home.social

#algorytmy — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #algorytmy, aggregated by home.social.

  1. Paradoks twórcy. Autor książki o zagrożeniach AI sam padł ofiarą halucynacji algorytmów

    Steven Rosenbaum napisał książkę ostrzegającą przed tym, jak sztuczna inteligencja zniekształca rzeczywistość i zaciera granicę między prawdą a fałszem.

    Ironia losu sprawiła, że w jego własnej publikacji zatytułowanej „The Future of Truth” znalazły się zmyślone, wygenerowane przez algorytmy cytaty, których rzekomi autorzy nigdy nie wypowiedzieli. Sprawa ta wykracza jednak daleko poza wpadkę jednego pisarza, obnażając niedostosowanie tradycyjnych procesów kontroli w branży wydawniczej, gdzie klasyczny warsztat weryfikacji faktów zderza się z pozorną nieomylnością wielkich modeli językowych.

    Złudzenie kontroli i upadek weryfikacji

    Autor korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT i Claude na etapie wczesnego zbierania materiałów, streszczania motywów badawczych i wyszukiwania odpowiednich artykułów. Choć zapewniał, że właściwa struktura narracyjna oraz same wywiady były wyłącznie jego autorskim dziełem, niezależne śledztwo dziennikarskie wykazało w tekście obecność tak zwanych cytatów syntetycznych. Wśród nich znalazły się zmyślone wypowiedzi przypisane między innymi znanej reporterce technologicznej Karze Swisher oraz profesor Lisie Feldman Barrett.

    Sytuacja ta dobitnie pokazuje lukę w klasycznych procesach wydawniczych. Do niedawna osoba odpowiedzialna za fact-checking mogła z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że cytat umieszczony w tekście został przez autora po prostu spisany ze źródła. Obecność narzędzi generatywnych w procesie twórczym całkowicie unieważnia to założenie. Wymusza to na redakcjach wdrażanie zupełnie nowych, znacznie bardziej rygorystycznych protokołów śledzenia pochodzenia informacji, ponieważ sztuczna inteligencja potrafi generować nieistniejące dane w sposób niezwykle przekonujący i autorytatywny.

    Toksyczna relacja z wydajnością

    Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest jednak postawa samego autora. Mimo wizerunkowej kompromitacji i konieczności wprowadzania poprawek w kolejnych wydaniach książki, Rosenbaum nie zamierza porzucić sztucznej inteligencji w swoim warsztacie pisarskim. Pisarz wprost porównuje korzystanie z algorytmów do uzależnienia, przyznając, że narzędzia te bywają dla twórcy równie fascynujące, co niebezpieczne.

    Kusząca pozostaje przede wszystkim gigantyczna szybkość operacyjna. Wyciągnięcie treści ze stustronicowego dokumentu, które ręcznie zajęłoby redaktorowi godzinę nużącej pracy, zajmuje maszynie kilka sekund. Problem polega na tym, że system potrafi w tym ułamku sekundy bez ostrzeżenia zmienić sens tekstu, całkowicie ignorując sztywne polecenia o zachowaniu oryginalnego brzmienia słów. W ten sposób narzędzie, które miało być zaledwie asystentem badawczym, po cichu staje się nieprzewidywalnym współautorem.

    Cena technologicznego przyspieszenia

    Ten redakcyjny wypadek nie jest na rynku medialnym zjawiskiem odosobnionym. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp podobnych incydentów, od publikacji zmyślonych list książek w amerykańskiej prasie codziennej po konfabulacje w przypisach do poważnych prac naukowych.

    Środowisko twórcze staje przed dylematem dotyczącym stosunku dokładności do oszczędności czasu. Rosenbaum celnie zauważa w tym kontekście analogię do jazdy motocyklem. Choć jednoślad pozwala dotrzeć do celu znacznie szybciej niż tradycyjny rower, ryzyko katastrofalnego w skutkach błędu rośnie nieproporcjonalnie. Pytanie, czy redakcje i wydawnictwa są gotowe masowo ponosić to ryzyko w imię przyspieszenia procesów twórczych, wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

    Koniec z darmowym spamowaniem AI. Google drastycznie zmienia limity i cenniki w Gemini

    #AIWDziennikarstwie #algorytmy #factChecking #halucynacjeAI #iMagazine #media #rynekWydawniczy #sztucznaInteligencja
  2. Paradoks twórcy. Autor książki o zagrożeniach AI sam padł ofiarą halucynacji algorytmów

    Steven Rosenbaum napisał książkę ostrzegającą przed tym, jak sztuczna inteligencja zniekształca rzeczywistość i zaciera granicę między prawdą a fałszem.

    Ironia losu sprawiła, że w jego własnej publikacji zatytułowanej „The Future of Truth” znalazły się zmyślone, wygenerowane przez algorytmy cytaty, których rzekomi autorzy nigdy nie wypowiedzieli. Sprawa ta wykracza jednak daleko poza wpadkę jednego pisarza, obnażając niedostosowanie tradycyjnych procesów kontroli w branży wydawniczej, gdzie klasyczny warsztat weryfikacji faktów zderza się z pozorną nieomylnością wielkich modeli językowych.

    Złudzenie kontroli i upadek weryfikacji

    Autor korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT i Claude na etapie wczesnego zbierania materiałów, streszczania motywów badawczych i wyszukiwania odpowiednich artykułów. Choć zapewniał, że właściwa struktura narracyjna oraz same wywiady były wyłącznie jego autorskim dziełem, niezależne śledztwo dziennikarskie wykazało w tekście obecność tak zwanych cytatów syntetycznych. Wśród nich znalazły się zmyślone wypowiedzi przypisane między innymi znanej reporterce technologicznej Karze Swisher oraz profesor Lisie Feldman Barrett.

    Sytuacja ta dobitnie pokazuje lukę w klasycznych procesach wydawniczych. Do niedawna osoba odpowiedzialna za fact-checking mogła z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że cytat umieszczony w tekście został przez autora po prostu spisany ze źródła. Obecność narzędzi generatywnych w procesie twórczym całkowicie unieważnia to założenie. Wymusza to na redakcjach wdrażanie zupełnie nowych, znacznie bardziej rygorystycznych protokołów śledzenia pochodzenia informacji, ponieważ sztuczna inteligencja potrafi generować nieistniejące dane w sposób niezwykle przekonujący i autorytatywny.

    Toksyczna relacja z wydajnością

    Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest jednak postawa samego autora. Mimo wizerunkowej kompromitacji i konieczności wprowadzania poprawek w kolejnych wydaniach książki, Rosenbaum nie zamierza porzucić sztucznej inteligencji w swoim warsztacie pisarskim. Pisarz wprost porównuje korzystanie z algorytmów do uzależnienia, przyznając, że narzędzia te bywają dla twórcy równie fascynujące, co niebezpieczne.

    Kusząca pozostaje przede wszystkim gigantyczna szybkość operacyjna. Wyciągnięcie treści ze stustronicowego dokumentu, które ręcznie zajęłoby redaktorowi godzinę nużącej pracy, zajmuje maszynie kilka sekund. Problem polega na tym, że system potrafi w tym ułamku sekundy bez ostrzeżenia zmienić sens tekstu, całkowicie ignorując sztywne polecenia o zachowaniu oryginalnego brzmienia słów. W ten sposób narzędzie, które miało być zaledwie asystentem badawczym, po cichu staje się nieprzewidywalnym współautorem.

    Cena technologicznego przyspieszenia

    Ten redakcyjny wypadek nie jest na rynku medialnym zjawiskiem odosobnionym. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp podobnych incydentów, od publikacji zmyślonych list książek w amerykańskiej prasie codziennej po konfabulacje w przypisach do poważnych prac naukowych.

    Środowisko twórcze staje przed dylematem dotyczącym stosunku dokładności do oszczędności czasu. Rosenbaum celnie zauważa w tym kontekście analogię do jazdy motocyklem. Choć jednoślad pozwala dotrzeć do celu znacznie szybciej niż tradycyjny rower, ryzyko katastrofalnego w skutkach błędu rośnie nieproporcjonalnie. Pytanie, czy redakcje i wydawnictwa są gotowe masowo ponosić to ryzyko w imię przyspieszenia procesów twórczych, wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

    Koniec z darmowym spamowaniem AI. Google drastycznie zmienia limity i cenniki w Gemini

    #AIWDziennikarstwie #algorytmy #factChecking #halucynacjeAI #iMagazine #media #rynekWydawniczy #sztucznaInteligencja
  3. Paradoks twórcy. Autor książki o zagrożeniach AI sam padł ofiarą halucynacji algorytmów

    Steven Rosenbaum napisał książkę ostrzegającą przed tym, jak sztuczna inteligencja zniekształca rzeczywistość i zaciera granicę między prawdą a fałszem.

    Ironia losu sprawiła, że w jego własnej publikacji zatytułowanej „The Future of Truth” znalazły się zmyślone, wygenerowane przez algorytmy cytaty, których rzekomi autorzy nigdy nie wypowiedzieli. Sprawa ta wykracza jednak daleko poza wpadkę jednego pisarza, obnażając niedostosowanie tradycyjnych procesów kontroli w branży wydawniczej, gdzie klasyczny warsztat weryfikacji faktów zderza się z pozorną nieomylnością wielkich modeli językowych.

    Złudzenie kontroli i upadek weryfikacji

    Autor korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT i Claude na etapie wczesnego zbierania materiałów, streszczania motywów badawczych i wyszukiwania odpowiednich artykułów. Choć zapewniał, że właściwa struktura narracyjna oraz same wywiady były wyłącznie jego autorskim dziełem, niezależne śledztwo dziennikarskie wykazało w tekście obecność tak zwanych cytatów syntetycznych. Wśród nich znalazły się zmyślone wypowiedzi przypisane między innymi znanej reporterce technologicznej Karze Swisher oraz profesor Lisie Feldman Barrett.

    Sytuacja ta dobitnie pokazuje lukę w klasycznych procesach wydawniczych. Do niedawna osoba odpowiedzialna za fact-checking mogła z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że cytat umieszczony w tekście został przez autora po prostu spisany ze źródła. Obecność narzędzi generatywnych w procesie twórczym całkowicie unieważnia to założenie. Wymusza to na redakcjach wdrażanie zupełnie nowych, znacznie bardziej rygorystycznych protokołów śledzenia pochodzenia informacji, ponieważ sztuczna inteligencja potrafi generować nieistniejące dane w sposób niezwykle przekonujący i autorytatywny.

    Toksyczna relacja z wydajnością

    Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest jednak postawa samego autora. Mimo wizerunkowej kompromitacji i konieczności wprowadzania poprawek w kolejnych wydaniach książki, Rosenbaum nie zamierza porzucić sztucznej inteligencji w swoim warsztacie pisarskim. Pisarz wprost porównuje korzystanie z algorytmów do uzależnienia, przyznając, że narzędzia te bywają dla twórcy równie fascynujące, co niebezpieczne.

    Kusząca pozostaje przede wszystkim gigantyczna szybkość operacyjna. Wyciągnięcie treści ze stustronicowego dokumentu, które ręcznie zajęłoby redaktorowi godzinę nużącej pracy, zajmuje maszynie kilka sekund. Problem polega na tym, że system potrafi w tym ułamku sekundy bez ostrzeżenia zmienić sens tekstu, całkowicie ignorując sztywne polecenia o zachowaniu oryginalnego brzmienia słów. W ten sposób narzędzie, które miało być zaledwie asystentem badawczym, po cichu staje się nieprzewidywalnym współautorem.

    Cena technologicznego przyspieszenia

    Ten redakcyjny wypadek nie jest na rynku medialnym zjawiskiem odosobnionym. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp podobnych incydentów, od publikacji zmyślonych list książek w amerykańskiej prasie codziennej po konfabulacje w przypisach do poważnych prac naukowych.

    Środowisko twórcze staje przed dylematem dotyczącym stosunku dokładności do oszczędności czasu. Rosenbaum celnie zauważa w tym kontekście analogię do jazdy motocyklem. Choć jednoślad pozwala dotrzeć do celu znacznie szybciej niż tradycyjny rower, ryzyko katastrofalnego w skutkach błędu rośnie nieproporcjonalnie. Pytanie, czy redakcje i wydawnictwa są gotowe masowo ponosić to ryzyko w imię przyspieszenia procesów twórczych, wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

    Koniec z darmowym spamowaniem AI. Google drastycznie zmienia limity i cenniki w Gemini

    #AIWDziennikarstwie #algorytmy #factChecking #halucynacjeAI #iMagazine #media #rynekWydawniczy #sztucznaInteligencja
  4. Paradoks twórcy. Autor książki o zagrożeniach AI sam padł ofiarą halucynacji algorytmów

    Steven Rosenbaum napisał książkę ostrzegającą przed tym, jak sztuczna inteligencja zniekształca rzeczywistość i zaciera granicę między prawdą a fałszem.

    Ironia losu sprawiła, że w jego własnej publikacji zatytułowanej „The Future of Truth” znalazły się zmyślone, wygenerowane przez algorytmy cytaty, których rzekomi autorzy nigdy nie wypowiedzieli. Sprawa ta wykracza jednak daleko poza wpadkę jednego pisarza, obnażając niedostosowanie tradycyjnych procesów kontroli w branży wydawniczej, gdzie klasyczny warsztat weryfikacji faktów zderza się z pozorną nieomylnością wielkich modeli językowych.

    Złudzenie kontroli i upadek weryfikacji

    Autor korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT i Claude na etapie wczesnego zbierania materiałów, streszczania motywów badawczych i wyszukiwania odpowiednich artykułów. Choć zapewniał, że właściwa struktura narracyjna oraz same wywiady były wyłącznie jego autorskim dziełem, niezależne śledztwo dziennikarskie wykazało w tekście obecność tak zwanych cytatów syntetycznych. Wśród nich znalazły się zmyślone wypowiedzi przypisane między innymi znanej reporterce technologicznej Karze Swisher oraz profesor Lisie Feldman Barrett.

    Sytuacja ta dobitnie pokazuje lukę w klasycznych procesach wydawniczych. Do niedawna osoba odpowiedzialna za fact-checking mogła z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że cytat umieszczony w tekście został przez autora po prostu spisany ze źródła. Obecność narzędzi generatywnych w procesie twórczym całkowicie unieważnia to założenie. Wymusza to na redakcjach wdrażanie zupełnie nowych, znacznie bardziej rygorystycznych protokołów śledzenia pochodzenia informacji, ponieważ sztuczna inteligencja potrafi generować nieistniejące dane w sposób niezwykle przekonujący i autorytatywny.

    Toksyczna relacja z wydajnością

    Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest jednak postawa samego autora. Mimo wizerunkowej kompromitacji i konieczności wprowadzania poprawek w kolejnych wydaniach książki, Rosenbaum nie zamierza porzucić sztucznej inteligencji w swoim warsztacie pisarskim. Pisarz wprost porównuje korzystanie z algorytmów do uzależnienia, przyznając, że narzędzia te bywają dla twórcy równie fascynujące, co niebezpieczne.

    Kusząca pozostaje przede wszystkim gigantyczna szybkość operacyjna. Wyciągnięcie treści ze stustronicowego dokumentu, które ręcznie zajęłoby redaktorowi godzinę nużącej pracy, zajmuje maszynie kilka sekund. Problem polega na tym, że system potrafi w tym ułamku sekundy bez ostrzeżenia zmienić sens tekstu, całkowicie ignorując sztywne polecenia o zachowaniu oryginalnego brzmienia słów. W ten sposób narzędzie, które miało być zaledwie asystentem badawczym, po cichu staje się nieprzewidywalnym współautorem.

    Cena technologicznego przyspieszenia

    Ten redakcyjny wypadek nie jest na rynku medialnym zjawiskiem odosobnionym. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp podobnych incydentów, od publikacji zmyślonych list książek w amerykańskiej prasie codziennej po konfabulacje w przypisach do poważnych prac naukowych.

    Środowisko twórcze staje przed dylematem dotyczącym stosunku dokładności do oszczędności czasu. Rosenbaum celnie zauważa w tym kontekście analogię do jazdy motocyklem. Choć jednoślad pozwala dotrzeć do celu znacznie szybciej niż tradycyjny rower, ryzyko katastrofalnego w skutkach błędu rośnie nieproporcjonalnie. Pytanie, czy redakcje i wydawnictwa są gotowe masowo ponosić to ryzyko w imię przyspieszenia procesów twórczych, wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

    Koniec z darmowym spamowaniem AI. Google drastycznie zmienia limity i cenniki w Gemini

    #AIWDziennikarstwie #algorytmy #factChecking #halucynacjeAI #iMagazine #media #rynekWydawniczy #sztucznaInteligencja
  5. Paradoks twórcy. Autor książki o zagrożeniach AI sam padł ofiarą halucynacji algorytmów

    Steven Rosenbaum napisał książkę ostrzegającą przed tym, jak sztuczna inteligencja zniekształca rzeczywistość i zaciera granicę między prawdą a fałszem.

    Ironia losu sprawiła, że w jego własnej publikacji zatytułowanej „The Future of Truth” znalazły się zmyślone, wygenerowane przez algorytmy cytaty, których rzekomi autorzy nigdy nie wypowiedzieli. Sprawa ta wykracza jednak daleko poza wpadkę jednego pisarza, obnażając niedostosowanie tradycyjnych procesów kontroli w branży wydawniczej, gdzie klasyczny warsztat weryfikacji faktów zderza się z pozorną nieomylnością wielkich modeli językowych.

    Złudzenie kontroli i upadek weryfikacji

    Autor korzystał z narzędzi takich jak ChatGPT i Claude na etapie wczesnego zbierania materiałów, streszczania motywów badawczych i wyszukiwania odpowiednich artykułów. Choć zapewniał, że właściwa struktura narracyjna oraz same wywiady były wyłącznie jego autorskim dziełem, niezależne śledztwo dziennikarskie wykazało w tekście obecność tak zwanych cytatów syntetycznych. Wśród nich znalazły się zmyślone wypowiedzi przypisane między innymi znanej reporterce technologicznej Karze Swisher oraz profesor Lisie Feldman Barrett.

    Sytuacja ta dobitnie pokazuje lukę w klasycznych procesach wydawniczych. Do niedawna osoba odpowiedzialna za fact-checking mogła z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że cytat umieszczony w tekście został przez autora po prostu spisany ze źródła. Obecność narzędzi generatywnych w procesie twórczym całkowicie unieważnia to założenie. Wymusza to na redakcjach wdrażanie zupełnie nowych, znacznie bardziej rygorystycznych protokołów śledzenia pochodzenia informacji, ponieważ sztuczna inteligencja potrafi generować nieistniejące dane w sposób niezwykle przekonujący i autorytatywny.

    Toksyczna relacja z wydajnością

    Najbardziej uderzająca w całej sprawie jest jednak postawa samego autora. Mimo wizerunkowej kompromitacji i konieczności wprowadzania poprawek w kolejnych wydaniach książki, Rosenbaum nie zamierza porzucić sztucznej inteligencji w swoim warsztacie pisarskim. Pisarz wprost porównuje korzystanie z algorytmów do uzależnienia, przyznając, że narzędzia te bywają dla twórcy równie fascynujące, co niebezpieczne.

    Kusząca pozostaje przede wszystkim gigantyczna szybkość operacyjna. Wyciągnięcie treści ze stustronicowego dokumentu, które ręcznie zajęłoby redaktorowi godzinę nużącej pracy, zajmuje maszynie kilka sekund. Problem polega na tym, że system potrafi w tym ułamku sekundy bez ostrzeżenia zmienić sens tekstu, całkowicie ignorując sztywne polecenia o zachowaniu oryginalnego brzmienia słów. W ten sposób narzędzie, które miało być zaledwie asystentem badawczym, po cichu staje się nieprzewidywalnym współautorem.

    Cena technologicznego przyspieszenia

    Ten redakcyjny wypadek nie jest na rynku medialnym zjawiskiem odosobnionym. Ostatnie miesiące przyniosły wysyp podobnych incydentów, od publikacji zmyślonych list książek w amerykańskiej prasie codziennej po konfabulacje w przypisach do poważnych prac naukowych.

    Środowisko twórcze staje przed dylematem dotyczącym stosunku dokładności do oszczędności czasu. Rosenbaum celnie zauważa w tym kontekście analogię do jazdy motocyklem. Choć jednoślad pozwala dotrzeć do celu znacznie szybciej niż tradycyjny rower, ryzyko katastrofalnego w skutkach błędu rośnie nieproporcjonalnie. Pytanie, czy redakcje i wydawnictwa są gotowe masowo ponosić to ryzyko w imię przyspieszenia procesów twórczych, wciąż pozostaje bez jednoznacznej odpowiedzi.

    Koniec z darmowym spamowaniem AI. Google drastycznie zmienia limity i cenniki w Gemini

    #AIWDziennikarstwie #algorytmy #factChecking #halucynacjeAI #iMagazine #media #rynekWydawniczy #sztucznaInteligencja
  6. Jak pokonać króla po 66 latach? Matematyczny przewrót w teorii najkrótszej ścieżki

    Za każdym razem, gdy uruchamiasz Google Maps, by znaleźć trasę do nowej kawiarni, Twój telefon wykonuje matematyczny taniec, którego kroki opracowano w 1959 roku.

    Przez ponad sześć dekad algorytm Dijkstry był niekwestionowanym władcą dróg, światłowodów i rezerwacji lotniczych. Aż do teraz, kiedy grupa naukowców z Chin udowodniła, że przez wiele lat wszyscy zadawaliśmy złe pytanie.

    Certyfikat nietykalności

    Algorytm Dijkstry to fundament informatyki. Jest tak dobry, że jeszcze w 2024 roku Robert Tarjan (legenda teorii grafów, laureat Nagrody Turinga w 1986 roku) wraz ze współpracownikami zdobył prestiżową nagrodę na konferencji FOCS za udowodnienie, że Dijkstra jest optymalny. Oznaczało to, że matematycznie nie da się znaleźć najkrótszej ścieżki szybciej. Wydawało się, że temat jest zamknięty.

    Jednak zaledwie osiem miesięcy później zespół z Uniwersytetu Tsinghua pod kierownictwem Rana Duana opublikował artykuł, który zburzył ten mur. To praca z 2025 roku, ale uznaliśmy, że temat ciekawy, w sam raz na weekend.

    Pułapka definicji: co właściwie liczymy?

    Jak to możliwe, że ktoś pobił algorytm uznany za „najlepszy z możliwych”? Okazało się, że Tarjan i cała reszta świata wpadli w pułapkę definicji.

    Dowód na optymalność Dijkstry zakładał, że algorytm musi nie tylko podać odległość, ale też wyprowadzić wszystkie punkty na trasie posortowane według dystansu. Grupa z Tsinghua zauważyła coś, co w akademickich kuluarach przyjmowano już od 1984 roku: znalezienie najkrótszej ścieżki wcale nie wymaga sortowania wszystkiego po drodze. Problem brzmi „znajdź odległość”, a nie „posortuj miasto”.

    Nowa granica prędkości

    Chiński zespół połączył stare metody (algorytm Bellmana-Forda) z nowatorskim trikiem „rekurencyjnego częściowego porządkowania”. Zamiast sprawdzać każdą uliczkę po kolei, zaczęli grupować węzły i badać tylko ich „reprezentantów”. Wynik to nowa złożoność obliczeniowa. To pierwszy taki wyłom w „suficie” wydajności wyznaczania trasy od dekad.

    Warto jednak postawić tu ważną gwiazdkę: to odkrycie to przede wszystkim trzęsienie ziemi w teorii algorytmów. W świecie rzeczywistym – tym, w którym działają serwery Google czy systemy routingowe (bo nie tylko o nawigację tu chodzi, także wyznaczanie tras pakietów danych i wiele więcej) – od dawna rzadko używa się „czystego” Dijkstry. Inżynierowie stosują tam heurystyki (jak A*; jeden z najpopularniejszych algorytmów heurystycznych wyszukiwania ścieżki w grafie, stosowany powszechnie w nawigacji GPS, ale też np. w sztucznej inteligencji w grach wideo), hierarchie grafów i zaawansowany precomputing, które w praktycznych zastosowaniach i tak wykraczają poza ramy tego odkrycia. Chiński zespół udowodnił jednak coś ważniejszego: matematyczny mur, który uważaliśmy za nieprzekraczalny, właśnie runął.

    Lekcja dla nas wszystkich

    Ta historia to coś więcej niż ciekawostka dla programistów. To mocna lekcja o tym, jak ramy, w których osadzamy problem, stają się naszymi ograniczeniami. Dijkstra był najlepszy w rozwiązywaniu zadania „najkrótsza ścieżka z posortowanym wynikiem”. Świat potrzebował po prostu „najkrótszej ścieżki”.

    Traktowaliśmy te dwa problemy jako jedność przez dekady tylko dlatego, że nikt nie zapytał: „czy to sortowanie jest nam w ogóle potrzebne?”. Najbardziej ugruntowany algorytm świata został pokonany nie przez potężniejszy procesor, ale przez kogoś, kto zakwestionował samą definicję limitu.

    Największa mapa Wszechświata gotowa. Właśnie zaczyna się trzęsienie ziemi w świecie fizyki

    #algorytmy #Dijkstra #googleMaps #iMagazineTech #informatyka #Nauka #nawigacja #teoriaGrafów #TsinghuaUniversity
  7. Google wprowadza AI Mode w Chrome. Przeglądarka przestaje być tylko oknem na świat, a staje się jego filtrem

    Szukasz idealnego ekspresu do kawy, sprawdzasz parametry i nagle orientujesz się, że masz otwarte dwadzieścia różnych kart, między którymi nieustannie przeskakujesz. Google postanowiło naprawić ten zgubny nawyk i wprowadza do Chrome nową funkcję AI Mode.

    Zamiast otwierać kolejne okna, wbudowany asystent analizuje treść witryn i przeszukuje otwarte karty w jednym, połączonym widoku. Za tą niesamowitą wygodą kryje się jednak potężna zmiana – Chrome przestaje być zwykłą przeglądarką, a zaczyna być filtrem, przez który patrzysz na cały internet.

    Asystent na bocznym pasku zamiast chaosu w kartach

    Główną nowością zaserwowaną przez giganta z Mountain View jest sprytne wykorzystanie podzielonego ekranu. Gdy klikniesz interesujący link w wyszukiwarce, strona otworzy się tuż obok panelu AI Mode. Dzięki temu nie tracisz kontekstu swoich poszukiwań i możesz na bieżąco zadawać pytania do czytanego tekstu. Będąc na stronie sklepu z konkretnym urządzeniem, możesz zapytać asystenta na bocznym pasku, czy np. ten model łatwo się czyści. Algorytmy przeanalizują treść otwartej witryny oraz resztę sieci i podadzą ci gotową odpowiedź. Oznacza to szybkie skanowanie długich artykułów czy analizowanie ofert handlowych bez konieczności ciągłego wracania do głównej strony Google.

    Zmiana paradygmatu, czyli Chrome jako warstwa interpretacyjna

    Prawdziwa rewolucja kryje się jednak w możliwości przeszukiwania materiałów, które masz już uruchomione w tle. Nowe menu pozwala dodać do zapytania wybrane, otwarte karty, a następnie miksować je z plikami z dysku (np. z dokumentami PDF) czy obrazami.

    To nie jest już tylkopodręczne narzędzie dla studentów zakuwających przed sesją. To moment, w którym przeglądarka staje się warstwą interpretacyjną nad twoimi prywatnymi danymi i źródłami zewnętrznymi. Zlecasz maszynie wyciągnięcie wspólnych wniosków z kilku różnych tekstów, a ona przetwarza je i podaje ci gotową, cyfrową syntezę. Zamiast czytać – prosisz o wnioski.

    Płacimy za wygodę (i to w konkretnej walucie)

    Na nowość będziemy musieli jeszcze chwilę poczekać – obecnie AI Mode debiutuje wyłącznie w USA, ale Google zapowiada szybką ekspansję na kolejne rynki. Warto jednak już teraz spojrzeć na ten ruch z szerszej perspektywy, która ujawnia nie tylko pozytywy.

    Przeglądarki internetowe przestają być pasywnymi programami służącymi do wyświetlania kodu HTML, a stają się proaktywnymi asystentami, przejmującymi kontrolę nad przepływem informacji. To niewątpliwie wygodne narzędzie, ale oznacza również, że powoli przestajemy czytać i analizować internet bez bezpośredniego pośrednictwa wszechwiedzącego algorytmu. Dostajemy gotowe odpowiedzi, oddając w zamian proces samodzielnego wyciągania wniosków. Jak to wpłynie na nasze funkcje poznawcze i czy nie zdegraduje naszych umysłów?

    Niedawno uczestniczyliśmy w otwarciu nowego ośrodka warszawskiego Fundacji Sensus Vitae. Zapadły nam w pamięć słowa zaproszonej eksperki, psychoterapeutki dr Agnieszki Gąstoł. Zwróciła ona uwagę na niepokojący trend – po raz pierwszy w historii współczesnej najmłodsze pokolenie osiąga słabsze wyniki w testach zdolności poznawczych (takich jak pamięć czy koncentracja) niż ich rodzice. Granicą tego załamania wydaje się być rok 2011, kiedy to smartfony przestały być biznesowym gadżetem, a stały się masowo dostępnym produktem dla każdego. Teraz rozwiązanie Google’a jeszcze bardziej będzie filtrować cyfrową rzeczywistość uwalniając nas – w imię wygody – od trenowania szarych komórek…

    Technologia pod kontrolą. Warszawa zyskuje ważne miejsce na mapie cyfrowej edukacji

    #AIMode #algorytmy #analizaDanych #funkcjeAI #GoogleChrome #organizacjaPracy #przeglądarkaInternetowa #sztucznaInteligencja #wyszukiwanieWGoogle
  8. Google wprowadza AI Mode w Chrome. Przeglądarka przestaje być tylko oknem na świat, a staje się jego filtrem

    Szukasz idealnego ekspresu do kawy, sprawdzasz parametry i nagle orientujesz się, że masz otwarte dwadzieścia różnych kart, między którymi nieustannie przeskakujesz. Google postanowiło naprawić ten zgubny nawyk i wprowadza do Chrome nową funkcję AI Mode.

    Zamiast otwierać kolejne okna, wbudowany asystent analizuje treść witryn i przeszukuje otwarte karty w jednym, połączonym widoku. Za tą niesamowitą wygodą kryje się jednak potężna zmiana – Chrome przestaje być zwykłą przeglądarką, a zaczyna być filtrem, przez który patrzysz na cały internet.

    Asystent na bocznym pasku zamiast chaosu w kartach

    Główną nowością zaserwowaną przez giganta z Mountain View jest sprytne wykorzystanie podzielonego ekranu. Gdy klikniesz interesujący link w wyszukiwarce, strona otworzy się tuż obok panelu AI Mode. Dzięki temu nie tracisz kontekstu swoich poszukiwań i możesz na bieżąco zadawać pytania do czytanego tekstu. Będąc na stronie sklepu z konkretnym urządzeniem, możesz zapytać asystenta na bocznym pasku, czy np. ten model łatwo się czyści. Algorytmy przeanalizują treść otwartej witryny oraz resztę sieci i podadzą ci gotową odpowiedź. Oznacza to szybkie skanowanie długich artykułów czy analizowanie ofert handlowych bez konieczności ciągłego wracania do głównej strony Google.

    Zmiana paradygmatu, czyli Chrome jako warstwa interpretacyjna

    Prawdziwa rewolucja kryje się jednak w możliwości przeszukiwania materiałów, które masz już uruchomione w tle. Nowe menu pozwala dodać do zapytania wybrane, otwarte karty, a następnie miksować je z plikami z dysku (np. z dokumentami PDF) czy obrazami.

    To nie jest już tylkopodręczne narzędzie dla studentów zakuwających przed sesją. To moment, w którym przeglądarka staje się warstwą interpretacyjną nad twoimi prywatnymi danymi i źródłami zewnętrznymi. Zlecasz maszynie wyciągnięcie wspólnych wniosków z kilku różnych tekstów, a ona przetwarza je i podaje ci gotową, cyfrową syntezę. Zamiast czytać – prosisz o wnioski.

    Płacimy za wygodę (i to w konkretnej walucie)

    Na nowość będziemy musieli jeszcze chwilę poczekać – obecnie AI Mode debiutuje wyłącznie w USA, ale Google zapowiada szybką ekspansję na kolejne rynki. Warto jednak już teraz spojrzeć na ten ruch z szerszej perspektywy, która ujawnia nie tylko pozytywy.

    Przeglądarki internetowe przestają być pasywnymi programami służącymi do wyświetlania kodu HTML, a stają się proaktywnymi asystentami, przejmującymi kontrolę nad przepływem informacji. To niewątpliwie wygodne narzędzie, ale oznacza również, że powoli przestajemy czytać i analizować internet bez bezpośredniego pośrednictwa wszechwiedzącego algorytmu. Dostajemy gotowe odpowiedzi, oddając w zamian proces samodzielnego wyciągania wniosków. Jak to wpłynie na nasze funkcje poznawcze i czy nie zdegraduje naszych umysłów?

    Niedawno uczestniczyliśmy w otwarciu nowego ośrodka warszawskiego Fundacji Sensus Vitae. Zapadły nam w pamięć słowa zaproszonej eksperki, psychoterapeutki dr Agnieszki Gąstoł. Zwróciła ona uwagę na niepokojący trend – po raz pierwszy w historii współczesnej najmłodsze pokolenie osiąga słabsze wyniki w testach zdolności poznawczych (takich jak pamięć czy koncentracja) niż ich rodzice. Granicą tego załamania wydaje się być rok 2011, kiedy to smartfony przestały być biznesowym gadżetem, a stały się masowo dostępnym produktem dla każdego. Teraz rozwiązanie Google’a jeszcze bardziej będzie filtrować cyfrową rzeczywistość uwalniając nas – w imię wygody – od trenowania szarych komórek…

    Technologia pod kontrolą. Warszawa zyskuje ważne miejsce na mapie cyfrowej edukacji

    #AIMode #algorytmy #analizaDanych #funkcjeAI #GoogleChrome #organizacjaPracy #przeglądarkaInternetowa #sztucznaInteligencja #wyszukiwanieWGoogle
  9. Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.

    Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.

    Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):

    „ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”

    Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.

    Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.

    Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary

    Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.

    To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.

    Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny

    Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).

    A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.

    My jesteśmy w fazie szoku.

    Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.

    „Ale przecież UE nad tym pracuje…”

    Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…

    Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!

    Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.

    Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.

    Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.

    Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”

    Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.

    Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów

    Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.

    Zostaje:

    • Chronologiczny feed od znajomych.
    • Treści, które świadomie zaobserwowałeś.
    • Wyszukiwarka.

    Znika:

    • „Sugerowane dla Ciebie”,
    • „Możesz to polubić”,
    • „Wpadnij w króliczą norę”.

    Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.

    Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)

    Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?

    Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.

    Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.

    Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)

    Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.

    Czas na decyzję

    To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.

    Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.

    #algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg
  10. Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.

    Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.

    Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):

    „ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”

    Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.

    Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.

    Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary

    Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.

    To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.

    Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny

    Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).

    A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.

    My jesteśmy w fazie szoku.

    Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.

    „Ale przecież UE nad tym pracuje…”

    Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…

    Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!

    Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.

    Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.

    Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.

    Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”

    Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.

    Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów

    Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.

    Zostaje:

    • Chronologiczny feed od znajomych.
    • Treści, które świadomie zaobserwowałeś.
    • Wyszukiwarka.

    Znika:

    • „Sugerowane dla Ciebie”,
    • „Możesz to polubić”,
    • „Wpadnij w króliczą norę”.

    Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.

    Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)

    Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?

    Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.

    Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.

    Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)

    Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.

    Czas na decyzję

    To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.

    Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.

    #algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg
  11. Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.

    Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.

    Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):

    „ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”

    Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.

    Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.

    Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary

    Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.

    To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.

    Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny

    Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).

    A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.

    My jesteśmy w fazie szoku.

    Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.

    „Ale przecież UE nad tym pracuje…”

    Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…

    Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!

    Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.

    Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.

    Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.

    Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”

    Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.

    Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów

    Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.

    Zostaje:

    • Chronologiczny feed od znajomych.
    • Treści, które świadomie zaobserwowałeś.
    • Wyszukiwarka.

    Znika:

    • „Sugerowane dla Ciebie”,
    • „Możesz to polubić”,
    • „Wpadnij w króliczą norę”.

    Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.

    Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)

    Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?

    Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.

    Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.

    Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)

    Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.

    Czas na decyzję

    To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.

    Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.

    #algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg
  12. Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.

    Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.

    Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):

    „ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”

    Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.

    Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.

    Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary

    Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.

    To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.

    Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny

    Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).

    A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.

    My jesteśmy w fazie szoku.

    Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.

    „Ale przecież UE nad tym pracuje…”

    Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…

    Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!

    Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.

    Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.

    Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.

    Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”

    Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.

    Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów

    Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.

    Zostaje:

    • Chronologiczny feed od znajomych.
    • Treści, które świadomie zaobserwowałeś.
    • Wyszukiwarka.

    Znika:

    • „Sugerowane dla Ciebie”,
    • „Możesz to polubić”,
    • „Wpadnij w króliczą norę”.

    Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.

    Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)

    Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?

    Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.

    Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.

    Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)

    Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.

    Czas na decyzję

    To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.

    Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.

    #algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg
  13. Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Mamy rok 2026. Świat płonie, a my wciąż pozwalamy, by algorytmy z Doliny Krzemowej dolewały benzyny do ognia. Nie jestem zwolennikiem cenzury. Jestem zwolennikiem przetrwania cywilizacji. A to, co serwuje nam dziś Meta, to egzystencjalne zagrożenie. I nie, nie przesadzam.

    Zacznijmy od konkretu, który przelał czarę goryczy. Jestem dziennikarzem technologicznym, staram się zachować higienę cyfrową. Na Facebooku mam garstkę znajomych – tych prawdziwych, z krwi i kości. Nigdy niczego tam nie komentuję. Nie subskrybuję politycznych fanpage’y. Mimo to, algorytm uznał, że musi mi wcisnąć do gardła wpis, który jest kwintesencją manipulacji.

    Oto co zobaczyłem (wpis – co znamienne – zniknął potem samoczynnie, jak wirus, który szukał nosiciela i go nie znalazł, więc poszedł dalej):

    „ZEBRAŁEM WSZYSTKIE ZNANE ZABURZENIA PSYCHICZNE DONALDA TRUMPA… ZŁOŚLIWY NARCYZM… OTĘPIENIE… FRONTOTEMPORAL DEMENTIA… Nie czyta dokumentów… Nie słucha ludzi… Pomiędzy decyzją o ataku a jej braku stoi tylko jego otoczenie…”

    Brzmi groźnie? Owszem. Jest merytoryczne? W żadnym razie. To pseudomedyczny bełkot. Zbiór teorii spiskowych, półprawd i diagnoz stawianych „na oko” przez ludzi, którzy nie widzieli pacjenta na oczy (łamiąc tym samym Zasadę Goldwatera – jeden z fundamentów etyki lekarskiej). To klasyczna „psychiatryzacja wroga” – metoda znana z ZSRR, służąca do odczłowieczania oponenta. Dla Sowietów każdy dysydent był psychicznie chory.

    Ale nie o Trumpa tu chodzi. Chodzi o mechanizm.

    Algorytm nie szuka prawdy. Szuka ofiary

    Dlaczego ten wpis trafił do mnie? Do osoby, która unika politycznych wojenek? Bo algorytm Meta już od dawna nie jest „społecznościowy”. On jest predykcyjny. Nie reaguje na to, co robisz (bo ja nic nie robiłem). Reaguje na to, kim jesteś statystycznie. Wiek, wykształcenie, lokalizacja, model telefonu. System uznał, że jestem „podatnym gruntem” pod testowanie nowej narracji. Wrzucił mi toksynę, zmierzył czas reakcji (zatrzymanie scrolla), a gdy nie chwyciło – zabrał ją i zaniósł komuś innemu.

    To nie jest „wolny rynek idei”. To są testy A/B na żywym organizmie społecznym. Testy, które promują treści skrajne, wywołujące lęk i gniew, bo to one najlepiej sprzedają reklamy. To system masowego testowania reakcji poznawczych. Bez zgody, bez etyki, bez odpowiedzialności.

    Szybciej niż bomby – i bez wypowiedzenia wojny

    Problem polega na tym, że państwa reagują na zagrożenia militarne, bo są widoczne, mają sprawcę i da się je nazwać agresją. Zagrożenia informacyjne są inne: są rozproszone, bez jasnego autora („to tylko błąd algorytmu”), bez widocznej intencji („to tylko optymalizacja zaangażowania”).

    A jednak efekt końcowy jest realny: rozpad zaufania społecznego, erozja demokracji, normalizacja przemocy symbolicznej, podatność na autorytaryzm. To dokładnie ten moment w historii, gdy nowy rodzaj broni wyprzedził język, którym potrafimy go opisać. Jak gaz bojowy w I wojnie światowej. Najpierw był „wynalazek”, potem szok, a dopiero na końcu konwencje genewskie.

    My jesteśmy w fazie szoku.

    Kłócimy się o to, co wisi na ścianie w klasie, a nie zauważamy, że telefon w kieszeni dziecka jest dziś silniejszym narzędziem indoktrynacji niż jakikolwiek polityk, nauczyciel, katecheta czy podręcznik. Deepfake’i i algorytmy wychowują całe pokolenie – bez programu, bez etyki i bez dorosłych przy stole.

    „Ale przecież UE nad tym pracuje…”

    Słyszę to ciągle. DSA, DMA, AI Act. Bruksela pisze ustawy, powołuje komisje, nakłada kary, które dla Mety są błędem zaokrąglenia w budżecie. To leczenie nowotworu witaminą C. Gdy pacjent ma złośliwego guza mózgu, nie mówisz mu: „proszę głęboko oddychać, legislacja jest w toku”. Wzywasz neurochirurga, a anestezjolog już czeka…

    Mówicie, że „nie da się” wyłączyć Facebooka? Że to zbyt skomplikowane? Że gospodarka? Przypomnijmy sobie lekcję historii. Gdy po ataku na Pearl Harbor USA przystąpiły do II Wojny Światowej, amerykańska gospodarka przestawiła się na tryb wojenny w 72 godziny. Trzy dni. Fabryki lodówek zaczęły robić amunicję. Wolny rynek zawieszono. Wprowadzono racjonowanie. TRZY DNI!

    Pearl Harbor to nie jest w tym kontekście metafora wojny. To precedens decyzyjny. USA nie przestawiły gospodarki w 72 godziny dlatego, że wojna była „bardziej realna”, ale dlatego, że uznano ją za zagrożenie systemowe dla państwa.

    Dziś algorytmy ingerują w procesy wyborcze, destabilizują relacje społeczne, wpływają na zdrowie psychiczne całych pokoleń i są wykorzystywane w wojnach hybrydowych. To spełnia każde kryterium zagrożenia systemowego. Brakuje tylko decyzji politycznej, by to nazwać po imieniu. Da się.

    Czas to powiedzieć głośno: algorytmiczna destabilizacja społeczeństw JEST zagrożeniem egzystencjalnym. Facebook, TikTok i ich pochodne to nie „firmy technologiczne”. To operatorzy infrastruktury poznawczej, pozbawieni jakiejkolwiek odpowiedzialności i napędzani zyskiem, który nie ma moralności.

    Plan ratunkowy. Trzy opcje „atomowe”

    Nie musimy „zamykać internetu”, tak jak trudno nazwać uśmiercenie pacjenta jego wyleczeniem. Musimy odciąć zasilanie maszynie losującej nastroje społeczne. Oto co można zrobić – nie za 5 lat, ale w miesiąc.

    Opcja 1: stan wyjątkowy dla algorytmów

    Najczystsza opcja. Decyzją administracyjną (na poziomie UE lub krajowym) nakłada się zakaz stosowania algorytmów rekomendacyjnych dla treści niesubskrybowanych.

    Zostaje:

    • Chronologiczny feed od znajomych.
    • Treści, które świadomie zaobserwowałeś.
    • Wyszukiwarka.

    Znika:

    • „Sugerowane dla Ciebie”,
    • „Możesz to polubić”,
    • „Wpadnij w króliczą norę”.

    Efekt? Zasięgi toksycznych treści spadają o 90%. Wiralowość umiera. Facebook staje się nudnym narzędziem do kontaktu z ciocią. I o to chodzi. Ciocia na pewno się ucieszy, a Twój umysł Ci podziękuje.

    Opcja 2: algorytm jako broń (Infrastruktura Krytyczna)

    Zmiana definicji prawnej. Systemy rekomendacyjne o zasięgu powyżej X milionów użytkowników zostają uznane za infrastrukturę krytyczną (jak elektrownie czy wodociągi). Skutek?

    Obowiązkowe audyty kodu w czasie rzeczywistym (na wzór audytów finansowych i bezpieczeństwa infrastruktury energetycznej) i odpowiedzialność karna zarządów. Nie „firmy”, ale konkretnych ludzi. Oni mają odpowiadać za skutki społeczne. To zmroziłoby Dolinę Krzemową w tydzień.

    Zuckerberg dwa razy zastanowiłby się, czy puścić w obieg algorytm promujący nienawiść, gdyby groziło mu za to więzienie, a nie grzywna.

    Opcja 3: odcięcie tlenu (zakaz mikrotargetowania)

    Model biznesowy Mety opiera się na sprzedawaniu naszych emocji. Wystarczy wprowadzić całkowity zakaz targetowania treści o charakterze politycznym, społecznym i zdrowotnym. Zero boostowania postów o „szczepionkach”, „wyborach” czy „wojnie”. Jeśli nie da się na tym zarobić, farmy trolli i fabryki fake newsów stracą rację bytu.

    Czas na decyzję

    To nie jest „radykalizm”. Radykalny jest system, który dla zysku napuszcza na siebie sąsiadów, promuje pseudomedycynę i niszczy demokrację. Jesteśmy zmęczeni. Widzimy więcej, niż algorytm by chciał. I mamy prawo żądać, by ktoś w końcu wyciągnął wtyczkę.

    Mój felieton nie ugasi pożaru świata. Ale może chociaż przestaniemy udawać, że to, co czujemy – ten ciągły lęk i wkurzenie – to nasza wina. To nie my zwariowaliśmy. To algorytm.

    #algorytmy #dezinformacja #DolinaKrzemowa #DonaldTrump #DSA #Facebook #fakeNews #felieton #higienaCyfrowa #infrastrukturaKrytyczna #manipulacja #Meta #socialMedia #zuckerberg
  14. Gadają w radiu o złych algorytmach i (anty)social mediach oraz o tym jak negatywnie wpływają na nasze wybory, również w kontekście nadchodzących wyborów prezydenckich. A ja tylko nieśmiało przypominam, że mamy coś takiego jak #fediwersum, bez algorytmów i bez reklam. Jednocześnie wiem, że to trochę jak głos wołającego na pustyni 😬

    #algorytmy #socialmedia

  15. Ludzie narzekają na treści podsuwane przez #algorytmy SM jednocześnie mitologizując rzetelność tradycyjnych mediów. Tymczasem dzisiejsze newsy w #TVP:

    "Pijany 19-latek uderzył autem w latarnie, dwie ofiary."
    "Mundurowy zastrzelił córkę i teściową."
    "Zatrzymano gwałciciela 14-latki."
    "6-latek zaatakowany przez psa."
    "Ofiara pożaru bloku w Poznaniu."

    Przecież to gówno nadaje się co najwyżej do lokalnego tygodnika. Jaki to ma wpływ na życie przeciętnego Polaka? 😐

    #media #dziennikarstwo #histeria

  16. Ech, dupa ze mnie, a nie #influencer - wrzucilem na #instastory linki do artykulow na temat szkodliwosci #algorytmy w #SocialMedia oraz na temat #Fediverse i albo mam shadow bana od #Meta, albo ten temat nikogo... 😂

  17. Przeglądam moją "stronę główną" i sprawdzam, ile wpisów ma hasztagi. Bardzo niewiele. To jak niby mam skonstruować dla siebie mój ulubiony algorytm? 😠

    P.S. chodzi mi o to, że nie mogę odfiltrować wpisów o technologii, gadżetach i grach komputerowych (bo te tematy mnie nie interesują).

    #algorytm #algorytmFedi #Fediwersum #UX #hasztagi #technologia #StronaGłówna #feed #algorytmy

  18. Przeczytałem książkę "Homo deus. Krótka historia jutra" autorstwa Yuvala Harariego. Niektóre prognozy autora okazały się nie do końca trafione, ale choćby przemyślenia na temat tzw. dataizmu (religii danych) są intelektualnie stymulujące, warte dalszego drążenia. ⚛️

    By zachęcić do lektury zarzucę krótki fragment:
    "W przeszłości działanie cenzury polegało na blokowaniu przepływu informacji. W XXI wieku działanie cenzury polega na zalewaniu ludzi nieistotnymi informacjami. Po prostu nie wiemy, na co zwracać uwagę, i często tracimy czas na zgłębianie oraz omawianie spraw drugorzędnych. W dawnych czasach ten, kto miał władzę, miał dostęp do danych. Dzisiaj ten, kto ma władzę, wie, co pomijać."

    Napomknę jeszcze, że mam zastrzeżenia do polskiego przekładu, nie tylko ze względu na wyrażenia pokroju "niemniej jednak", ale także dlatego, że w wielu miejscach natrafiłem na informacje dotyczące rzeczywistości 2018 roku, a książka w oryginalnej (hebrajskiej) wersji, była wydana trzy lata wcześniej.

    #TLDR polecam!!1 🙂

    #książki #HomoDeus #YuvalHarari #futurologia #dataizm #algorytmy #władza #infosfera

  19. Przeczytałem książkę "Homo deus. Krótka historia jutra" autorstwa Yuvala Harariego. Niektóre prognozy autora okazały się nie do końca trafione, ale choćby przemyślenia na temat tzw. dataizmu (religii danych) są intelektualnie stymulujące, warte dalszego drążenia. ⚛️

    By zachęcić do lektury zarzucę krótki fragment:
    "W przeszłości działanie cenzury polegało na blokowaniu przepływu informacji. W XXI wieku działanie cenzury polega na zalewaniu ludzi nieistotnymi informacjami. Po prostu nie wiemy, na co zwracać uwagę, i często tracimy czas na zgłębianie oraz omawianie spraw drugorzędnych. W dawnych czasach ten, kto miał władzę, miał dostęp do danych. Dzisiaj ten, kto ma władzę, wie, co pomijać."

    Napomknę jeszcze, że mam zastrzeżenia do polskiego przekładu, nie tylko ze względu na wyrażenia pokroju "niemniej jednak", ale także dlatego, że w wielu miejscach natrafiłem na informacje dotyczące rzeczywistości 2018 roku, a książka w oryginalnej (hebrajskiej) wersji, była wydana trzy lata wcześniej.

    #TLDR polecam!!1 🙂

    #książki #HomoDeus #YuvalHarari #futurologia #dataizm #algorytmy #władza #infosfera

  20. Przeczytałem książkę "Homo deus. Krótka historia jutra" autorstwa Yuvala Harariego. Niektóre prognozy autora okazały się nie do końca trafione, ale choćby przemyślenia na temat tzw. dataizmu (religii danych) są intelektualnie stymulujące, warte dalszego drążenia. ⚛️

    By zachęcić do lektury zarzucę krótki fragment:
    "W przeszłości działanie cenzury polegało na blokowaniu przepływu informacji. W XXI wieku działanie cenzury polega na zalewaniu ludzi nieistotnymi informacjami. Po prostu nie wiemy, na co zwracać uwagę, i często tracimy czas na zgłębianie oraz omawianie spraw drugorzędnych. W dawnych czasach ten, kto miał władzę, miał dostęp do danych. Dzisiaj ten, kto ma władzę, wie, co pomijać."

    Napomknę jeszcze, że mam zastrzeżenia do polskiego przekładu, nie tylko ze względu na wyrażenia pokroju "niemniej jednak", ale także dlatego, że w wielu miejscach natrafiłem na informacje dotyczące rzeczywistości 2018 roku, a książka w oryginalnej (hebrajskiej) wersji, była wydana trzy lata wcześniej.

    #TLDR polecam!!1 🙂

    #książki #HomoDeus #YuvalHarari #futurologia #dataizm #algorytmy #władza #infosfera

  21. Przeczytałem książkę "Homo deus. Krótka historia jutra" autorstwa Yuvala Harariego. Niektóre prognozy autora okazały się nie do końca trafione, ale choćby przemyślenia na temat tzw. dataizmu (religii danych) są intelektualnie stymulujące, warte dalszego drążenia. ⚛️

    By zachęcić do lektury zarzucę krótki fragment:
    "W przeszłości działanie cenzury polegało na blokowaniu przepływu informacji. W XXI wieku działanie cenzury polega na zalewaniu ludzi nieistotnymi informacjami. Po prostu nie wiemy, na co zwracać uwagę, i często tracimy czas na zgłębianie oraz omawianie spraw drugorzędnych. W dawnych czasach ten, kto miał władzę, miał dostęp do danych. Dzisiaj ten, kto ma władzę, wie, co pomijać."

    Napomknę jeszcze, że mam zastrzeżenia do polskiego przekładu, nie tylko ze względu na wyrażenia pokroju "niemniej jednak", ale także dlatego, że w wielu miejscach natrafiłem na informacje dotyczące rzeczywistości 2018 roku, a książka w oryginalnej (hebrajskiej) wersji, była wydana trzy lata wcześniej.

    #TLDR polecam!!1 🙂

    #książki #HomoDeus #YuvalHarari #futurologia #dataizm #algorytmy #władza #infosfera

  22. Przeczytałem książkę "Homo deus. Krótka historia jutra" autorstwa Yuvala Harariego. Niektóre prognozy autora okazały się nie do końca trafione, ale choćby przemyślenia na temat tzw. dataizmu (religii danych) są intelektualnie stymulujące, warte dalszego drążenia. ⚛️

    By zachęcić do lektury zarzucę krótki fragment:
    "W przeszłości działanie cenzury polegało na blokowaniu przepływu informacji. W XXI wieku działanie cenzury polega na zalewaniu ludzi nieistotnymi informacjami. Po prostu nie wiemy, na co zwracać uwagę, i często tracimy czas na zgłębianie oraz omawianie spraw drugorzędnych. W dawnych czasach ten, kto miał władzę, miał dostęp do danych. Dzisiaj ten, kto ma władzę, wie, co pomijać."

    Napomknę jeszcze, że mam zastrzeżenia do polskiego przekładu, nie tylko ze względu na wyrażenia pokroju "niemniej jednak", ale także dlatego, że w wielu miejscach natrafiłem na informacje dotyczące rzeczywistości 2018 roku, a książka w oryginalnej (hebrajskiej) wersji, była wydana trzy lata wcześniej.

    #TLDR polecam!!1 🙂

    #książki #HomoDeus #YuvalHarari #futurologia #dataizm #algorytmy #władza #infosfera

  23. Wrzuciłem na LI dłuższą notkę, jak algorytmy manipulują naszym życiem oraz, żeby nie było, jak korzystać z SM z głową. Enjoy #socialmedia #algorytmy linkedin.com/feed/update/urn:l

  24. Dzisiaj w sejmie obradowała
    podkomisja stała do spraw sztucznej inteligencji i przejrzystości algorytmów:
    sejm.gov.pl/sejm10.nsf/transmi…

    Z dwóch tematów które były omówione to "Prezentacja aktualnego stanu wiedzy na temat sztucznej inteligencji" nie wniosła niczego nowego ponadto co już wiemy, czyli ogólnego entuzjazmu #MinisterCyfryzacji do rozwijania #SztucznaInteligencja .
    Natomiast druga , ciekawsza część dyskusji dotyczyła projektu ustawy o zmianie ustawy o związkach zawodowych a konkretnie przepisów dt. jawności algorytmów do zautomatyzowanego podejmowania decyzji przez przedsiębiorców wobec pracowników/kandydatów.
    Ten projekt ustawy był procedowany w poprzedniej kadencji ale mimo (podobno...) szerokiego konsensusu, jednak utknął gdzieś na etapie wyjścia z komisji.
    Dzisiaj przynajmniej padła deklaracja, że będzie ponownie wniesiony pod obrady sejmu.
    Temat zdecydowanie w kręgu zainteresowania m.in. @panoptykon @icd @Watchdog_Polska
    #sejm #ai #algorytmy #PrawaPracownicze
  25. Ale skoro odpuścili z sugerowaniem mi dzieciobójstwa i mężobójstwa, to nie będę narzekać - jest postęp 😁

    /2

    #fb #meta #algorytmy #prywatność

  26. 📻 Odsłuchałem reportaż audio Panoptykonu - to jest absolutna rewelacja!!! 💚 💙 ❤️ Zdecydowanie polecam!

    Czegoś takiego jeszcze nie było: połączenie treści o #prywatność.i, wysokiej jakości merytorycznej z ciekawą, wręcz wciągającą formą reportażu. Strzał w dziesiątkę. 👌

    "Algorytmy Traumy. Jak Facebook karmi się twoim lękiem"

    panoptykon.org/algorytmy-traum

    Do litanii superlatyw chcę jednak dodać, że jedna rzecz mnie rozczarowała: wypowiedź bohaterki reportażu "nie ma realnej alternatywy dla Facebooka" nie spotkała się z żadnym komentarzem ze strony @panoptykon czy informacją o tym, że istnieje #Fediwersum. Oczywiście można się spierać, czy Fedi jest _realną_ alternatywą dla FB. Ale fakt, że sam Panoptykon jest na Fedi wskazuje, że jakaś nadzieja chyba jest. 😉 Jest, prawda? 🙏 Szkoda, że nie dowiedzą się o tym słuchacze i słuchaczki reportażu.

    P.S. Dyskusja o tym reportażu na profilu Panoptykonu jest tu: eupolicy.social/@panoptykon/11

    #podcast #reportaż #audycja #słuchowisko #Facebook #algorytmy #AlgorytmyTraumy #trauma #psychika #bezFacebooka

  27. #książki #autyzm #algorytmy

    "Dostrzegam w naszych czasach pewien paradoks. Wiedza o diagnozach neuropsychiatrycznych jest coraz większa, podczas gdy przestrzeń do bycia innym stale się kurczy. W erze algorytmów bardziej niż kiedykolwiek szukamy anomalii domniemanej normalności. [...]

    /1

  28. #Youtube #Twitch #streaming #TworczoscInternetowa #algorytmy

    Najpierw zobaczylem dzisiaj kolejny film fotografa, ktory zalozyl kanal na YT, zeby po prostu opowiadac o tym co lubi robic, ale algorytmy sprawily, ze zaczal gonic za wyswietleniami - w koncu jednak dotarlo do niego, ze to bez sensu i woli maly kanal, ale o tym co lubi, niz duzy, ale pelen filmow typu "10 sztuczek, o ktorych nikt wam nie powiedzial" i inne bzdety, obliczone na to, zeby algorytmy nie zatopily kanalu - film ponizej:

    youtu.be/khXS8kvI61Y
    alternatywnie: vid.puffyan.us/watch?v=khXS8kv

    Potem zobaczylem wpis jednej ze streamerek, ktorej dzisiaj tez sie ulalo, bo w koncu dotarlo do niej ze zostala niewolnica swoich widzow - juz nie robi tylko tego co lubi i w sposob jaki lubi, tylko wszystko (albo wiekszosc rzeczy), co robi jest dla widzow - ktorzy w wielu przypadkach tego nie szanuja i wykorzystuja, po to zeby ja wkurzyc, upokorzyc, zobaczyc jak sie zachowa, itp.

    Do tego dochodzi ten nieszczesny program Partner Plus na twitchu, ktory z tego co widze, coraz wiecej osob sobie odpuszcza bo po prostu nie sa w stanie powstrzymywac przez 3 miesiace swoich widzow przed giftami czy korzystaniem Prime'a

    I taka mysl mnie naszla - takze skierowana do moich drogich znajomych szeroko pojetych "tworcow internetowych" - chyba lepiej zostac soba, traktowac tworczosc internetowa jako cos "na boku", "po godzinach" od normalnej pracy, ale tworzyc ciagle o tym co sie lubi, niz stac sie jednym z takich niewolnikow - twitcha, youtuba, algorytmow, ktore dzisiaj sa takie, jutro moga byc inne, bo jakis CEO ma za malo $$$, czy w koncu wlasnych widzow, ktorzy zaczynaja skakac Ci po glowie... opinions?