#gospodarka — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #gospodarka, aggregated by home.social.
-
https://www.europesays.com/pl/684490/ Ropa z Arabii Saudyjskiej odcięta po ataku dronów. Orlen o dostawach do Polski #arabia_saudyjska #BI_OMP_TST2 #bottomfeed_styl #dostawy #energetyka #gospodarka #omp #OMP_TST2 #orlen #PL #Poland #Polish #Polska #Polski #ropa #ropa_naftowa #screening_general #topbar #topbar_tst1
-
Krzemowa tarcza robi się coraz bardziej dziurawa
Tajwan przez lata straszył świat, że bez jego chipów gospodarka stanie. Teraz sam rozwozi fabryki po świecie i liczy, że to innych jeszcze bardziej zwiąże z wyspą. Trudno nie mieć wątpliwości co do tej logiki.
https://wp.me/p3fv0T-iwG #Tajwan #półprzewodniki #KrzemowaTarcza #TSMC #strategia #obrona #inwestycje #bezpieczeństwo #gospodarka #dyplomacja #POLECANE
-
Liniowość prognoz
Klasa polityczna powoli zaczyna ogarniać, że mamy kryzys demograficzny. Powoli i ociężale, więc recepty są nie dość, że mało skuteczne, to jeszcze niezbyt mądre. Morawiecki ze swoim „zwijaniem się”, wzorem reszty, chciał po prostu dawać kasę. Jest to o tyle irytujące, że ten wariant był już testowany i, mówiąc delikatnie, nie zadziałał – choć dla finansów rodziców był miły.
Darmowe żłobki i przedszkola pojawiają się dość powszechnie nawet u samorządowców. Nie dziwi to o tyle, że kurcząca się pula małych dzieci uwalnia mnóstwo miejsc w placówkach, co znacząco ułatwia wdrażanie tego typu rozwiązań. Tymczasem demografowie w mediach walą prognozami o 20-milionowej Polsce.
Błąd myślenia liniowego
Wszystko to wynika z dość powszechnej skłonności ludzkiego mózgu do myślenia w układach liniowych. Skoro populacja spadała w latach 2024 i 2025, to w 2026 też musi spadać. W rezultacie, gdy przeliczy się tempo tego spadku, nieuchronnie wychodzi armagedon. To oczywiście jedna z opcji, ale myślenie o demografii wyłącznie w kategorii dzietności jest jednowymiarowe i prowadzi na manowce.
Problem z demografią ma dla polskiego państwa trzy podstawowe wymiary.
Wymiar I: Materia i pokoleniowa wymiana zasobów
Pierwszym jest wspominane rodzenie dzieci i cały obszar, który się z tym łączy: mieszkania, żłobki, przedszkola czy szkoły. I tu pojawia się moment, w którym można łatwo wskazać, kiedy sfera materialna przestanie być aż tak dużym problemem.
Pokolenia schodzące na łono Abrahama (powojenny wyż), a w dalszej perspektywie przechodzący na emeryturę wyż lat 80., w naturalny sposób uzupełnią zasoby materialne. Wprowadzą na rynek ogromne ilości substancji mieszkaniowej – zarówno tej zajmowanej obecnie, jak i kupionej z myślą o emeryturze. Z kolei baza przedszkolno-żłobkowa rozbudowuje się na tyle silnie, że impuls urodzeniowy powinien w kolejnych latach wrócić do poziomów przedpandemicznych. Nie zrozumcie mnie źle — to nadal daleko od prostej zastępowalności pokoleń na poziomie 2,1 dziecka, ale nie jest to katastrofalne załamanie.
Wymiar II: Dziura pokoleniowa i legalna migracja
Drugi wymiar to sytuacja „tu i teraz”. Dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych lat, przez pierwsze 19–25 lat będą inwestycją — będą konsumować zasoby, zamiast je wytwarzać. Oznacza to konieczność zasypania luki pracowniczej.
Zgadnijcie, jak to zrobimy? Dokładnie tak, jak robi to już większość Europy Zachodniej (choć z otwartą przyłbicą mówią o tym chyba tylko Hiszpanie): masową i — co kluczowe — legalną imigracją.
Obecny problem polega na tym, że o mechanizmach obsługi tej migracji nie wolno ani mówić, ani pisać. Prawa strona odmawia przyjęcia imigracji do wiadomości (choć wizami handluje), a lewa chciałaby przyjąć wszystkich niczym dobra matka — mimo że dość jasne jest, iż migracja azylowa w obecnym systemie to droga donikąd. Na horyzoncie nie widać koniecznego porozumienia w kwestii akulturacji, nauki języka czy wymogów obywatelstwa — czyli wszystkiego tego, co powinno tworzyć przemyślaną politykę integracyjną.
Wymiar III: Zarządzanie tranzycją i automatyzacja
No i trzeci wymiar: zarządzanie kryzysem tranzycyjnym. Zanim ustabilizujemy populację i migrację, musimy zadbać o utrzymanie konkurencyjności gospodarki oraz wydolności systemów ochrony zdrowia i emerytur.
Z jednej strony oznacza to wprowadzenie na rynek pracy maksimum dostępnych zasobów (wyższe realne wieki przechodzenia na emeryturę, aktywizacja osób niepełnosprawnych i rencistów), z drugiej — rozwój techniczny w postaci automatyzacji i robotyzacji. Pamiętajmy, że duża część tych procesów już się dzieje, ponieważ wbrew obiegowej opinii wiele polskich firm doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji zmian w otoczeniu gospodarczym.
Świat nie działa w sposób liniowy
Podsumowując: kiedy tworzymy prognozy — czy to entuzjastycznego rozwoju AI, czy demograficznej katastrofy — warto pamiętać, że rzeczywistość rzadko działa w sposób liniowy, a raz zapoczątkowane procesy rzadko są nieodwracalne. Najczęściej mamy do czynienia z układem cyklicznym, który podlega okresowym zmianom.
Warto o tym pamiętać, czytając kolejne kasandryczne wizje. Co nie znaczy, że należy je ignorować. Każda taka prognoza powinna stanowić uwerturę do działań pozwalających zaadresować przyczyny i rozwiązywać problemy. Niestety, w naszych realiach najczęściej stanowi jedynie asumpt do kolejnej politycznej wojenki.
#demografia #gospodarka #migracja #Morawiecki #Polityka -
Liniowość prognoz
Klasa polityczna powoli zaczyna ogarniać, że mamy kryzys demograficzny. Powoli i ociężale, więc recepty są nie dość, że mało skuteczne, to jeszcze niezbyt mądre. Morawiecki ze swoim „zwijaniem się”, wzorem reszty, chciał po prostu dawać kasę. Jest to o tyle irytujące, że ten wariant był już testowany i, mówiąc delikatnie, nie zadziałał – choć dla finansów rodziców był miły.
Darmowe żłobki i przedszkola pojawiają się dość powszechnie nawet u samorządowców. Nie dziwi to o tyle, że kurcząca się pula małych dzieci uwalnia mnóstwo miejsc w placówkach, co znacząco ułatwia wdrażanie tego typu rozwiązań. Tymczasem demografowie w mediach walą prognozami o 20-milionowej Polsce.
Błąd myślenia liniowego
Wszystko to wynika z dość powszechnej skłonności ludzkiego mózgu do myślenia w układach liniowych. Skoro populacja spadała w latach 2024 i 2025, to w 2026 też musi spadać. W rezultacie, gdy przeliczy się tempo tego spadku, nieuchronnie wychodzi armagedon. To oczywiście jedna z opcji, ale myślenie o demografii wyłącznie w kategorii dzietności jest jednowymiarowe i prowadzi na manowce.
Problem z demografią ma dla polskiego państwa trzy podstawowe wymiary.
Wymiar I: Materia i pokoleniowa wymiana zasobów
Pierwszym jest wspominane rodzenie dzieci i cały obszar, który się z tym łączy: mieszkania, żłobki, przedszkola czy szkoły. I tu pojawia się moment, w którym można łatwo wskazać, kiedy sfera materialna przestanie być aż tak dużym problemem.
Pokolenia schodzące na łono Abrahama (powojenny wyż), a w dalszej perspektywie przechodzący na emeryturę wyż lat 80., w naturalny sposób uzupełnią zasoby materialne. Wprowadzą na rynek ogromne ilości substancji mieszkaniowej – zarówno tej zajmowanej obecnie, jak i kupionej z myślą o emeryturze. Z kolei baza przedszkolno-żłobkowa rozbudowuje się na tyle silnie, że impuls urodzeniowy powinien w kolejnych latach wrócić do poziomów przedpandemicznych. Nie zrozumcie mnie źle — to nadal daleko od prostej zastępowalności pokoleń na poziomie 2,1 dziecka, ale nie jest to katastrofalne załamanie.
Wymiar II: Dziura pokoleniowa i legalna migracja
Drugi wymiar to sytuacja „tu i teraz”. Dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych lat, przez pierwsze 19–25 lat będą inwestycją — będą konsumować zasoby, zamiast je wytwarzać. Oznacza to konieczność zasypania luki pracowniczej.
Zgadnijcie, jak to zrobimy? Dokładnie tak, jak robi to już większość Europy Zachodniej (choć z otwartą przyłbicą mówią o tym chyba tylko Hiszpanie): masową i — co kluczowe — legalną imigracją.
Obecny problem polega na tym, że o mechanizmach obsługi tej migracji nie wolno ani mówić, ani pisać. Prawa strona odmawia przyjęcia imigracji do wiadomości (choć wizami handluje), a lewa chciałaby przyjąć wszystkich niczym dobra matka — mimo że dość jasne jest, iż migracja azylowa w obecnym systemie to droga donikąd. Na horyzoncie nie widać koniecznego porozumienia w kwestii akulturacji, nauki języka czy wymogów obywatelstwa — czyli wszystkiego tego, co powinno tworzyć przemyślaną politykę integracyjną.
Wymiar III: Zarządzanie tranzycją i automatyzacja
No i trzeci wymiar: zarządzanie kryzysem tranzycyjnym. Zanim ustabilizujemy populację i migrację, musimy zadbać o utrzymanie konkurencyjności gospodarki oraz wydolności systemów ochrony zdrowia i emerytur.
Z jednej strony oznacza to wprowadzenie na rynek pracy maksimum dostępnych zasobów (wyższe realne wieki przechodzenia na emeryturę, aktywizacja osób niepełnosprawnych i rencistów), z drugiej — rozwój techniczny w postaci automatyzacji i robotyzacji. Pamiętajmy, że duża część tych procesów już się dzieje, ponieważ wbrew obiegowej opinii wiele polskich firm doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji zmian w otoczeniu gospodarczym.
Świat nie działa w sposób liniowy
Podsumowując: kiedy tworzymy prognozy — czy to entuzjastycznego rozwoju AI, czy demograficznej katastrofy — warto pamiętać, że rzeczywistość rzadko działa w sposób liniowy, a raz zapoczątkowane procesy rzadko są nieodwracalne. Najczęściej mamy do czynienia z układem cyklicznym, który podlega okresowym zmianom.
Warto o tym pamiętać, czytając kolejne kasandryczne wizje. Co nie znaczy, że należy je ignorować. Każda taka prognoza powinna stanowić uwerturę do działań pozwalających zaadresować przyczyny i rozwiązywać problemy. Niestety, w naszych realiach najczęściej stanowi jedynie asumpt do kolejnej politycznej wojenki.
#demografia #gospodarka #migracja #Morawiecki #Polityka -
Liniowość prognoz
Klasa polityczna powoli zaczyna ogarniać, że mamy kryzys demograficzny. Powoli i ociężale, więc recepty są nie dość, że mało skuteczne, to jeszcze niezbyt mądre. Morawiecki ze swoim „zwijaniem się”, wzorem reszty, chciał po prostu dawać kasę. Jest to o tyle irytujące, że ten wariant był już testowany i, mówiąc delikatnie, nie zadziałał – choć dla finansów rodziców był miły.
Darmowe żłobki i przedszkola pojawiają się dość powszechnie nawet u samorządowców. Nie dziwi to o tyle, że kurcząca się pula małych dzieci uwalnia mnóstwo miejsc w placówkach, co znacząco ułatwia wdrażanie tego typu rozwiązań. Tymczasem demografowie w mediach walą prognozami o 20-milionowej Polsce.
Błąd myślenia liniowego
Wszystko to wynika z dość powszechnej skłonności ludzkiego mózgu do myślenia w układach liniowych. Skoro populacja spadała w latach 2024 i 2025, to w 2026 też musi spadać. W rezultacie, gdy przeliczy się tempo tego spadku, nieuchronnie wychodzi armagedon. To oczywiście jedna z opcji, ale myślenie o demografii wyłącznie w kategorii dzietności jest jednowymiarowe i prowadzi na manowce.
Problem z demografią ma dla polskiego państwa trzy podstawowe wymiary.
Wymiar I: Materia i pokoleniowa wymiana zasobów
Pierwszym jest wspominane rodzenie dzieci i cały obszar, który się z tym łączy: mieszkania, żłobki, przedszkola czy szkoły. I tu pojawia się moment, w którym można łatwo wskazać, kiedy sfera materialna przestanie być aż tak dużym problemem.
Pokolenia schodzące na łono Abrahama (powojenny wyż), a w dalszej perspektywie przechodzący na emeryturę wyż lat 80., w naturalny sposób uzupełnią zasoby materialne. Wprowadzą na rynek ogromne ilości substancji mieszkaniowej – zarówno tej zajmowanej obecnie, jak i kupionej z myślą o emeryturze. Z kolei baza przedszkolno-żłobkowa rozbudowuje się na tyle silnie, że impuls urodzeniowy powinien w kolejnych latach wrócić do poziomów przedpandemicznych. Nie zrozumcie mnie źle — to nadal daleko od prostej zastępowalności pokoleń na poziomie 2,1 dziecka, ale nie jest to katastrofalne załamanie.
Wymiar II: Dziura pokoleniowa i legalna migracja
Drugi wymiar to sytuacja „tu i teraz”. Dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych lat, przez pierwsze 19–25 lat będą inwestycją — będą konsumować zasoby, zamiast je wytwarzać. Oznacza to konieczność zasypania luki pracowniczej.
Zgadnijcie, jak to zrobimy? Dokładnie tak, jak robi to już większość Europy Zachodniej (choć z otwartą przyłbicą mówią o tym chyba tylko Hiszpanie): masową i — co kluczowe — legalną imigracją.
Obecny problem polega na tym, że o mechanizmach obsługi tej migracji nie wolno ani mówić, ani pisać. Prawa strona odmawia przyjęcia imigracji do wiadomości (choć wizami handluje), a lewa chciałaby przyjąć wszystkich niczym dobra matka — mimo że dość jasne jest, iż migracja azylowa w obecnym systemie to droga donikąd. Na horyzoncie nie widać koniecznego porozumienia w kwestii akulturacji, nauki języka czy wymogów obywatelstwa — czyli wszystkiego tego, co powinno tworzyć przemyślaną politykę integracyjną.
Wymiar III: Zarządzanie tranzycją i automatyzacja
No i trzeci wymiar: zarządzanie kryzysem tranzycyjnym. Zanim ustabilizujemy populację i migrację, musimy zadbać o utrzymanie konkurencyjności gospodarki oraz wydolności systemów ochrony zdrowia i emerytur.
Z jednej strony oznacza to wprowadzenie na rynek pracy maksimum dostępnych zasobów (wyższe realne wieki przechodzenia na emeryturę, aktywizacja osób niepełnosprawnych i rencistów), z drugiej — rozwój techniczny w postaci automatyzacji i robotyzacji. Pamiętajmy, że duża część tych procesów już się dzieje, ponieważ wbrew obiegowej opinii wiele polskich firm doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji zmian w otoczeniu gospodarczym.
Świat nie działa w sposób liniowy
Podsumowując: kiedy tworzymy prognozy — czy to entuzjastycznego rozwoju AI, czy demograficznej katastrofy — warto pamiętać, że rzeczywistość rzadko działa w sposób liniowy, a raz zapoczątkowane procesy rzadko są nieodwracalne. Najczęściej mamy do czynienia z układem cyklicznym, który podlega okresowym zmianom.
Warto o tym pamiętać, czytając kolejne kasandryczne wizje. Co nie znaczy, że należy je ignorować. Każda taka prognoza powinna stanowić uwerturę do działań pozwalających zaadresować przyczyny i rozwiązywać problemy. Niestety, w naszych realiach najczęściej stanowi jedynie asumpt do kolejnej politycznej wojenki.
#demografia #gospodarka #migracja #Morawiecki #Polityka -
Liniowość prognoz
Klasa polityczna powoli zaczyna ogarniać, że mamy kryzys demograficzny. Powoli i ociężale, więc recepty są nie dość, że mało skuteczne, to jeszcze niezbyt mądre. Morawiecki ze swoim „zwijaniem się”, wzorem reszty, chciał po prostu dawać kasę. Jest to o tyle irytujące, że ten wariant był już testowany i, mówiąc delikatnie, nie zadziałał – choć dla finansów rodziców był miły.
Darmowe żłobki i przedszkola pojawiają się dość powszechnie nawet u samorządowców. Nie dziwi to o tyle, że kurcząca się pula małych dzieci uwalnia mnóstwo miejsc w placówkach, co znacząco ułatwia wdrażanie tego typu rozwiązań. Tymczasem demografowie w mediach walą prognozami o 20-milionowej Polsce.
Błąd myślenia liniowego
Wszystko to wynika z dość powszechnej skłonności ludzkiego mózgu do myślenia w układach liniowych. Skoro populacja spadała w latach 2024 i 2025, to w 2026 też musi spadać. W rezultacie, gdy przeliczy się tempo tego spadku, nieuchronnie wychodzi armagedon. To oczywiście jedna z opcji, ale myślenie o demografii wyłącznie w kategorii dzietności jest jednowymiarowe i prowadzi na manowce.
Problem z demografią ma dla polskiego państwa trzy podstawowe wymiary.
Wymiar I: Materia i pokoleniowa wymiana zasobów
Pierwszym jest wspominane rodzenie dzieci i cały obszar, który się z tym łączy: mieszkania, żłobki, przedszkola czy szkoły. I tu pojawia się moment, w którym można łatwo wskazać, kiedy sfera materialna przestanie być aż tak dużym problemem.
Pokolenia schodzące na łono Abrahama (powojenny wyż), a w dalszej perspektywie przechodzący na emeryturę wyż lat 80., w naturalny sposób uzupełnią zasoby materialne. Wprowadzą na rynek ogromne ilości substancji mieszkaniowej – zarówno tej zajmowanej obecnie, jak i kupionej z myślą o emeryturze. Z kolei baza przedszkolno-żłobkowa rozbudowuje się na tyle silnie, że impuls urodzeniowy powinien w kolejnych latach wrócić do poziomów przedpandemicznych. Nie zrozumcie mnie źle — to nadal daleko od prostej zastępowalności pokoleń na poziomie 2,1 dziecka, ale nie jest to katastrofalne załamanie.
Wymiar II: Dziura pokoleniowa i legalna migracja
Drugi wymiar to sytuacja „tu i teraz”. Dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych lat, przez pierwsze 19–25 lat będą inwestycją — będą konsumować zasoby, zamiast je wytwarzać. Oznacza to konieczność zasypania luki pracowniczej.
Zgadnijcie, jak to zrobimy? Dokładnie tak, jak robi to już większość Europy Zachodniej (choć z otwartą przyłbicą mówią o tym chyba tylko Hiszpanie): masową i — co kluczowe — legalną imigracją.
Obecny problem polega na tym, że o mechanizmach obsługi tej migracji nie wolno ani mówić, ani pisać. Prawa strona odmawia przyjęcia imigracji do wiadomości (choć wizami handluje), a lewa chciałaby przyjąć wszystkich niczym dobra matka — mimo że dość jasne jest, iż migracja azylowa w obecnym systemie to droga donikąd. Na horyzoncie nie widać koniecznego porozumienia w kwestii akulturacji, nauki języka czy wymogów obywatelstwa — czyli wszystkiego tego, co powinno tworzyć przemyślaną politykę integracyjną.
Wymiar III: Zarządzanie tranzycją i automatyzacja
No i trzeci wymiar: zarządzanie kryzysem tranzycyjnym. Zanim ustabilizujemy populację i migrację, musimy zadbać o utrzymanie konkurencyjności gospodarki oraz wydolności systemów ochrony zdrowia i emerytur.
Z jednej strony oznacza to wprowadzenie na rynek pracy maksimum dostępnych zasobów (wyższe realne wieki przechodzenia na emeryturę, aktywizacja osób niepełnosprawnych i rencistów), z drugiej — rozwój techniczny w postaci automatyzacji i robotyzacji. Pamiętajmy, że duża część tych procesów już się dzieje, ponieważ wbrew obiegowej opinii wiele polskich firm doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji zmian w otoczeniu gospodarczym.
Świat nie działa w sposób liniowy
Podsumowując: kiedy tworzymy prognozy — czy to entuzjastycznego rozwoju AI, czy demograficznej katastrofy — warto pamiętać, że rzeczywistość rzadko działa w sposób liniowy, a raz zapoczątkowane procesy rzadko są nieodwracalne. Najczęściej mamy do czynienia z układem cyklicznym, który podlega okresowym zmianom.
Warto o tym pamiętać, czytając kolejne kasandryczne wizje. Co nie znaczy, że należy je ignorować. Każda taka prognoza powinna stanowić uwerturę do działań pozwalających zaadresować przyczyny i rozwiązywać problemy. Niestety, w naszych realiach najczęściej stanowi jedynie asumpt do kolejnej politycznej wojenki.
#demografia #gospodarka #migracja #Morawiecki #Polityka -
Liniowość prognoz
Klasa polityczna powoli zaczyna ogarniać, że mamy kryzys demograficzny. Powoli i ociężale, więc recepty są nie dość, że mało skuteczne, to jeszcze niezbyt mądre. Morawiecki ze swoim „zwijaniem się”, wzorem reszty, chciał po prostu dawać kasę. Jest to o tyle irytujące, że ten wariant był już testowany i, mówiąc delikatnie, nie zadziałał – choć dla finansów rodziców był miły.
Darmowe żłobki i przedszkola pojawiają się dość powszechnie nawet u samorządowców. Nie dziwi to o tyle, że kurcząca się pula małych dzieci uwalnia mnóstwo miejsc w placówkach, co znacząco ułatwia wdrażanie tego typu rozwiązań. Tymczasem demografowie w mediach walą prognozami o 20-milionowej Polsce.
Błąd myślenia liniowego
Wszystko to wynika z dość powszechnej skłonności ludzkiego mózgu do myślenia w układach liniowych. Skoro populacja spadała w latach 2024 i 2025, to w 2026 też musi spadać. W rezultacie, gdy przeliczy się tempo tego spadku, nieuchronnie wychodzi armagedon. To oczywiście jedna z opcji, ale myślenie o demografii wyłącznie w kategorii dzietności jest jednowymiarowe i prowadzi na manowce.
Problem z demografią ma dla polskiego państwa trzy podstawowe wymiary.
Wymiar I: Materia i pokoleniowa wymiana zasobów
Pierwszym jest wspominane rodzenie dzieci i cały obszar, który się z tym łączy: mieszkania, żłobki, przedszkola czy szkoły. I tu pojawia się moment, w którym można łatwo wskazać, kiedy sfera materialna przestanie być aż tak dużym problemem.
Pokolenia schodzące na łono Abrahama (powojenny wyż), a w dalszej perspektywie przechodzący na emeryturę wyż lat 80., w naturalny sposób uzupełnią zasoby materialne. Wprowadzą na rynek ogromne ilości substancji mieszkaniowej – zarówno tej zajmowanej obecnie, jak i kupionej z myślą o emeryturze. Z kolei baza przedszkolno-żłobkowa rozbudowuje się na tyle silnie, że impuls urodzeniowy powinien w kolejnych latach wrócić do poziomów przedpandemicznych. Nie zrozumcie mnie źle — to nadal daleko od prostej zastępowalności pokoleń na poziomie 2,1 dziecka, ale nie jest to katastrofalne załamanie.
Wymiar II: Dziura pokoleniowa i legalna migracja
Drugi wymiar to sytuacja „tu i teraz”. Dzieci, które urodzą się w ciągu najbliższych lat, przez pierwsze 19–25 lat będą inwestycją — będą konsumować zasoby, zamiast je wytwarzać. Oznacza to konieczność zasypania luki pracowniczej.
Zgadnijcie, jak to zrobimy? Dokładnie tak, jak robi to już większość Europy Zachodniej (choć z otwartą przyłbicą mówią o tym chyba tylko Hiszpanie): masową i — co kluczowe — legalną imigracją.
Obecny problem polega na tym, że o mechanizmach obsługi tej migracji nie wolno ani mówić, ani pisać. Prawa strona odmawia przyjęcia imigracji do wiadomości (choć wizami handluje), a lewa chciałaby przyjąć wszystkich niczym dobra matka — mimo że dość jasne jest, iż migracja azylowa w obecnym systemie to droga donikąd. Na horyzoncie nie widać koniecznego porozumienia w kwestii akulturacji, nauki języka czy wymogów obywatelstwa — czyli wszystkiego tego, co powinno tworzyć przemyślaną politykę integracyjną.
Wymiar III: Zarządzanie tranzycją i automatyzacja
No i trzeci wymiar: zarządzanie kryzysem tranzycyjnym. Zanim ustabilizujemy populację i migrację, musimy zadbać o utrzymanie konkurencyjności gospodarki oraz wydolności systemów ochrony zdrowia i emerytur.
Z jednej strony oznacza to wprowadzenie na rynek pracy maksimum dostępnych zasobów (wyższe realne wieki przechodzenia na emeryturę, aktywizacja osób niepełnosprawnych i rencistów), z drugiej — rozwój techniczny w postaci automatyzacji i robotyzacji. Pamiętajmy, że duża część tych procesów już się dzieje, ponieważ wbrew obiegowej opinii wiele polskich firm doskonale zdaje sobie sprawę z konsekwencji zmian w otoczeniu gospodarczym.
Świat nie działa w sposób liniowy
Podsumowując: kiedy tworzymy prognozy — czy to entuzjastycznego rozwoju AI, czy demograficznej katastrofy — warto pamiętać, że rzeczywistość rzadko działa w sposób liniowy, a raz zapoczątkowane procesy rzadko są nieodwracalne. Najczęściej mamy do czynienia z układem cyklicznym, który podlega okresowym zmianom.
Warto o tym pamiętać, czytając kolejne kasandryczne wizje. Co nie znaczy, że należy je ignorować. Każda taka prognoza powinna stanowić uwerturę do działań pozwalających zaadresować przyczyny i rozwiązywać problemy. Niestety, w naszych realiach najczęściej stanowi jedynie asumpt do kolejnej politycznej wojenki.
#demografia #gospodarka #migracja #Morawiecki #Polityka -
Za dużo robotów, za mało roboty
Przywódcy ChRL odkrywają po raz enty stary problem chińskiej polityki przemysłowej, kiedy wszyscy wykonują polecenia zbyt gorliwie, trzeba zacząć ich powstrzymywać. Problem w tym, że w Pekinie mogą to zauważyć zazwyczaj, kiedy jest za późno.
https://wp.me/p3fv0T-iwo #Chiny #ChRL #roboty #robotyka #przemysł #gospodarka #rozwój #technologie #POLECANE
-
AfD: strach ma wielkie oczy?
Sukces neonazistowskiej (nie bójmy się tego głośno mówić) Alternatywy dla Niemiec w lokalnych wyborach w Saksonii-Anhalt nie był niespodziewany. Wobec postawy niemieckich elit owy sukces można wręcz określić jako nieuchronny po latach „wielkich koalicji” od prawa do lewa, które wywołały w Niemczech wrażenie braku realnego wyboru.
Krach tożsamości oparty na „made in Germany”
W tej sytuacji „alternatywa” staje się nią w rzeczywistości – zwłaszcza gdy Niemcy pogrążają się w kryzysie zarówno tożsamościowym, jak i gospodarczym. W powojennych Niemczech to właśnie sprawna gospodarka i marka „made in Germany” w dużej mierze zastępowały poczucie tożsamości narodowej.
AfD sprawnie identyfikuje niemieckie problemy, na czele z kompletną indolencją władz w kwestii masowej imigracji azylowej oraz wojny kulturowej. Oczywiście, jak to zwykle bywa w przypadku populistów, nie oznacza to wcale, że partyjni działacze mają jakiekolwiek skuteczne recepty. Jednak podobnie jak w przypadku polskiej Samoobrony, stała izolacja od władzy pozwala im skutecznie zajmować wygodną pozycję outsidera „na zewnątrz” systemu.
Populizm bez ekonomicznego pokrycia
Program AfD jest populistyczny w najbardziej klasyczny, przećwiczony sposób. Rozdawnictwo ma być sfinansowane z oszczędności uzyskanych po wydaleniu z kraju azylantów. Nie trzeba doktoratu z ekonomii, by stwierdzić, że te rachunki się nie zgadzają.
Jednak w kraju, w którym nagle ogłasza się, że w samym „świętym” Volkswagenie pracę straci 3000 osób, racjonalność już dawno wyleciała za okno. Niepokój wzbudza też prorosyjskość partii, ewidentnie posiadającej bliskie relacje z tamtejszym wywiadem. Choć, chcąc być uczciwym, podobne powiązania mają zarówno SPD, jak i Zieloni – niemiecka słabość do rosyjskich wpływów znana jest nie od dziś i nie stanowi szczególnego zaskoczenia.
Czy populizm da się ucywilizować?
Europa powoli dojrzewa do strategii „kontrolowanego wyburzania” populizmu. Wzorując się na doświadczeniach Grecji, Hiszpanii czy Włoch, można wskazać dwie drogi: kompromitację i dezintegrację ruchów radykalnych (jak w Grecji i Hiszpanii) albo ich ucywilizowanie (jak we Włoszech). Żadna z tych ścieżek nie doprowadziła do skrajnego eurosceptycyzmu. Co więcej, jedność populistów na drodze po władzę rzadko przetrwała pierwsze tygodnie jej sprawowania.
Czy więc AfD nie należy się bać? Aż tak daleko bym się nie posunął, ale pamiętajmy o kontekście międzynarodowym i lokalnym. Odmowa podjęcia problemu migracyjnego – zarówno we Francji, jak i w Niemczech – sprawia, że rośnie zapotrzebowanie na outsidera, który wprowadzi działania radykalne, na jakie establishment nie potrafi się zdobyć.
Inna sprawa, że rzeczywistych przyczyn problemów gospodarczych, czyli koszmarnie błędnej polityki Energiewende, nikt nawet nie próbuje ruszyć. Tymczasem ostatnie elektrownie atomowe Niemcy zamknęły 3 lata temu, energia pozostaje droga, konkurencyjność spada, a recept innych niż business as usual z Rosją wciąż nie widać.
Rachunek za zjednoczeniową kolonizację
Nie zapominajmy też o lokalnych przyczynach triumfu AfD: dekadach traktowania dawnego NRD jako terenów trzeciej kategorii, a mieszkańców tych ziem (Ossis) jako gorszych Niemców.
Dzisiejszy wynik wyborczy to dla dawnych Niemiec Zachodnich rachunek za brutalną politykę zjednoczeniową. Rachunek, który od dawna jest po terminie. Ani CDU/CSU, ani SPD nie potrafiły zrobić nic, aby mieszkańcom dawnego NRD przywrócić poczucie przynależności i godności. Skutki tego zaniedbania zobaczyliśmy przy urnach.
#emigracja #gospodarka #Niemcy #wybory -
1/6. Europa chce niezależności energetycznej. Ale czy ma z czego ją zbudować?
#Iran #gospodarka #handel #bezpieczeństwo #analiza #polityka #surowce #geopolityka #energia #ropa #Europa #problem #energetyka #rynek #dane #gaz #Polska #kryzys #wojna #system #UE #paliwo #ormuz #chiny
*główna grafika stworzona przy wsparciu narzędzi AI.
-
Korpogwardia w służbie rządu: studium porażki i wielkiego fakapu
Mignęła mi w mediach konferencja anonsująca nową pełnomocniczkę do spraw promocji marki Polska. Nazywała się owa pani Barbara Mróz-Gorgoń i jakoś tak nie wzbudziła mojego szczególnego zaufania. Głównie dlatego, że na każdym kroku podkreślano, jak wybitną jest ekspertką od promocji marek. Nie jestem może jakoś szczególnie obyty w tych sprawach, ale nigdy o owej specjalistce nie słyszałem – nawet w kontekście udziału w charakterze gościa w jednym z podcastów, które obserwuję. Co oczywiście niczego nie przesądza, ale wzbudziło we mnie podskórną nieufność.
Czy „markę Polska” w ogóle trzeba promować?
Osobna kwestia to sama konieczność „promowania marki Polska”. Zapewne zaatakujecie mnie morzem kontrprzykładów, zwłaszcza z Dalekiego Wschodu (Korea, Japonia czy choćby Turcja), ale uważam, że promowanie kraju metodami – nazwijmy to – produktowymi jest drogą donikąd.
Najskuteczniejszą promocją Polski, z jaką się spotkałem, są czyste, bezpieczne i równe ulice, a nie plakaty w nowojorskim metrze. Opisywałem już na blogu zaskakujące dla mnie filmy zachłystujące się polskim cudem gospodarczym, opisujące wizyty we Wrocławiu, Warszawie, Gdańsku czy Białymstoku w kategoriach odkrycia roku. A tego w sieci jest naprawdę multum. Czesi nie przyjeżdżają nad Bałtyk, bo zobaczyli reklamę. Przyjeżdżają dla czystych plaż, kraftowego piwa (poważnie powiedział mi to jeden Pepiczek osobiście) i ścieżek rowerowych nad morzem. Jeden uśmiechnięty sprzedawca w Żabce może zrobić dla „marki Polska” więcej niż całe tabuny pełnomocników i ekspertek.
Generatywna ściema i korporacyjna nowomowa
Wkrótce jednak okazało się, że owa pełnomocniczka i „naukowiec” (cudzysłów zamierzony) w swojej twórczości nie stroni bynajmniej od korzystania z dobrodziejstw nowoczesnej techniki – w tym wypadku sztucznej inteligencji. Jest w tej dziedzinie na tyle „zaawansowana”, że rząd nader szybko zrezygnował z jej usług (albo sama złożyła dymisję 😉) wobec uzasadnionych podejrzeń, iż taniej i efektywniej będzie korzystać z ChatGPT bez pośredników – nawet jeśli mają tytuł profesorski.
W tym momencie warto pochylić się nad całością zjawiska owego marketingowego eksperctwa od promowania tego i owego oraz samego doradztwa. To typowy objaw czegoś, co David Graeber nazwał bullshit jobs – pracy polegającej bardziej na stwarzaniu pozorów i produkowaniu dokumentacji niż na oferowaniu społeczeństwu jakiejkolwiek wartości dodanej. Wszystko to jest oczywiście okraszone zasłoną dymną w postaci korpożargonu, nowomowy oraz odpowiednio dumnie brzmiących stanowisk.
Iluzja doradztwa za miliony dolarów
Renomowana niegdyś firma Deloitte do tego stopnia opierała się na narzędziach AI w swojej pracy, że rząd Australii rozstał się z nią z hukiem, a jej „analizy” okazały się niewiele warte. Podobne wpadki zanotowali jej konkurenci, z firmą PwC na czele. Od dawna mamy do czynienia ze światem równoległym, gdzie zamiast rzetelnej wiedzy oferuje się pięknie opracowane graficznie, ale merytorycznie puste „eseje na temat”, na które rządy wydają miliony dolarów.
To wszystko migruje ze świata biznesu do polityki. Co wybory ujawniają się „doradcy wizerunkowi” zwycięskich ugrupowań, upierający się, że to właśnie ich wskazówki, wytworzone „narracje” i niezwykle odkrywcze triki doprowadziły danego kandydata do wygranej. Porażki wyborcze tradycyjnie są sierotami, choć tam owe korporacyjne pomysły – pozbawione kontaktu z pozawarszawską rzeczywistością (jak choćby znana akcja jazdy z workiem ziemniaków do DPS-u) – bywają jeszcze bardziej dosadne.
Pozytywizm kontra agencje PR
Jako urodzony pozytywista uważam, że nic nie zastąpi mało korporacyjnej, ale za to skutecznej pracy u podstaw. Wybory są finalizacją lat politycznej roboty i rzadko kiedy marketingowe sztuczki – nawet obficie podlane finansowym rozdawnictwem – potrafią zawrócić bieg wydarzeń.
Podobnie kraje nie stają się modne tylko dlatego, że opłaciły dobrą agencję PR. Żadne pieniądze wydane przez państwa Zatoki Perskiej nie zmieniły faktu, że są to fundamentalistyczne monarchie religijne, w których liberalne enklawy kończą się na bramie hotelu. Z kolei podróż do Paryża czy Rzymu pozostaje niezapomnianym przeżyciem pomimo gór śmieci, kieszonkowców i średnio uprzejmych kelnerów.
Ale widać ta pozoracja działań jest komuś potrzebna. Może chociaż po to, aby krewni i znajomi królika zyskali nieco renomy oraz finansowego wsparcia.
#gospodarka #PO #Polityka #PR #wybory -
Energia - surowce - wodór ⚡️O co gra Europa?
Aktualny dyskurs i polityki Unii Europejskiej pokazują, że transformacja energetyczna nie dotyczy wyłącznie pytań o emisje i OZE, ale coraz częściej w o zależność surowcową państw europejskich.
#gaz #Iran #geopolityka #energetyka #handel #surowce #ropa #polityka #kryzys #analiza #gospodarka #energia #bezpieczeństwo #Polska #przemysł #Europa #dane #problem #rynek #węgiel #Chiny
*przygotowując grafikę wsparto się na narzędziach typu AI.
-
Bliskowschodnie puzzle
W cieniu spadających na Polskę rosyjskich rakiet i kolejnych neonazistowskich zachowań w kierunku Ukraińców rozgrywa się dużo bardziej międzynarodowy dramat. Mimo kolejnych prób katastrofalna interwencja USA w Iranie nie tylko się nie zakończyła, ale pożar obejmuje kolejne kraje i kierunki. Już nie tylko Zatoka Perska, ale i Morze Czerwone, a w kolejce czekają zarówno Kanał Sueski, jak i Morze Śródziemne. W momencie, kiedy diabła dronowych ataków na żeglugę cywilną wypuszczono z pudełka, problem stał się istotny i palący.
Wyścig miecza z tarczą i paraliż instytucjonalny
Dlaczego tak jest? Z kilku powodów.
Pierwszy to odwieczny wyścig miecza i tarczy. Obecnie miecz (drony) okazał się i tani, i niszczycielski, a tarcza jeszcze nie powstała. Istniejące środki przeciwdziałania (rakiety przeciwlotnicze) mają wysoki koszt jednostkowy (dron kosztuje 40 tys. $, a rakieta od 1,5 do 3 milionów $), a ich zasoby są dużo mniejsze od zwalczanych celów. Nowe metody zwalczania są dopiero w powijakach i nic nie zapowiada ich szybkiej implementacji. Dodatkowo tzw. dywidenda pokojowa spowodowała redukcję sił morskich i teraz po prostu brakuje okrętów do eskortowania statków cywilnych.
Drugi powód to oczywiście Donald Trump i jego „wielka czystka”, która nie tyle brutalnością, ile efektem instytucjonalnym zaczęła już przypominać tę z lat 30. w ZSRR. Zarówno Departament Stanu (odpowiednik MSZ), jak i Departament Obrony pozbyły się większości fachowców i teraz nie są w stanie wygenerować realnego scenariusza ani planu wyjścia z kryzysu. A i tak na końcu całość trafi do Trumpa, którego zainteresowanie rozwiązaniem sytuacji jest wypadkową tego, w jakim stopniu połechtane zostanie jego kruche ego.
Trzecią kwestią są skrajnie rozbieżne interesy lokalnych graczy. Pogodzenie w jednym porozumieniu interesów Izraela i Iranu jest w obecnej sytuacji cokolwiek nierealistyczne.
Dlaczego powinno nas to obchodzić?
Bo przyprawa musi płynąć. Zablokowanie całości dostaw ropy z Zatoki Perskiej wprawi nasz system gospodarczy w drgania, które mogą skończyć się globalnym kryzysem – przy którym ten z 2008 roku będzie ledwie wspomnieniem.
Dodatkowo niepokoją paniczne ruchy USA. W poszukiwaniu rozwiązań zdążono już zaproponować Iranowi umowę, przy której krytykowany deal Obamy był wybitnie rygorystyczny i izolacjonistyczny, a następnie zaproponowano Arabii Saudyjskiej praktyczne zbudowanie programu nuklearnego. Wszystko to jest chaotyczne, nieprzemyślane i negocjowane przez rodzinę oraz przyjaciół Trumpa, z oczywistymi zaszytymi korzyściami o charakterze osobistym. Kiedyś nazywało się to korupcją, ale w dzisiejszych USA chyba potrzeba na to nowego słowa.
Kalendarz wyborczy jako ostatnia nadzieja
Oczywiście na razie sytuacja pozostaje względnie stabilna, a czarnowidztwo nieszczególnie się sprawdza. Jednak kolejne szlaki transportowe są sukcesywnie odcinane. Wpływ na ceny wydaje się póki co ograniczony, ale przecież taki stan nie może trwać wiecznie. Szczególnie że zachowanie administracji USA jest – najdelikatniej mówiąc – chaotyczne. Reszta świata wobec takiej postawy Waszyngtonu nie widzi realnych szans na włączenie się w rozwiązanie konfliktu. Trump, przerażony wizją odebrania mu domniemanych „zasług”, storpeduje wszak każde rozwiązanie pokojowe, często w sposób dosłowny.
Pamiętajmy także o stronie izraelskiej, gdzie w październiku odbędą się wybory do Knesetu. To właśnie w tych kalendarzach wyborczych – listopadowym w USA i październikowym w Izraelu – należy upatrywać szans na przełamanie kryzysu. Choć uczciwie trzeba przyznać, że wobec wewnętrznej polaryzacji w obu krajach sytuacja może się jeszcze bardziej pogłębić.
#DonaldTrump #geopolityka #gospodarka #Iran #Izrael #ropa #USA -
Dekada Brexitu, czyli jak kompletnie nie uczyć się na własnych błędach
Nowa funkcja WordPressa przypomina mi własne notatki z poprzednich lat i dzięki niej właśnie uświadomiłem sobie, że jutro mija dekada od największego (największego dotychczas 😉) aktu politycznej głupoty w historii Europy XXI wieku. Czy musiało do tego dojść? Znowu cytując klasyka: „Widocznie musiało, skoro doszło”.
Medialna iluzja i imperialna nostalgia
Brexit stanowi idealną metaforę współczesnej rzeczywistości medialnej. Latami grany w mediach temat, bez jakiegokolwiek związku z rzeczywistością, został rozpalony do takiego poziomu, że referendum zakończyło się wynikiem, na którym nikomu nie zależało. Co ciekawe, potem klasa polityczna, nie chcąc przyznać się do błędu, brnęła dalej w temat, który okazywał się coraz bardziej samobójczy. Produkowała po drodze kolejne mrzonki i iluzje, które również w komplecie okazały się nierealistyczne, oparte na daleko posuniętym myśleniu życzeniowym oraz nostalgii za czasami imperialnymi. Rezultaty były niewiele mniejsze niż katastrofalne – zarówno dla rozwoju Wielkiej Brytanii, jak i dla samych nadziei związanych z Brexitem.
Rzeczywistość uderza w Wyspy
Dekadę później wyspa ugina się pod problemami, które sama wytworzyła. Bliskich kulturowo imigrantów z Europy Środkowej zastąpiono tabunami uchodźców. Nieźle działający, choć kurczący się przemysł zarżnięto, pozbawiając go największego i najbliższego rynku zbytu. Usługi finansowe, niegdyś filar brytyjskiej ekonomii, również mają się coraz gorzej. Służba zdrowia zamiast obiecanego dofinansowania przechodzi z kryzysu w kryzys. Rządzący laburzyści, mimo ogromnego mandatu, po roku rządów obiektywnie nie mają innego pomysłu niż zmiana premiera. A największy dowcip? Liderem sondaży jest partia, która wprowadziła Anglików w to całe szambo. Logiczne, nieprawdaż?
Spełnione proroctwa i amerykański sojusz
Największy paradoks? Wszystkie te problemy były wskazywane w trakcie kampanii w 2016 roku! Wszystkie! I spełniły się co do jednego. Co za to się nie ziściło? Żadna z postulowanych brexitowych korzyści! Żadna! Długi urosły, rozwój stanął. W USA zamiast sojusznika jest Trump, który całe „specjalne stosunki” ma głęboko w okrężnicy. Pozostało jedyne wyjście: powrót do Unii. Ale tu nie obejdzie się bez Canossy i będzie drogo – bardzo drogo. Czy jest jednak inne wyjście?
No chyba że oddadzą całość władzy w ręce Reform UK. I nawet z punktu widzenia reszty Europy próby naprawienia przez Nigela Farage’a tego, co zepsuł, będą zabawne. Ale jednak ludzi szkoda. Nawet tak niezwykłych w swoim przywiązaniu do imperialnych iluzji jak przeciętny obywatel Wielkiej Brytanii.
Unijna lekcja przetrwania
Lekcję Europa odrobiła. Miała być seria „exitów”, ale dziś nawet niedawni apologeci w stylu Zgromadzenia Narodowego we Francji czy AfD w Niemczech odżegnują się od tak samobójczych koncepcji. UE okazała się złem absolutnym, ale w tej swojej totalności – absolutnie koniecznym. Zwłaszcza że niedawny idealny sojusznik za oceanem okazał się oszalałym starcem z postępującą demencją. Na tle wyczynów pomarańczowego króla UE jawi się jako byt nie tylko stabilny, ale wręcz ostoja umiarkowania i rezerwy. A bez „hamulcowego” w postaci Wielkiej Brytanii jest zdolna także do o wiele szybszych decyzji.
Puenta? Czasami, jak się piłuje gałąź, na której się siedzi, warto posłuchać ostrzeżeń. I to dobra rada nie tylko w kwestii polityki.
#brexit #Francja #gospodarka #Niemcy #trump #UE #UK #USA -
Chiny mówią „basta”. Koniec z bezużytecznymi robotami, które tylko ładnie tańczą
Jeśli myśleliście, że Chiny są zachwycone każdym nowym filmikiem z tańczącym robotem, jesteście w błędzie.
Pekin oficjalnie ostrzega swoją branżę technologiczną: przestańcie robić zabawki na pokaz, zacznijcie robić coś pożytecznego, albo znikajcie z rynku.
Chińska Narodowa Komisja Rozwoju i Reform (NDRC) – potężny organ planowania gospodarczego – wydała bezprecedensowe ostrzeżenie dotyczące sektora robotyki humanoidalnej. Urzędnicy zauważyli niepokojący trend: dziesiątki firm wypuszczają na rynek niemal identyczne roboty, które potrafią niewiele więcej niż chodzić i wyglądać futurystycznie na targach.
Syndrom „tańczącego robota”
Iskrą, która rozpaliła tę gorączkę złota, był występ robotów Unitree podczas Gali Święta Wiosny w 2025 roku – oficjalnie najchętniej oglądanego programu telewizyjnego na świecie. Precyzyjny taniec maszyn zachwycił publiczność, ale jednocześnie wysłał inwestorom sygnał: „to jest modne”.
W efekcie rynek został zalany startupami, które kopiują od siebie rozwiązania, nie wnosząc żadnej realnej wartości. Li Chao, rzeczniczka NDRC, ostrzega wprost przed ryzykiem powstania „bańki” w sektorze innowacji. Władze obawiają się, że utalentowani inżynierowie marnują czas na projekty „na pokaz”, zamiast pracować nad kluczowymi technologiami, które mogłyby zautomatyzować chińskie fabryki.
Widmo cmentarzyska rowerów
Obawy Pekinu nie są bezpodstawne. Chiny mają traumę po bańce aplikacji bike-sharingowych sprzed kilku lat. Wtedy również setki firm rzuciły się na modny temat, co skończyło się bankructwami i słynnymi na cały świat zdjęciami hałd tysięcy porzuconych rowerów. Rząd nie chce, aby to samo stało się z drogimi, zaawansowanymi robotami.
Nowe zasady gry
Co to oznacza dla branży? NDRC zapowiada wprowadzenie rygorystycznych zasad wejścia i wyjścia z rynku robotycznego, aby odsiać firmy, które nie oferują innowacji. Rząd planuje też budowę narodowej infrastruktury do testowania i trenowania robotów, aby wymusić na producentach skupienie się na użyteczności i R&D, a nie na marketingu.
Przekaz dla chińskich CEO jest jasny: skończyła się zabawa w klonowanie Boston Dynamics. Czas, aby roboty wzięły się do prawdziwej pracy. Poniżej jeszcze zabawna kompilacja robotycznych wpadek, na pewno się uśmiechniecie, ale jak widać władzom Chin do śmiechu nie jest:
#chiny #gospodarka #NDRC #news #robotyHumanoidalne #robotyka #technologia #Unitree
-
Toshiba i Rohm znowu razem?
W swojej strategii dotyczącej przemysłu półprzewodników i technologii cyfrowych, opublikowanej w maju, rząd Japonii wezwał do dalszej współpracy przemysłowej i reorganizacji w oparciu również m.in o te partnerstwo.
https://wp.me/p3fv0T-hRS #Japonia#krborung #półprzewodniki #Toshiba #Fuji #Rohm #Denso #partnerstwo #gospodarka
-
Zmiana prawa imigracyjnego w Japonii
Japonia, jak wiele państw rozwiniętych, zmaga się ze skutkami kryzysu demograficznego. Oczywistym rozwiązaniem jest zwiększenie imigracji, ale – podobnie jak w innych krajach – natrafia to na opór społeczeństwa, które jest homogeniczne i mało otwarte na obcych. W efekcie władze chciałyby wybierać sobie imigrantów oraz utrzymać limit czasowy pobytu gastarbeiterów.
https://wp.me/p3fv0T-fdy #POLECANE #Japonia #imigracja #zmiany #przepisy #ustawa #gospodarka #spoleczenstwo