#krzysztofkolacz — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #krzysztofkolacz, aggregated by home.social.
-
Technokultura przyzwyczaiła nas do tego, że ludzie i rzeczy po prostu przelatują przed naszymi oczyma z prędkością scrollowania cyfrowych ekranów. Czyli szybko. Bardzo szybko. Jako ludzie zanurzeni od lat w technologii wykształciliśmy nawet umiejętność zapisywania tych migocących momentów w postaci serduszek, lajków, list „na później” i im podobnych silosów uwagi. Kiedy spojrzy się na to z boku, aż trudno uwierzyć, że to jest w ogóle możliwe. Dlatego czasami warto zrobić krok wstecz.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2024
Połazić między regałami
Pamiętam, jak do Polski wchodził Empik. Wtedy, mieszkając w małej miejscowości, urządzaliśmy sobie z kuplami i kupelami wycieczki autokarem do Krakowa, tylko po to, aby przesiedzieć połowę dnia w ogromnym na tamte czasy salonie tej sieci na Rynku Głównym. Z widokiem na Sukiennice, parapetami zabytkowej kamienicy wyłożonymi poduszkami niczym w amerykańskich serialach, na których można było przeczytać (dosłownie) książkę. Wtedy była tam nawet kawiarnia na jednym z pięter. Dziś to miejsce już nie istnieje, ale tamte wycieczki wspominam z niesamowitą nostalgią. Dlaczego?
Głównie dlatego, że w tych wyprawach celem było wielogodzinne łażenie między regałami i wdychanie zapachu książek i czasopism, które się wertowało. Dyskusje na ich temat, a nierzadko nawet ich lektura. Na miejscu. Wtedy nie było łatwego dostępu do e-booków. Jeden klik nie wystarczył, aby wydać 70 zł na książkę i zacząć ją czytać nawet w ciemności. Oczywiście zakładając, że ten 70 zł w ogóle do wydania się miało.
Dziś wspomnienie tamtych czasów jest czymś z pogranicza magii, nostalgii, ale też kubła zimnej wody, który sprowadza nas na ziemię, gdy trzeba. Ta konkretna księgarnia już nie istnieje w tym miejscu, ale na świecie mamy ich dziesiątki tysięcy. W samych Stanach Zjednoczonych ponad dziesięć tysięcy, choć liczba ta z roku na rok się kruczy. Ubiegłej jesieni tamten zapach wrócił ponownie, podczas wizyty w nowojorskim, kultowym Strand Book Store, gdzie spędziliśmy kilka godzin, a pozycje stamtąd zdobią teraz naszą biblioteczkę.Między tamtejszymi regałami znalazłem nawet miniaturową wersję jednego fragmentu tego sklepu.
Czekając na pociąg
Ostatnio, czekając na pociąg, wszedłem do przydworcowej księgarni. Niewielkiej, nowoczesnej, a mimo tego mającej ten sam zapach. Zapach książek, gazet i bibelotów, które się w takich miejscach sprzedaje. Spędziłem w tamtym miejscu jakieś pół godziny, a to już wystarczyło, abym znalazł i zapisał sobie pięć książek, które chciałbym przeczytać. I zdałem sobie wówczas sprawę z jednej rzeczy.
Prawdopodobnie nie byłbym w stanie odnaleźć tych samych pięciu książek w internecie i zdecydować, że tak – chcę im poświęcić kiedyś mój czas i uwagę. Dlaczego? Bo w sieci wszystko wydaje się być tak samo ważne. Tak samo płaskie. Nie da się wziąć książki do ręki, przewrócić kilku stron, zachwycić się rodzajem papieru czy sposobem składu tej konkretnej pozycji. Nie da się z książką – jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi – porozmawiać. Złapać tego niewidzialnego kontaktu, który sprawia, że później ląduje wśród innych na domowej półce.I tego nam nie zagwarantuje żaden komputer przestrzenny. Ani teraz, ani w najbliższych dwóch dekadach. To ryzykowne stwierdzenie, ale nikt nie przekona mnie, że wirtualną wycieczkę zapamiętam na tak długo, jak tamte, wiosenne podróże do krakowskiego Empiku.
https://imagazine.pl/2024/05/03/dlaczego-czasami-warto-wejsc-do-ksiegarni/
#felieton #KrzysztofKołacz #księgarnia #mindfulness #NowyJork #podróże
-
Przed Apple ciekawy rok. Z jednej strony za rogiem mamy premierę headsetu Apple Vision Pro. Z drugiej – kilka niemałych wyzwań w zapomnianych przez firmę kategoriach produktowych. No to po kolei, czego życzę sobie na 2024 rok w kontekście nadgryzionych sprzętów z Cupertino?
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2024
Powrót iPadów
O tym mówi się już od dłuższego czasu, a wyniki finansowe Apple zdają się to tylko potwierdzać kwartał do kwartału i rok do roku. iPady sprzedają się zauważalnie gorzej niż kiedyś. Do tego dochodzi jeszcze kwestia oparzenia się z obecnymi bryłami tych urządzeń no i bałaganu w portfolio Apple. Naprawdę trudno jest dziś wytłumaczyć komuś, kto nie należy do bańki technologicznej, jaki iPad jest dla niego idealny.
Mówi się, że firma szykuje spore odświeżenie w ramach wszystkich swoich linii produktowych. Mamy zobaczyć większego iPada Air (na wzór strategii, którą Apple wdrożyło dla MacBooków Air w 2023 roku) w rozmiarze obecnego iPada Pro. Mamy zobaczyć nowe iPady Pro z ekranami OLED. Na to, nie ukrywam, czekam chyba najbardziej. Zwłaszcza na większy model z OLED. Czy będzie droższy? Myślę, że spokojnie możemy się spodziewać znaczących podwyżek w segmencie iPadów Pro. Ekrany OLED są o wiele droższe w produkcji, a tutaj mówimy o czymś większym niż Apple Watch. Tanio już było.
Jeżeli chodzi natomiast o aktualizację procesorów, to życzyłbym sobie (i tak się na 95% stanie), aby wszystkie modele Air i Pro otrzymały Apple M3. To jedyny logiczny i sensowny ruch, który Apple może teraz wykonać. Spodziewam się i życzę też sobie nowych akcesoriów, zwłaszcza poprawionego Apple Magic Keyboard, które w końcu otrzyma może rząd klawiszy funkcyjnych. Prywatnie nie wierzę natomiast w Apple Pencil 3. generacji, o którym jest również sporo doniesień. Nie widzę miejsca na czwarty Apple Pencil w portfolio. Już teraz jest ich o dwa za dużo.
The Watch
W 2024 roku będziemy także obchodzili okrągłą, dziesiątą rocznicę zaprezentowania światu Apple Watcha we wrześniu 2014 roku. Pora na coś nowego. Pora na nową, klasyczną bryłę i mam nadzieję, że Apple nie porzuci stali nierdzewnej na koszt aluminium pokrytego tytanem.
Jeśli to zrobią, kupię na zapas kolejną sztukę modelu Series 9 i będzie leżała w szafie. Nie przesiądę się na model Ultra, bo nie jestem jego targetem i lubię stalowe zegarki. I ładne zegarki (wiem, to subiektywne, ale mówię za siebie). Tak więcej, drogie Apple, chętnie zobaczę coś tak spektakularnego, jak jubileuszowy iPhone X. Nie zepsujcie tego!
Nowa Siri
Ostatnią nowością, na którą bardzo czekam i liczę, że się doczekam, jest Siri. I nie chodzi mi nawet tutaj o obsługę języka polskiego, ponieważ nawet jeśli zostanie kiedykolwiek dodana, nie będę z niej korzystał. Wolę angielski. Jest krótszy, jeżeli mowa o wydawaniu komend do asystenta głosowego.
Zdecydowanie natomiast liczę na to, że dzięki mądrej integracji (takiej w stylu Apple) z generatywną sztuczną inteligencją, Siri w końcu stanie się mądra. Jakkolwiek przydatna poza włączeniem świateł, czyli wejdzie na zupełnie nowy poziom. Jeżeli mam uwierzyć w to, że ktoś pokaże światu po raz kolejny, jak wielką wartością może być ekosystem usług i urządzeń w kontekście AI – to będzie to Apple.
Oby nie przespali momentu, jak Nokia nadejścia smartfonów. Dla Siri to już byłby drugi i raczej ostatni raz.
https://imagazine.pl/2024/04/29/lista-zyczen-do-apple-na-2024-rok/
-
Takie pytanie mogą sobie zadawać dinozaury, starzy ludzie albo… trzydziestolatkowie. W ostatnich kilku latach dotarło to do mnie szczególnie dobitnie, a ostatni raz jak dinozaur poczułem się podczas wizyty Steve’a Wozniaka we wrześniu 2023 r. w Polsce.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 11/2023
Czas sprzętu
Steve Wozniak opowiadał nie tylko o początkach Apple, ale raczej o historii internetu, który dziś uznajemy za rzecz oczywistą. Ci z was, którzy czytali biografię Steve’a Jobsa spod pióra Waltera Isaacsona, kojarzą zapewne Blue box, który był pierwszym głośnym urządzeniem zbudowanym przez duet Wozniak-Jobs I pozwalał za darmo dzwonić na cały świat. Specjalne narzędzie dla tzw. phreakerów, oszukujących amerykańską sieć telefoniczną Bell (obecnie AT&T) de facto rozwiązywało społeczny problem.
W tamtych czasach tylko sprzęt (hardware) mógł przekonać kupujących do tego, że warto w niego zainwestować. Magiczna czarna skrzynka dla wielu stanowiła obiekt z pogranicza magii. Tak samo mówiono o Apple II, Lisie czy później Macintoshu. Komputerów nie kojarzono z miniaturowymi inteligentnymi zegarkami, ale raczej nie dowierzano, że nie musimy ich już przetrzymywać w specjalnych opasłych opakowaniach. Że mieszczą się pod lub na biurkach. Innowacja była wówczas widoczna – dosłownie – na pierwszy rzut oka.
Steve Wozniak wielokrotnie nawiązywał do tego podczas spotkania w Warszawie, snując osobistą opowieść o antropocentrycznym świecie i rynku technologii, który człowieka stawia na pierwszym miejscu. Jemu ma służyć i pomagać upraszczać codzienne życie. I choć te wspomnienia współzałożyciela Apple bardzo mocno wykorzystywane są przez niego w dyskusji na temat prywatności w sieci, to – umówmy się – wówczas nikt o prywatności nie myślał. Trzeba być tego świadomym, zanim całkowicie przepadniemy w romantycznych wspomnieniach lat minionych.
Czas usług
Pamiętam, jakby to było dziś, że kiedy chciałem sprawdzić coś w internecie – a musicie wiedzieć, że do sieci zostałem podłączony dopiero w wieku lat 10 – musiałem prosić rodziców o zgodę. Dlaczego? Ponieważ linia DSL od Telekomunikacji Polskiej potrafiła być jednocześnie błogosławieństwem i przekleństwem. Dla portfela rodziców. Liczył się każdy impuls i każda sekunda. W tamtych czasach nikt nie potrzebował korzystać z trybów skupienia na urządzeniach, bo już wystarczająco skupialiśmy się na tym, aby maksymalnie sprawnie załatwić sprawy w sieci i ją wyłączyć. Powiadomienia push? Zapomnijcie!
To były ciekawe czasy, w których tuż po rewolucji sprzętowej zaczynała się rewolucja usług, na których wdrożenie ów sprzęt pozwolił. Pierwsza encyklopedia online, portale z ogłoszeniami lokalnymi, portale z informacjami czy w końcu komunikatory. IRC i polskie Gadu Gadu. Potem BLIP (odpowiednik Twittera), na którym poznałem sporo członków naszej redakcji i bańki technologicznej, skupionej nad Wisłą dookoła marki Apple. To wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie ludzie, którzy postanowili wyprowadzić komputery z wielkich pomieszczań i położyć je na naszych biurkach. Jeśli ciekawi Was szczegółowa droga, którą przebyliśmy w naszym cyfrowym świcie, polecam książkę „Innowatorzy”.
Dziś żyjemy w czasach usług. Moc obliczeniowa praktycznie nie jest już wyzwaniem, a jej użycie dyktuje kwota, którą można dzięki niej wygenerować. Czy to dobrze? Spójrz na płatności zbliżeniowe, zakupy online czy możliwość pracy zdalnej. To zaledwie trzy przykłady zmian, które – chcąc czy nie chcąc – zawdzięczamy cyfrowemu kapitalizmowi. Każdy zatem musi ocenić sam.
Ja jednak nie tyle oceniam, ile staram się doceniać jeden fakt.
Wdzięczność
Mianowicie to, że moje pokolenie jako ostatnie urodziło się bez internetu. Bez komputera, a co za tym idzie – smartfona czy tabletu – w dłoni. Pamiętam czasy DSL, przegrywania płyt (a nawet kaset magnetofonowych czy wideo!), ich zgrywania do wczesnych wersji iTunes, premierę Discmana, iPoda, telewizorów z płaskim ekranem czy iPhone’a. Ktoś zapyta: Ale po co to pamiętać?
Ano na przykład po to, aby zachować pokorę. W tym bardzo pomagają mi takie momenty, w których uświadamiam sobie, jak wiele przeszedł świat technologii w zaledwie trzy dekady! To jest wręcz nieprawdopodobne. Jestem szczęściarzem, że urodziłem się w czasach, w których moi rodzice nie poinformowali o tym fakcie Facebooka czy Instagrama.
Tak, pamiętam kwadratowe zdjęcia na Instagramie, gdy był dostępny tylko na iPhonie. Nie miał reklam ani Stories, ale tutaj zakończę dzisiejszą historię.
https://imagazine.pl/2024/04/03/a-pamietasz-dsl-w-telekomunikacji/