli zwrócimy uwagę na zysk płynący z zastosowania wspomnianego własnego chipu antenowego Apple C1, ale… no właśnie. Ale cena także nie pasuje do „następcy modelu SE”. Większość komentatorów oczekiwała kwoty coś około 2399 zł, więc zaproponowane przez Apple 2999 zł naturalnie wydaje się absurdem. I tutaj przyznaję, że wycena modelu 16e już w samych Stanach Zjednoczonych jest moim zdaniem za wysoka o około 100 dolarów, co w Polsce przekłada się na mniej więcej 350–500 zł więcej względem oczekiwań rynku. Polska cena nie wynika przy tym w żadnym wypadku z kursu dolara czy siły złotówki (co niektórzy próbują nam wmówić), ale z tego, jak firma z Cupertino wyceniła ten sprzęt na swój domowy rynek.

    Z drugiej strony, patrząc na ekosystem, którego iPhone jest częścią, trudno znaleźć urządzenie działające w nim tak jak on sam, za tę cenę – nie sięgając po sprzęt poprzednich generacji czy używane urządzenia. To też nam umyka w dyskusjach o tym, że dziadek lub nastolatka dosłownie nie przeżyje bez wsparcia dla precyzyjnej lokalizacji AirTagów, jednego rdzenia graficznego w procesorze lub nagrywania w trybie kinowym. No dobra, bez tego ostatniego nastolatkowi będzie nie najlepiej, ale już prędzej nie spodoba mu się brak szerszej palety kolorów tego urządzenia. A wiem to po dziesiątkach rozmów, które toczę ze słuchaczami czy czytelnikami na temat procesu zakupowego sprzętów dla tych dwóch grup docelowych.

    Czy można prościej?

    Można. Przynajmniej jeśli chodzi o oficjalne portfolio, które znajdziemy w sekcji iPhone polskiego Apple Online Store. Po premierze modelu 16e i wycofaniu modeli 14 oraz SE jest prościej, ale może być jeszcze bardziej.

    Bardzo chciałbym, aby Apple przestało oferować poprzednie generacje iPhone’ów, gdy na rynku pojawiają się nowe modele. Mając model 16e, klient powinien mieć do wyboru modele podstawowe (w dwóch a może nawet w jednym rozmiarze), modele Pro w dwóch rozmiarach i model 16e. Ten podstawowy, dla każdego, kto po prostu szuka iPhone’a na lata lub jest to jego pierwszy sprzęt w całym ekosystemie. A takich osób jest najwięcej, choć z perspektywy naszej bańki technologicznej wydaje nam się, że to nieprawda.

    Im dłużej i więcej rozmawiam z ludźmi, tym bardziej dociera do mnie, że o 100 Hz ekranach, automatyzacjach i całej sile ekosystemu rozmawiamy my, w wąskich grupach fanów marki. I jasne, to są możliwości napędzające cały ekosystem i bardzo cenne, ale nie powinniśmy zapominać, iż przeciętnego klienta Apple niewiele interesują. Czy powinno być inaczej? Być może i tutaj my, jako ci którzy wyciskają z tego ekosystemu maksymalne możliwości, możemy się im przydać, ale nie wylewając wiadra krytyki na ich „zwykłego iPhone’a”, lecz pokazując krok po kroku jego znaczenie w całej tej nadgryzionej układance.

    Więcej o tym i miejscu dla nowego iPhone’a 16e opowiadałem w jednym z ostatnich odcinków podcastu „Bo czemu nie?”. Zapraszam do odsłuchu!

    #felietony #iPhone16E #podstawowyIPhone

  19. Schronienie od zarania dziejów jest ludzką potrzebą, które poszczególne formy społeczeństwa na przestrzeni historii zaspokajały w różny sposób – od chat z drewna po kamienice i dalej, gdzie podąża człowiek tam pojawią się budynki tak potrzebne do ochrony człowieka przed siłami przyrody.
    Po drugiej wojnie światowej, wraz z nadejściem PRL-u został wprowadzony system stawiający na zapewnienie każdej rodzinie i osobie dachu nad głową.

    Pierwsze budynki mieszkalne z tamtych lat były raczej niskie i budowane głównie z cegły. Od początku lat 60’ XX w., nowa technika i materiały pozwoliły na stawianie wyższych budynków. Masa nowych osiedli, które były budowane wręcz fabrycznie, zapewniały stabilność i pewność dachu nad głową, pewność której tak bardzo nam dziś brakuje.
    Urbanistyczne bolączki patodeweloperki to: zbyt gęsta, chaotyczna zabudowa, ciasnota, brak zieleni, odległości i wysokości budynków uniemożliwiające odpowiednie doświetlenie mieszkań. Urbanistyka i budownictwo mieszkaniowe PRL-u, choć jest z nami od dekad (a po części powstawało w ramach powojennej odbudowy), wciąż cieszy się społecznym uznaniem – a jego zalety są tym bardziej widoczne w zestawieniu z współczesnymi osiedlami deweloperskimi.
    Zwłaszcza mieszkania epoki wielkiej płyty budzą coraz więcej pola do dyskusji w naszym społeczeństwie.

    Niewątpliwie, zaletami osiedli doby wielkiej płyty (zwłaszcza w porównaniu z wszechobecną w III RP patodeweloperką), są:
    ⦁ Osiedla były skrupulatnie planowane w skali miasta. Nie były wyspami oderwanymi od całości tkanki miejskiej – wręcz przeciwnie, wpisywały się z nią w myśl zasad urbanistyki. W III RP, znaczna większość inwestycji jest zupełnie nieprzemyślana. Brak planów zagospodarowania przestrzennego, lub ich naginanie dla zysku dewelopera, a także fakt, iż deweloper kupuje pojedyncze działki, sprawiają, że deweloperzy projektują osiedla w oderwaniu od całości miasta, a ich kształt i funkcjonalność jest ograniczana przez granice własnościowe.
    ⦁ Dbano o zachowanie odpowiednich proporcji między wysokościami budynków, a odległościami między nimi, co zapewniało odpowiednie doświetlenie mieszkań. Na dzisiejszych osiedlach deweloperskich, zabudowuje się maksymalną dostępną pod zabudowę przestrzeń, a budynki stawia się jak najwyższe – wszystko w celu maksymalizacji zysku, uzyskania jak największej ilości powierzchni sprzedażowej. Normy prawne, zapewniające minimum 3 godzin nasłonecznienia w dniach równonocy (21 marca i 21 września), są albo spełniane minimalnie, albo wręcz naginane – dla zysku dewelopera.
    ⦁ Przestrzeń między budynkami była bogata w zieleń, która nie tylko działa pozytywnie na samopoczucie mieszkańców, ale również gwarantuje ochronę przed upałem, regulację ciepła, regulację wilgotności, zatrzymuje pyły znajdujące się w powietrzu, chroni przed wiatrem, usuwa dwutlenek węgla i produkuje tlen, pochłania nieprzyjemne zapachy, chroni przed hałasem. Dziś, na zieleń zostawia się jedynie niezbędne minimum wymagane przez prawo, które można swobodnie naginać. Zieleń nie przynosi zysku deweloperowi, wymaga też środków na jej utrzymanie w dobrym stanie – co nie sprzyja zyskom deweloperów. Dodatkowo, zieleń sadzona na dachach parkingów podziemnych (często maksymalnie wypełniających granice działki pod ziemią) nie jest tak trwała, jak zieleń na gruncie rodzimym, często uniemożliwia sadzenie wyższej roślinności, która jest konieczna z uwagi na ochronę przed wiatrem, upałem itd.
    ⦁ Osiedla projektowano jako jak najbardziej samowystarczalne – zapewniona była bliskość sklepów, punktów usługowych, szkół, placów zabaw, placówek ochrony zdrowia. Zazwyczaj osiedla deweloperskie nie posiadają tego typu usług – no bo dlaczego kilku deweloperów, budujących swoje osiedla obok siebie, mieli koordynować się między sobą i uzgadniać budowę np. szkoły?
    ⦁ W ramach gospodarki PRL-u, projektanci bardziej zwracali uwagę na wygodę mieszkańców, niż na rentowność danego projektu w mikroskali.
    ⦁ Zaletą prefabrykacji w architekturze – w postaci systemu wielkopłytowego z lat 60-80 (ze szczególnym uwzględnieniem dekady Gierka lat 70) – jest szybsza budowa, a więc szybsze tempo dostarczania nowych mieszkań do użytku. Budynki, składające się z gotowych ścian, stropów, biegów schodów czy szybów windowych (powstałych w fabryce) mogły powstawać w stosunkowo krótkim czasie (gdyż były dosłownie „składane” na placu budowy). „Wielka Płyta zdobyła wielką popularność w Polsce w połowie lat sześćdziesiątych. Szczyt budownictwa mieszkaniowego w tej technologii przypada na lata 1972-1979. Zbiega się to również w czasie z rekordową ilością mieszkań oddanych do użytku w naszym kraju. W 1978 roku wybudowano, według rocznika statystycznego, 280 tysięcy mieszkań, w 1979 zaledwie kilka tysięcy mieszkań mniej. To rekordy, które nie zostały pobite do dziś.”
    ⦁ Mieszkania w blokach z wielkiej płyty są tańsze od tych budowanych współcześnie.
    ⦁ Wielka płyta okazała się systemem bardzo żywotnym – choć wyjściowo miała służyć jedynie przez 40 lat, bloki wielkopłytowe są wciąż dalekie od śmierci technicznej, część z nich stoi już 70 lat, zanosi się że będą służyć nam jeszcze długie dekady. Choć niekiedy wątpiono w ich żywotność, eksperci – chociażby Instytut Techniki Budowlanej – są zdania, że prawidłowo konserwowana wielka płyta może służyć mieszkańcom Polski jeszcze przez wiele wiele lat. Zgodnie z prawem, każdy budynek mieszkalny musi być poddawany regularnym przeglądom technicznym, tak też się dzieje w przypadku PRLowskich bloków.
    ⦁ Balkony, które wcześniej uchodziły za luksus, stały się powszechnie dostępnym dodatkiem do mieszkania.
    ⦁ Przestrzenie wokół bloków mieszkalnych były przestrzenią publiczną, o którą dbali mieszkańcy bloku – rozwiązanie to sprzyjało integracji społecznej. Zaletę tego rozwiązania widać zwłaszcza dziś, kiedy szczelnie grodzone osiedla nie tylko powodują alienację, ale także utrudniają komunikację.
    ⦁ Osiedla tworzyły mikro dystrykty. Tworzono podział osiedla na stronę ‘wewnętrzną’ i ‘zewnętrzną’. Mieszkańcy, podczas spaceru czy odpoczynku w licznych przestrzeniach zielonych, byli chronieni przed hałasem ze strony ulic jezdnych.
    ⦁ Materiały konstrukcyjne – niezależnie czy beton, czy cegła – były bardzo dobrej jakości, czego dowodem jest fakt, że budynki budowane w PRL-u stoją po dziś dzień.
    ⦁ Prąd, woda, i inne media, kosztowały grosze.
    ⦁ Mieszkania budowane w ramach planowania centralnego kosztowały bardzo niewiele w porównaniu z obecnymi czasami. Mój dziadek, w 1977 roku, za mieszkanie 3 pokojowe z 2-ma łazienkami, kuchnią i schowkiem, zapłacił (przekładając na dzisiejsze pieniądze) 40 tyś złotych, co równało się jego rocznemu wynagrodzeniu, suma spłacana była w przód przez 10 lat. Dziś, kredyt bierze się właściwie na życie, oddając się w ten sposób w niewolę i wyzysk ze strony banku. Wszystko w imię zapewnienia sobie dachu nad głową, co powinno być prawem każdego człowieka – nieważne jak bardzo burżuazyjna, liberalna propaganda stara się, byśmy o tym zapomnieli.
    ⦁ W czasach PRL, czynsz dla państwa wynosił 4% wynagrodzenia. Dziś, średnia cena wynajmu m2 w Warszawie, według danych z końca listopada 2023, to ok. 66zł 10gr. Pensja minimalna w tamtym czasie wynosiła 3600 zł brutto (2783zł 86gr). Oznacza to, że przeciętnie, za pokój o pow. 12m2 zapłacić należało 793zł 20gr (28,5% wynagrodzenia netto), a za 25m2 kawalerkę – 1652zł 50gr (59% wynagrodzenia netto).

    Zarzutami, jakie padają wobec budynków mieszkalnych epoki PRLu, są:
    ⦁ Wcześnie zabudowania (1950’-1965) były budowane niedaleko miejsc pracy. Choć brzmi to doskonale z perspektywy oszczędności czasu, to bliskość np. zakładów przemysłowych do miejsca zamieszkania zdecydowanie nie jest czymś pożądanym.
    ⦁ Nowoczesne osiedla gwarantują wyższy standard techniczny i nowoczesne udogodnienia – nie jest to zaleta osiedli deweloperskich sensu stricto, a wynik tego, że powstały one dziś, a nie kilkadziesiąt lat temu. W jaki sposób projektanci osiedli PRL-owskich mieli wykorzystać materiały budowlane dostępne dopiero w latach 10’ XXI wieku? Oczywistym jest, że inaczej będzie wyglądać osiedle wybudowane kilkadziesiąt lat temu w porównaniu z osiedlem ukończonym rok temu. Warto wspomnieć, że osiedla PRL-owskie, podlegały remontom i modernizacjom, które częściowo niwelują ten zarzut.
    ⦁ Mieszkania we współczesnym budownictwie posiadają lepszą akustykę – dzisiejsze normy akustyczne ujęte w warunkach technicznych i normach są otwarte na interpretacje i bardzo minimalne, spełniane również na minimum przez deweloperów (wyższa izolacyjność akustyczna = wyższe koszta). Ściany żelbetowe rozdzielające poszczególne mieszkania w blokach z wielkiej płyty często nie odbiegają akustycznie od dzisiejszych rozwiązań.
    ⦁ Prefabrykaty w systemie wielkiej płyty nie zawsze były idealne, przez co przy budowie kumulowały się błędy wykonania poszczególnych elementów, w postaci ścian odbiegających od pionu czy nieszczelnych okien.
    ⦁ Powtarzalność rozwiązań w ramach „wielkiej płyty”, budynki były konstruowane według kilkunastu zamkniętych, powtarzalnych systemów, co skutkowało skończoną ilością modeli danych bloków – choć dla niektórych, ten zarzut jest istotny, to w 1973 roku wprowadzono system otwarty W-70, który pozwalał na większą swobodę w łączeniu poszczególnych części budynku, wedle wizji architektów i urbanistów.
    ⦁ Stawiano przede wszystkim na szybkie tempo i odpowiednio dużą ilość budowanych nowych mieszkań, przez co oszczędzano na zdobieniach i estetyce – zarzut ten można również wysnuć wobec nowoczesnego budownictwa, w którym na zdobieniach oszczędzają deweloperzy w imię niższych kosztów budowy i wyższego zysku. W przypadku bloków PRLowskich nazywa się to monotonią i brzydotą, w przypadku nowoczesnego budownictwa – minimalizmem i estetyczną oszczędnością formy.
    ⦁ Bloki z wielkiej płyty wymagały docieplenia styropianem – był to brak możliwy do nadrobienia i nadrobiony poprzez właśnie docieplenia. Nowoczesne bloki również z okresu na okres muszą być budowane coraz bardziej zaizolowane termicznie, co wynika z polepszania norm budowlanych i okresowym aktualizacjom warunków technicznych.
    ⦁ Standaryzowane układy mieszkań – tutaj krytyce głównie poddawane jest oddzielenie WC od łazienki, czy zamknięte kuchnie. Zdania w tych kwestiach są podzielone i zależą od osobistych preferencji – a rozwiązania te, nawet wśród architektów, mają swoich zwolenników i przeciwników, co sprawia, że np. zamknięte kuchnie można znaleźć również w nowoczesnym budownictwie.
    ⦁ Wielkie blokowiska i wysokie budownictwo skutkowało ogromną liczbą mieszkańców (rzędu nawet kilku tysięcy) co powodowało poczucie odosobnienia i alienacji, było źródłem patologii itd. – zarzut ten można wysunąć tak samo do nowoczesnych osiedli deweloperskich. Przykładem jest Osiedle Wilno w Warszawie, planowane na kilkanaście tysięcy osób, w 2018 roku szacowane na 5000 zamieszkałych osób Poczucie odosobnienia i alienacji na PRL-owskich blokowiskach? Wydaje się, że społeczne odczucia są dość odwrotne, na co wskazuje m.in. Tygodnik Przegląd „Osiedla PRL często mają swoje specyficzne atmosfery, związane z ich historią i charakterem. Może to być atrakcyjne dla osób, które cenią wspólnotowość i bliskość sąsiadów.”
    ⦁ Mały metraż i nieustawne pomieszczenia – trudno jest uznać ten zarzut za zasadny w dobie patodeweloperki IIIRP i właściwym jej mikrokawalerkom. Jak podają popularne blogi z branży nieruchomości „[…] w nowym budownictwie trudno znaleźć mieszkanie o powierzchni ok. 47m2, w którym mieszczą się 3 pokoje i jasna oddzielna kuchnia. W blokach z wielkiej płyty jest też sporo kawalerek o metrażu ok. 20m2, a zatem znacznie większym niż aktualnie budowane mikrokawalerki.” „[…] Jeśli porówna się peerlowskie mieszkanie ze współczesną deweloperką, to często się okaże, iż atutem starej nieruchomości są duże powierzchnie mieszkalne. Być może co jeszcze ważniejsze – układy mieszkań zazwyczaj są optymalne i dzięki temu na danej przestrzeni mamy sporo pomieszczeń.”
    ⦁ Brak windy w blokach do 5 kondygnacji – brak wynikał z braku tego wymogu w okresie PRL-u. Dzisiejsze mieszkania komunalne w blokach projektowanych w technologii prefabrykacji byłyby oczywiście tego braku pozbawione. Ten sam brak posiadają również kamienice budowane przed epoką PRL-u – w ich przypadku ten argument nie jest tak głośno podnoszony.

    Często krytyka wobec budownictwa mieszkaniowego PRL-u, skupia się na stwierdzeniach, że to po prostu brudne, stare bloki. Autorzy takiej krytyki bardzo często zapominają, że brud i zniszczenie nie są naturą samego budownictwa, czy idei jaka za nim stoi, a samego czasu i konserwacji budynków.
    Najwyższym celem gospodarki socjalistycznej jest maksymalne zapewnienie potrzeb stale rosnących potrzeb całego społeczeństwa przy wykorzystaniu najnowszej dostępnej techniki. Z tego względu oczywistym jest, że jako organizacja socjalistyczna, uważamy budownictwo tanich mieszkań komunalnych za najlepsze rozwiązanie w dziedzinie polityki mieszkaniowej. Budownictwo PRL-u stanowi nie tylko cenną pozostałość materialną po tym okresie – w Polsce około 4 miliony mieszkań mieści się w budynkach z wielkiej płyty, a według danych zamieszkuje je od 10 do 12 milionów Polaków (ok. 26,5% – 31,8% populacji Polski z 2023 roku). Stanowi również cenną lekcję państwowego budownictwa mieszkaniowego, z której możemy wyciągnąć wiele pozytywów, a na której błędach powinniśmy się również uczyć myśląc o przyszłych rozwiązaniach takiej polityki.
    Oczywiście, w dzisiejszych czasach również buduje się mieszkania w Polsce. Są to jednak mieszkania budowane przez deweloperów dla kapitalistów – jako towar do spekulacji (by nabyć mieszkanie, a następnie sprzedać na rynku z zyskiem gdy ceny wzrosną) lub z przeznaczeniem pod wynajem klasie pracującej (zwłaszcza jej młodszej części, której nie stać na własne mieszkanie, a więc jest skazana na wynajem od prywatnych właścicieli). Dla pracującej większości społeczeństwa, kupno mieszkania za oszczędności jest czymś zupełnie niemożliwym, a zdolność kredytowa coraz bardziej staje się „luksusem” dostępnych dla nielicznych. Luksus ten jest oczywiście wzięty w cudzysłów, gdyż oznacza 30-letnią niewolę kredytową w banku, podatną na wahania stóp procentowych (co pokazały zwłaszcza ubiegłe lata, i wzrosty rat kredytów przy okazji podwyżek stóp procentowych przez RPP). Takie są właśnie tragiczne efekty obecnego stanu rzeczy, gdy budownictwo mieszkaniowe stało się domeną sektora prywatnego. Coraz droższe mieszkania budowane przez deweloperów i rosnące ceny najmu, które umieszczają ludzi pracy w imadle – między rosnącymi cenami wynajmu, i wynagrodzeniami zupełnie do nich nieadekwatnymi (wynagrodzeniami które spadają, stoją w miejscu, lub rosną w tempie o wiele wolniejszym niż wzrost kosztów życia).
    Lepszym rozwiązaniem – nawet w ramach obecnego systemu kapitalistycznego – jest państwowe budownictwo tanich mieszkań komunalnych, które to rozwiązanie jest praktycznie nieobecne w polityce mieszkaniowej IIIRP . Jak czytamy w ulotce informacyjnej do protestu „0% szans na mieszkanie”:
    „W interesie banków i deweloperów, kolejne władze uparcie likwidują zasób tanich publicznych mieszkań. Aby ułatwić podwyżki opłat i spekulację na cenach, przez trzy dekady prywatyzacji i wyburzeń zlikwidowano w Polsce niemal 70 proc. miejskich mieszkań z niskim regulowanym czynszem (z prawie 2 milionów lokali w 1990 r. do zaledwie 620 tysięcy w 2022 r.). W tym okresie udział lokali komunalnych względem ogółu zasobu spadł czterokrotnie, do niecałych 4 proc. (2022). Suma 21,5 miliarda zł, które rząd planuje dać bankom w ramach programu Kredyt 0%, pozwoliłaby na wybudowanie 4.5 miliona metrów kwadratowych miejskich mieszkań o czynszu nawet 5-krotnie niższym niż u prywatnych właścicieli.”
    Oczywiście, jest to rozwiązanie stanowiące jedynie poprawę w ramach kapitalizmu. Zamiana oligopolistycznego sektora bankowo-deweloperskiego na państwowych kapitalistów nie będzie stanowiła zupełnego rozwiązania problemu mieszkaniowego klasy pracującej w Polsce. Państwo kapitalistyczne stanowi machinę (składającą się z aparatu administracyjnego, sądowego, wojskowo-policyjnego) ucisku klasy rządzącej (kapitalistów) nad pozostałymi klasami naszego społeczeństwa, a przede wszystkim – klasą pracującą. Państwowe spółki – również te odpowiedzialne za realizację państwowej, kapitalistycznej polityki mieszkaniowej – wciąż będą działały w ramach systemu kapitalistycznego, a więc będą dążyły do maksymalizacji zysków kosztem całej klasy pracującej. Mogliśmy się o tym przekonać przy okazji spekulacji cenami paliw przez Orlen, a także dzięki samej postaci jego prezesa Obajtka.
    Mimo tego wszystkiego, walka o tanie komunalne budownictwo mieszkaniowe musi być jednym z obecnych priorytetów polskiej klasy pracującej – zwłaszcza jej młodego pokolenia. Tak jak w ramach kapitalizmu żądamy wyższych płac, tak samo musimy żądać tanich mieszkań, mając na uwadze, że system kapitalistyczny jest systemem wyzysku – nas – pracowników, systemem budowanym i utrzymywanym na naszej krzywdzie, systemem sprzecznym z naszymi interesami klasowymi.

    Źródła:
    https://www.bankier.pl/wiadomosc/Ceny-najmu-w-Warszawie-w-europejskiej-czolowce-Wykres-dnia-8654087.html
    https://www.pit.pl/aktualnosci/wzrost-wynagrodzenia-minimalnego-od-1-lipca-ile-na-reke-zyskaja-pracownicy-1008484
    https://rankomat.pl/nieruchomosci/bloki-z-wielkiej-plyty
    https://pl.wikipedia.org/wiki/Demografia_Polski
    https://regiodom.pl/osiedla-w-prlu-budowano-lepiej-niz-w-iii-rp-tak-uwaza-wiele-osob-bo-bylo-wiecej-przestrzeni-i-zieleni-co-sie-zmienilo/ar/c9-15762944
    https://www.morizon.pl/blog/architektura-i-urbanistyka-w-prl/
    https://www.morizon.pl/blog/bloki-z-wielkiej-plyty-czy-naprawde-sa-pozbawione-zalet/
    https://tur-nieruchomosci.pl/blog/osiedla-z-prl-czy-warto-na-nich-mieszkac/
    https://tur-nieruchomosci.pl/blog/bloki-z-wielkiej-plyty-czy-jest-sie-czego-bac/
    https://ecoportal.com.pl/znaczenie-zieleni-w-miescie/
    https://www.architekturaibiznes.pl/osiedle-wilno-czyli-miasteczko-wilanow-w-wersji-budzetowej,7263.html
    https://www.money.pl/gospodarka/ciasne-klitki-albo-osiedla-lanowe-takie-mieszkania-kupuja-polacy-ludzie-sa-zdesperowani-6982458909542017v.html
    https://www.money.pl/gospodarka/mieszkan-jest-za-malo-w-prl-byla-taka-dekada-gdy-budowano-wiecej-mieszkan-niz-teraz-6472195473888897v.html
    https://www.tygodnikprzeglad.pl/osiedla-prl-warto-nich-mieszkac-poradnik-posrednika/
    https://www.esp.pt/jakie-sa-zalety-osiedli-z-prl-u.html
    https://urban.one/blog/bloki-z-wielkiej-plyty-wady-i-zalety/
    https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/wielka-plyta-nie-taka-straszna,193,0,2400705.html
    https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/nowe-budownictwo-nie-lepsze-od-wielkiej,208,0,2400720.html
    https://www.extradom.pl/porady/artykul-wielka-plyta-na-fali-czy-budownictwo-z-wielkiej-plyty-przezywa-renesans

    https://www.czerwoni.org/budownictwo-mieszkaniowe-w-prl-u-plusy-i-minusy/

    #historia #mieszkania #patodeweloperka #polska #prl #socjalizm

  20. All day meeting the needs of my new obsession. I now have 9080 words in second draft form.

    Time for some solitaire.

  21. RE: social.v.st/@quixoticgeek/1166

    This cannot be said often enough. Men do not like to lose to women.

  22. Tried to go river bathing today. But at the site there was a sign advising against swimming because of water quality. But I went in, undeterred.