The Saloniki
#trains #flashfiction
Lipiec. Lata 90-te.
Przybyłem z południa.
Tu też dawno nie padało, upał, że padam. Aż mi się japonek przykleił do Via Egnatia. Na stałe.
Thessaloníki jak akademiki – wszędzie pełno ludzi. Jedzą, piją, lulki palą.
Miasteczko studenckie pod postacią starożytnego miasta.
Ale ile można wypić icekawy i zimnego piwa w taki gorąc?
Wszystkie.
Dlatego czas ruszać dalej, na północ.
Dworzec kolejowy w czasach, kiedy tanich linii lotniczych nie było nawet w umysłach wizjonerów, jest południowych standardów.
Tor jeden, pociągi dwa – na południe (do Aten), i na północ (do Budapesztu).
W ramach rozkładu jazdy za szybą kasy kartka, odręcznie wypisana po grecku: „Βουδαπέστη, αναχώρηση στις 9 το βράδυ, άφιξη στις 6 το πρωί” to chyba będzie „Budapeszt - 21, przyjazd - 6 rano”?
Spoko. Upały na noc niezelżały, ale człowiek się prześpi, a już rano Węgry, północ, temperatury ciał w końcu 36,6.
Dotrwałem do odjazdu i zataczając się od nadmiaru witaminy D, naładowany słońcem jak chomik ciasteczkami, wsiadam.
A, no, jeszcze tylko butelka wody na drogę i sajonara.
Pojedziemy przez Bułgarię i Rumunię, więc nie ma się co dziwić, że pociąg do paryskich markizów nie należy.
To raczej odległy, żylasty, zahartowany życiem bałkański kuzyn-minimalista.
Przedziały? Bez drzwi.
Toalety? Na narciarza.
Wars? Najbliższy w Wars...sawie.
Tak,
Saloniki z nami nie pojadą.
Ok, nie w takich warunkach się jeździło, choć przyznaję – w aż takich to rzadko.
Ale czy się przejmuję?
Zaraz padam na fotel i do rana śpię. Jedna mała woda na drogę wystarczy, a rano – pörkölt, Tokaj, halászlé i leczo!
Kiedy ruszyliśmy, przez puste korytarze nadszedł przeklinający pod nosem UeSAńczyk.
– A co tak przeklinasz, bracie?
– Nienawidzę tego pociągu!
– Czemuż to?
– Bo nim tu przyjechałem?
– Ok, i co? Rano wysiadamy i po bólu.
– Ale jakie rano?
– No jutro rano.
– Ale jakie jutro rano?
...No debil, i czego nie rozumiesz...
– Patrz mi na usta: wyjazd 21, przyjazd 6, tak?
– Tak, tak, o 6, ale najwcześniej dwie noce później.