home.social

Search

1000 results for “pospi”

  1. Już od jakiegoś czasu streamuje sobie muzykę z mojego domowego serwerka zamiast korzystać ze spotifajów i innych takich. Szukając rozwiązań jak poszerzyć moją bibliotekę muzyczną trafiłem info, że najlepiej się sprawdza Lidarr + slskd + soularr. I bogowie to nie był dobry pomysł żeby to stawiać jako osoba początkująca w selfhostingu :D nie wiedziałem jak w ogóle działają te serwisy i przede wszystkim nie umiałem ich pospinać w dockerze. Ale po paru dniach walki udało się to zaprząc do działania i jestem z tego powodu cholernie dumny. Przy okazji nauczyłem się sporo o dockerze i paru innych rzeczach. #selfhosting #HomeServer #lidarr

  2. Nadanie paczki przez InPost Mobile. Jak zrobić to wygodnie i bezpiecznie?

    Nadanie paczki może być szybkie i wygodne, ale tylko wtedy, gdy cały proces jest dobrze uporządkowany. InPost Mobile pozwala nadać przesyłkę bez drukowania etykiety i ogranicza liczbę kroków, a przy okazji pomaga zmniejszyć ryzyko błędów.

    Nadanie paczki zaczyna się przed uruchomieniem aplikacji
    Zanim użytkownik kliknie „nadaj”, musi zrobić rzecz najważniejszą: dobrze przygotować przesyłkę. InPost zaleca, by opakowanie było dopasowane do zawartości, odpowiednio wytrzymałe i wypełnione tak, aby rzeczy nie przemieszczały się w środku. Bezpieczne nadanie paczki zaczyna się od pudełka, nie od ekranu telefonu.
    To ważny aspekt, który często bywa lekceważony. Niesłusznie. Źle zabezpieczona paczka może zamienić prostą wysyłkę w reklamację, a pośpiech przy pakowaniu zwykle mści się właśnie wtedy, gdy przesyłka trafia do obiegu.
    InPost Mobile upraszcza nadanie paczki
    Najmocniejszy punkt aplikacji jest bardzo konkretny: InPost Mobile pozwala nadać paczkę bez drukowania etykiety. Po uzupełnieniu danych i opłaceniu przesyłki użytkownik dostaje w aplikacji 9-cyfrowy kod nadania oraz kod QR ważny przez 30 dni. Z ich użyciem można dokończyć nadanie paczki poprzez Paczkomat lub Appkomat.
    To rozwiązanie jest wygodne, ale jego znaczenie nie sprowadza się do wygody. Kiedy płatność, kod i samo nadanie są zamknięte w jednym oficjalnym narzędziu, użytkownik rzadziej zaczyna szukać informacji po mailach, zrzutach ekranu i wiadomościach SMS. A właśnie w takim rozproszeniu najłatwiej o błąd.
    Przy samym urządzeniu proces też został uproszczony. InPost podaje, że skrytkę można otworzyć zdalnie z poziomu aplikacji, a alternatywą jest zeskanowanie kodu QR. Mniej kroków oznacza tu nie tylko oszczędność czasu, ale też mniej okazji do [...]

    #ARTYKUŁSPONSOROWANY #InPost

    niebezpiecznik.pl/post/nadanie

  3. Nocą umówioną, nocą ociemniałą
    Przyszło do mnie ciszkiem to przychętne ciało.
    Przyszło potajemnie - w cudzej bezżałobie -
    Było mu na imię tak samo, jak tobie...

    Zajrzało po drodze w przyszłość i w zwierciadło -
    Na pościeli zimnej obok się pokładło -
    Dla mnie się pokładło, bym je mógł całować
    I znużyć - i zużyć - i nie pożałować!

    Lgnęło mi do piersi - ofiarnie pachnące,
    Domyślnie bezwstydnie i - posłuszniejące...
    W ciemnościach - w radościach - na granicy łkania
    Mdlało od nadmiaru niedoumierania.

    I nic w nim nie było, prócz czaru i grzechu,
    Prócz bezwiednej woni - wiednego pośpiechu -
    I prócz tego dreszczu, co ginie w krwi szumie -
    A bez niego ciało - ciała nie rozumie.

    Leśmian

    #dzieńzwierszem
    #Leśmian

  4. Czekam na karę...

    Tak mógłbym zatytułować ten wpis.

    Wczoraj, po raz pierwszy od operacji, wsiadłem za kółko. Wspaniałe uczucie! Tak się złożyło, że musiałem pojechać na konsultację do lekarza. Chyba zbyt optymistycznie oszacowałem czas dojazdu, przez co pośpiech i nerwy wzięły górę.

    Gdy dotarłem na miejsce, gorączkowo szukałem wolnego miejsca do zapoznania. Znalazłem jedno, wjechałem i czym prędzej pobiegłem do gabinetu. Zupełnie zapomniałem o tym, że Łódź to jedna wielka strefa płatnego parkowania – nawet Księży Młyn. Mój błąd. Zorientowałem się dopiero po wyjściu z gabinetu.

    Stałem przed przejściem dla pieszych, gdy tuż przed moimi oczami przejechał uroczy samochód z kamerami do kontroli podpisany SPP. W tym momencie wszystkie neurony połączyły się w mojej głowie niczym kropki i dotarło do mnie: właśnie stałem się uboższy o 300 złotych.

    Nie szukam usprawiedliwienia, to ewidentnie moje niedopatrzenie. Mimo to ciężko mi na duszy z myślą, że w tak głupi sposób straciłem pieniądze.

    Morał z tego taki, by „spieszyć się powoli” i zawsze rozglądać się za parkomatem (albo płacić za parking w aplikacji, lub po "łodzku" parkować na trawie - tego nie polecam, szanujmy zieleń).

    Teraz pozostaje mi już tylko czekać na oficjalny „rachunek” od miasta. Ehh..

    #Łódź #kara #smutek

  5. Czekam na karę...

    Tak mógłbym zatytułować ten wpis.

    Wczoraj, po raz pierwszy od operacji, wsiadłem za kółko. Wspaniałe uczucie! Tak się złożyło, że musiałem pojechać na konsultację do lekarza. Chyba zbyt optymistycznie oszacowałem czas dojazdu, przez co pośpiech i nerwy wzięły górę.

    Gdy dotarłem na miejsce, gorączkowo szukałem wolnego miejsca do zapoznania. Znalazłem jedno, wjechałem i czym prędzej pobiegłem do gabinetu. Zupełnie zapomniałem o tym, że Łódź to jedna wielka strefa płatnego parkowania – nawet Księży Młyn. Mój błąd. Zorientowałem się dopiero po wyjściu z gabinetu.

    Stałem przed przejściem dla pieszych, gdy tuż przed moimi oczami przejechał uroczy samochód z kamerami do kontroli podpisany SPP. W tym momencie wszystkie neurony połączyły się w mojej głowie niczym kropki i dotarło do mnie: właśnie stałem się uboższy o 300 złotych.

    Nie szukam usprawiedliwienia, to ewidentnie moje niedopatrzenie. Mimo to ciężko mi na duszy z myślą, że w tak głupi sposób straciłem pieniądze.

    Morał z tego taki, by „spieszyć się powoli” i zawsze rozglądać się za parkomatem (albo płacić za parking w aplikacji, lub po "łodzku" parkować na trawie - tego nie polecam, szanujmy zieleń).

    Teraz pozostaje mi już tylko czekać na oficjalny „rachunek” od miasta. Ehh..

    #Łódź #kara #smutek

  6. Czekam na karę...

    Tak mógłbym zatytułować ten wpis.

    Wczoraj, po raz pierwszy od operacji, wsiadłem za kółko. Wspaniałe uczucie! Tak się złożyło, że musiałem pojechać na konsultację do lekarza. Chyba zbyt optymistycznie oszacowałem czas dojazdu, przez co pośpiech i nerwy wzięły górę.

    Gdy dotarłem na miejsce, gorączkowo szukałem wolnego miejsca do zapoznania. Znalazłem jedno, wjechałem i czym prędzej pobiegłem do gabinetu. Zupełnie zapomniałem o tym, że Łódź to jedna wielka strefa płatnego parkowania – nawet Księży Młyn. Mój błąd. Zorientowałem się dopiero po wyjściu z gabinetu.

    Stałem przed przejściem dla pieszych, gdy tuż przed moimi oczami przejechał uroczy samochód z kamerami do kontroli podpisany SPP. W tym momencie wszystkie neurony połączyły się w mojej głowie niczym kropki i dotarło do mnie: właśnie stałem się uboższy o 300 złotych.

    Nie szukam usprawiedliwienia, to ewidentnie moje niedopatrzenie. Mimo to ciężko mi na duszy z myślą, że w tak głupi sposób straciłem pieniądze.

    Morał z tego taki, by „spieszyć się powoli” i zawsze rozglądać się za parkomatem (albo płacić za parking w aplikacji, lub po "łodzku" parkować na trawie - tego nie polecam, szanujmy zieleń).

    Teraz pozostaje mi już tylko czekać na oficjalny „rachunek” od miasta. Ehh..

    #Łódź #kara #smutek

  7. Czekam na karę...

    Tak mógłbym zatytułować ten wpis.

    Wczoraj, po raz pierwszy od operacji, wsiadłem za kółko. Wspaniałe uczucie! Tak się złożyło, że musiałem pojechać na konsultację do lekarza. Chyba zbyt optymistycznie oszacowałem czas dojazdu, przez co pośpiech i nerwy wzięły górę.

    Gdy dotarłem na miejsce, gorączkowo szukałem wolnego miejsca do zapoznania. Znalazłem jedno, wjechałem i czym prędzej pobiegłem do gabinetu. Zupełnie zapomniałem o tym, że Łódź to jedna wielka strefa płatnego parkowania – nawet Księży Młyn. Mój błąd. Zorientowałem się dopiero po wyjściu z gabinetu.

    Stałem przed przejściem dla pieszych, gdy tuż przed moimi oczami przejechał uroczy samochód z kamerami do kontroli podpisany SPP. W tym momencie wszystkie neurony połączyły się w mojej głowie niczym kropki i dotarło do mnie: właśnie stałem się uboższy o 300 złotych.

    Nie szukam usprawiedliwienia, to ewidentnie moje niedopatrzenie. Mimo to ciężko mi na duszy z myślą, że w tak głupi sposób straciłem pieniądze.

    Morał z tego taki, by „spieszyć się powoli” i zawsze rozglądać się za parkomatem (albo płacić za parking w aplikacji, lub po "łodzku" parkować na trawie - tego nie polecam, szanujmy zieleń).

    Teraz pozostaje mi już tylko czekać na oficjalny „rachunek” od miasta. Ehh..

    #Łódź #kara #smutek

  8. Czekam na karę...

    Tak mógłbym zatytułować ten wpis.

    Wczoraj, po raz pierwszy od operacji, wsiadłem za kółko. Wspaniałe uczucie! Tak się złożyło, że musiałem pojechać na konsultację do lekarza. Chyba zbyt optymistycznie oszacowałem czas dojazdu, przez co pośpiech i nerwy wzięły górę.

    Gdy dotarłem na miejsce, gorączkowo szukałem wolnego miejsca do zapoznania. Znalazłem jedno, wjechałem i czym prędzej pobiegłem do gabinetu. Zupełnie zapomniałem o tym, że Łódź to jedna wielka strefa płatnego parkowania – nawet Księży Młyn. Mój błąd. Zorientowałem się dopiero po wyjściu z gabinetu.

    Stałem przed przejściem dla pieszych, gdy tuż przed moimi oczami przejechał uroczy samochód z kamerami do kontroli podpisany SPP. W tym momencie wszystkie neurony połączyły się w mojej głowie niczym kropki i dotarło do mnie: właśnie stałem się uboższy o 300 złotych.

    Nie szukam usprawiedliwienia, to ewidentnie moje niedopatrzenie. Mimo to ciężko mi na duszy z myślą, że w tak głupi sposób straciłem pieniądze.

    Morał z tego taki, by „spieszyć się powoli” i zawsze rozglądać się za parkomatem (albo płacić za parking w aplikacji, lub po "łodzku" parkować na trawie - tego nie polecam, szanujmy zieleń).

    Teraz pozostaje mi już tylko czekać na oficjalny „rachunek” od miasta. Ehh..

    #Łódź #kara #smutek

  9. NASA wstrzymuje projekt Gateway na rzecz bazy na Księżycu i atomu

    Zamiast budowy stacji orbitalnej, priorytetem stają się szybkie lądowania i ciężki sprzęt na powierzchni.

    Z najnowszego oficjalnego komunikatu amerykańskiej agencji kosmicznej wyłania się obraz mocnego zderzenia z geopolityczną rzeczywistością. Pod ogromną presją czasu i w ramach wyścigu mocarstw, NASA ogłasza drastyczną rewizję programu Artemis. Na stół wjeżdża komercjalizacja, pośpiech i – co najbardziej zaskakujące – napęd nuklearny.

    NASA może wyłączyć działającą sondę. Tymczasem Juno odkrywa potężne burze na Jowiszu

    Baza zamiast stacji na orbicie

    „Sukces lub porażka będą mierzone w miesiącach, a nie latach” – te słowa administratora NASA, Jareda Isaacmana, najlepiej oddają nowy, napięty ton agencji. Największą ofiarą tej zmiany priorytetów jest projekt księżycowej stacji Gateway. Agencja oficjalnie poinformowała o zamiarze „zapauzowania Gateway w jej obecnej formie”. Zamiast pompować miliardy w port przesiadkowy, NASA przerzuca wszystkie siły bezpośrednio na powierzchnię Księżyca.

    Budowa stałej amerykańskiej bazy została rozpisana na trzy błyskawiczne etapy. Zacznie się od komercyjnych misji i lądowań (nawet co pół roku). Następnie, przy wsparciu m.in. Japońskiej Agencji Eksploracji Aerokosmicznej (JAXA), na Księżyc trafią pierwsze moduły mieszkalne, co utoruje drogę do stworzenia trwałej placówki dla astronautów.

    Atomowy statek i drony nad Marsem

    Zmiana paradygmatu dotyka nie tylko Srebrnego Globu, a nowy komunikat wykracza daleko poza dotychczasowe, zachowawcze plany eksploracji. NASA zapowiedziała wystrzelenie w stronę Marsa przed końcem 2028 roku statku Space Reactor-1 Freedom. Ma to być pierwszy w historii międzyplanetarny statek kosmiczny napędzany energią jądrową.

    Zgodnie z zapowiedziami, maszyna ma dostarczyć na Czerwoną Planetę ładunek o nazwie Skyfall – flotę helikopterów klasy Ingenuity. To wyraźny sygnał, że nuklearny napęd przestaje być pieśnią przyszłości, a staje się dla agencji kluczowym narzędziem do transportu ciężkich ładunków w głęboki kosmos.

    Kto utrzyma niską orbitę?

    Nowy plan obnaża też wyzwanie związane ze starzejącą się Międzynarodową Stacją Kosmiczną (ISS). Z komunikatu wynika, że agencja szuka rozwiązań, by uniknąć luki w amerykańskiej obecności na niskiej orbicie okołoziemskiej.

    Nową propozycją jest dobudowanie do ISS państwowego modułu, który posłuży jako fundament dla dołączanych stacji komercyjnych. Gdy ISS ostatecznie zakończy swoją misję, moduły prywatnych firm mają się odłączyć i operować samodzielnie. To sprytny manewr, w którym NASA chce stać się jedynie „jednym z wielu klientów” prywatnych laboratoriów, kupując sobie wolne ręce i budżet do walki o Księżyc i Marsa.

    Księżycowa katapulta od SpaceX. Elon Musk pokazuje, jak zrewolucjonizować transport surowców w kosmosie

    #bazaNaKsiężycu #eksploracjaMarsa #NASA #programArtemis #SpaceReactor1Freedom #stacjaGateway #stacjeKomercyjne #wyścigKosmiczny
  10. NASA wstrzymuje projekt Gateway na rzecz bazy na Księżycu i atomu

    Zamiast budowy stacji orbitalnej, priorytetem stają się szybkie lądowania i ciężki sprzęt na powierzchni.

    Z najnowszego oficjalnego komunikatu amerykańskiej agencji kosmicznej wyłania się obraz mocnego zderzenia z geopolityczną rzeczywistością. Pod ogromną presją czasu i w ramach wyścigu mocarstw, NASA ogłasza drastyczną rewizję programu Artemis. Na stół wjeżdża komercjalizacja, pośpiech i – co najbardziej zaskakujące – napęd nuklearny.

    NASA może wyłączyć działającą sondę. Tymczasem Juno odkrywa potężne burze na Jowiszu

    Baza zamiast stacji na orbicie

    „Sukces lub porażka będą mierzone w miesiącach, a nie latach” – te słowa administratora NASA, Jareda Isaacmana, najlepiej oddają nowy, napięty ton agencji. Największą ofiarą tej zmiany priorytetów jest projekt księżycowej stacji Gateway. Agencja oficjalnie poinformowała o zamiarze „zapauzowania Gateway w jej obecnej formie”. Zamiast pompować miliardy w port przesiadkowy, NASA przerzuca wszystkie siły bezpośrednio na powierzchnię Księżyca.

    Budowa stałej amerykańskiej bazy została rozpisana na trzy błyskawiczne etapy. Zacznie się od komercyjnych misji i lądowań (nawet co pół roku). Następnie, przy wsparciu m.in. Japońskiej Agencji Eksploracji Aerokosmicznej (JAXA), na Księżyc trafią pierwsze moduły mieszkalne, co utoruje drogę do stworzenia trwałej placówki dla astronautów.

    Atomowy statek i drony nad Marsem

    Zmiana paradygmatu dotyka nie tylko Srebrnego Globu, a nowy komunikat wykracza daleko poza dotychczasowe, zachowawcze plany eksploracji. NASA zapowiedziała wystrzelenie w stronę Marsa przed końcem 2028 roku statku Space Reactor-1 Freedom. Ma to być pierwszy w historii międzyplanetarny statek kosmiczny napędzany energią jądrową.

    Zgodnie z zapowiedziami, maszyna ma dostarczyć na Czerwoną Planetę ładunek o nazwie Skyfall – flotę helikopterów klasy Ingenuity. To wyraźny sygnał, że nuklearny napęd przestaje być pieśnią przyszłości, a staje się dla agencji kluczowym narzędziem do transportu ciężkich ładunków w głęboki kosmos.

    Kto utrzyma niską orbitę?

    Nowy plan obnaża też wyzwanie związane ze starzejącą się Międzynarodową Stacją Kosmiczną (ISS). Z komunikatu wynika, że agencja szuka rozwiązań, by uniknąć luki w amerykańskiej obecności na niskiej orbicie okołoziemskiej.

    Nową propozycją jest dobudowanie do ISS państwowego modułu, który posłuży jako fundament dla dołączanych stacji komercyjnych. Gdy ISS ostatecznie zakończy swoją misję, moduły prywatnych firm mają się odłączyć i operować samodzielnie. To sprytny manewr, w którym NASA chce stać się jedynie „jednym z wielu klientów” prywatnych laboratoriów, kupując sobie wolne ręce i budżet do walki o Księżyc i Marsa.

    Księżycowa katapulta od SpaceX. Elon Musk pokazuje, jak zrewolucjonizować transport surowców w kosmosie

    #bazaNaKsiężycu #eksploracjaMarsa #NASA #programArtemis #SpaceReactor1Freedom #stacjaGateway #stacjeKomercyjne #wyścigKosmiczny
  11. Te drzewa stoją tuż przy drodze, która biegnie obok rzeki. A jednak tego ranka patrzyłem na nie w oderwaniu od ich sąsiedztwa. Wydały mi się pierwotne i dzikie, jakby tworzyły odrębny świat. Własny, spokojny ekosystem, tuż obok szybkiego ludzkiego, będącego w niespokojnym pośpiechu i tylko na chwilę.

    Więcej o tym co nieopodal napisałem na blogu. Zapraszam.

    medium.com/@maciejzdun/drzewa-

    #fotografia #przemyślenia #Maciejzdun #photography

  12. Uwaga: cyberprzestępcy wykorzystują literówki w nazwie domeny do dystrybucji złośliwego oprogramowania. Przykład – komunikator Telegram

    Badacze bezpieczeństwa z K7 Security Lab wykryli witryny, które do złudzenia przypominały oficjalny portal pobierania komunikatora Telegram. Cyberprzestępcy wykorzystali technikę typosquatting – zarejestrowali domenę z drobną literówką, licząc że użytkownik w pośpiechu nie zauważy różnicy.  TLDR: Nie jest to pierwszy raz, kiedy ten sposób dystrybucji złośliwego oprogramowania jest używany. Na...

    #Aktualności #Malware #Telegram #Typosquating

    sekurak.pl/uwaga-cyberprzestep

  13. Sonos szykuje wiosenną ofensywę. Do sieci wyciekły dwa nowe głośniki: przenośny Play i budżetowy Era 100 SL

    Wszystko wskazuje na to, że Sonos zamierza z przytupem wejść w nowy sezon. Do sieci trafiły właśnie potężne przecieki ujawniające dwa nadchodzące głośniki amerykańskiego producenta. Szykuje się zupełnie nowy model przenośny z imponującą baterią oraz tańsza wersja popularnej „setki”, pozbawiona funkcji smart.

    Firma Sonos w ostatnich miesiącach musiała mierzyć się ze sporą falą krytyki (głównie za sprawą problematycznej aktualizacji swojej aplikacji), ale wygląda na to, że inżynierowie wzięli się do pracy i przygotowali solidne nowości sprzętowe. Źródłem przecieków jest kanadyjski oddział sklepu Best Buy, który pospieszył się z publikacją karty produktu, oraz znani informatorzy z platformy X (w tym niezawodny Billbil-kun i Evan Blass).

    Besides the recently-leaked Sonos Play, the company is also poised to release the so-called Sonos Era 100 SL pic.twitter.com/1llm7GxPdt

    — Evan Blass (@evleaks) March 2, 2026

    Czego możemy się spodziewać w najbliższych dniach?


    Sonos Play: przenośny głośnik z baterią na 24 godziny

    Pierwszą i najważniejszą nowością ma być Sonos Play. Będzie to kompaktowy, bezprzewodowy głośnik obsługujący zarówno łączność Wi-Fi, jak i Bluetooth. Z przedwcześnie opublikowanego opisu wynika, że sprzęt zaoferuje automatyczne strojenie Trueplay (optymalizujące dźwięk do otoczenia) oraz – co najważniejsze – baterię pozwalającą nawet na 24 godziny ciągłego odtwarzania muzyki.

    Według przecieków, Sonos Play ma kosztować około 299 dolarów i będzie dostępny w klasycznych dla marki kolorach: czarnym i białym. Cenowo i gabarytowo uplasuje się więc idealnie pomiędzy podstawowym modelem Era 100 a potężniejszym, przenośnym Move 2. Przedsprzedaż ma wystartować już 10 marca, a rynkowy debiut zaplanowano na 31 marca.


    Sonos Era 100 SL: świetny dźwięk, zero podsłuchiwania

    Druga z przygotowywanych nowości to ukłon w stronę użytkowników, którzy cenią ekosystem Sonosa, ale nie chcą w domu inteligentnych asystentów. Mowa o modelu Sonos Era 100 SL.

    Dopisek „SL” (podobnie jak w starszym modelu One SL) oznacza, że głośnik został pozbawiony mikrofonów. Nie użyjemy go jako asystenta głosowego, ale w zamian otrzymamy niższą cenę. Sprzęt ma kosztować około 189 dolarów, co uczyni go jednym z najtańszych głośników w ofercie producenta (zaledwie 10 dolarów droższym od malutkiego Roam 2). Warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do modelu Play, Era 100 SL to głośnik w pełni stacjonarny, wymagający ciągłego podłączenia do gniazdka.

    Jeśli przecieki się potwierdzą, oficjalnej zapowiedzi obu modeli możemy spodziewać się dosłownie na dniach. Zapowiada się naprawdę solidne odświeżenie oferty!

    Nowy przenośny głośnik Sonos Play z Bluetooth i AirPlay 2

    #audio #głośnikiBluetooth #głośnikiWiFi #multiroom #nowościSonos2026 #przeciekiTechnologiczne #sonos #SonosEra100SL #SonosPlay
  14. Sonos szykuje wiosenną ofensywę. Do sieci wyciekły dwa nowe głośniki: przenośny Play i budżetowy Era 100 SL

    Wszystko wskazuje na to, że Sonos zamierza z przytupem wejść w nowy sezon. Do sieci trafiły właśnie potężne przecieki ujawniające dwa nadchodzące głośniki amerykańskiego producenta. Szykuje się zupełnie nowy model przenośny z imponującą baterią oraz tańsza wersja popularnej „setki”, pozbawiona funkcji smart.

    Firma Sonos w ostatnich miesiącach musiała mierzyć się ze sporą falą krytyki (głównie za sprawą problematycznej aktualizacji swojej aplikacji), ale wygląda na to, że inżynierowie wzięli się do pracy i przygotowali solidne nowości sprzętowe. Źródłem przecieków jest kanadyjski oddział sklepu Best Buy, który pospieszył się z publikacją karty produktu, oraz znani informatorzy z platformy X (w tym niezawodny Billbil-kun i Evan Blass).

    Besides the recently-leaked Sonos Play, the company is also poised to release the so-called Sonos Era 100 SL pic.twitter.com/1llm7GxPdt

    — Evan Blass (@evleaks) March 2, 2026

    Czego możemy się spodziewać w najbliższych dniach?


    Sonos Play: przenośny głośnik z baterią na 24 godziny

    Pierwszą i najważniejszą nowością ma być Sonos Play. Będzie to kompaktowy, bezprzewodowy głośnik obsługujący zarówno łączność Wi-Fi, jak i Bluetooth. Z przedwcześnie opublikowanego opisu wynika, że sprzęt zaoferuje automatyczne strojenie Trueplay (optymalizujące dźwięk do otoczenia) oraz – co najważniejsze – baterię pozwalającą nawet na 24 godziny ciągłego odtwarzania muzyki.

    Według przecieków, Sonos Play ma kosztować około 299 dolarów i będzie dostępny w klasycznych dla marki kolorach: czarnym i białym. Cenowo i gabarytowo uplasuje się więc idealnie pomiędzy podstawowym modelem Era 100 a potężniejszym, przenośnym Move 2. Przedsprzedaż ma wystartować już 10 marca, a rynkowy debiut zaplanowano na 31 marca.


    Sonos Era 100 SL: świetny dźwięk, zero podsłuchiwania

    Druga z przygotowywanych nowości to ukłon w stronę użytkowników, którzy cenią ekosystem Sonosa, ale nie chcą w domu inteligentnych asystentów. Mowa o modelu Sonos Era 100 SL.

    Dopisek „SL” (podobnie jak w starszym modelu One SL) oznacza, że głośnik został pozbawiony mikrofonów. Nie użyjemy go jako asystenta głosowego, ale w zamian otrzymamy niższą cenę. Sprzęt ma kosztować około 189 dolarów, co uczyni go jednym z najtańszych głośników w ofercie producenta (zaledwie 10 dolarów droższym od malutkiego Roam 2). Warto zaznaczyć, że w przeciwieństwie do modelu Play, Era 100 SL to głośnik w pełni stacjonarny, wymagający ciągłego podłączenia do gniazdka.

    Jeśli przecieki się potwierdzą, oficjalnej zapowiedzi obu modeli możemy spodziewać się dosłownie na dniach. Zapowiada się naprawdę solidne odświeżenie oferty!

    Nowy przenośny głośnik Sonos Play z Bluetooth i AirPlay 2

    #audio #głośnikiBluetooth #głośnikiWiFi #multiroom #nowościSonos2026 #przeciekiTechnologiczne #sonos #SonosEra100SL #SonosPlay
  15. Pinterest tonie w morzu sztucznej inteligencji. Twórcy mają dość nadgorliwej moderacji i zalewu „AI slop”

    Od 2009 roku Pinterest był bezpieczną przystanią dla poszukiwaczy inspiracji, artystów, majsterkowiczów i fanów dobrego designu. Dziś platforma przechodzi bolesną transformację.

    Jak donosi serwis 404 Media, użytkownicy toną w oceanie wygenerowanego komputerowo „szlamu” (tzw. AI slop), a artyści toczą nierówną walkę z nadgorliwą, zautomatyzowaną moderacją, która blokuje ich konta i fałszywie oznacza ich autentyczne prace.

    „AI slop” niszczy open source. Twórca cURL zamyka program nagród, by „zachować zdrowie psychiczne”

    Wrzucenie sztucznej inteligencji do każdego możliwego zakątka serwisu to obecnie główna strategia Pinteresta. W lutym firma zwolniła 15% swojej załogi, by – jak tłumaczył w mailu do pracowników CEO Bill Ready – podwoić wysiłki w tworzeniu „podejścia opartego na sztucznej inteligencji”. Efekty tego pośpiechu okazują się jednak opłakane dla społeczności.

    Kiedy prawdziwa sztuka staje się „wygenerowana”

    Jednym z największych problemów, na które skarżą się użytkownicy (np. na Reddicie), jest błędne działanie algorytmów oznaczających treści. Autentyczni twórcy, którzy otwarcie pozycjonują swoje prace jako „w 100% rysowane ręcznie”, masowo padają ofiarą automatycznego tagu „AI modified” (zmodyfikowane przez AI).

    Co gorsza, system jest absurdalnie uparty w swoich błędach. Artystka Min Zakuga wskazuje, że Pinterest flaguje w ten sposób nawet jej szkice sprzed ponad 10 lat – z czasów, gdy generatywna sztuczna inteligencja obrazu jeszcze nie istniała. Procedura odwoławcza to walka z wiatrakami: wymaga od twórców żmudnego udowadniania, że nie są robotami, a po pozytywnym rozpatrzeniu apelacji, algorytm potrafi po kilku dniach ponownie nałożyć na obrazek krzywdzącą łatkę.

    Cenzura anatomii i trenowanie algorytmów

    AI w Pintereście odpowiada również za moderację treści, co prowadzi do kuriozalnych sytuacji. Wielu artystów używa serwisu do gromadzenia tablic z referencjami anatomicznymi. Obecnie algorytmy masowo usuwają całkowicie zwyczajne zdjęcia – w tym w pełni ubrane postacie kobiece, zdjęcia fitness czy klasyczne obrazy – fałszywie klasyfikując je jako naruszenie regulaminu lub „samookaleczenie”. Twórcy żyją w ciągłym strachu przed automatycznym banem konta, na którym od dekady gromadzili materiały do pracy.

    Kroplą, która przelała czarę goryczy, jest Pinterest Canvas – autorski model text-to-image. Firma wykorzystuje publiczne „piny” użytkowników do trenowania własnej sztucznej inteligencji. Wielu oburzonych artystów zdecydowało się usunąć swoje portfolio z serwisu, jednak ich prace wciąż tam krążą, przypinane przez innych użytkowników, karmiąc w ten sposób maszynę.

    Zderzenie wizji zarządu z rzeczywistością jest drastyczne. Podczas gdy CEO Bill Ready chwali się w mediach, że Pinterest używa AI do „poprawy samopoczucia użytkowników”, ci sami użytkownicy muszą przedzierać się przez dziesiątki bezdusznych, wygenerowanych przez AI obrazków w swoich feedach, tracąc godziny na ręczne uczenie algorytmu, by przestał im podsuwać syntetyczne grafiki.

    San Diego Comic-Con stawia granicę. AI wyrzucone z wystawy sztuki po buncie twórców

    #AISlop #BillReadyPinterest #fałszyweTagiAI #kradzieżPracAI #moderacjaAIPinterest #nowościSocialMedia2026 #PinterestAI #PinterestCanvas #sztucznaInteligencjaPinterest
  16. Samsung w końcu wyprasuje swoje ekrany? Galaxy Z Fold 8 może zerwać z rowkiem na wyświetlaczu

    Każdy użytkownik Folda to zna. Przesuwasz palcem po rozłożonym ekranie i w połowie drogi wpadasz w dołek. Zmarszczka na elastycznym wyświetlaczu była do tej pory cechą wrodzoną składaków Samsunga, podczas gdy chińska konkurencja udowadniała, że ekrany mogą być niemal idealnie płaskie.

    Wygląda jednak na to, że Koreańczycy w końcu odrobili pracę domową. Rozwiązaniem ma być laser i… podwójna porcja szkła.

    Co pokazano w Las Vegas?

    Podczas tegorocznych targów CES 2026 Samsung Display pokazał za zamkniętymi drzwiami prototyp panelu o nazwie „Advanced Crease-less”. Dziennikarze, którzy mieli okazję go zobaczyć, zanim został pośpiesznie schowany, potwierdzają: różnica względem obecnego Galaxy Z Fold 7 jest kolosalna. Zmarszczka niemal zniknęła. Nas intryguje jednak słowo „niemal”.

    Teraz, dzięki przeciekom z Korei, dowiadujemy się, jak inżynierowie Samsunga chcą to osiągnąć w masowej produkcji – prawdopodobnie już w nadchodzącym modelu Galaxy Z Fold 8.

    Koniec z podglądaniem w autobusie? Samsung Galaxy S26 Ultra z wbudowanym filtrem prywatyzującym

    Inżynieria pod mikroskopem: laser i kanapka ze szkła

    Dotychczas problemem było skupianie się naprężeń mechanicznych dokładnie w miejscu zgięcia. Samsung postanowił zmienić fizykę tego procesu na dwa sposoby:

    Laserowa perforacja: płyta wsporcza (backplate), która znajduje się pod ekranem, ma być poddana procesowi laserowego nawiercania. Stworzenie mikroskopijnych otworów sprawi, że materiał stanie się bardziej elastyczny w kluczowym miejscu. Dzięki temu naprężenia podczas składania i rozkładania nie będą kumulować się w jednym punkcie (tworząc bruzdę), ale rozłożą się równomiernie na większej powierzchni.

    Podwójne UTG: to prawdziwa nowość. Samsung od lat stosuje Ultra-Thin Glass (UTG), czyli warstwę szkła cieńszą od włosa. Nowy raport sugeruje jednak użycie drugiej warstwy UTG. Jedna tafla znajdowałaby się tradycyjnie pod warstwą dotykową, a druga – bezpośrednio na wspomnianej, nawiercanej płycie wsporczej.

    Taka konstrukcja – „szklana kanapka” wzmocniona elastycznym stelażem – ma zapobiegać powstawaniu trwałych odkształceń materiału, czyli właśnie tych irytujących zmarszczek, które widzimy pod światło.

    Wyścig z czasem (i Apple?)

    Dlaczego Samsung robi to teraz? Bo musi. Konkurencja nie śpi, a plotki o składanym iPhonie (który rzekomo też testuje podobne rozwiązania panelowe od Samsunga) są coraz głośniejsze. Jeśli Galaxy Z Fold 8 zadebiutuje latem tego roku z idealnie płaskim ekranem, Samsung odzyska koronę innowatora, którą w ostatnich latach nieco zakurzył, oddając pole graczom takim jak Honor czy Huawei.

    Miejmy tylko nadzieję, że podwójna warstwa szkła nie wpłynie negatywnie na grubość urządzenia, o którą w tym segmencie toczy się równie zażarta walka.

    Apple i Samsung wracają do przeszłości? Składany iPhone może wyglądać jak… stary Pixel

    #CES2026 #news #SamsungGalaxyZFold8 #składaneSmartfony #UltraThinGlass #UTG #wyświetlaczeElastyczne
  17. Mazda 6e – cisza w cieniu Alhambry

    Grenada. Miasto, które wygląda jakby ktoś rozsypał na zboczu Sierra Nevady garść piasku, a potem postanowił wyrzeźbić w nim historię świata. Nad wszystkim czuwa Alhambra – czerwona twierdza, która od wieków przypomina o czasach, gdy kultura arabska i chrześcijańska spotykały się tu nie tylko na polach bitew, ale i w sztuce, architekturze i codziennym życiu. To właśnie stąd, z Andaluzji pachnącej pomarańczami i kurzem, wyruszamy na pierwsze jazdy nową, elektryczną Mazdą 6e.

    Nie jest to kolejny eksperyment z dopiskiem „EV”. Mazda 6e, produkowana w chińskiej fabryce Changan Mazda, to w pełni elektryczny hatchback, który wprowadza markę w nową epokę — i robi to z typową dla Japończyków elegancją, bez histerii i bez pośpiechu.

    Pod czerwoną gliną Alhambry

    Zanim jeszcze przekręciłem selektor jazdy (bo kluczyka już dawno nie ma), zdążyłem pomyśleć, że to auto jest dokładnie takie jak Grenada: nowoczesne, ale przesiąknięte historią. Stylistyka Kodo – Dusza Ruchu nie jest już tylko hasłem z katalogu. Gdy patrzysz na smukłą sylwetkę 6e w kolorze Melting Copper, miedzianym jak dachy Alhambry o zachodzie słońca, naprawdę czujesz, że projektanci chcieli opowiedzieć historię. Linia boczna przypomina muskularne coupe, a jednocześnie zachowuje funkcjonalność pięciodrzwiowego hatchbacka.

    Wnętrze to inny świat – japoński minimalizm z nutą europejskiego luksusu. Testowana wersja Takumi Plus pachniała skórą Nappa w ciepłym, brązowym odcieniu, a zamszowe wstawki na drzwiach i desce rozdzielczej dodawały miękkości. Mazda mówi o filozofii ma – harmonii przestrzeni i światła – oraz kaicho, czyli łączeniu różnych faktur w jedną spójną całość. I to tu działa. Wnętrze nie jest przeładowane – raczej wyciszone, skupione. Wrażenie potęguje panoramiczny dach – w zależności od wersji dzielony (z roletami) lub w całości, jakby projektanci bali się przerywać kontakt z andaluzyjskim niebem.

    Z Grenady na serpentyny

    200 kilometrów. Zaczynamy w samym sercu miasta, mijając kawiarnie pełne studentów i turystów wspinających się w stronę Albaicínu. Wąskie uliczki Grenady potrafią wystraszyć nawet małe auta, a 6e ma prawie pięć metrów długości. Na szczęście układ kierowniczy i kamera 360° robią robotę — w tym aucie manewrowanie jest łatwiejsze niż w niejednym crossoverze.

    Potem autostrada. Tu Mazda pokazuje inną stronę – ciszę. Dosłownie. Pomiar wewnątrz kabiny pokazał 59 dB, co w praktyce oznacza dźwięk tła gdzieś pomiędzy cichą rozmową a szumem biblioteki. Dla porównania – w spalinowym CX-80, którym jechaliśmy z lotniska, było 65 dB. Różnica może brzmieć jak nic, ale w praktyce to przepaść – tu naprawdę można rozmawiać szeptem.

    Wreszcie góry. Serpentyny pod Sierra Nevadą, asfalt wijący się jak pędzel kaligrafa. I tu pojawia się magia Jinba-Ittai – jedności konia i jeźdźca. Mazda od lat mówi o tej filozofii, ale dopiero w elektryku widać, że to nie slogan. Samochód reaguje natychmiast, naturalnie, jakby odczytywał intencje. Prowadzi się… po „mazdycznemu”. Wbrew temu, co można by pomyśleć, 6e nie czuje się jak ciężki EV. Napęd na tył i rozkład masy 47:53 robią swoje. Każdy zakręt jest płynny, przewidywalny, a auto zdaje się nie tyle skręcać, co tańczyć po drodze.


    Zużycie i rzeczywistość

    Trasa była wymagająca – miasto, autostrada, góry. Startowaliśmy z 93% baterii i zasięgiem pokazującym 490 km. Po ponad 200 kilometrach pozostało 46%. Realny wynik? Bardzo solidne 15,5–18,6 kWh/100 km, choć przy cięższej nodze potrafi dojść do 25–26. To wciąż świetny rezultat, biorąc pod uwagę teren i fakt, że testowe tempo było dalekie od eco-drivingu.

    Wersja, którą jeździliśmy, to wariant Standard z akumulatorem 68,8 kWh (LFP) i mocą 258 KM. Realny zasięg w tych warunkach to okolice 400 kilometrów – wynik bardzo dobry. Szybkie ładowanie do 165 kW pozwala doładować się od 10 do 80% w nieco ponad 20 minut.


    Małe japońskie dziwactwa

    Nie byłoby Mazdy bez kilku elementów, które powodują lekkie uniesienie brwi. Zacznijmy od przycisków – a raczej ich braku. Szukałem świateł awaryjnych dobrych kilka minut, zanim odkryłem, że są… nad lusterkiem. Wycieraczki? To osobny temat. Nieintuicyjny interfejs i fakt, że na moim egzemplarzu przypisano ich obsługę do programowalnych przycisków na kierownicy, sprawiły, że pierwsze krople deszczu stały się przygodą. Ale może to część „treningu uważności”, który Mazda podświadomie praktykuje?

    Reszta działa jak należy. Infotainment z 14,6-calowym ekranem jest szybki, logiczny, zintegrowany z CarPlay i Android Auto, a wbudowana nawigacja wygląda jak Google Maps, choć nią nie jest. I tak, audio od Sony – pierwszy raz w historii Mazdy. Gra czysto, dynamicznie, z odrobiną japońskiej precyzji.


    Fotele, które chcą cię poznać

    Mazda od lat przykłada wagę do ergonomii – i w 6e to widać. Fotele są wygodne, świetnie trzymają, a ich kształt z wbudowanym zagłówkiem i „dziurą” z tyłu wygląda designersko. Brakuje jedynie wysuwanego podparcia pod udami, co w długiej trasie mogłoby się przydać. Pozycja za kierownicą jest wzorowa – naturalna, sportowa, ale nie wymuszona.

    Z tyłu przestrzeni jest wystarczająco, choć przy moim wzroście 191 cm dach zaczynał lekko „dotykać”. Bagażnik 466 litrów i dodatkowy frunk (72 litry) wystarczą na rodzinny wyjazd do Andaluzji.

    Kodo, Ma, Komorebi – czyli japońska poezja w metalu

    Mazda nie kopiuje trendów. Nie próbuje być Teslą ani Mercedesem EQ. 6e to samochód dla tych, którzy doceniają subtelność, a nie pokaz.

    Kodo – „Dusza Ruchu” – oznacza, że nawet stojący samochód ma wyglądać, jakby był w ruchu.
    Ma – to przestrzeń, w której nic nie jest przypadkowe.
    Kaicho – to harmonia faktur i materiałów.
    Komorebi – to gra światła i cienia, jak w japońskim ogrodzie.

    W 6e te idee widać w każdym detalu: w refleksach miedzi na lakierze, w miękkim świetle ambientowym, w cichej pracy zawieszenia, która tłumi nierówności jak dobry haiku tłumi nadmiar słów.


    Podsumowanie: spokój w erze napięcia

    Elektryfikacja zwykle kojarzy się z technologicznym napięciem, z rywalizacją na waty, zasięgi i sprinty do setki. Mazda 6e proponuje coś zupełnie innego — spokój. To samochód, który nie próbuje cię zaskoczyć, tylko z tobą współpracować.

    Po całym dniu jazd po Andaluzji miałem poczucie, że to auto nie tylko dobrze się prowadzi, ale też dobrze się z nim było. Jak z dobrym towarzyszem podróży, który nie przeszkadza, tylko daje przestrzeń, by patrzeć na świat.

    Kiedy wracaliśmy do miasta, słońce zachodziło nad Alhambrą. Czerwone mury odbijały się w błyszczącej masce Mazdy 6e, a ja pomyślałem, że jest w tym coś symbolicznego – spotkanie dwóch kultur, dwóch epok. Dawnej Andaluzji i nowej Japonii. Ciszy kamienia i ciszy elektrycznego napędu.

    I choć Alhambra trwa od setek lat, mam wrażenie, że Mazda 6e ma w sobie podobną cechę – ponadczasowy spokój.

    #EV #Grenada #Mazda #Mazda6e #pierwszeJazdy #test

  18. Mazda 6e – cisza w cieniu Alhambry

    Grenada. Miasto, które wygląda jakby ktoś rozsypał na zboczu Sierra Nevady garść piasku, a potem postanowił wyrzeźbić w nim historię świata. Nad wszystkim czuwa Alhambra – czerwona twierdza, która od wieków przypomina o czasach, gdy kultura arabska i chrześcijańska spotykały się tu nie tylko na polach bitew, ale i w sztuce, architekturze i codziennym życiu. To właśnie stąd, z Andaluzji pachnącej pomarańczami i kurzem, wyruszamy na pierwsze jazdy nową, elektryczną Mazdą 6e.

    Nie jest to kolejny eksperyment z dopiskiem „EV”. Mazda 6e, produkowana w chińskiej fabryce Changan Mazda, to w pełni elektryczny hatchback, który wprowadza markę w nową epokę — i robi to z typową dla Japończyków elegancją, bez histerii i bez pośpiechu.

    Pod czerwoną gliną Alhambry

    Zanim jeszcze przekręciłem selektor jazdy (bo kluczyka już dawno nie ma), zdążyłem pomyśleć, że to auto jest dokładnie takie jak Grenada: nowoczesne, ale przesiąknięte historią. Stylistyka Kodo – Dusza Ruchu nie jest już tylko hasłem z katalogu. Gdy patrzysz na smukłą sylwetkę 6e w kolorze Melting Copper, miedzianym jak dachy Alhambry o zachodzie słońca, naprawdę czujesz, że projektanci chcieli opowiedzieć historię. Linia boczna przypomina muskularne coupe, a jednocześnie zachowuje funkcjonalność pięciodrzwiowego hatchbacka.

    Wnętrze to inny świat – japoński minimalizm z nutą europejskiego luksusu. Testowana wersja Takumi Plus pachniała skórą Nappa w ciepłym, brązowym odcieniu, a zamszowe wstawki na drzwiach i desce rozdzielczej dodawały miękkości. Mazda mówi o filozofii ma – harmonii przestrzeni i światła – oraz kaicho, czyli łączeniu różnych faktur w jedną spójną całość. I to tu działa. Wnętrze nie jest przeładowane – raczej wyciszone, skupione. Wrażenie potęguje panoramiczny dach – w zależności od wersji dzielony (z roletami) lub w całości, jakby projektanci bali się przerywać kontakt z andaluzyjskim niebem.

    Z Grenady na serpentyny

    200 kilometrów. Zaczynamy w samym sercu miasta, mijając kawiarnie pełne studentów i turystów wspinających się w stronę Albaicínu. Wąskie uliczki Grenady potrafią wystraszyć nawet małe auta, a 6e ma prawie pięć metrów długości. Na szczęście układ kierowniczy i kamera 360° robią robotę — w tym aucie manewrowanie jest łatwiejsze niż w niejednym crossoverze.

    Potem autostrada. Tu Mazda pokazuje inną stronę – ciszę. Dosłownie. Pomiar wewnątrz kabiny pokazał 59 dB, co w praktyce oznacza dźwięk tła gdzieś pomiędzy cichą rozmową a szumem biblioteki. Dla porównania – w spalinowym CX-80, którym jechaliśmy z lotniska, było 65 dB. Różnica może brzmieć jak nic, ale w praktyce to przepaść – tu naprawdę można rozmawiać szeptem.

    Wreszcie góry. Serpentyny pod Sierra Nevadą, asfalt wijący się jak pędzel kaligrafa. I tu pojawia się magia Jinba-Ittai – jedności konia i jeźdźca. Mazda od lat mówi o tej filozofii, ale dopiero w elektryku widać, że to nie slogan. Samochód reaguje natychmiast, naturalnie, jakby odczytywał intencje. Prowadzi się… po „mazdycznemu”. Wbrew temu, co można by pomyśleć, 6e nie czuje się jak ciężki EV. Napęd na tył i rozkład masy 47:53 robią swoje. Każdy zakręt jest płynny, przewidywalny, a auto zdaje się nie tyle skręcać, co tańczyć po drodze.


    Zużycie i rzeczywistość

    Trasa była wymagająca – miasto, autostrada, góry. Startowaliśmy z 93% baterii i zasięgiem pokazującym 490 km. Po ponad 200 kilometrach pozostało 46%. Realny wynik? Bardzo solidne 15,5–18,6 kWh/100 km, choć przy cięższej nodze potrafi dojść do 25–26. To wciąż świetny rezultat, biorąc pod uwagę teren i fakt, że testowe tempo było dalekie od eco-drivingu.

    Wersja, którą jeździliśmy, to wariant Standard z akumulatorem 68,8 kWh (LFP) i mocą 258 KM. Realny zasięg w tych warunkach to okolice 400 kilometrów – wynik bardzo dobry. Szybkie ładowanie do 165 kW pozwala doładować się od 10 do 80% w nieco ponad 20 minut.


    Małe japońskie dziwactwa

    Nie byłoby Mazdy bez kilku elementów, które powodują lekkie uniesienie brwi. Zacznijmy od przycisków – a raczej ich braku. Szukałem świateł awaryjnych dobrych kilka minut, zanim odkryłem, że są… nad lusterkiem. Wycieraczki? To osobny temat. Nieintuicyjny interfejs i fakt, że na moim egzemplarzu przypisano ich obsługę do programowalnych przycisków na kierownicy, sprawiły, że pierwsze krople deszczu stały się przygodą. Ale może to część „treningu uważności”, który Mazda podświadomie praktykuje?

    Reszta działa jak należy. Infotainment z 14,6-calowym ekranem jest szybki, logiczny, zintegrowany z CarPlay i Android Auto, a wbudowana nawigacja wygląda jak Google Maps, choć nią nie jest. I tak, audio od Sony – pierwszy raz w historii Mazdy. Gra czysto, dynamicznie, z odrobiną japońskiej precyzji.


    Fotele, które chcą cię poznać

    Mazda od lat przykłada wagę do ergonomii – i w 6e to widać. Fotele są wygodne, świetnie trzymają, a ich kształt z wbudowanym zagłówkiem i „dziurą” z tyłu wygląda designersko. Brakuje jedynie wysuwanego podparcia pod udami, co w długiej trasie mogłoby się przydać. Pozycja za kierownicą jest wzorowa – naturalna, sportowa, ale nie wymuszona.

    Z tyłu przestrzeni jest wystarczająco, choć przy moim wzroście 191 cm dach zaczynał lekko „dotykać”. Bagażnik 466 litrów i dodatkowy frunk (72 litry) wystarczą na rodzinny wyjazd do Andaluzji.

    Kodo, Ma, Komorebi – czyli japońska poezja w metalu

    Mazda nie kopiuje trendów. Nie próbuje być Teslą ani Mercedesem EQ. 6e to samochód dla tych, którzy doceniają subtelność, a nie pokaz.

    Kodo – „Dusza Ruchu” – oznacza, że nawet stojący samochód ma wyglądać, jakby był w ruchu.
    Ma – to przestrzeń, w której nic nie jest przypadkowe.
    Kaicho – to harmonia faktur i materiałów.
    Komorebi – to gra światła i cienia, jak w japońskim ogrodzie.

    W 6e te idee widać w każdym detalu: w refleksach miedzi na lakierze, w miękkim świetle ambientowym, w cichej pracy zawieszenia, która tłumi nierówności jak dobry haiku tłumi nadmiar słów.


    Podsumowanie: spokój w erze napięcia

    Elektryfikacja zwykle kojarzy się z technologicznym napięciem, z rywalizacją na waty, zasięgi i sprinty do setki. Mazda 6e proponuje coś zupełnie innego — spokój. To samochód, który nie próbuje cię zaskoczyć, tylko z tobą współpracować.

    Po całym dniu jazd po Andaluzji miałem poczucie, że to auto nie tylko dobrze się prowadzi, ale też dobrze się z nim było. Jak z dobrym towarzyszem podróży, który nie przeszkadza, tylko daje przestrzeń, by patrzeć na świat.

    Kiedy wracaliśmy do miasta, słońce zachodziło nad Alhambrą. Czerwone mury odbijały się w błyszczącej masce Mazdy 6e, a ja pomyślałem, że jest w tym coś symbolicznego – spotkanie dwóch kultur, dwóch epok. Dawnej Andaluzji i nowej Japonii. Ciszy kamienia i ciszy elektrycznego napędu.

    I choć Alhambra trwa od setek lat, mam wrażenie, że Mazda 6e ma w sobie podobną cechę – ponadczasowy spokój.

    #EV #Grenada #Mazda #Mazda6e #pierwszeJazdy #test

  19. Mazda 6e – cisza w cieniu Alhambry

    Grenada. Miasto, które wygląda jakby ktoś rozsypał na zboczu Sierra Nevady garść piasku, a potem postanowił wyrzeźbić w nim historię świata. Nad wszystkim czuwa Alhambra – czerwona twierdza, która od wieków przypomina o czasach, gdy kultura arabska i chrześcijańska spotykały się tu nie tylko na polach bitew, ale i w sztuce, architekturze i codziennym życiu. To właśnie stąd, z Andaluzji pachnącej pomarańczami i kurzem, wyruszamy na pierwsze jazdy nową, elektryczną Mazdą 6e.

    Nie jest to kolejny eksperyment z dopiskiem „EV”. Mazda 6e, produkowana w chińskiej fabryce Changan Mazda, to w pełni elektryczny hatchback, który wprowadza markę w nową epokę — i robi to z typową dla Japończyków elegancją, bez histerii i bez pośpiechu.

    Pod czerwoną gliną Alhambry

    Zanim jeszcze przekręciłem selektor jazdy (bo kluczyka już dawno nie ma), zdążyłem pomyśleć, że to auto jest dokładnie takie jak Grenada: nowoczesne, ale przesiąknięte historią. Stylistyka Kodo – Dusza Ruchu nie jest już tylko hasłem z katalogu. Gdy patrzysz na smukłą sylwetkę 6e w kolorze Melting Copper, miedzianym jak dachy Alhambry o zachodzie słońca, naprawdę czujesz, że projektanci chcieli opowiedzieć historię. Linia boczna przypomina muskularne coupe, a jednocześnie zachowuje funkcjonalność pięciodrzwiowego hatchbacka.

    Wnętrze to inny świat – japoński minimalizm z nutą europejskiego luksusu. Testowana wersja Takumi Plus pachniała skórą Nappa w ciepłym, brązowym odcieniu, a zamszowe wstawki na drzwiach i desce rozdzielczej dodawały miękkości. Mazda mówi o filozofii ma – harmonii przestrzeni i światła – oraz kaicho, czyli łączeniu różnych faktur w jedną spójną całość. I to tu działa. Wnętrze nie jest przeładowane – raczej wyciszone, skupione. Wrażenie potęguje panoramiczny dach – w zależności od wersji dzielony (z roletami) lub w całości, jakby projektanci bali się przerywać kontakt z andaluzyjskim niebem.

    Z Grenady na serpentyny

    200 kilometrów. Zaczynamy w samym sercu miasta, mijając kawiarnie pełne studentów i turystów wspinających się w stronę Albaicínu. Wąskie uliczki Grenady potrafią wystraszyć nawet małe auta, a 6e ma prawie pięć metrów długości. Na szczęście układ kierowniczy i kamera 360° robią robotę — w tym aucie manewrowanie jest łatwiejsze niż w niejednym crossoverze.

    Potem autostrada. Tu Mazda pokazuje inną stronę – ciszę. Dosłownie. Pomiar wewnątrz kabiny pokazał 59 dB, co w praktyce oznacza dźwięk tła gdzieś pomiędzy cichą rozmową a szumem biblioteki. Dla porównania – w spalinowym CX-80, którym jechaliśmy z lotniska, było 65 dB. Różnica może brzmieć jak nic, ale w praktyce to przepaść – tu naprawdę można rozmawiać szeptem.

    Wreszcie góry. Serpentyny pod Sierra Nevadą, asfalt wijący się jak pędzel kaligrafa. I tu pojawia się magia Jinba-Ittai – jedności konia i jeźdźca. Mazda od lat mówi o tej filozofii, ale dopiero w elektryku widać, że to nie slogan. Samochód reaguje natychmiast, naturalnie, jakby odczytywał intencje. Prowadzi się… po „mazdycznemu”. Wbrew temu, co można by pomyśleć, 6e nie czuje się jak ciężki EV. Napęd na tył i rozkład masy 47:53 robią swoje. Każdy zakręt jest płynny, przewidywalny, a auto zdaje się nie tyle skręcać, co tańczyć po drodze.


    Zużycie i rzeczywistość

    Trasa była wymagająca – miasto, autostrada, góry. Startowaliśmy z 93% baterii i zasięgiem pokazującym 490 km. Po ponad 200 kilometrach pozostało 46%. Realny wynik? Bardzo solidne 15,5–18,6 kWh/100 km, choć przy cięższej nodze potrafi dojść do 25–26. To wciąż świetny rezultat, biorąc pod uwagę teren i fakt, że testowe tempo było dalekie od eco-drivingu.

    Wersja, którą jeździliśmy, to wariant Standard z akumulatorem 68,8 kWh (LFP) i mocą 258 KM. Realny zasięg w tych warunkach to okolice 400 kilometrów – wynik bardzo dobry. Szybkie ładowanie do 165 kW pozwala doładować się od 10 do 80% w nieco ponad 20 minut.


    Małe japońskie dziwactwa

    Nie byłoby Mazdy bez kilku elementów, które powodują lekkie uniesienie brwi. Zacznijmy od przycisków – a raczej ich braku. Szukałem świateł awaryjnych dobrych kilka minut, zanim odkryłem, że są… nad lusterkiem. Wycieraczki? To osobny temat. Nieintuicyjny interfejs i fakt, że na moim egzemplarzu przypisano ich obsługę do programowalnych przycisków na kierownicy, sprawiły, że pierwsze krople deszczu stały się przygodą. Ale może to część „treningu uważności”, który Mazda podświadomie praktykuje?

    Reszta działa jak należy. Infotainment z 14,6-calowym ekranem jest szybki, logiczny, zintegrowany z CarPlay i Android Auto, a wbudowana nawigacja wygląda jak Google Maps, choć nią nie jest. I tak, audio od Sony – pierwszy raz w historii Mazdy. Gra czysto, dynamicznie, z odrobiną japońskiej precyzji.


    Fotele, które chcą cię poznać

    Mazda od lat przykłada wagę do ergonomii – i w 6e to widać. Fotele są wygodne, świetnie trzymają, a ich kształt z wbudowanym zagłówkiem i „dziurą” z tyłu wygląda designersko. Brakuje jedynie wysuwanego podparcia pod udami, co w długiej trasie mogłoby się przydać. Pozycja za kierownicą jest wzorowa – naturalna, sportowa, ale nie wymuszona.

    Z tyłu przestrzeni jest wystarczająco, choć przy moim wzroście 191 cm dach zaczynał lekko „dotykać”. Bagażnik 466 litrów i dodatkowy frunk (72 litry) wystarczą na rodzinny wyjazd do Andaluzji.

    Kodo, Ma, Komorebi – czyli japońska poezja w metalu

    Mazda nie kopiuje trendów. Nie próbuje być Teslą ani Mercedesem EQ. 6e to samochód dla tych, którzy doceniają subtelność, a nie pokaz.

    Kodo – „Dusza Ruchu” – oznacza, że nawet stojący samochód ma wyglądać, jakby był w ruchu.
    Ma – to przestrzeń, w której nic nie jest przypadkowe.
    Kaicho – to harmonia faktur i materiałów.
    Komorebi – to gra światła i cienia, jak w japońskim ogrodzie.

    W 6e te idee widać w każdym detalu: w refleksach miedzi na lakierze, w miękkim świetle ambientowym, w cichej pracy zawieszenia, która tłumi nierówności jak dobry haiku tłumi nadmiar słów.


    Podsumowanie: spokój w erze napięcia

    Elektryfikacja zwykle kojarzy się z technologicznym napięciem, z rywalizacją na waty, zasięgi i sprinty do setki. Mazda 6e proponuje coś zupełnie innego — spokój. To samochód, który nie próbuje cię zaskoczyć, tylko z tobą współpracować.

    Po całym dniu jazd po Andaluzji miałem poczucie, że to auto nie tylko dobrze się prowadzi, ale też dobrze się z nim było. Jak z dobrym towarzyszem podróży, który nie przeszkadza, tylko daje przestrzeń, by patrzeć na świat.

    Kiedy wracaliśmy do miasta, słońce zachodziło nad Alhambrą. Czerwone mury odbijały się w błyszczącej masce Mazdy 6e, a ja pomyślałem, że jest w tym coś symbolicznego – spotkanie dwóch kultur, dwóch epok. Dawnej Andaluzji i nowej Japonii. Ciszy kamienia i ciszy elektrycznego napędu.

    I choć Alhambra trwa od setek lat, mam wrażenie, że Mazda 6e ma w sobie podobną cechę – ponadczasowy spokój.

    #EV #Grenada #Mazda #Mazda6e #pierwszeJazdy #test

  20. Mazda 6e – cisza w cieniu Alhambry

    Grenada. Miasto, które wygląda jakby ktoś rozsypał na zboczu Sierra Nevady garść piasku, a potem postanowił wyrzeźbić w nim historię świata. Nad wszystkim czuwa Alhambra – czerwona twierdza, która od wieków przypomina o czasach, gdy kultura arabska i chrześcijańska spotykały się tu nie tylko na polach bitew, ale i w sztuce, architekturze i codziennym życiu. To właśnie stąd, z Andaluzji pachnącej pomarańczami i kurzem, wyruszamy na pierwsze jazdy nową, elektryczną Mazdą 6e.

    Nie jest to kolejny eksperyment z dopiskiem „EV”. Mazda 6e, produkowana w chińskiej fabryce Changan Mazda, to w pełni elektryczny hatchback, który wprowadza markę w nową epokę — i robi to z typową dla Japończyków elegancją, bez histerii i bez pośpiechu.

    Pod czerwoną gliną Alhambry

    Zanim jeszcze przekręciłem selektor jazdy (bo kluczyka już dawno nie ma), zdążyłem pomyśleć, że to auto jest dokładnie takie jak Grenada: nowoczesne, ale przesiąknięte historią. Stylistyka Kodo – Dusza Ruchu nie jest już tylko hasłem z katalogu. Gdy patrzysz na smukłą sylwetkę 6e w kolorze Melting Copper, miedzianym jak dachy Alhambry o zachodzie słońca, naprawdę czujesz, że projektanci chcieli opowiedzieć historię. Linia boczna przypomina muskularne coupe, a jednocześnie zachowuje funkcjonalność pięciodrzwiowego hatchbacka.

    Wnętrze to inny świat – japoński minimalizm z nutą europejskiego luksusu. Testowana wersja Takumi Plus pachniała skórą Nappa w ciepłym, brązowym odcieniu, a zamszowe wstawki na drzwiach i desce rozdzielczej dodawały miękkości. Mazda mówi o filozofii ma – harmonii przestrzeni i światła – oraz kaicho, czyli łączeniu różnych faktur w jedną spójną całość. I to tu działa. Wnętrze nie jest przeładowane – raczej wyciszone, skupione. Wrażenie potęguje panoramiczny dach – w zależności od wersji dzielony (z roletami) lub w całości, jakby projektanci bali się przerywać kontakt z andaluzyjskim niebem.

    Z Grenady na serpentyny

    200 kilometrów. Zaczynamy w samym sercu miasta, mijając kawiarnie pełne studentów i turystów wspinających się w stronę Albaicínu. Wąskie uliczki Grenady potrafią wystraszyć nawet małe auta, a 6e ma prawie pięć metrów długości. Na szczęście układ kierowniczy i kamera 360° robią robotę — w tym aucie manewrowanie jest łatwiejsze niż w niejednym crossoverze.

    Potem autostrada. Tu Mazda pokazuje inną stronę – ciszę. Dosłownie. Pomiar wewnątrz kabiny pokazał 59 dB, co w praktyce oznacza dźwięk tła gdzieś pomiędzy cichą rozmową a szumem biblioteki. Dla porównania – w spalinowym CX-80, którym jechaliśmy z lotniska, było 65 dB. Różnica może brzmieć jak nic, ale w praktyce to przepaść – tu naprawdę można rozmawiać szeptem.

    Wreszcie góry. Serpentyny pod Sierra Nevadą, asfalt wijący się jak pędzel kaligrafa. I tu pojawia się magia Jinba-Ittai – jedności konia i jeźdźca. Mazda od lat mówi o tej filozofii, ale dopiero w elektryku widać, że to nie slogan. Samochód reaguje natychmiast, naturalnie, jakby odczytywał intencje. Prowadzi się… po „mazdycznemu”. Wbrew temu, co można by pomyśleć, 6e nie czuje się jak ciężki EV. Napęd na tył i rozkład masy 47:53 robią swoje. Każdy zakręt jest płynny, przewidywalny, a auto zdaje się nie tyle skręcać, co tańczyć po drodze.


    Zużycie i rzeczywistość

    Trasa była wymagająca – miasto, autostrada, góry. Startowaliśmy z 93% baterii i zasięgiem pokazującym 490 km. Po ponad 200 kilometrach pozostało 46%. Realny wynik? Bardzo solidne 15,5–18,6 kWh/100 km, choć przy cięższej nodze potrafi dojść do 25–26. To wciąż świetny rezultat, biorąc pod uwagę teren i fakt, że testowe tempo było dalekie od eco-drivingu.

    Wersja, którą jeździliśmy, to wariant Standard z akumulatorem 68,8 kWh (LFP) i mocą 258 KM. Realny zasięg w tych warunkach to okolice 400 kilometrów – wynik bardzo dobry. Szybkie ładowanie do 165 kW pozwala doładować się od 10 do 80% w nieco ponad 20 minut.


    Małe japońskie dziwactwa

    Nie byłoby Mazdy bez kilku elementów, które powodują lekkie uniesienie brwi. Zacznijmy od przycisków – a raczej ich braku. Szukałem świateł awaryjnych dobrych kilka minut, zanim odkryłem, że są… nad lusterkiem. Wycieraczki? To osobny temat. Nieintuicyjny interfejs i fakt, że na moim egzemplarzu przypisano ich obsługę do programowalnych przycisków na kierownicy, sprawiły, że pierwsze krople deszczu stały się przygodą. Ale może to część „treningu uważności”, który Mazda podświadomie praktykuje?

    Reszta działa jak należy. Infotainment z 14,6-calowym ekranem jest szybki, logiczny, zintegrowany z CarPlay i Android Auto, a wbudowana nawigacja wygląda jak Google Maps, choć nią nie jest. I tak, audio od Sony – pierwszy raz w historii Mazdy. Gra czysto, dynamicznie, z odrobiną japońskiej precyzji.


    Fotele, które chcą cię poznać

    Mazda od lat przykłada wagę do ergonomii – i w 6e to widać. Fotele są wygodne, świetnie trzymają, a ich kształt z wbudowanym zagłówkiem i „dziurą” z tyłu wygląda designersko. Brakuje jedynie wysuwanego podparcia pod udami, co w długiej trasie mogłoby się przydać. Pozycja za kierownicą jest wzorowa – naturalna, sportowa, ale nie wymuszona.

    Z tyłu przestrzeni jest wystarczająco, choć przy moim wzroście 191 cm dach zaczynał lekko „dotykać”. Bagażnik 466 litrów i dodatkowy frunk (72 litry) wystarczą na rodzinny wyjazd do Andaluzji.

    Kodo, Ma, Komorebi – czyli japońska poezja w metalu

    Mazda nie kopiuje trendów. Nie próbuje być Teslą ani Mercedesem EQ. 6e to samochód dla tych, którzy doceniają subtelność, a nie pokaz.

    Kodo – „Dusza Ruchu” – oznacza, że nawet stojący samochód ma wyglądać, jakby był w ruchu.
    Ma – to przestrzeń, w której nic nie jest przypadkowe.
    Kaicho – to harmonia faktur i materiałów.
    Komorebi – to gra światła i cienia, jak w japońskim ogrodzie.

    W 6e te idee widać w każdym detalu: w refleksach miedzi na lakierze, w miękkim świetle ambientowym, w cichej pracy zawieszenia, która tłumi nierówności jak dobry haiku tłumi nadmiar słów.


    Podsumowanie: spokój w erze napięcia

    Elektryfikacja zwykle kojarzy się z technologicznym napięciem, z rywalizacją na waty, zasięgi i sprinty do setki. Mazda 6e proponuje coś zupełnie innego — spokój. To samochód, który nie próbuje cię zaskoczyć, tylko z tobą współpracować.

    Po całym dniu jazd po Andaluzji miałem poczucie, że to auto nie tylko dobrze się prowadzi, ale też dobrze się z nim było. Jak z dobrym towarzyszem podróży, który nie przeszkadza, tylko daje przestrzeń, by patrzeć na świat.

    Kiedy wracaliśmy do miasta, słońce zachodziło nad Alhambrą. Czerwone mury odbijały się w błyszczącej masce Mazdy 6e, a ja pomyślałem, że jest w tym coś symbolicznego – spotkanie dwóch kultur, dwóch epok. Dawnej Andaluzji i nowej Japonii. Ciszy kamienia i ciszy elektrycznego napędu.

    I choć Alhambra trwa od setek lat, mam wrażenie, że Mazda 6e ma w sobie podobną cechę – ponadczasowy spokój.

    #EV #Grenada #Mazda #Mazda6e #pierwszeJazdy #test

  21. Mazda 6e – cisza w cieniu Alhambry

    Grenada. Miasto, które wygląda jakby ktoś rozsypał na zboczu Sierra Nevady garść piasku, a potem postanowił wyrzeźbić w nim historię świata. Nad wszystkim czuwa Alhambra – czerwona twierdza, która od wieków przypomina o czasach, gdy kultura arabska i chrześcijańska spotykały się tu nie tylko na polach bitew, ale i w sztuce, architekturze i codziennym życiu. To właśnie stąd, z Andaluzji pachnącej pomarańczami i kurzem, wyruszamy na pierwsze jazdy nową, elektryczną Mazdą 6e.

    Nie jest to kolejny eksperyment z dopiskiem „EV”. Mazda 6e, produkowana w chińskiej fabryce Changan Mazda, to w pełni elektryczny hatchback, który wprowadza markę w nową epokę — i robi to z typową dla Japończyków elegancją, bez histerii i bez pośpiechu.

    Pod czerwoną gliną Alhambry

    Zanim jeszcze przekręciłem selektor jazdy (bo kluczyka już dawno nie ma), zdążyłem pomyśleć, że to auto jest dokładnie takie jak Grenada: nowoczesne, ale przesiąknięte historią. Stylistyka Kodo – Dusza Ruchu nie jest już tylko hasłem z katalogu. Gdy patrzysz na smukłą sylwetkę 6e w kolorze Melting Copper, miedzianym jak dachy Alhambry o zachodzie słońca, naprawdę czujesz, że projektanci chcieli opowiedzieć historię. Linia boczna przypomina muskularne coupe, a jednocześnie zachowuje funkcjonalność pięciodrzwiowego hatchbacka.

    Wnętrze to inny świat – japoński minimalizm z nutą europejskiego luksusu. Testowana wersja Takumi Plus pachniała skórą Nappa w ciepłym, brązowym odcieniu, a zamszowe wstawki na drzwiach i desce rozdzielczej dodawały miękkości. Mazda mówi o filozofii ma – harmonii przestrzeni i światła – oraz kaicho, czyli łączeniu różnych faktur w jedną spójną całość. I to tu działa. Wnętrze nie jest przeładowane – raczej wyciszone, skupione. Wrażenie potęguje panoramiczny dach – w zależności od wersji dzielony (z roletami) lub w całości, jakby projektanci bali się przerywać kontakt z andaluzyjskim niebem.

    Z Grenady na serpentyny

    200 kilometrów. Zaczynamy w samym sercu miasta, mijając kawiarnie pełne studentów i turystów wspinających się w stronę Albaicínu. Wąskie uliczki Grenady potrafią wystraszyć nawet małe auta, a 6e ma prawie pięć metrów długości. Na szczęście układ kierowniczy i kamera 360° robią robotę — w tym aucie manewrowanie jest łatwiejsze niż w niejednym crossoverze.

    Potem autostrada. Tu Mazda pokazuje inną stronę – ciszę. Dosłownie. Pomiar wewnątrz kabiny pokazał 59 dB, co w praktyce oznacza dźwięk tła gdzieś pomiędzy cichą rozmową a szumem biblioteki. Dla porównania – w spalinowym CX-80, którym jechaliśmy z lotniska, było 65 dB. Różnica może brzmieć jak nic, ale w praktyce to przepaść – tu naprawdę można rozmawiać szeptem.

    Wreszcie góry. Serpentyny pod Sierra Nevadą, asfalt wijący się jak pędzel kaligrafa. I tu pojawia się magia Jinba-Ittai – jedności konia i jeźdźca. Mazda od lat mówi o tej filozofii, ale dopiero w elektryku widać, że to nie slogan. Samochód reaguje natychmiast, naturalnie, jakby odczytywał intencje. Prowadzi się… po „mazdycznemu”. Wbrew temu, co można by pomyśleć, 6e nie czuje się jak ciężki EV. Napęd na tył i rozkład masy 47:53 robią swoje. Każdy zakręt jest płynny, przewidywalny, a auto zdaje się nie tyle skręcać, co tańczyć po drodze.


    Zużycie i rzeczywistość

    Trasa była wymagająca – miasto, autostrada, góry. Startowaliśmy z 93% baterii i zasięgiem pokazującym 490 km. Po ponad 200 kilometrach pozostało 46%. Realny wynik? Bardzo solidne 15,5–18,6 kWh/100 km, choć przy cięższej nodze potrafi dojść do 25–26. To wciąż świetny rezultat, biorąc pod uwagę teren i fakt, że testowe tempo było dalekie od eco-drivingu.

    Wersja, którą jeździliśmy, to wariant Standard z akumulatorem 68,8 kWh (LFP) i mocą 258 KM. Realny zasięg w tych warunkach to okolice 400 kilometrów – wynik bardzo dobry. Szybkie ładowanie do 165 kW pozwala doładować się od 10 do 80% w nieco ponad 20 minut.


    Małe japońskie dziwactwa

    Nie byłoby Mazdy bez kilku elementów, które powodują lekkie uniesienie brwi. Zacznijmy od przycisków – a raczej ich braku. Szukałem świateł awaryjnych dobrych kilka minut, zanim odkryłem, że są… nad lusterkiem. Wycieraczki? To osobny temat. Nieintuicyjny interfejs i fakt, że na moim egzemplarzu przypisano ich obsługę do programowalnych przycisków na kierownicy, sprawiły, że pierwsze krople deszczu stały się przygodą. Ale może to część „treningu uważności”, który Mazda podświadomie praktykuje?

    Reszta działa jak należy. Infotainment z 14,6-calowym ekranem jest szybki, logiczny, zintegrowany z CarPlay i Android Auto, a wbudowana nawigacja wygląda jak Google Maps, choć nią nie jest. I tak, audio od Sony – pierwszy raz w historii Mazdy. Gra czysto, dynamicznie, z odrobiną japońskiej precyzji.


    Fotele, które chcą cię poznać

    Mazda od lat przykłada wagę do ergonomii – i w 6e to widać. Fotele są wygodne, świetnie trzymają, a ich kształt z wbudowanym zagłówkiem i „dziurą” z tyłu wygląda designersko. Brakuje jedynie wysuwanego podparcia pod udami, co w długiej trasie mogłoby się przydać. Pozycja za kierownicą jest wzorowa – naturalna, sportowa, ale nie wymuszona.

    Z tyłu przestrzeni jest wystarczająco, choć przy moim wzroście 191 cm dach zaczynał lekko „dotykać”. Bagażnik 466 litrów i dodatkowy frunk (72 litry) wystarczą na rodzinny wyjazd do Andaluzji.

    Kodo, Ma, Komorebi – czyli japońska poezja w metalu

    Mazda nie kopiuje trendów. Nie próbuje być Teslą ani Mercedesem EQ. 6e to samochód dla tych, którzy doceniają subtelność, a nie pokaz.

    Kodo – „Dusza Ruchu” – oznacza, że nawet stojący samochód ma wyglądać, jakby był w ruchu.
    Ma – to przestrzeń, w której nic nie jest przypadkowe.
    Kaicho – to harmonia faktur i materiałów.
    Komorebi – to gra światła i cienia, jak w japońskim ogrodzie.

    W 6e te idee widać w każdym detalu: w refleksach miedzi na lakierze, w miękkim świetle ambientowym, w cichej pracy zawieszenia, która tłumi nierówności jak dobry haiku tłumi nadmiar słów.


    Podsumowanie: spokój w erze napięcia

    Elektryfikacja zwykle kojarzy się z technologicznym napięciem, z rywalizacją na waty, zasięgi i sprinty do setki. Mazda 6e proponuje coś zupełnie innego — spokój. To samochód, który nie próbuje cię zaskoczyć, tylko z tobą współpracować.

    Po całym dniu jazd po Andaluzji miałem poczucie, że to auto nie tylko dobrze się prowadzi, ale też dobrze się z nim było. Jak z dobrym towarzyszem podróży, który nie przeszkadza, tylko daje przestrzeń, by patrzeć na świat.

    Kiedy wracaliśmy do miasta, słońce zachodziło nad Alhambrą. Czerwone mury odbijały się w błyszczącej masce Mazdy 6e, a ja pomyślałem, że jest w tym coś symbolicznego – spotkanie dwóch kultur, dwóch epok. Dawnej Andaluzji i nowej Japonii. Ciszy kamienia i ciszy elektrycznego napędu.

    I choć Alhambra trwa od setek lat, mam wrażenie, że Mazda 6e ma w sobie podobną cechę – ponadczasowy spokój.

    #EV #Grenada #Mazda #Mazda6e #pierwszeJazdy #test

  22. #ARRM został nagrany w MAQ Records pod okiem Haldora Grunberga (#Thaw). „Udało nam się nagrać cały album na żywo w ciągu jednego weekendu” – mówi Artur Rumiński. „Zanim weszliśmy do studia, mieliśmy dwie wersje demo, ale zostały one porzucone na rzecz nowszych. Gdybym miał znaleźć wspólny mianownik dla tych pięciu utworów, wskazałbym na oczywisty brak pośpiechu, który pozwolił nam skupić się na konkretnych dźwiękach”.

    ARRM 🎶 arrm.bandcamp.com/album/s-t

    Koncert 5.12 📣 hyperfollow.com/arrm5122025

  23. #ARRM został nagrany w MAQ Records pod okiem Haldora Grunberga (#Thaw). „Udało nam się nagrać cały album na żywo w ciągu jednego weekendu” – mówi Artur Rumiński. „Zanim weszliśmy do studia, mieliśmy dwie wersje demo, ale zostały one porzucone na rzecz nowszych. Gdybym miał znaleźć wspólny mianownik dla tych pięciu utworów, wskazałbym na oczywisty brak pośpiechu, który pozwolił nam skupić się na konkretnych dźwiękach”.

    ARRM 🎶 arrm.bandcamp.com/album/s-t

    Koncert 5.12 📣 hyperfollow.com/arrm5122025

  24. #ARRM został nagrany w MAQ Records pod okiem Haldora Grunberga (#Thaw). „Udało nam się nagrać cały album na żywo w ciągu jednego weekendu” – mówi Artur Rumiński. „Zanim weszliśmy do studia, mieliśmy dwie wersje demo, ale zostały one porzucone na rzecz nowszych. Gdybym miał znaleźć wspólny mianownik dla tych pięciu utworów, wskazałbym na oczywisty brak pośpiechu, który pozwolił nam skupić się na konkretnych dźwiękach”.

    ARRM 🎶 arrm.bandcamp.com/album/s-t

    Koncert 5.12 📣 hyperfollow.com/arrm5122025

  25. #ARRM został nagrany w MAQ Records pod okiem Haldora Grunberga (#Thaw). „Udało nam się nagrać cały album na żywo w ciągu jednego weekendu” – mówi Artur Rumiński. „Zanim weszliśmy do studia, mieliśmy dwie wersje demo, ale zostały one porzucone na rzecz nowszych. Gdybym miał znaleźć wspólny mianownik dla tych pięciu utworów, wskazałbym na oczywisty brak pośpiechu, który pozwolił nam skupić się na konkretnych dźwiękach”.

    ARRM 🎶 arrm.bandcamp.com/album/s-t

    Koncert 5.12 📣 hyperfollow.com/arrm5122025

  26. #ARRM został nagrany w MAQ Records pod okiem Haldora Grunberga (#Thaw). „Udało nam się nagrać cały album na żywo w ciągu jednego weekendu” – mówi Artur Rumiński. „Zanim weszliśmy do studia, mieliśmy dwie wersje demo, ale zostały one porzucone na rzecz nowszych. Gdybym miał znaleźć wspólny mianownik dla tych pięciu utworów, wskazałbym na oczywisty brak pośpiechu, który pozwolił nam skupić się na konkretnych dźwiękach”.

    ARRM 🎶 arrm.bandcamp.com/album/s-t

    Koncert 5.12 📣 hyperfollow.com/arrm5122025

  27. Żyję w poszyciu starych drzew
    Nie wiedząc, że istnieje Maszyna i Rozum.
    Poznaję byt łosia po śladach nawozu,
    Zabijam ryby, w wodzie płuczę krew.
    Patrzę, jak jastrząb pustoszy gniazda
    I zdradza wydry szlak jezioro
    I wiem, gdy kładę wzrok na gwiazdach,
    Że nie są tylko mchem ognistych grud –

    Więc wierzę w cud
    I prawdę proroctw.

    Do ognia kulę się co wieczór
    Mamrocząc zmyślone w pośpiechu modlitwy.
    Boję się mroku i zgiełku gonitwy –
    Mało jest rzeczy, których bym nie przeczuł.
    Jestem – to starczy, by istniał świat,
    Wróżę ciśniętą w płomień korą
    I widzę w sobie Szał i Ład,
    Jak w lustrze ognia widzę Żar i Chłód –

    Więc wierzę w cud
    I prawdę proroctw.

    Ludzie są źli – znam dobrych paru.
    Nie zabiją orła, by mieć pióropusze,
    A Rasie Zwycięzców nie zajrzeć im w dusze.
    Bóg ich kocha – Człowieka – nie Ludzkość czy Naród.
    Gadzim rozumem rządzi trwoga,
    A w strudze słońca, letnią porą
    Na trawą wyściełanych drogach
    Nie kładzie śladów ich spokojny chód –

    Więc wierzę w cud
    I prawdę proroctw

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem

    #Kaczmarski

  28. Zwierzasz się AI? Twoje sekrety mogły trafić do Google. Wielka wpadka OpenAI

    OpenAI, twórca popularnego chatbota ChatGPT, stanęła w obliczu poważnego kryzysu wizerunkowego po tym, jak prywatne i często bardzo osobiste rozmowy użytkowników zostały odnalezione w wynikach wyszukiwania Google.

    Po fali krytyki firma w pośpiechu wycofała kontrowersyjną funkcję i rozpoczęła usuwanie zaindeksowanych czatów z sieci. Sprawę jako pierwszy nagłośnił serwis Fast Company, który poinformował o tysiącach rozmów z ChatGPT widocznych publicznie w wyszukiwarce Google. Problem wynikał z funkcji udostępniania czatów. Użytkownicy, chcąc podzielić się linkiem do rozmowy, mogli nieświadomie zaznaczyć pole opatrzone etykietą „Uczyń ten czat wykrywalnym”. Dopisek mniejszym, jaśniejszym drukiem, informujący o możliwym pojawieniu się treści w wyszukiwarkach, dla wielu okazał się niewystarczająco czytelny.

    W rezultacie w sieci znalazły się niezwykle wrażliwe dane. Użytkownicy, sądząc, że prowadzą prywatną konwersację, opisywali swoje problemy ze zdrowiem psychicznym, życie intymne, zażywanie narkotyków czy traumatyczne doświadczenia. Chociaż czaty nie zawierały bezpośrednich informacji identyfikujących, ich wysoka szczegółowość mogła pozwolić na powiązanie ich z konkretnymi osobami.

    Początkowo OpenAI broniło się, twierdząc, że oznaczenia funkcji były „wystarczająco jasne”. Jednak pod rosnącą presją, dyrektor ds. bezpieczeństwa informacji, Dane Stuckey, przyznał, że opcja ta stwarzała „zbyt wiele okazji do przypadkowego udostępnienia rzeczy, których nie zamierzali” udostępniać użytkownicy. Nazwał całą funkcję „krótkotrwałym eksperymentem”. Google z kolei zdystansowało się od problemu, wskazując, że to wydawcy stron – w tym przypadku OpenAI – mają pełną kontrolę nad tym, co jest indeksowane w sieci.

    Incydent ten spotkał się z ostrą krytyką ekspertów. Carissa Véliz, etyczka AI z Uniwersytetu Oksfordzkiego, stwierdziła, że jest „zszokowana” całą sytuacją i oceniła, że firmy technologiczne często traktują ogół społeczeństwa jak „króliki doświadczalne”. Wpadka jest tym bardziej dotkliwa, że OpenAI walczy obecnie w sądzie przeciwko nakazowi trwałego przechowywania wszystkich usuniętych czatów użytkowników, co budzi dodatkowe obawy o prywatność.

    Koniec Siri, jaką znamy? Apple może wymienić jej mózg na technologię OpenAI lub Anthropic

    #AI #Bezpieczeństwo #ChatGPT #daneOsobowe #Google #news #OpenAI #prywatność #sztucznaInteligencja #wyciekDanych

  29. ❗🎶 Nějaká muzika v Chotěmicích by se do konce prázdnin ještě mohla stihnout!

    Je to poblíž obce Deštná mezi J. Hradcem a Táborem.
    Volná kapacita a vstupenky na webu
    vesnickyhudebniklub.cz/

    *Já mám teda zálusk na J. Hrubého, L. Pospíšila a Buty.*
    Třeba se tam nahmatáme. 😉
    #JizniCechy

  30. ❗🎶 Nějaká muzika v Chotěmicích by se do konce prázdnin ještě mohla stihnout!

    Je to poblíž obce Deštná mezi J. Hradcem a Táborem.
    Volná kapacita a vstupenky na webu
    vesnickyhudebniklub.cz/

    *Já mám teda zálusk na J. Hrubého, L. Pospíšila a Buty.*
    Třeba se tam nahmatáme. 😉
    #JizniCechy