home.social

#kaczmarski — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #kaczmarski, aggregated by home.social.

fetched live
  1. Ogromna sala, ściany z luster
    Posadzka w ornamenty lśniące
    Lecz lustra są oślepłe, puste,
    Podłogi śliskie i gorące.

    Z boku dworzanie szaro sprytni,
    W środku – wyniośle złoci stają,
    Przy drzwiach – przychylnie aksamitni
    Na uchylenie ich czekają.

    Za drzwiami, gdy się już rozstąpią,
    Dwór znajdzie władcę, a zarazem
    Ujrzy jak w cieniu tronu kąpie
    Się smutny i samotny błazen.

    On wie, że razi jego czerwień
    Wśród subtelniejszych barw stokrotnie,
    Lecz z pleców szaty swej nie zerwie –
    Dlatego będzie żył samotnie.
    On wie, że razi jego czerwień,
    Że dla nich kolor to okrutny.
    Ludzie nie zbliżą się do niego –
    Dlatego właśnie taki smutny.

    A zęby, które próchno zżera,
    Co niegdyś celnie tak kąsały,
    O ileż bardziej chętnie teraz
    Dukata twardość by sprawdzały

    Lecz jeszcze tkwi wzdłuż jego ciała
    Kolczasta kręgosłupa gałąź,
    Co nieraz już go powstrzymywała,
    Gdy chciał się przed kimś ugiąć w pałąk.

    Więc wie, że razi jego czerwień
    Wśród subtelniejszych barw stokrotnie,
    Lecz z pleców szaty swej nie zerwie –
    Dlatego będzie żył samotnie.
    On wie, że razi jego czerwień,
    Że dla nich kolor to okrutny.
    Ludzie nie zbliżają się do niego –
    Dlatego właśnie taki smutny.

    I wtedy, gdy już błaznem nie jest,
    Gdy wejdzie szary między ludzi –
    Czerwień postaci z dala grzeje,
    Odosobnienie jego budzi.

    Sen o uczuciu się nie ziści,
    Samotny będzie do starości,
    Czy z przyczyn ludzkiej nienawiści,
    Czy też szacunku, czy zazdrości.

    Zniósłby on tych co go przeklęli
    Za jedną przyjaźń czy kochanie…
    Lecz nawet dla swych wielbicieli
    Na zawsze błaznem pozostanie.

    Bo onieśmiela jego czerwień
    Wśród barw co bledsze są stokrotnie,
    Lecz z pleców szaty swej nie zerwie –
    Dlatego będzie żył samotnie.
    Bo onieśmiela czerwień jego,
    Los jego wzniosły i okrutny.
    Ludzie nie zbliżą się do niego –
    Dlatego właśnie taki smutny…

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  2. Już północ na niebie wybiła
    I w mieście na wszystkich ulicach
    Pogłębia się wspomnień siła
    Ujęta w poświatę księżyca
    W świetle zielonych latarni
    Tętnią pamięci dzwony,
    Żółtym uschniętym geranium
    Potrząsa człowiek szalony

    Półtorej godziny po północy
    Latarni szept tajemny
    Ogarnia czasu moce
    Zawarte w ulicy ciemnej
    Patrz na te blaski życia
    Świecące przez usta kobiety
    Stojącej w bramy ukryciu
    Kryjącej życia szkielety
    Patrz na jej skośne spojrzenie
    Obłudne i śliskie jak haczyk
    Jak niespełnione nadzieje,
    Jak śmiech gdy świat cały płacze.

    Pamięć jak wulkan czasu
    Gałęzie myśli wypluwa
    Konary skręcone z hałasu
    Czyści, gładzi zesuwa.
    Jak biało-różowe kości
    Dymiące przyszłości swądem
    Parzące kipielą białości
    Przez ciało zżarte trądem,
    Patrz na fabryki mury
    Skrwawione naroślą rdzawą,
    Ręce wzniesione do góry
    Zdrapuję z nich rdzę plugawą.

    Noc jest ciężka i parna
    Noc minionego wieku
    Popatrz jak nocą kot czarny
    Zasypia w załomie ścieku.
    By ujrzeć w tej nocy twarze
    Wystarczy nędzy hasło.
    Kot trądem ulicę zaraża
    Zlizując zjełczałe masło.
    I oczy ciekawej ulicy
    Pełne szaleństwa mdłości
    Wwiercają się w cień okiennicy
    W barierę sennych szarości.

    Księżyc utracił pamięć
    Ospa mu twarz przeorała
    Jesienna, błotnista zamieć
    Różę żyjącą złamała.
    Doszedł do drzwi pod numerem
    Klucz pod słomianką jak zwykle
    Gdy człowiek okaże się zerem
    Wspomnienia zostawia przykre.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  3. Jeszcze się nie zaczął siedemnasty wiek,
    Jeszcze w sprawach wiary bałagan panuje:
    W mocy wciąż warszawski dokument, co rzekł,
    By z Bogiem mógł każdy obcować – jak czuje.

    Ale już w powietrzu nowy zapach czuć.
    Święta wiara cierpi! Cóż po dokumentach!
    Zbór psów luterańskich podpaliła młódź,
    Gonią protestantów krakowskie chłopięta!

    Monarcha-katolik łunę w oknie widzi.
    Dokument, krzyk bitych – płat popiołu w dymie.
    Nie staną na drodze Niemce ani Żydzi
    Polskiej racji stanu opartej na Rzymie!

    Kilka lat minęło. Już hultajstwo wie
    Kogo bić bezkarnie wolno w swoim kraju.
    Czasem klasztor szlachcie zdobyć zdarzy się
    By niewiastę porwać – prawo obyczaju.

    Ale kto odmówi przysięgi na Krzyż,
    Albo Trójcy Świętej jak trzeba nie chwali –
    Tego ty, Polaku, w imię boże zniszcz,
    Wyrwij język, poćwiartuj, a duszę ocalisz.

    Monarcha – katolik podpisze pergamin:
    Wielki plan wymaga jedności Polaków,
    Czymże dla nich jakiś Kalwin, czy Arianin –
    Rzym, Uppsala, Moskwa w grę wchodzi – nie Kraków.

    Moskwa – już niedługo. Moskwę u wrót,
    Z głodu – katolicki zjada się garnizon.
    Uppsalę oddala dynastyczny głód,
    W Rzymie nie tak chętnie już Zygmunta widzą.

    Wiary Świętej mieczem nie zaniósł na wschód,
    Łupy zwiózł ze wschodu do nowej stolicy;
    Ale zapamiętał Azjata ten but,
    I przestrzegł przed Polską w swojej cyrylicy.

    Monarcha – katolik od wieków już w trumnie.
    Nie zdołał na ołtarz rzymskiej wstąpić łaski,
    Lecz z mieczem i krzyżem stoi na kolumnie,
    Którą wzniósł – dla zasług – wdzięczny lud warszawski.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  4. Długośmy na ten dzień czekali
    Z nadzieją niecierpliwą w duszy,
    Kiedy bez słów Towarzysz Stalin
    Na mapie fajką strzałki ruszy.

    Krzyk jeden pomknął wzdłuż granicy
    I zanim zmilkł, zagrzmiały działa –
    To w bój z szybkością nawałnicy
    Armia Czerwona wyruszała.

    – A cóż to za historia nowa? –
    Zdumiona spyta Europa.
    – Jak to? To chłopcy Mołotowa
    I sojusznicy Ribbentropa.

    Zwycięstw się szlak ich serią znaczy,
    Sztandar wolności okrył chwałą;
    Głowami polskich posiadaczy
    Brukują Ukrainę całą.

    Pada Podole, w hołdach Wołyń,
    Lud pieśnią wita ustrój nowy,
    Płoną majątki i kościoły
    I Chrystus – z kulą w tyle głowy.

    Nad polem bitwy dłonie wzniosą
    We wspólną pięść, co dech zapiera –
    Nieprzeliczone dzieci Soso,
    Niezwyciężony miot Hitlera.

    Już starty z map wersalski bękart,
    Już wolny Żyd i Białorusin,
    Już nigdy więcej polska ręka
    Ich do niczego nie przymusi.

    Nową im wolność głosi „Prawda”,
    Świat cały wieść obiega w lot,
    Że jeden odtąd łączy sztandar
    Gwiazdę, sierp, hakenkreuz i młot.

    Tych dni historia nie zapomni,
    Gdy stary ląd w zdumieniu zastygł
    I święcić będą nam potomni
    Po pierwszym września – siedemnasty.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem #Kaczmarski

  5. Leżę przed wami wydany na wasz wzrok,
    Bezbronny nędzarz, nieruchomy bramin
    I patrzę jaszczurczymi powiekami
    Na siedem cieni dokoła moich zwłok,
    Na ruchy błahe, łapczywy gest i krok,
    Ciał obleczonych w sukno z wyłogami.

    Nawet nie nagi, bo wszak nieżywy już
    Wabię źrenice wzdętym, żabim brzuchem.
    Wszystko wyniosłym we mnie jest bezruchem,
    Kiedy przedramię otwiera ostry nóż
    Cięciwę mięśnia naciągając wzdłuż,
    Choć dawno wystrzelona – strzała ducha.

    Stoją nade mną – Zdziwienie
    Trwoga, Ciekawość, Odraza,
    Tryumf życia przez okamgnienie,
    Zobojętnienie i Wstręt.
    W pragnieniach drżąc i zakazach
    W niezrozumiałych wyrazach
    Uzasadniają istnienie
    Włosów, paznokci i pięt.

    Sekcję prowadzą świadomi kalectw swych,
    Ze mnie chcą wziąć, czego szukają w sobie,
    Bo się nie mogę bronić. Nic nie zrobię
    Żeby obnażyć ich straszny ból i blichtr,
    Choć widzę własny wizerunek w nich
    I oni wszyscy w mojej są osobie.

    Jednak coś mają, czego już nie mam ja:
    (Co jednocześnie karmi i połyka)
    – Instynkty grzeszne, wiarę fanatyka
    W nerwów orkiestrę, która we krwi gra
    Jak długo okiem żałosna włada łza –
    Ostatnia satysfakcja nieboszczyka.

    Niech chylą nade mną się – Pycha,
    Chciwość, Nieczyste Ciągoty,
    Zazdrość, co ledwo oddycha
    Od braku Umiaru i Cnót;
    Niech Gniew w zbędne wciąga kłopoty,
    Lenistwo tłumi ochoty –
    Ja – tkanka krucha i licha
    Już nie wiem, co Żądza i Głód.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  6. Gdyś rodził się jak każdy z nas
    Na matki twarz cień upadł.
    Wiedziała, choć podniosłeś wrzask,
    Że porodziła trupa.

    Gdyś jadł i rósł, nabierał sił
    W przeklętej życia wiośnie,
    To ojciec twój już wiedział był,
    Że tylko trup tak rośnie.

    Gdyś już o własnych siłach stał
    Na twojej ziemi – grobie
    Jużeś tam wokół siebie miał
    Trupów podobnych sobie.

    Tę partię trupów, by krew pić
    Z dnia na dzień jąłeś mnożyć,
    Bo trup nie może żywym być,
    A żywy trupem – może.

    I już nie wiedział świat – kto trup,
    Kto żywy, bo uparty,
    Nie wiedział świat, że kopiesz grób,
    Co wciąż ma być otwarty.

    Ale my wiemy, czym się czuć,
    Jak walczyć z trupim jadem.
    I wszystkie swoje armie rzuć,
    A żywym nie dasz rady!

    Balsamy gromadź bogactw łup
    Co trupy twe nakradły.
    Tyś tylko trup! Po stokroć trup!
    I psy cię będą jadły!

    I uradują matkę twą
    Zlizując ślad po tobie.
    A nawet, jeśliś zabił ją
    Odżyje na twym grobie!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  7. Szczęśliwi, nie szukamy Boga.
    Dla nas jest tylko udziałowcem
    Kantoru, który prosperuje;
    Niech chroni nasze drzwi i okna
    Od dżumy i religii obcej,
    Co każdy zysk dewaluuje.

    A będzie miał na swoją chwałę
    Fundusze reprezentacyjne;
    Pasterze Jego będą syci.
    Niech nam wybaczy grzechy małe,
    Za wielkie niechaj skruchę przyjmie,
    Bośmy bankierzy, a nie mnisi.

    W skrzyniach mamy skarpety,
    A w skarpetach monety
    Co się mnożą w monetach oczu.
    Serca kusi ochota
    By skorzystać ze złota,
    Lecz niech toczy się, niech innych toczy…

    Jesteśmy wszak pośrednikami
    Między zamiarem a stworzeniem,
    Umożliwiamy czyn podjęty;
    Nie dziw, że się zabezpieczamy,
    Bo czymże jest doczesne mienie,
    Jak nie nadzieją na procenty?

    On nas rozumie – Bogacz Biały
    Inwestujący stale w niebyt –
    Kapitał w imię wyższej racji;
    Ładnie by księgi wyglądały
    Gdybyśmy chcieli ściągnąć kredyt
    Od Jego dzieła pankreacji…

    On bankrutem jest boskim.
    Nie posiada ni wioski,
    Z której mógłby się czysto wyliczyć.
    Ale Jego agenci
    Wiedzą jak się świat kręci
    I jak wszystko zapłacić – niczym.

    Oby na zawsze miejsce znaleźć
    Pomiędzy wiarą a rozumem,
    Między ideą a towarem;
    Bezpieczne to nie bywa wcale
    W interes włożyć myśl i dumę,
    By zamiast zysku – ponieść karę.

    Dlatego mamy dwa oblicza:
    Metali chłód, krwi żywej trwogę,
    (Chaosu Jego weksle – w skrzyni).
    I to jest cała tajemnica:
    Szczęśliwi – nie szukamy Boga,
    Lecz wiemy, co On nam jest winien.

    Już Go mamy! Sakralny,
    Ale niewypłacalny!
    Kryzys pożarł gwarancję i sumę!
    A On zsyła anioła
    I śmiertelny pot z czoła
    Wycieramy.

    Jak błędny rachunek…

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  8. Raz na wysepce obleganej
    Żywiołkiem wrogich mórz
    Panował z świtką swą – tyranek
    Nad milionkami dusz.

    W więzionkach czasik narodkowi
    Z dzionka na dzionek płynął,
    Tyranek zaś się wił i głowił
    Jak władzkę mieć – nie ginąc.

    Wysepka nikła z wszystkich stronek
    W żarłocznych oceankach.
    Nie było komu wziąć w obronę
    Wysepki ni tyranka.

    Wreszcie wypuścił zza krateczek
    Ludku rezerwki krzepkie:
    Dla dóbrka dziatek i mateczek –
    Ratujcie nam wysepkę!

    Wolnostka ta im dała siłkę,
    A że poglądki mieli prędkie,
    Z rozsądnej wólki ich za chwilkę
    Tyranek został prezydentkiem.

    Wysepce nadal morza grożą
    I wolne gryzą się bestyjki –
    Jeden tyranek ma ostrożną
    Nadziejkę przejść do historyjki.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  9. Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
    Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
    Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
    Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?

    Że przetrawieni krzywdą – powstaną
    Skruszą się ci, co na niej wyrośli;
    Że można żrącą szyderstwa pianą
    Otworzyć oczy sprawiedliwości?
    Że pierwsza miłość będzie jedyną,
    Że dobre chęci brukują – niebo,
    Że woda może zmienić się w wino,
    Kamień nie musi mylić się z chlebem?

    Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
    Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
    Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
    Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?

    Że młodość w życiu się nie rozmyje,
    Życie nie będzie tylko więdnięciem,
    Że umrze pięknie – co pięknie żyje
    I że po śmierci przetrwa w pamięci?
    – Że można jasno dostrzec w ciemności
    Co złe – co dobre, co pył – co diament;
    Odrzucić pierwsze, drugie ugościć
    W sercu, gdzie włada ład – a nie zamęt?

    By żyć – nie żywiąc ławic pętaków
    I nadaremno nie wzywać nieba –
    Trzeba wciąż żywić nadzieję jakąś,
    Wbrew sobie – sobą żywić ją trzeba.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  10. (...)
    Niejaki Rejtan, zresztą poseł z Nowogrodu,
    Co w jakiś sposób jego krok tłumaczy mi,
    Z szaleństwem w oczach wszerz wyciągnął się na progu
    I nie chciał puścić posłów w uchylone drzwi.

    Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze,
    Polacy – czuły naród – dali nabrać się:
    Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,
    Inni zdobyli się na litościwą łzę.

    Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić!
    Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,
    Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy,
    Evidemment, nie było mu to wszystko w smak.

    Ponińskij wezwał straż – to łajdak jakich mało,
    Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go,
    Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą,
    Szczęsnyj-Potockij był zupełnie comme il faut.

    I tylko jeden szlachcic stary wyszedł z sali,
    Przewrócił krzesło i rozsypał monet stos,
    A co dziwniejsze, jak mi potem powiadali,
    To też Potockij! (Ale całkiem autre chose).

    Tak à propos, jedna z dwóch dam mi przydzielonych
    Z niesmakiem odwróciła się wołając – Fu!
    Niech ekscelencja spojrzy jaki owłosiony!
    (Co było zresztą szczerą prawdą, entre nous).

    Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa.
    Autorytetu władza nie ma tu za grosz,
    I bez gwarancji nadal dwór ten finansować
    To może znaczyć dla nas zbyt wysoki koszt.

    Tuż obok loży, gdzie wśród dam zająłem miejsce,
    Szaleniec jakiś (niezamożny, sądząc z szat)
    Trójbarwną wstążkę w czapce wzniósł i szablę w pięści –
    Zachodnich myśli wpływu niewątpliwy ślad!

    Tak, przy okazji – portret Waszej Wysokości
    Tam wisi, gdzie powiesić poleciłem go,
    Lecz z zachowania tam obecnych można wnosić,
    Że się nie cieszy wcale należytą czcią.

    Król, przykro mówić, też nie umiał się zachować,
    Choć nadal jest lojalny, mogę stwierdzić to;
    Wszystko, co mógł – to ręce do kieszeni schować,
    Kiedy ten mnisi lis Kołłątaj judził go.

    W tym zamieszaniu spadły pisma i układy.
    – Zdrajcy! – krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.
    Polityk przecież w ogóle nie zna słowa „zdrada”,
    A politycznych obyczajów trzeba strzec.
    (...)

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  11. Z krzyżowych wypraw przywożą herezje
    Z zamorskich rejsów – szkorbut i syfilis
    Na ból istnienia wdychają poezję
    Kiedy przerasta ich to co odkryli

    Budują miasta na pobojowiskach
    W pobojowiska zamieniają miasta
    Każda im gwiazda Zwiastowaniem błyska
    I byle rafa okręty roztrzaska

    Gloria…

    Strażnika ognia uwiedzie Pandora
    I świętokradztwo pomszczą faraoni
    Rozpaczą dzisiaj co nadzieją wczoraj
    Nie jest wymysłem klątwa, co skarb chroni

    Sporządzą serum z jadu każdej żmii
    A z główki maku truciznę wycisną
    Z czaszek pradziadów amulet na szyi
    A w głowach – tajfun bezsennych umysłów

    Gloria…

    Zniszczą – odtworzą, zbudują – połamią
    Żadne się na nich nie znajdzie lekarstwo
    Gdy skrzydła światła przypną już do ramion –
    Poniosą w kosmos genialne bestialstwo

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  12. Pytasz co u mnie, jak leci.
    No cóż, wszystko po staremu –
    Żona zbrzydła, podrosły dzieci,
    Człowiek wrasta w tkankę systemu.

    Było trochę gwałtu i krzyku,
    Ale wszystko minęło, ucichło
    Nałogowcy znów na odwyku,
    Lecz tym razem wyjdą nie rychło.

    Jeszcze czasem coś się zakręci,
    Ale to już zabawa niczyja.
    Kiedy mniej możliwości niż chęci,
    Zawsze tak się byłym odbija.

    Pisuj rzadziej i nie na ten adres,
    Dla mnie ważne choć tobie to zwisa,
    Jeśli musisz mieć w sobie tę zadrę,
    To – nie będę mógł zawsze odpisać.

    W końcu żyjesz na innej planecie,
    Nie rozumiesz już, co jest grane.
    Przyślij buty na zimę dla dzieci
    I lekarstwo na serce dla mamy.

    Wczoraj w knajpie na Rakowieckiej
    Mówił komuś ktoś – głowę dam,
    Że umarła w Związku Radzieckim
    Nadieżda, jakaś tam.

    KGB jej trupa zabrało,
    Nie wie nikt jaki ukrył go rów.
    Tak mnie jakoś się przypomniało.
    To na razie. Cześć. Bywaj zdrów.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  13. W mrocznym wigwamie, ćmiąc fajkę pokoju,
    Co jarzy się w ciemności słabiutkim ognikiem,
    W milczeniu z powagą i wzniosłym spokojem
    Siedzi rada wodzów czerwonych wojowników.
    Ich twarze kamienne, ich wzrok wbity w górę
    Kędy zsyła natchnienie czerwony Manitou;
    Więc gdy usta otworzą, zeschnięte na wióry,
    Mowa ich jest wzniosła, pełna wielkich słów.

    Ach, bo problem się nowy przed nimi pojawił!
    Jak powstrzymać inwazję wstrętnych Bladych Twarzy?
    Minął czas, gdy się w bojach z Białymi wykrwawił
    Lud czerwony, co wolność nad wszystko postawił.
    Lecz niestety – wodzowie nie tacy jak wprzódy;
    Własną ręką cięciwy nie napnie z nich nikt.
    W swoim wielkim wigwamie, w pół-śnie jawy i złudy,
    Dogorywa półślepy wódz Siedzący Byk.

    Młodzi wojownicy nie chcą pióropuszy,
    Ciągnie ich tętniące życie bladych twarzy
    I niejeden odrzuca bez skrupułów w duszy,
    Ideały którymi go przeszłość obdarza.
    I są święta totemy i pale męczarni,
    Gdzie zdrajców narodu czeka wodza knut.
    Wódz nie widzi, lub nie chce widzieć, jak bezkarnie
    Ginie w rezerwacie jego dzielny lud.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  14. Czemu wiatr na szczytach wyniosłych wciąż wyje?
    Czemu las tonem głębokim wciąż szumi?
    Czemu sosen wyniosłych rozpalone szyje
    W blasku złotych ogni mrok ochłodą tłumi?

    Czemu śmierć przerywa wciąż cykle powstania?
    Czemu, by istnienie miało szanse bycia
    Musi zabić inne? Czemu blask kochania
    Nie ma prawa wiecznego i pięknego życia?

    Gdy dzień w aureoli jutrzenki się budzi
    Cóż przyniesie ten świt w blasku rannej zorzy?
    Czy poprawi los pokrzywdzonych ludzi?
    Czy tęsknotę moją choć na chwilę zmorzy?

    Gdy spotykam Ciebie, codziennie tę samą
    Czy czas dla nas wtedy już nie ma imienia?
    Czy też uczucie gorącego kochania
    Rozjaśnia nam świadomość naszego istnienia?

    Dlaczego widząc innych tak pięknie szczęśliwych
    Nie znajduję sobie dogodniejszej drogi?
    Czemu mgły niepewnej, oczy tuman siwy
    Me przesłania i żre mnie dymem swej pożogi?

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  15. Mój pies nie lubi psów
    A ja nie lubię ludzi
    Woń zadów, jazgot słów
    Obu nas szczerze nudzi

    Czasami ktoś się zbliży
    Upewnić się czym pachnę
    I pies mój go poliże
    I ja ogonem machnę.
    A ów w słabiznę mi
    Swój nos bezczelnie wtyka
    I tylko po to, by
    Z pogardą się odsikać.
    Więc odchodzimy w dal
    Nie dbając o ogładę
    Brodząc z połyskiem fal
    Za swoim własnym śladem.

    Mój pies nie lubi psów
    A ja nie lubię ludzi
    Woń zadów, jazgot słów
    Obu nas szczerze nudzi

    Czasem, jak pomylony
    Pędzi za którąś z suczek –
    Ja miałem już dwie żony
    I starczy nam nauczek.
    Więc go do wody – buch!
    Wrzucam wśród fal rozprysków,
    Wprawiamy łapy w ruch
    I radość bije z pysków.
    Potem w słonecznym śnie
    Sierść nam paruje słono,
    Więc otrząsamy się
    Od nosów do ogonów.

    Mój pies nie lubi psów
    A ja nie lubię ludzi
    Woń zadów, jazgot słów
    Obu nas szczerze nudzi

    Siadamy na krawędzi
    Wpatrzeni w morski majak,
    Ja drapię się – gdzie swędzi –
    On liże się po jajach.
    Mieszamy tak dzień w dzień
    Te piesko-ludzkie światy,
    Wdychamy przestrzeń lśnień
    Rzucamy sobie patyk.
    Mną szczęsny skowyt łka:
    Jak pięknie bez człowieka!
    Jak pięknie jest bez psa!
    Zgodnie mój pies zaszczeka.

    I aż nas zmierzch ostudzi
    Siedzimy tak we dwóch –
    Bo on nie lubi ludzi,
    A ja – nie lubię psów…

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  16. Pieśń podniosła, łup wspaniały!
    „Witaj Anglio, matko śmiałych!”.
    Nie spać, dziwki! Róż na twarze!
    Idą wasi marynarze!

    Ku chwale Anglii schniemy na dzikich antypodach,
    Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach.
    Za trudy dla ojczyzny należy się nagroda!
    Więc chcemy rzygać piwem! Kołysać się na ciałach!

    Gdy byłam jeszcze młoda, najlepsza w kurwim fachu,
    To powrót chłopców z morza za wielkie miałam święto.
    Dziś moi kochankowie w podmorskim leżą piachu –
    Dębowe, dumne dzioby butwieją ich okrętom!

    Kiedyście odpływali, mnie jeszcze tu nie było.
    Wracacie jak po swoje, kołysać się i stękać!
    A mnie się, nowicjuszce, namiętna marzy miłość
    I rozkosz, którą jeszcze nazajutrz się pamięta!

    Wyrzygujemy trzewia w zdziczałych mórz otchłanie,
    Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach.
    Angielskiej dziwki tyłek – jedyna nam nagroda!
    Więc chcemy rzygać piwem, kołysać się na ciałach!

    Kto wie, w zatoki jakie zawiodły was kompasy,
    Gdzie w barbarzyńskich rytmach czarne się tyłki trzęsą.
    A teraz zasolone stęskniły się kutasy
    I proszą się o zwykłe, angielskie białe mięso!

    Widziałaś bohatera? Ten szwendał się po świecie
    I każdą dziurę w desce zatykał na okręcie.
    Nie tęsknią tu za tobą kochanki ani dzieci,
    Gdy znikąd się tu zjawisz na schlanie i na rżnięcie!

    Ku chwale Anglii schniemy na dzikich antypodach,
    Fujary jak ogórki marynujemy w szkwałach.
    Za trudy dla ojczyzny należy się nagroda!
    Więc chcemy rzygać piwem! Kołysać się na ciałach!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  17. Niepotrzebna jest do tego żadna filozofia,
    Żeby wiedzieć, że stworzenia akt – wymaga ofiar.
    Cóż dopiero, gdy się tworzy nowe świata zręby,
    Kiedy składa się ofiary i popełnia błędy.
    By się jednak sprawiedliwość spełniła dziejowa,
    Czas ofiary błędów – z czasem – zrehabilitować.
    Tym, co wieku pół już w grobach – odpoczynek wieczny;
    Długa lista ofiar czeka na Sąd Ostateczny.

    Komunista, by się dostać na wspomnianą listę –
    Musiał być zabity przez innego komunistę.

    Grona mędrców komunizmu po nocach się pocą,
    Kto zasłużył na wskrzeszenie, a jeśli – to po co?
    Kto się jeszcze przydać może, bo już chodzą słuchy,
    Że marksiści potajemnie – wywołują duchy.
    Jeden odpadł, bo przed światem prawdy się nie schowa:
    Nie zamordowanoby go – to sam by mordował.
    Inny też się nie nadaje, choć objęty czystką,
    Gdyby żył – to jeszcze gorzej działoby się wszystko.

    Niechby się inaczej zgięła historii sprężyna,
    A rehabilitowalibyśmy dziś – Stalina.

    Jednak dobrze jest pokazać raz całemu światu,
    Że omyłki mogą się przydarzyć nawet katu.
    I że kocha swe ubite potomstwo Ojczyzna
    I potrafi – choć po latach – do błędów się przyznać.
    Więc z powagą mówią, wznosząc stos zbutwiałych liści:
    Jacy by z nich byli dzisiaj dobrzy komuniści!
    Materializm historyczny na nowość się wybił
    Udowadnia naukowo – co by było, gdyby…

    Powie ktoś, że w tej balladzie intencja nieczysta…
    Jam po prostu jest rusofil-antykomunista.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  18. Za chwilę start wielkiego biegu za miliony.
    – Więc doczekałem się nareszcie swego dnia!
    Chrypną głośniki: Czarny Koń, dżokej w czerwonym!
    – To dżokej mój, a Czarny Koń – to właśnie ja!
    Nie na mnie skierowane publiczności oczy,
    Na mnie nie stawiał nikt, pisano o mnie źle,
    Ale ja wiem, że mogę gnać, co koń wyskoczy
    I że zwycięstwo jest pisane właśnie mnie!

    Start! Tunel toru za barierą się otwiera,
    Do przodu rwę, wiatr z oczu mi wyciska łzy,
    Dżokej w strzemionach staje, chłoszcze jak cholera!
    Na czarnej sierści rosną pierwsze pręgi krwi!
    Sam wiem, jak biec! Kopyta szarpią ruń na bruzdy,
    Przeszkody tnę – jedna po drugiej – od niechcenia!
    Ach, jak bym biegł! – Tylko bez siodła i bez uzdy,
    Co chcą powstrzymać mnie od mego przeznaczenia!

    Co mnie obchodzą publiczności dzikie wrzaski?!
    Co mnie obchodzi dżokej mój – czerwony karzeł?!
    Ja tu dla siebie biegnę, nie z niczyjej łaski,
    I – co potrafię – zaraz wszystkim wam pokażę!
    Znikają z obu stron chorągwie, twarze, godła,
    Ja czuję tor i tylko tor i kopyt takt,
    Więc jeden ruch! – i wylatuje dżokej z siodła
    I z pyska znika mi wędzidła słony smak!

    Pędzę co sił, cóż dla mnie dyskwalifikacja –
    Przegrywa stajnia, dżokej, widz – ale nie ja!
    Nikt nie zagrozi mi – to dla mnie ta owacja,
    Lecz meta nie jest końcem biegu – ani dnia!
    Więc dalej gnam, nie wiedząc – czy to ja, czy nie ja,
    O którym wrzeszczą, że oszalał! – ich to rzecz!
    Stać mnie na wszystko! – byle tylko bez dżokeja!
    I raz na zawsze – z siodłem, uzdą, pejczem – precz!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem

    #Kaczmarski

  19. Podwórko brudne, szare jest,
    A w kącie buda, w budzie pies.
    Szczeka na ludzi cały dzień,
    Szarpie swój łańcuch, nudzi się.

    Więc potem, w nocy, pan spuszcza Burka
    Z dwóch metrów łańcucha w pięć metrów podwórka.
    „Niech sobie biega sam w ciemnościach
    Żeby mu nie sztywniały kości”.

    Podwórko brudne, szare jest,
    A w kącie buda w budzie pies.
    Gdy jakiś obcy chce tam iść –
    Wolno nań warczeć, nie wolno gryźć.

    I tylko w nocy pan spuszcza Burka
    Z dwóch metrów łańcucha w pięć metrów podwórka.
    „Niech sobie biega sam w ciemnościach
    Niech gryzie pobielałe kości”.

    Podwórko brudne, szare jest,
    A w kącie buda, w budzie pies.
    By posłuszeństwo jego mieć –
    Raz na dzień pan mu daje żreć.

    A potem w nocy spuszcza Burka
    Z dwóch metrów łańcucha w pięć metrów podwórka.
    Czasem pogłaszcze go przed snem…
    Dobrze być podwórzowym psem!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem

    #Kaczmarski

  20. W bezokiennych korytarzach
    Śniedź na nieruchomych klamkach;
    W ciszy, co jak krzyk przeraża,
    Śpi Matka-Łubianka.

    Utraciła wszystkie dzieci –
    Więźniów, katów, dygnitarzy,
    Tylko gdzieś w kotłowni świeci
    Ogień w prostej twarzy.

    Pochylony nad płomieniem,
    Kaszląc, bo się komin zatkał,
    Lejtnant Wania ze skupieniem
    Pali tajne akta.

    Z dymem idą protokoły,
    Win dowody i wyroki,
    Nazwy Magadanów, Kołym –
    Cały kraj szeroki.

    W niebyt nieba przesłuchania
    Ulatują w jasnym żarze
    I uważać musi Wania,
    Żeby się nie sparzyć.

    Iskier beztroska feeria
    Dziarsko losy ludzkie pali;
    Ach, gdybyż to widział Beria!
    Gdybyż widział Stalin!

    Tyle pracy w dym i popiół,
    Tyle krwi i atramentu!
    Dobrze, Wania, żeś se popił,
    Żeby nie czuć wstrętu.

    Dłonie w sadzy drą z mozołem
    Skoroszyty i bruliony.
    Dobrze, Wania, że łyknąłeś,
    Bobyś był wzruszony.

    Jak kazali, to kazali,
    Ogień w oczach Wani błyska –
    Kiedy się historię spali,
    Karta będzie czysta.

    Czy to żal za gardło chwyta
    Oddanego swemu dziełu?
    Czy z Urzędu zrobią szpital,
    Czy może muzeum?

    Będą tu przyjmować gości
    Lub pacjentów w czystych łóżkach
    I zapomni o przeszłości
    Łubianka-Matuszka.

    W ciemnym niebie gwiazdy świecą,
    Mrok Matuszki duszę wymiótł.
    Wani łzy po twarzy lecą –
    Ale to – od dymu.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  21. Nad Wisłą gnieżdżą się nędzarze,
    W kościołach – dobroczynne tłumy.
    Arystokraci i bogacze
    Topią w wyścigach ciężkie sumy.
    Nikt nie wie, co naprawdę warte
    Poświęceń po powstańczym dziele –
    Rzeckiemu śni się Bonaparte,
    Wokulski kocha Izabelę.

    Niedożywieni i gruźliczy
    Studenci walczą błazenadą.
    Szlangbaum szlacheckie weksle liczy,
    Patrioci do Paryża jadą.
    Trzeba na jakąś stawiać kartę,
    Ale rozsądniej grać czy śmielej?
    Rzeckiemu śni się Bonaparte,
    Wokulski kocha Izabelę.

    Świat jest brzemienny w wynalazki,
    W metale od powietrza lżejsze.
    Polacy żyją z Bożej łaski
    Piastując myśli niedzisiejsze.
    W szaradzie ułożonej żartem
    Pogodnych wróżb nie widać wiele –
    Rzeckiemu śni się Bonaparte,
    Wokulski kocha Izabelę.

    Na zyski apetyty rosną,
    Z pomysłów nie wychodzi żaden;
    Zyskowna spółka handlu z Rosją
    Wzięta za narodową zdradę.
    Artyście z Włoch o głosie zdartym
    Salon pod nogi zachwyt ściele –
    Rzeckiemu śni się Bonaparte,
    Wokulski kocha Izabelę.

    Prosty kolejarz nie chce pojąć,
    Że można z życiem chcieć się rozstać.
    Figurki w oknie sklepu stoją,
    Sklep zmienia pana, a świat – postać.
    W powietrze wylatuje zamek
    Stając się marzeń rozpadliną –
    Rzecki umiera weteranem,
    Wokulski – znika pod ruiną.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  22. Słońce wstaje, złocą się gnojówki,
    W rosy mgle ogródki i dachówki;
    Pies przeciąga się w nastroju pieskim,
    Pijak w rowie budzi się bez kieski.
    Galant oknem zgrabnie się wymyka,
    Dmucha w żar uczeń czarnoksiężnika.
    Szewc wystawia warsztat na podwórze
    Kroi nożem stopę w twardej skórze…

    Stuk – puk, stuk – puk
    Byleby biedy nie wpuścić za próg
    Zrobię wszystko, co będę mógł:
    Stuk – puk.

    Na zapleczu szynku huczą beczki,
    U rzeźnika pierwszy krzyk owieczki.
    Nad stolarnią dym z wczorajszych wiórów,
    W refektarzu ranna próba chóru.
    Chleba zapach bucha z drzwi piekarza,
    Po judaszach zorza się rozjarza,
    Widać z wieży jak w podmiejskie pola
    Idą żeńcy z sierpami u kolan.

    Siuch – ciach, siuch – ciach
    Byleby głodu nie groził strach
    Trud całodzienny to spokój w snach:
    Siuch – ciach.

    Wybiegają dzieci z bram podwórek
    Żeby pierwszą z kolan zedrzeć skórę.
    Stróż opędza od nich się zawzięcie,
    Sprząta rynek po wczorajszym święcie.
    Rynsztokami płynie złota piana,
    Złocą się owoce na straganach;
    Sznura skrzyp i jęk na wszystkie strony:
    To Dzień Boży – obwieszczają dzwony:

    Ding – dong, ding – dong
    Byleby żywych nie wypuścić z rąk
    Strasząc ich wizją piekielnych mąk:
    Ding – dong.

    Sąd się jawny zaczął na Ratuszu –
    Pokrzywdzonym i wykorzystanym
    Sprawiedliwość doda animuszu,
    Zadowoli wszystkie wolne stany.
    Po to przecież była rewolucja:
    Będzie wyrok, może egzekucja!
    Pysznie uczestniczyć w epopejach!
    Jest nadzieja dla nas! Jest nadzieja!

    Chrup – chrup, chrup – chrup
    Byle mieć komu wykopać grób,
    By się wśród żywych nie pętał trup –
    Chrup – chrup.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  23. On – kołtunny Minotaur,
    Ona – słodka i złota,
    Między nimi – ukośny miecz światła.
    On – pożąda i dyszy,
    Ona – śpi w dusznej ciszy
    (co tę scenę ustawia i gmatwa).

    Owa pościel zgnieciona,
    Rozrzucone ramiona…
    Czy coś stało się, czy coś się stanie?
    Te odruchy zwierzęce,
    Owłosione w nich ręce –
    Czy tworzenie tym samym, czym – branie?

    On – z krwawego jest mitu,
    Ona – z mgiełki niebytu,
    Gdy się złączą – o, wizja to wielka! –
    Mało kto zechce wierzyć
    Kto tu stoi i leży…
    Tylko malarz. I tylko modelka.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  24. Się okazuje, że na Kubie od dawna śpiewają Kaczmarskiego.

    #Kaczmarski

    youtube.com/watch?v=AuD0Bf6HYCM

  25. Klosz lampy rzuca cień na ścianę,
    I tnie ją światło z wnętrza klosza.
    Mur jest chropowaty, podrapany –
    Cegły o tynk usilnie proszą.
    Patrzę na światła obszar jasny –
    Do końca prosty, wyjaśniony –
    Patrzę na cienia mrok przepastny –
    Obiecujący mrok z zasłony.

    Czy patrzeć na to, co widoczne?
    Na ziarna oświetlonej cegły?
    Czy wpuszczać oczy w cienie mroczne,
    Co z lampy się pod sufit zbiegły?
    Czy wreszcie spojrzeć na żarówkę?
    Sprawczynię świetlno-mrocznych zdarzeń –
    Na bańkę szklaną jak makówka –
    Na drucik, co się w próżni żarzy.

    No i stoimy pod tą ścianą
    Nie wiedząc, co się z nami zdarzy –
    I w próżni naszych baniek szklanych
    Wciąż się niepewny drucik żarzy:
    Światło i cień po ścianie pływa –
    Gdzie my tam szara ich granica –
    Bo tu nas dróg widoczność wzywa,
    A tam znów – wabi tajemnica.

    Ta tajemniczość drażni, złości –
    Ten blask ambicję nam odbiera:
    Dlatego między – w tej szarości
    Najwięcej ludzi wciąż się zbiera.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  26. O wina flaszce tekturowej
    (O pojemności litrów – dziesięć
    Codziennie hojnej, co noc – nowej)
    Cały poemat pisać chce się.

    Ale – i ona ma narowy:
    Pasje, kryzysy, fascynacje –
    Gdy – z winy płochej białogłowy
    Przyjaciół precz odrzuca racje.

    Czułymi wspominają słowy,
    Gdy królem był Leopoldstrasse
    Przedstawicielki tej – połowy –
    Co sny rozkoszą syci nasze.

    Ale – niestety – wszystko mija,
    I nie jest to niczyja wina,
    Że choć od walk nie stroni – szyja –
    To, co zostanie, to – łysina.

    Cóż Mu zostało, gdy dziewice
    Nie doczekają wspólnych zabaw
    Tu karczek sarny? Tam winnice?
    Kot bez pazurków? Ślimak? Żaba?

    Nie powie wam, choć mówić lubi,
    Za niego więc powiedzmy raz:
    Bożego człeka nic nie zgubi,
    Bo Boży człowiek
    Lubi
    Jazz!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  27. Panował niegdyś dobry król
    Nad pięknym jasnym krajem.
    Nie nękał nikogo ni głód, ni chłód
    I zdawał się kraj ten rajem.
    Tirlititi tirlitutu
    I zdawał się kraj ten rajem.

    Lecz skończył się wkrótce piękny sen,
    Bo jak to bywa wśród ludzi
    Najlepszy nawet w świecie król
    Komuś się wreszcie znudzi.
    Tirlititi tirlitutu
    Komuś się wreszcie znudzi.

    Pogrzeb był piękny, szkoda słów!
    W dół trumnę spuszczono czule
    I nie minęło kilka lat
    Nikt nie pamiętał o królu.
    Tirlititi tirlitutu
    Nikt nie pamiętał o królu.

    Króla robaczki zaś zjadły wnet,
    Robaczki zaś żebrak wyszukał
    I złapał na nie rybki dwie,
    Które usmażył i schrupał.
    Tirlititi tirlitutu
    Po prostu usmażył i schrupał.

    A myśl w tej balladzie ukryta jest,
    A treść tej myśli jest taka:
    Że król czy dobry czy zły też jest –
    Przejść może przez kiszki żebraka.
    Tirlititi tirlitutu
    Przejść może przez kiszki żebraka.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem

    #Kaczmarski

  28. Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
    Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
    Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
    Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?

    Że przetrawieni krzywdą – powstaną
    Skruszą się ci, co na niej wyrośli;
    Że można żrącą szyderstwa pianą
    Otworzyć oczy sprawiedliwości?
    Że pierwsza miłość będzie jedyną,
    Że dobre chęci brukują – niebo,
    Że woda może zmienić się w wino,
    Kamień nie musi mylić się z chlebem?

    Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
    Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
    Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
    Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?

    Że młodość w życiu się nie rozmyje,
    Życie nie będzie tylko więdnięciem,
    Że umrze pięknie – co pięknie żyje
    I że po śmierci przetrwa w pamięci?
    – Że można jasno dostrzec w ciemności
    Co złe – co dobre, co pył – co diament;
    Odrzucić pierwsze, drugie ugościć
    W sercu, gdzie włada ład – a nie zamęt?

    By żyć – nie żywiąc ławic pętaków
    I nadaremno nie wzywać nieba –
    Trzeba wciąż żywić nadzieję jakąś,
    Wbrew sobie – sobą żywić ją trzeba.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  29. Nie trwóżcie się. Zostanie po nas
    Poetyka przeobrażona:
    Obraz epoki i jednostek
    Bez wątpliwości i słabostek.

    Nasi pisarze i malarze
    Dadzą nam wielomówne twarze,
    Dadzą nam gesty wyraziste,
    Niejasne tła, konteksty mgliste.

    Może nie będzie wśród nich wielu
    Szekspirów albo Rafaelów
    Ale wyrażą nasze czasy,
    A wyraz zbłądzi między masy.

    Więc z wrednych naszych namiętności
    Zostanie walka o wartości;
    Więc z naszych oszczerstw i kalumni
    Herosi się wyłonią dumni.

    Z naszej bezradnej paplaniny
    (Ciężkiej obrazy dla polszczyzny)
    Wywiodą myśli, sny i czyny
    Artyści w hołdzie dla ojczyzny.

    Artysty rolą – ująć całość:
    Czym wobec sztuki – czyjaś małość,
    Zawiści, zdzierstwa i kradzieże
    I credo trwogi: wiem, bo wierzę!

    Nie zna planeta barwy brudu
    I słów bez znaczeń nie zna księga:
    Chaos jest poprzednikiem cudu,
    A kompozycja to potęga.

    Dajmy artystom pięknie zwodzić
    O kłamstwie, gniewie i rozpaczy,
    A prawda o nas się narodzi,
    Która zrozumie – i wybaczy.

    Nie trwóżcie się, bo pojmą dzieci
    I klęski nasze i zwycięstwa
    Każde z nich własne życie skleci
    Powtórzy zbrodnie i szaleństwa.

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem

    #Kaczmarski

  30. Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku
    W oknach, bramach i przy studni, w kościele i w szynku.
    Straganiarzy, zakonników, błaznów i karzełków
    Roi się pstrokate mrowie, roi się wśród zgiełku.

    Praca stała się zabawą, a zabawa – pracą:
    Toczą się po ziemi kości, z kart się sypią wióry,
    Nic nie znaczy ten, kto nie gra, ci co grają – tracą
    Ale nie odróżnić w ciżbie który z nich jest który.

    W drzwiach świątyni na serwecie krzyże po trzy grosze,
    Rozgrzeszeni wysypują się bocznymi drzwiami.
    Klęczą jałmużnicy w prochu pomiędzy mnichami,
    Nie odróżnić, który święty, a który świętoszek.

    Oszalało miasto całe,
    Nie wie starzec ni wyrostek
    Czy to post jest karnawałem,
    Czy karnawał – postem!

    Dosiadł stulitrowej beczki kapral kawalarzy
    Kałdun – tarczą, hełmem – rechot na rozlanej twarzy.
    Zatknął na swej kopii upieczony łeb prosięcia,
    Będzie żarcie, będzie picie, będzie łup do wzięcia.

    Przeciw niemu – tron drewniany zaprzężony w księży,
    A na tronie wychudzony tkwi apostoł postu.
    Już przeprasza Pana Boga za to, że zwycięży,
    A do ręki zamiast kopii wziął Piotrowe Wiosło.

    Prześcigają się stronnicy w hasłach i modlitwach,
    Minstrel śpiewa jak to stanął brat przeciwko bratu.
    W przepełnionej karczmie gawiedź czeka rezultatu,
    Dziecko macha chorągiewką – będzie wielka bitwa.

    Oszalało miasto całe,
    Nie wie starzec ni wyrostek
    Czy to post jest karnawałem,
    Czy karnawał – postem!

    Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
    Widzę co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku.
    Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki,
    Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki.

    Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
    Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy.
    Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą:
    Dusza moja – pragnie postu, ciało – karnawału!

    Kaczmarski

    #dzieńzwierszem
    #Kaczmarski

  31. Penelopa narodów, jak pragnę podskoczyć. Kiedyś się nauczę wymierzać te oczka na drutach #kaczmarski #knitting

  32. Ta Terra Felix, Sarmatia warta
    Wiecznych podróży, pióra i lutni.
    Istnieje przecież – wsparta na barkach
    Bóstwa o rysach okrutnych.

    Jestem ze dwa pokolenia młodszy od powołanych w tekście "kaczmarofilów". Zdecydowanie nie jestem humanistycznym erudytą. A jednak Mury i część piosenek z czasu stanu wojennego były mocno formacyjne dla mnie i moich rówieśników.
    Potem była przerwa, bo jakoś mi Kaczmarski dźwięczał "kirindżowo" wtedy. Dopiero "Sarmatia" i "Dwie skały" spowodowały, że go zacząłem cenić, szczególnie jako jednego z mistrzów języka. Nigdy nie wpadłem w kult taki, jaki mi się przydarzył z Wysockim (300 piosenek na dysku, puszczane losowo i na okrągło przez kilka lat), ale do dzisiaj, męcząc się z jakimś tekstem, wzdycham do tej precyzji i ekspresji, jaką podpatrywałem u Kaczmarskiego.

    Powoli i niechętnie przyjmowałem do wiadomości, że te piękne kwiaty rosły na mierzwie i zgniliźnie. No, niby człowiek pamiętał Rilkego z jego demonami i aniołami. Ale to bardziej - w duchu romantycznym - było rozumiane jako cierpienia samego artysty. Sam, zmagający się (od pewnego wieku) z przekazem przemocowym, nie dopuszczałem myśli, że te demony także poetę mogły doprowadzać do rzucania meblami, wylewania furii na słabszych i szukania ukojenia w poczuciu władzy.

    A jednak. Komu więcej dano, od tego się także więcej wymaga. Żyję teraz z dysonansem, z którym jeszcze nie wiem, co zrobię. I nie jest to jedynie sprawa Kaczmarskiego. Nie śledzę mrocznych odkryć w tej materii, ale nie sposób przeoczyć choćby przypadku Gaimana. I nie sposób przypuszczać, że są to pojedyncze anomalie.

    Jak sobie z tym poradzić? Na pewno nie przez wyparcie, czy zabliźnianie ran błoną podłości. Zdecydowanie pora sobie powiedzieć, co z dziedzictwa tego czy owego mistrza biorę dla siebie, a co odrzucam. Co przyjmuję jako moje, a czemu się sprzeciwiam. I jasno to wyrazić. Czyż nie na tym polega dojrzewanie?

    Natomiast w przestrzeni wspólnej jest potrzeba sprawiedliwości restytutywnej. Oprócz jasnego uhonorowania osób skrzywdzonych - choćby poprzez odpowiednie noty w każdym wydaniu dzieła - w dzisiejszej zmonetyzowanej rzeczywistości należałoby tych, co ciągną zyski ze spuścizny opartej na krzywdzie skłonić, aby te zyski przeznaczyli na zadośćuczynienie - nie tylko bezpośrednim ofiarom, ale wszystkim im podobnym. Nie każdy winowajca był geniuszem, nie każdy pozostawił po sobie złotodajne prawa autorskie. Niech te profity służą innym, których gnębiciele nie wygrali na loterii sławy i bogactwa.

    Dopiero wtedy my - jednostki, społeczeństwo, ludzkość - będziemy mogli zacząć przepracowywać nasze bałwochwalstwo wobec tytanów wszelakich.

    #Kaczmarski #Gaiman #przemoc #krzywda #zadośćuczynienie #wolność #bałwochwalstwo

Share on Mastodon

Enter the server where you have an account.