home.social

#felieton — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #felieton, aggregated by home.social.

fetched live
  1. Jak i kiedy zacząć oczyszczać technologiczne przedpole?

    Wakacje to jedyna pora roku, kiedy tempo naszego życia wyraźnie spada. Terminy, maile, powiadomienia – wszystko to ciągle jest, ale gdzieś z tyłu, za dobrze wykonanym gestem zamknięcia MacBooka. I właśnie ten moment jest – paradoksalnie – najlepszym czasem na zrobienie czegoś, co znakomicie poprawi jakość naszego powrotu z wakacji. Na zadanie sobie kilku niewygodnych pytań o technologię, z której korzystamy na co dzień. Nie o kupowanie nowej. O rozliczenie się ze starą.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2026

    Trzy liczby, które cię zaskoczą

    Zacznijmy od ćwiczenia, które polecam wykonać jeszcze przed wyjazdem. Otwórzcie wyciąg bankowy lub aplikację, która agreguje wydatki – i policzcie, ile miesięcznie schodzi z konta na subskrypcje. Nie na jedzenie, paliwo czy rachunki, ale stricte na aplikacje, usługi i serwisy, za które płacicie regularnie, często z automatu.

    Jeżeli jesteście typowym, aktywnym technologicznie gospodarstwem domowym, liczba, którą zobaczycie, będzie zaskakująca. Kwota za nią idąca tym bardziej. Często przekracza kilkaset złotych miesięcznie. I jest wśród niej spora porcja usług, z których po prostu nie korzystacie – albo korzystacie tak rzadko, że trudno to nawet nazwać korzystaniem. Pamiętam historię, którą opisywałem kiedyś w moim newsletterze: mężczyzna policzył swoje subskrypcje i zobaczył ponad dwa tysiące złotych miesięcznie. Dało mu to do myślenia. Większości z nas też by dało.

    To pierwsza liczba.

    Druga to liczba aplikacji na waszym iPhonie lub iPadzie. Wejdźcie w Ustawienia, potem w Ogólne, następnie w Miejsce na iPhonie. Lista, która się pojawi, jest kompletna i sortowalna. Przejrzyjcie ją spokojnie i zaznaczcie w głowie te aplikacje, których nie uruchamialiście od ponad miesiąca. Możliwe, że będzie ich więcej niż połowa. Żadnej z nich na 90% nie potrzebujecie.

    Trzecia liczba to liczba urządzeń w waszym domu podłączonych do prądu. Nie do internetu – do prądu. Policzcie je wszystkie. Ładowarki, słuchawki, głośniki, stare iPady służące dziś wyłącznie za stojaki na receptury kuchenne. To wszystko kosztuje – i nie tylko finansowo. Kosztuje uwagę, którą im poświęcamy, ilekroć leżą w zasięgu wzroku.

    Dlaczego tego nie robimy?

    Odpowiedź jest prostsza niż myślimy. Przez lata budowaliśmy sobie technologiczne otoczenie w modelu „więcej znaczy lepiej”. Kolejna aplikacja do notatek, kolejny serwis streamingowy, kolejna usługa do automatyzacji czegoś, co i bez niej działało całkiem sprawnie. Dokładaliśmy, bo było tanio, bo był free trial, bo ktoś polecił w podcaście. I w pewnym momencie obudziliśmy się w cyfrowym bałaganie, który – gdyby fizycznie zajmował przestrzeń w mieszkaniu – kazałby nam natychmiast zadzwonić po profesjonalnego organizatora przestrzeni.

    Ten bałagan nie jest neutralny. Ma swój koszt w postaci rozproszenia, poczucia przebodźcowania i – co najważniejsze – nieustannego odczucia, że nie nadążamy. Że czegoś nie sprawdziliśmy, czegoś nie przetestowaliśmy, że nowe narzędzie AI, o którym słyszymy co tydzień, znowu umknęło naszej uwadze. Pisałem już o tym na łamach Higieny Cyfrowej – technologia ma służyć nam, a nie my jej. Ale żeby tak było, trzeba co jakiś czas wyczyścić przedpole.

    Jak zabrać się do porządków?

    Dobrą wiadomością jest to, że nie trzeba tego robić wszystkiego naraz. Złą – że trzeba to jednak zrobić.

    Zacznijcie od subskrypcji. Najprościej sprawdzić je w ustawieniach konta Apple ID: Ustawienia → nazwa konta → Subskrypcje. Tam znajdziecie wszystkie aktywne i niedawno zakończone subskrypcje powiązane z Waszym Apple ID. Przejrzyjcie je jedną po drugiej i zadajcie sobie o każdej trzy pytania: Czy z tego korzystam? Czy jest tu coś, czego nie ma darmowy odpowiednik wbudowany w system? Czy gdybym dziś miał to kupić od nowa – zrobiłbym to? Jeżeli odpowiedź na którekolwiek brzmi „nie” – wiecie, co robić.

    Następnie aplikacje. Zasada, którą stosuję od lat: jeśli czegoś nie użyłem przez miesiąc, znika. Wyjątkiem są aplikacje awaryjne – np. te do podróży lotniczych, których używam rzadko, ale których potrzebuję właśnie wtedy, gdy czuję się bezradny na lotnisku. One zostają. Reszta – nie.

    Na końcu urządzenia. Tutaj polecam wziąć kartkę papieru i – wzorem ćwiczenia z pierwszego wydania tej kolumny – wypisać każde urządzenie, z którego realnie korzystacie każdego tygodnia. Wszystko, co nie trafi na tę listę, jest kandydatem do sprzedaży, oddania albo schowania do szuflady z etykietką „nie wiem, po co to mam”. Stare iPhone’y, których nie wymieniliście w skupie. Poprzedni iPad, na którym teraz leży kurz. Głośnik Bluetooth kupiony trzy lata temu do ogrodu, który od tamtej pory stoi w szafie.

    Nie chodzi o minimalizm dla minimalizmu

    Warto tutaj zaznaczyć jedną ważną rzecz: to ćwiczenie nie jest zachętą do wyrzucenia wszystkiego i przeprowadzenia się do pustelni z Nokią 3310. Chodzi o coś innego – o intencjonalność. O świadome decydowanie, co ma mieć dostęp do waszego czasu i uwagi. Ograniczony wybór przestał być brakiem. Stał się luksusem.

    Coraz więcej z nas mówi dziś „to mi wystarczy” zamiast „genialne, kupuję!”. I nie wynika to ani ze znużenia technologią, ani z zacofania – wynika z dojrzałości. Z rozumienia, że szum informacyjny, przebodźcowanie i toksyczny FOMO, związany z testowaniem każdej nowej aplikacji, to nie jest styl korzystania z technologii, który komukolwiek dobrze robi. Wakacje to dobry moment, żeby te intuicje zamienić na konkretne decyzje.

    Wrócić z urlopu z mniejszą liczbą subskrypcji i aplikacji, ale większym spokojem? Brzmi jak dobry plan.

    #cyfrowePorządki #felieton #higienaCyfrowa #Kołacz #minimalizm #porządki
  2. Piętnaście lat spokoju

    Jest 1 września 2026 roku i póki piszę te słowa, Tim Cook jest jeszcze formalnie CEO Apple. Za chwilę przestanie nim być, a stanowisko obejmie John Ternus. Nie planowałem pisać o tym przejściu władzy w ten sposób – w końcu napisałem już o kulisach objęcia sterów przez Ternusa zaraz po WWDC, gdy większość mediów skupiła się na Siri AI i sporze z Unią Europejską, przegapiając to, co działo się tuż obok. Dziś jednak, w dniu, w którym ta zmiana staje się faktem, a nie zapowiedzią, należy się nam wszystkim chwila na spojrzenie wstecz. Piętnaście lat to szmat czasu. Wystarczająco dużo, aby zapomnieć, jak bardzo inne było Apple, gdy Cook obejmował stery po Steve’ie Jobsie 24 sierpnia 2011 roku.

    Liczby, które nie kłamią

    Zacznijmy od tego, co najłatwiej zmierzyć, bo Cook zawsze najlepiej czuł się właśnie w liczbach – to on, przypomnijmy, przez lata był operacyjnym mózgiem firmy, zanim jeszcze został jej twarzą. Gdy przejmował stanowisko, roczny przychód Apple za 2011 rok wynosił 108 miliardów dolarów. W trzecim kwartale 2026 roku firma zanotowała 109,4 miliarda – więcej w jednym kwartale, niż zarabiała w całym roku, w którym Cook zaczynał. Sam iPhone w 2011 roku generował 47 miliardów dolarów przychodu rocznie. Dziś to 54,3 miliarda – w jednym kwartale!

    Kapitalizacja rynkowa? Dzień po objęciu funkcji przez Cooka akcje Apple kosztowały (po uwzględnieniu splitów) 13,35 dolara. Dziś otworzyły notowania na poziomie 304,81 dolara – to około 23-krotny wzrost. W trakcie tych piętnastu lat Apple jako pierwsza firma na świecie przekroczyła kapitalizację na poziomie miliarda dolarów w 2018 roku, dwóch w 2020, trzech w 2022, a w ubiegłym roku – jako trzecia firma w historii – czterech miliardów, by chwilę później, jako druga, przebić także pułap pięciu miliardów dolarów. Analityk Bank of America Wamsi Mohan policzył podczas ostatniego call’u wynikowego z udziałem Cooka jako CEO, że przez tych piętnaście lat kapitalizacja Apple rosła średnio o około 32 miliony dolarów – każdej godziny, każdego dnia, nieprzerwanie. Żaden inny lider, przedsiębiorca i prezes, żadnej firmy na świecie, nie może pochwalić się taką konsekwencją i liczbami.

    During Tim Cook's tenure as CEO, Apple's market cap increased an average of about $32 million per hour, every hour…

    For 15 years

    (Per Bank of America analyst Wamsi Mohan) pic.twitter.com/u6SyqXGgwj

    — Morning Brew ☕️ (@MorningBrew) August 29, 2026

    Baza urządzeń (aktywnych kont Apple) przekracza dziś 2,5 miliarda aktywnych sprzętów – dla porównania, Apple w ogóle nie podawało takich liczb aż do 2016 roku, gdy przekroczyła miliard. A segment usług, czyli to, co dla wielu stanowi prawdziwe dziedzictwo epoki Cooka, urósł z 9,4 miliarda dolarów rocznie w 2011 roku do 109 miliardów w roku fiskalnym 2025, z 1,5 miliarda aktywnych subskrypcji na koncie. Apple Pay, Apple Music, Apple TV, Apple Arcade, Apple Card, Apple Fitness+ – cała ta architektura przychodu, bez której trudno dziś wyobrazić sobie firmę z Cupertino, powstała właściwie od zera w erze Cooka. W 2011 roku usługi Apple ograniczały się do AppleCare, iTunes i App Store.

    Tyle.

    Menedżer, nie wizjoner – i dobrze

    Świadomie nie zaczynam tego tekstu od Apple Watch, AirPodsów czy procesorów Apple Silicon, choć to właśnie one najczęściej pojawiają się w podsumowaniach epoki Cooka jako namacalne dowody jego wpływu na produkty. Zaczynam od liczb, bo to one najlepiej pokazują, kim Cook był naprawdę – i kim konsekwentnie odmawiał udawania, że jest. Nie był Jobsem. Nigdy nie próbował nim być, choć presja porównań towarzyszyła mu przez całą kadencję. W wywiadzie dla CBS News, udzielonym w sierpniu, na tydzień przed przekazaniem sterów, zapytano go wprost, czym w jego przekonaniu powinno być jego dziedzictwo. Odpowiedział, że:

    legenda człowieka opisywana jest przez innych, nie przeze mnie samego, i najbardziej zależy mi na tym, aby zapamiętano mnie jako dobrego i przyzwoitego człowieka.

    To zdanie mówi o Cooku więcej niż jakikolwiek wykres przychodów. Bo o ile Jobs budował swoje dziedzictwo wokół obietnicy zmieniania świata, o tyle Cook budował je wokół czegoś dużo mniej efektownego, a być może dużo trudniejszego do utrzymania przez piętnaście lat – wokół stabilności, przewidywalności i tego samego rodzaju spokoju, o którym pisałem niedawno przy okazji własnej decyzji o przesiadce na podstawowego iPhone’a 17 na łamach mojego newslettera „Bo czemu nie?”. To nie przypadek, że właśnie to słowo wraca w kontekście Apple ery Cooka regularnie, także wśród komentujących jego odejście. Zarządzał firmą jak inżynier łańcucha dostaw, którym zresztą był, zanim jeszcze awansował na wyższe stanowiska – z chirurgiczną precyzją, unikając ryzykownych zakrętów, których architektem był Jobs. Efekt?

    Apple pod jego wodzą nigdy nie zachwycało tak spektakularnie, jak potrafiło za czasów założyciela, ale też nigdy nie zbankrutowało z powodu jednej złej decyzji wizjonerskiej. Rozumiem krytyków, którzy zarzucają mu nadmierne skupienie na akcjonariuszach kosztem odważniejszych, bardziej przełomowych decyzji produktowych. Ale przypomnę – to właśnie za jego kadencji z fabryki jednego flagowego produktu (iPhone’a) Apple przekształciło się w ekosystem usług, zegarków, słuchawek, komputerów z własnymi procesorami i – ostatecznie – gogli Vision Pro. Ryzyko podejmował, tylko rzadziej niż jego poprzednik i zawsze po dokładnym policzeniu kosztów.

    Chiny

    Tim Cook był i nadal pozostanie — pomagając od jutra nowemu CEO firmy, Johnowi Ternusowi — wybitnym wręcz lobbystą, który w relacjach geopolitycznych odnajduje się o wiele lepiej niż na scenie. Jego rola jest nieoceniona, jeżeli chodzi o relacje z Chinami. To Cook uratował Apple przed bankructwem, upłynnił zalegające w magazynach Maki, aby później zbudować wespół z Chinami i Foxconn obecną potęgę łańcucha dostaw firmy z Cupertino. Nie obyło się bez kontrowersji: afer z nieletnimi pracownikami, absolutnym brakiem gotowości sieci stacjonarnych sklepów Apple na popyt, z jakim spotkały się iPhone’y 4s, 5 i 6, walki (dosłownej, także przed ich salonami w Chinach) z nielegalną dystrybucją tych sprzętów czy ostatnich kontrowersji związanych z relacjami Apple i administracji Donalda Trumpa.

    Patrick McGee w swojej książce „Apple w Chinach” dosadnie i zgodnie z faktami stwierdza, że gdyby nie działania Tima Cooka — cała chińska gospodarka oraz motoryzacja nie doszłaby dziś do tego momentu, w którym się znajduje. Apple, wybierając (i ryzykując, co dopiero teraz po latach próbuje odkręcić!) Chiny jako głównego dostawcę komponentów do swoich urządzeń, de facto „wyszkoliło naród”, zostawiając swoje know-how, na którym w późniejszych latach (i po dziś dzień) chińskie marki zbudowały swoją potęgę. Apple zostawiło tam całą swoją wiedzę o jakości produktów z segmentu premium, pozwalając — świadomie — Chinom nauczyć się wykorzystać tę wiedzę w segmencie urządzeń budżetowych.

    Od 2021 roku Tim Cook próbuje dywersyfikować łańcuch dostaw Apple, wybierając Indie jako drugiego, strategicznego partnera spoza USA. Patrząc na populację tego kraju, Apple chce powtórzyć swoją strategię, ale zrobić to mądrzej. Dlatego USA pozostają trzecim rynkiem, na którym firma mocno inwestuje w nowe fabryki i pracowników. Wszystko to wspierają także działania w Wietnamie i u wybranych partnerów z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że Cook nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa.

    Łyżka dziegciu

    Byłoby jednak nieuczciwe wobec Was, gdybym pisał wyłącznie o sukcesach. Piętnaście lat na czele firmy tej wielkości to także seria błędów, spóźnień i przegranych bitew – część z nich Cook rozegrał po mistrzowsku mimo porażki, część ciągnie się do dziś i będzie problemem Ternusa. Oto dziesięć momentów, które ja sam zaliczam do najsłabszych punktów tej kadencji.

    1. Fiasko Apple Intelligence i nieobecna Siri AI – zapowiedziana w 2024 roku „nowa era” asystentki głosowej okazała się obietnicą bez pokrycia – funkcje pokazane wtedy na scenie w praktyce nie działały tak, jak sugerowały materiały promocyjne. Realna, przebudowana Siri AI trafiła do użytkowników dopiero jesienią 2026 roku, dwa lata później niż zapowiadano, a Apple przez ten czas musiało znosić najostrzejszą od lat krytykę za rozjazd między marketingiem a rzeczywistością.
    2. Wieloletnia wojna z Unią Europejską o Digital Markets Act –  Apple od początku nazywało DMA zagrożeniem dla bezpieczeństwa iPhone’a. W kwietniu 2025 roku Komisja Europejska nałożyła na firmę karę 500 milionów euro za blokowanie deweloperom możliwości kierowania użytkowników do płatności poza App Store. Apple się odwołało, ale w lipcu 2026 roku unijny sąd podtrzymał decyzję o uznaniu iOS i App Store za usługi podlegające regulacji. Efektem ubocznym sporu było też opóźnienie lub całkowite zawieszenie w Europie funkcji takich jak iPhone Mirroring czy tłumaczenie na żywo w AirPods.
    3. Przegrany spór podatkowy z Brukselą – to, co przez lata wydawało się sukcesem Cooka – wygrana w pierwszej instancji w 2020 roku – ostatecznie obróciło się przeciwko Apple. Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał w mocy decyzję Komisji Europejskiej, nakazując firmie zwrot 13 miliardów euro zaległych podatków wynikających z irlandzkich ulg podatkowych.
    4. Apple Car – dekada pracy zakończona w koszu – Projekt autonomicznego samochodu Apple, rozwijany od 2014 roku, został ostatecznie skasowany w 2024 roku. Wewnątrz firmy inżynierowie mieli nazywać go „Titanic Disaster”. To był, jak pisali później dziennikarze śledzący ten temat od lat, jeden z najdroższych projektów R&D w historii Doliny Krzemowej, który nie zaowocował ani jednym wprowadzonym na rynek produktem.
    5. Vision Pro bez żadnej, wyjątkowej aplikacji – komputer przestrzenny, który miał otworzyć nową erę Apple, zderzył się z ceną, wagą i brakiem powodu, dla którego przeciętny użytkownik miałby go kupić. Apple z czasem po cichu przestało traktować ten produkt priorytetowo, co dla wielu obserwatorów było milczącym przyznaniem się do porażki największego, jednoosobowego zakładu Cooka od czasów Apple Watch. Choć zmienił specjalistyczne branże (np. medyczną czy architektoniczną), nadal pozostaje niszą w świadomości przeciętnego zjadacza chleba.
    6. Batterygate – ujawnienie w 2017 roku, że Apple celowo spowalniało starsze iPhone’y z osłabionymi bateriami bez jasnej informacji dla klientów, kosztowało firmę reputację, pozwy zbiorowe i finansowe ugody na całym świecie. To wciąż jeden z najczęściej przywoływanych przykładów, gdy mowa o nadszarpniętym zaufaniu do Apple w erze Cooka.
    7. Zakaz importu Apple Watch w USA – spór patentowy z Masimo o technologię pomiaru saturacji krwi zakończył się w 2024 roku decyzją amerykańskiej komisji handlu, która zablokowała import Apple Watch Series 9 i Ultra 2 z aktywnym czujnikiem. Cook otwarcie odmówił licencjonowania technologii Masimo, stawiając na apelację – Apple ostatecznie sprzedawało te modele z fizycznie wyłączoną funkcją.
    8. Epic Games kontra Apple – wieloletnia batalia sądowa z twórcą Fortnite doprowadziła do sytuacji, w której Apple zostało zmuszone do otwarcia App Store w USA na linki do płatności zewnętrznych – coś, czego firma bronila się latami, twierdząc, że zagraża to bezpieczeństwu ekosystemu.
    9. Regularna krytyka warunków pracy w łańcuchu dostaw – wspominałem o tym wcześniej. Doniesienia o nadgodzinach, presji i warunkach panujących w fabrykach Foxconnu wracały jak bumerang przez całą kadencję Cooka, mimo publicznych deklaracji firmy o poprawie standardów i dywersyfikacji produkcji poza Chiny.
    10. Skupowanie akcji zamiast odważnych zakupów – pod wodzą Cooka Apple oddało akcjonariuszom ponad bilion dolarów, głównie poprzez buybacki – w tym, jak wyliczono, 853 miliardy dolarów samych wykupów akcji. Krytycy od lat pytają, dlaczego firma z takim kapitałem nigdy nie zdecydowała się na duże, strategiczne przejęcie, które mogłoby przesądzić o jej pozycji w erze sztucznej inteligencji, zamiast konsekwentnie nagradzać rynek.

    Ta lista nie ma dyskredytować piętnastu lat pracy. Ma raczej przypominać, że nawet najbardziej metodyczny CEO w historii firmy popełniał błędy – i że część z nich, zwłaszcza ta dotycząca AI i relacji z Brukselą, trafia teraz prosto na biurko Johna Ternusa.

    Pożegnanie bez patosu, ale nie bez emocji

    23 sierpnia, dzień przed formalną piętnastą rocznicą objęcia stanowiska, Apple zorganizowało dla Cooka pożegnalne przyjęcie w kafeterii Caffé Macs na terenie kampusu. Według ustaleń „The Information” wzięło w nim udział około 200 osób, zagrał zespół OneRepublic, a wśród przemawiających znaleźli się między innymi Laurene Powell Jobs, była szefowa operacyjna Apple Jeff Williams, szef usług Eddy Cue oraz sam Ternus. Cook nie odchodzi z firmy – obejmie funkcję prezesa wykonawczego (executive chairman) i będzie, jak ujęto to oficjalnie, angażował się w relacje z decydentami politycznymi na całym świecie, spędzając przy tym zdecydowanie mniej czasu w świetle reflektorów. Jego asystentka wykonawcza zostaje na stanowisku i będzie teraz pracować dla Ternusa – drobny, ale wymowny szczegół, potwierdzający to, co insiderzy Apple przekazali „The Information”: cała ta zmiana warty ma być przede wszystkim kontynuacją, nie rewolucją.

    To w duchu Cooka – zero patosu, zero łzawych klipów pożegnalnych puszczanych na wielkim ekranie, minimum ceremonii, maksimum rzeczowości. Sam pisałem po WWDC, że tegoroczna konferencja była jego ostatnim tańcem, a Apple potraktowało to niemal demonstracyjnie łagodnie. Teraz, patrząc na relacje z prywatnego pożegnania, mam wrażenie, że ta sama filozofia obowiązywała do samego końca. Żadnych fanfar skierowanych na zewnątrz. Emocje zostawiono w środku, między tymi, którzy naprawdę przepracowali z nim te piętnaście lat.

    Sztafeta

    O tym, co dalej, pisałem szerzej tuż po WWDC 2026, gdy Ternus był świadomie utrzymywany poza kadrem, a cała konferencja zbudowana została inaczej niż zwykle – nie system po systemie, lecz wokół jednego, dominującego wątku nowej Siri AI. Twierdziłem wtedy, że to nieprzypadkowe, że Apple przygotowuje nas na nowe jutro, wciąż z Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie. Dziś, gdy ta zapowiedź staje się rzeczywistością, mogę tylko potwierdzić własną tezę sprzed miesięcy. Ternus, który dołączył do Apple w 2001 roku jako członek zespołu projektowego, przeszedł przez wiceprezesurę inżynierii sprzętowej w 2013 roku, odpowiadał kolejno za AirPody, Maca i iPada, a od 2020 roku także za iPhone’a, obejmuje dziś stery firmy, której fundamentem – jak pisałem wtedy – są usługi skrojone dla całego ekosystemu, a nie pojedynczy produkt. Cook powiedział wprost, że przejście „przebiega bezproblemowo”, że jest niezwykle podekscytowany nowym rozdziałem Ternusa i że nie ma dla Apple lepszego kandydata do objęcia sterów.

    Pierwszym dużym testem nowego CEO będzie wrześniowa premiera – iPhone’y 18 Pro i pierwszy składany iPhone Ultra, o którym pisałem już wcześniej, licząc w duszy na to, że Ternus wykorzysta ten moment, aby przywrócić transmitowane na żywo konferencje sprzed pandemii. Nie zmieniam zdania. To wciąż jest ten moment, jeśli kiedykolwiek miał nadejść.

    Piętnaście lat temu ludzie pytali, czy Apple przetrwa bez Jobsa. Dziś pytają, czy przetrwa bez Cooka. Historia raczej się nie powtórzy w tym samym dramatycznym tonie – bo Cook, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, zostawia firmę zaprojektowaną tak, by transformacja władzy była procesem, a nie kryzysem. To być może jego najcichsze, a zarazem najtrwalsze osiągnięcie.

    Panie Ternus – powtórzę to z pełnym przekonaniem, patrząc spuściznę Tima Cooka: nie zepsuj Pan tego!

    #Apple #ApplePark #biznesApple #CEOApple #Cupertino #felieton #historiaApple #JohnTernus #steveJobs #TimCook #zmianaWładzyWApple
  3. Piętnaście lat spokoju

    Jest 1 września 2026 roku i póki piszę te słowa, Tim Cook jest jeszcze formalnie CEO Apple. Za chwilę przestanie nim być, a stanowisko obejmie John Ternus. Nie planowałem pisać o tym przejściu władzy w ten sposób – w końcu napisałem już o kulisach objęcia sterów przez Ternusa zaraz po WWDC, gdy większość mediów skupiła się na Siri AI i sporze z Unią Europejską, przegapiając to, co działo się tuż obok. Dziś jednak, w dniu, w którym ta zmiana staje się faktem, a nie zapowiedzią, należy się nam wszystkim chwila na spojrzenie wstecz. Piętnaście lat to szmat czasu. Wystarczająco dużo, aby zapomnieć, jak bardzo inne było Apple, gdy Cook obejmował stery po Steve’ie Jobsie 24 sierpnia 2011 roku.

    Liczby, które nie kłamią

    Zacznijmy od tego, co najłatwiej zmierzyć, bo Cook zawsze najlepiej czuł się właśnie w liczbach – to on, przypomnijmy, przez lata był operacyjnym mózgiem firmy, zanim jeszcze został jej twarzą. Gdy przejmował stanowisko, roczny przychód Apple za 2011 rok wynosił 108 miliardów dolarów. W trzecim kwartale 2026 roku firma zanotowała 109,4 miliarda – więcej w jednym kwartale, niż zarabiała w całym roku, w którym Cook zaczynał. Sam iPhone w 2011 roku generował 47 miliardów dolarów przychodu rocznie. Dziś to 54,3 miliarda – w jednym kwartale!

    Kapitalizacja rynkowa? Dzień po objęciu funkcji przez Cooka akcje Apple kosztowały (po uwzględnieniu splitów) 13,35 dolara. Dziś otworzyły notowania na poziomie 304,81 dolara – to około 23-krotny wzrost. W trakcie tych piętnastu lat Apple jako pierwsza firma na świecie przekroczyła kapitalizację na poziomie miliarda dolarów w 2018 roku, dwóch w 2020, trzech w 2022, a w ubiegłym roku – jako trzecia firma w historii – czterech miliardów, by chwilę później, jako druga, przebić także pułap pięciu miliardów dolarów. Analityk Bank of America Wamsi Mohan policzył podczas ostatniego call’u wynikowego z udziałem Cooka jako CEO, że przez tych piętnaście lat kapitalizacja Apple rosła średnio o około 32 miliony dolarów – każdej godziny, każdego dnia, nieprzerwanie. Żaden inny lider, przedsiębiorca i prezes, żadnej firmy na świecie, nie może pochwalić się taką konsekwencją i liczbami.

    During Tim Cook's tenure as CEO, Apple's market cap increased an average of about $32 million per hour, every hour…

    For 15 years

    (Per Bank of America analyst Wamsi Mohan) pic.twitter.com/u6SyqXGgwj

    — Morning Brew ☕️ (@MorningBrew) August 29, 2026

    Baza urządzeń (aktywnych kont Apple) przekracza dziś 2,5 miliarda aktywnych sprzętów – dla porównania, Apple w ogóle nie podawało takich liczb aż do 2016 roku, gdy przekroczyła miliard. A segment usług, czyli to, co dla wielu stanowi prawdziwe dziedzictwo epoki Cooka, urósł z 9,4 miliarda dolarów rocznie w 2011 roku do 109 miliardów w roku fiskalnym 2025, z 1,5 miliarda aktywnych subskrypcji na koncie. Apple Pay, Apple Music, Apple TV, Apple Arcade, Apple Card, Apple Fitness+ – cała ta architektura przychodu, bez której trudno dziś wyobrazić sobie firmę z Cupertino, powstała właściwie od zera w erze Cooka. W 2011 roku usługi Apple ograniczały się do AppleCare, iTunes i App Store.

    Tyle.

    Menedżer, nie wizjoner – i dobrze

    Świadomie nie zaczynam tego tekstu od Apple Watch, AirPodsów czy procesorów Apple Silicon, choć to właśnie one najczęściej pojawiają się w podsumowaniach epoki Cooka jako namacalne dowody jego wpływu na produkty. Zaczynam od liczb, bo to one najlepiej pokazują, kim Cook był naprawdę – i kim konsekwentnie odmawiał udawania, że jest. Nie był Jobsem. Nigdy nie próbował nim być, choć presja porównań towarzyszyła mu przez całą kadencję. W wywiadzie dla CBS News, udzielonym w sierpniu, na tydzień przed przekazaniem sterów, zapytano go wprost, czym w jego przekonaniu powinno być jego dziedzictwo. Odpowiedział, że:

    legenda człowieka opisywana jest przez innych, nie przeze mnie samego, i najbardziej zależy mi na tym, aby zapamiętano mnie jako dobrego i przyzwoitego człowieka.

    To zdanie mówi o Cooku więcej niż jakikolwiek wykres przychodów. Bo o ile Jobs budował swoje dziedzictwo wokół obietnicy zmieniania świata, o tyle Cook budował je wokół czegoś dużo mniej efektownego, a być może dużo trudniejszego do utrzymania przez piętnaście lat – wokół stabilności, przewidywalności i tego samego rodzaju spokoju, o którym pisałem niedawno przy okazji własnej decyzji o przesiadce na podstawowego iPhone’a 17 na łamach mojego newslettera „Bo czemu nie?”. To nie przypadek, że właśnie to słowo wraca w kontekście Apple ery Cooka regularnie, także wśród komentujących jego odejście. Zarządzał firmą jak inżynier łańcucha dostaw, którym zresztą był, zanim jeszcze awansował na wyższe stanowiska – z chirurgiczną precyzją, unikając ryzykownych zakrętów, których architektem był Jobs. Efekt?

    Apple pod jego wodzą nigdy nie zachwycało tak spektakularnie, jak potrafiło za czasów założyciela, ale też nigdy nie zbankrutowało z powodu jednej złej decyzji wizjonerskiej. Rozumiem krytyków, którzy zarzucają mu nadmierne skupienie na akcjonariuszach kosztem odważniejszych, bardziej przełomowych decyzji produktowych. Ale przypomnę – to właśnie za jego kadencji z fabryki jednego flagowego produktu (iPhone’a) Apple przekształciło się w ekosystem usług, zegarków, słuchawek, komputerów z własnymi procesorami i – ostatecznie – gogli Vision Pro. Ryzyko podejmował, tylko rzadziej niż jego poprzednik i zawsze po dokładnym policzeniu kosztów.

    Chiny

    Tim Cook był i nadal pozostanie — pomagając od jutra nowemu CEO firmy, Johnowi Ternusowi — wybitnym wręcz lobbystą, który w relacjach geopolitycznych odnajduje się o wiele lepiej niż na scenie. Jego rola jest nieoceniona, jeżeli chodzi o relacje z Chinami. To Cook uratował Apple przed bankructwem, upłynnił zalegające w magazynach Maki, aby później zbudować wespół z Chinami i Foxconn obecną potęgę łańcucha dostaw firmy z Cupertino. Nie obyło się bez kontrowersji: afer z nieletnimi pracownikami, absolutnym brakiem gotowości sieci stacjonarnych sklepów Apple na popyt, z jakim spotkały się iPhone’y 4s, 5 i 6, walki (dosłownej, także przed ich salonami w Chinach) z nielegalną dystrybucją tych sprzętów czy ostatnich kontrowersji związanych z relacjami Apple i administracji Donalda Trumpa.

    Patrick McGee w swojej książce „Apple w Chinach” dosadnie i zgodnie z faktami stwierdza, że gdyby nie działania Tima Cooka — cała chińska gospodarka oraz motoryzacja nie doszłaby dziś do tego momentu, w którym się znajduje. Apple, wybierając (i ryzykując, co dopiero teraz po latach próbuje odkręcić!) Chiny jako głównego dostawcę komponentów do swoich urządzeń, de facto „wyszkoliło naród”, zostawiając swoje know-how, na którym w późniejszych latach (i po dziś dzień) chińskie marki zbudowały swoją potęgę. Apple zostawiło tam całą swoją wiedzę o jakości produktów z segmentu premium, pozwalając — świadomie — Chinom nauczyć się wykorzystać tę wiedzę w segmencie urządzeń budżetowych.

    Od 2021 roku Tim Cook próbuje dywersyfikować łańcuch dostaw Apple, wybierając Indie jako drugiego, strategicznego partnera spoza USA. Patrząc na populację tego kraju, Apple chce powtórzyć swoją strategię, ale zrobić to mądrzej. Dlatego USA pozostają trzecim rynkiem, na którym firma mocno inwestuje w nowe fabryki i pracowników. Wszystko to wspierają także działania w Wietnamie i u wybranych partnerów z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że Cook nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa.

    Łyżka dziegciu

    Byłoby jednak nieuczciwe wobec Was, gdybym pisał wyłącznie o sukcesach. Piętnaście lat na czele firmy tej wielkości to także seria błędów, spóźnień i przegranych bitew – część z nich Cook rozegrał po mistrzowsku mimo porażki, część ciągnie się do dziś i będzie problemem Ternusa. Oto dziesięć momentów, które ja sam zaliczam do najsłabszych punktów tej kadencji.

    1. Fiasko Apple Intelligence i nieobecna Siri AI – zapowiedziana w 2024 roku „nowa era” asystentki głosowej okazała się obietnicą bez pokrycia – funkcje pokazane wtedy na scenie w praktyce nie działały tak, jak sugerowały materiały promocyjne. Realna, przebudowana Siri AI trafiła do użytkowników dopiero jesienią 2026 roku, dwa lata później niż zapowiadano, a Apple przez ten czas musiało znosić najostrzejszą od lat krytykę za rozjazd między marketingiem a rzeczywistością.
    2. Wieloletnia wojna z Unią Europejską o Digital Markets Act –  Apple od początku nazywało DMA zagrożeniem dla bezpieczeństwa iPhone’a. W kwietniu 2025 roku Komisja Europejska nałożyła na firmę karę 500 milionów euro za blokowanie deweloperom możliwości kierowania użytkowników do płatności poza App Store. Apple się odwołało, ale w lipcu 2026 roku unijny sąd podtrzymał decyzję o uznaniu iOS i App Store za usługi podlegające regulacji. Efektem ubocznym sporu było też opóźnienie lub całkowite zawieszenie w Europie funkcji takich jak iPhone Mirroring czy tłumaczenie na żywo w AirPods.
    3. Przegrany spór podatkowy z Brukselą – to, co przez lata wydawało się sukcesem Cooka – wygrana w pierwszej instancji w 2020 roku – ostatecznie obróciło się przeciwko Apple. Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał w mocy decyzję Komisji Europejskiej, nakazując firmie zwrot 13 miliardów euro zaległych podatków wynikających z irlandzkich ulg podatkowych.
    4. Apple Car – dekada pracy zakończona w koszu – Projekt autonomicznego samochodu Apple, rozwijany od 2014 roku, został ostatecznie skasowany w 2024 roku. Wewnątrz firmy inżynierowie mieli nazywać go „Titanic Disaster”. To był, jak pisali później dziennikarze śledzący ten temat od lat, jeden z najdroższych projektów R&D w historii Doliny Krzemowej, który nie zaowocował ani jednym wprowadzonym na rynek produktem.
    5. Vision Pro bez żadnej, wyjątkowej aplikacji – komputer przestrzenny, który miał otworzyć nową erę Apple, zderzył się z ceną, wagą i brakiem powodu, dla którego przeciętny użytkownik miałby go kupić. Apple z czasem po cichu przestało traktować ten produkt priorytetowo, co dla wielu obserwatorów było milczącym przyznaniem się do porażki największego, jednoosobowego zakładu Cooka od czasów Apple Watch. Choć zmienił specjalistyczne branże (np. medyczną czy architektoniczną), nadal pozostaje niszą w świadomości przeciętnego zjadacza chleba.
    6. Batterygate – ujawnienie w 2017 roku, że Apple celowo spowalniało starsze iPhone’y z osłabionymi bateriami bez jasnej informacji dla klientów, kosztowało firmę reputację, pozwy zbiorowe i finansowe ugody na całym świecie. To wciąż jeden z najczęściej przywoływanych przykładów, gdy mowa o nadszarpniętym zaufaniu do Apple w erze Cooka.
    7. Zakaz importu Apple Watch w USA – spór patentowy z Masimo o technologię pomiaru saturacji krwi zakończył się w 2024 roku decyzją amerykańskiej komisji handlu, która zablokowała import Apple Watch Series 9 i Ultra 2 z aktywnym czujnikiem. Cook otwarcie odmówił licencjonowania technologii Masimo, stawiając na apelację – Apple ostatecznie sprzedawało te modele z fizycznie wyłączoną funkcją.
    8. Epic Games kontra Apple – wieloletnia batalia sądowa z twórcą Fortnite doprowadziła do sytuacji, w której Apple zostało zmuszone do otwarcia App Store w USA na linki do płatności zewnętrznych – coś, czego firma bronila się latami, twierdząc, że zagraża to bezpieczeństwu ekosystemu.
    9. Regularna krytyka warunków pracy w łańcuchu dostaw – wspominałem o tym wcześniej. Doniesienia o nadgodzinach, presji i warunkach panujących w fabrykach Foxconnu wracały jak bumerang przez całą kadencję Cooka, mimo publicznych deklaracji firmy o poprawie standardów i dywersyfikacji produkcji poza Chiny.
    10. Skupowanie akcji zamiast odważnych zakupów – pod wodzą Cooka Apple oddało akcjonariuszom ponad bilion dolarów, głównie poprzez buybacki – w tym, jak wyliczono, 853 miliardy dolarów samych wykupów akcji. Krytycy od lat pytają, dlaczego firma z takim kapitałem nigdy nie zdecydowała się na duże, strategiczne przejęcie, które mogłoby przesądzić o jej pozycji w erze sztucznej inteligencji, zamiast konsekwentnie nagradzać rynek.

    Ta lista nie ma dyskredytować piętnastu lat pracy. Ma raczej przypominać, że nawet najbardziej metodyczny CEO w historii firmy popełniał błędy – i że część z nich, zwłaszcza ta dotycząca AI i relacji z Brukselą, trafia teraz prosto na biurko Johna Ternusa.

    Pożegnanie bez patosu, ale nie bez emocji

    23 sierpnia, dzień przed formalną piętnastą rocznicą objęcia stanowiska, Apple zorganizowało dla Cooka pożegnalne przyjęcie w kafeterii Caffé Macs na terenie kampusu. Według ustaleń „The Information” wzięło w nim udział około 200 osób, zagrał zespół OneRepublic, a wśród przemawiających znaleźli się między innymi Laurene Powell Jobs, była szefowa operacyjna Apple Jeff Williams, szef usług Eddy Cue oraz sam Ternus. Cook nie odchodzi z firmy – obejmie funkcję prezesa wykonawczego (executive chairman) i będzie, jak ujęto to oficjalnie, angażował się w relacje z decydentami politycznymi na całym świecie, spędzając przy tym zdecydowanie mniej czasu w świetle reflektorów. Jego asystentka wykonawcza zostaje na stanowisku i będzie teraz pracować dla Ternusa – drobny, ale wymowny szczegół, potwierdzający to, co insiderzy Apple przekazali „The Information”: cała ta zmiana warty ma być przede wszystkim kontynuacją, nie rewolucją.

    To w duchu Cooka – zero patosu, zero łzawych klipów pożegnalnych puszczanych na wielkim ekranie, minimum ceremonii, maksimum rzeczowości. Sam pisałem po WWDC, że tegoroczna konferencja była jego ostatnim tańcem, a Apple potraktowało to niemal demonstracyjnie łagodnie. Teraz, patrząc na relacje z prywatnego pożegnania, mam wrażenie, że ta sama filozofia obowiązywała do samego końca. Żadnych fanfar skierowanych na zewnątrz. Emocje zostawiono w środku, między tymi, którzy naprawdę przepracowali z nim te piętnaście lat.

    Sztafeta

    O tym, co dalej, pisałem szerzej tuż po WWDC 2026, gdy Ternus był świadomie utrzymywany poza kadrem, a cała konferencja zbudowana została inaczej niż zwykle – nie system po systemie, lecz wokół jednego, dominującego wątku nowej Siri AI. Twierdziłem wtedy, że to nieprzypadkowe, że Apple przygotowuje nas na nowe jutro, wciąż z Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie. Dziś, gdy ta zapowiedź staje się rzeczywistością, mogę tylko potwierdzić własną tezę sprzed miesięcy. Ternus, który dołączył do Apple w 2001 roku jako członek zespołu projektowego, przeszedł przez wiceprezesurę inżynierii sprzętowej w 2013 roku, odpowiadał kolejno za AirPody, Maca i iPada, a od 2020 roku także za iPhone’a, obejmuje dziś stery firmy, której fundamentem – jak pisałem wtedy – są usługi skrojone dla całego ekosystemu, a nie pojedynczy produkt. Cook powiedział wprost, że przejście „przebiega bezproblemowo”, że jest niezwykle podekscytowany nowym rozdziałem Ternusa i że nie ma dla Apple lepszego kandydata do objęcia sterów.

    Pierwszym dużym testem nowego CEO będzie wrześniowa premiera – iPhone’y 18 Pro i pierwszy składany iPhone Ultra, o którym pisałem już wcześniej, licząc w duszy na to, że Ternus wykorzysta ten moment, aby przywrócić transmitowane na żywo konferencje sprzed pandemii. Nie zmieniam zdania. To wciąż jest ten moment, jeśli kiedykolwiek miał nadejść.

    Piętnaście lat temu ludzie pytali, czy Apple przetrwa bez Jobsa. Dziś pytają, czy przetrwa bez Cooka. Historia raczej się nie powtórzy w tym samym dramatycznym tonie – bo Cook, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, zostawia firmę zaprojektowaną tak, by transformacja władzy była procesem, a nie kryzysem. To być może jego najcichsze, a zarazem najtrwalsze osiągnięcie.

    Panie Ternus – powtórzę to z pełnym przekonaniem, patrząc spuściznę Tima Cooka: nie zepsuj Pan tego!

    #Apple #ApplePark #biznesApple #CEOApple #Cupertino #felieton #historiaApple #JohnTernus #steveJobs #TimCook #zmianaWładzyWApple
  4. Piętnaście lat spokoju

    Jest 31 sierpnia 2026 roku i Tim Cook jest jeszcze formalnie CEO Apple. Za chwilę przestanie nim być, a stanowisko obejmie John Ternus. Nie planowałem pisać o tym przejściu władzy w ten sposób – w końcu napisałem już o kulisach objęcia sterów przez Ternusa zaraz po WWDC, gdy większość mediów skupiła się na Siri AI i sporze z Unią Europejską, przegapiając to, co działo się tuż obok. Dziś jednak, w dniu, w którym ta zmiana staje się faktem, a nie zapowiedzią, należy się nam wszystkim chwila na spojrzenie wstecz. Piętnaście lat to szmat czasu. Wystarczająco dużo, aby zapomnieć, jak bardzo inne było Apple, gdy Cook obejmował stery po Steve’ie Jobsie 24 sierpnia 2011 roku.

    Liczby, które nie kłamią

    Zacznijmy od tego, co najłatwiej zmierzyć, bo Cook zawsze najlepiej czuł się właśnie w liczbach – to on, przypomnijmy, przez lata był operacyjnym mózgiem firmy, zanim jeszcze został jej twarzą. Gdy przejmował stanowisko, roczny przychód Apple za 2011 rok wynosił 108 miliardów dolarów. W trzecim kwartale 2026 roku firma zanotowała 109,4 miliarda – więcej w jednym kwartale, niż zarabiała w całym roku, w którym Cook zaczynał. Sam iPhone w 2011 roku generował 47 miliardów dolarów przychodu rocznie. Dziś to 54,3 miliarda – w jednym kwartale!

    Kapitalizacja rynkowa? Dzień po objęciu funkcji przez Cooka akcje Apple kosztowały (po uwzględnieniu splitów) 13,35 dolara. Dziś otworzyły notowania na poziomie 304,81 dolara – to około 23-krotny wzrost. W trakcie tych piętnastu lat Apple jako pierwsza firma na świecie przekroczyła kapitalizację na poziomie biliona dolarów w 2018 roku, dwóch w 2020, trzech w 2022, a w ubiegłym roku – jako trzecia firma w historii – czterech bilionów, by chwilę później, jako druga, przebić także pułap pięciu bilionów dolarów. Analityk Bank of America Wamsi Mohan policzył podczas ostatniego call’u wynikowego z udziałem Cooka jako CEO, że przez tych piętnaście lat kapitalizacja Apple rosła średnio o około 32 miliony dolarów – każdej godziny, każdego dnia, nieprzerwanie. Żaden inny lider, przedsiębiorca i prezes, żadnej firmy na świecie, nie może pochwalić się taką konsekwencją i liczbami.

    During Tim Cook's tenure as CEO, Apple's market cap increased an average of about $32 million per hour, every hour…

    For 15 years

    (Per Bank of America analyst Wamsi Mohan) pic.twitter.com/u6SyqXGgwj

    — Morning Brew ☕️ (@MorningBrew) August 29, 2026

    Baza urządzeń (aktywnych kont Apple) przekracza dziś 2,5 miliarda aktywnych sprzętów – dla porównania, Apple w ogóle nie podawało takich liczb aż do 2016 roku, gdy przekroczyła miliard. A segment usług, czyli to, co dla wielu stanowi prawdziwe dziedzictwo epoki Cooka, urósł z 9,4 miliarda dolarów rocznie w 2011 roku do 109 miliardów w roku fiskalnym 2025, z 1,5 miliarda aktywnych subskrypcji na koncie. Apple Pay, Apple Music, Apple TV, Apple Arcade, Apple Card, Apple Fitness+ – cała ta architektura przychodu, bez której trudno dziś wyobrazić sobie firmę z Cupertino, powstała właściwie od zera w erze Cooka. W 2011 roku usługi Apple ograniczały się do AppleCare, iTunes i App Store.

    Tyle.

    Menedżer, nie wizjoner – i dobrze

    Świadomie nie zaczynam tego tekstu od Apple Watch, AirPodsów czy procesorów Apple Silicon, choć to właśnie one najczęściej pojawiają się w podsumowaniach epoki Cooka jako namacalne dowody jego wpływu na produkty. Zaczynam od liczb, bo to one najlepiej pokazują, kim Cook był naprawdę – i kim konsekwentnie odmawiał udawania, że jest. Nie był Jobsem. Nigdy nie próbował nim być, choć presja porównań towarzyszyła mu przez całą kadencję. W wywiadzie dla CBS News, udzielonym w sierpniu, na tydzień przed przekazaniem sterów, zapytano go wprost, czym w jego przekonaniu powinno być jego dziedzictwo. Odpowiedział, że:

    legenda człowieka opisywana jest przez innych, nie przeze mnie samego, i najbardziej zależy mi na tym, aby zapamiętano mnie jako dobrego i przyzwoitego człowieka.

    To zdanie mówi o Cooku więcej niż jakikolwiek wykres przychodów. Bo o ile Jobs budował swoje dziedzictwo wokół obietnicy zmieniania świata, o tyle Cook budował je wokół czegoś dużo mniej efektownego, a być może dużo trudniejszego do utrzymania przez piętnaście lat – wokół stabilności, przewidywalności i tego samego rodzaju spokoju, o którym pisałem niedawno przy okazji własnej decyzji o przesiadce na podstawowego iPhone’a 17 na łamach mojego newslettera „Bo czemu nie?”. To nie przypadek, że właśnie to słowo wraca w kontekście Apple ery Cooka regularnie, także wśród komentujących jego odejście. Zarządzał firmą jak inżynier łańcucha dostaw, którym zresztą był, zanim jeszcze awansował na wyższe stanowiska – z chirurgiczną precyzją, unikając ryzykownych zakrętów, których architektem był Jobs. Efekt?

    Apple pod jego wodzą nigdy nie zachwycało tak spektakularnie, jak potrafiło za czasów założyciela, ale też nigdy nie zbankrutowało z powodu jednej złej decyzji wizjonerskiej. Rozumiem krytyków, którzy zarzucają mu nadmierne skupienie na akcjonariuszach kosztem odważniejszych, bardziej przełomowych decyzji produktowych. Ale przypomnę – to właśnie za jego kadencji z fabryki jednego flagowego produktu (iPhone’a) Apple przekształciło się w ekosystem usług, zegarków, słuchawek, komputerów z własnymi procesorami i – ostatecznie – gogli Vision Pro. Ryzyko podejmował, tylko rzadziej niż jego poprzednik i zawsze po dokładnym policzeniu kosztów.

    Chiny

    Tim Cook był i nadal pozostanie — pomagając od jutra nowemu CEO firmy, Johnowi Ternusowi — wybitnym wręcz lobbystą, który w relacjach geopolitycznych odnajduje się o wiele lepiej niż na scenie. Jego rola jest nieoceniona, jeżeli chodzi o relacje z Chinami. To Cook uratował Apple przed bankructwem, upłynnił zalegające w magazynach Maki, aby później zbudować wespół z Chinami i Foxconn obecną potęgę łańcucha dostaw firmy z Cupertino. Nie obyło się bez kontrowersji: afer z nieletnimi pracownikami, absolutnym brakiem gotowości sieci stacjonarnych sklepów Apple na popyt, z jakim spotkały się iPhone’y 4s, 5 i 6, walki (dosłownej, także przed ich salonami w Chinach) z nielegalną dystrybucją tych sprzętów czy ostatnich kontrowersji związanych z relacjami Apple i administracji Donalda Trumpa.

    Patrick McGee w swojej książce „Apple w Chinach” dosadnie i zgodnie z faktami stwierdza, że gdyby nie działania Tima Cooka — cała chińska gospodarka oraz motoryzacja nie doszłaby dziś do tego momentu, w którym się znajduje. Apple, wybierając (i ryzykując, co dopiero teraz po latach próbuje odkręcić!) Chiny jako głównego dostawcę komponentów do swoich urządzeń, de facto „wyszkoliło naród”, zostawiając swoje know-how, na którym w późniejszych latach (i po dziś dzień) chińskie marki zbudowały swoją potęgę. Apple zostawiło tam całą swoją wiedzę o jakości produktów z segmentu premium, pozwalając — świadomie — Chinom nauczyć się wykorzystać tę wiedzę w segmencie urządzeń budżetowych.

    Od 2021 roku Tim Cook próbuje dywersyfikować łańcuch dostaw Apple, wybierając Indie jako drugiego, strategicznego partnera spoza USA. Patrząc na populację tego kraju, Apple chce powtórzyć swoją strategię, ale zrobić to mądrzej. Dlatego USA pozostają trzecim rynkiem, na którym firma mocno inwestuje w nowe fabryki i pracowników. Wszystko to wspierają także działania w Wietnamie i u wybranych partnerów z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że Cook nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa.

    Łyżka dziegciu

    Byłoby jednak nieuczciwe wobec Was, gdybym pisał wyłącznie o sukcesach. Piętnaście lat na czele firmy tej wielkości to także seria błędów, spóźnień i przegranych bitew – część z nich Cook rozegrał po mistrzowsku mimo porażki, część ciągnie się do dziś i będzie problemem Ternusa. Oto dziesięć momentów, które ja sam zaliczam do najsłabszych punktów tej kadencji.

    1. Fiasko Apple Intelligence i nieobecna Siri AI – zapowiedziana w 2024 roku „nowa era” asystentki głosowej okazała się obietnicą bez pokrycia – funkcje pokazane wtedy na scenie w praktyce nie działały tak, jak sugerowały materiały promocyjne. Realna, przebudowana Siri AI trafiła do użytkowników dopiero jesienią 2026 roku, dwa lata później niż zapowiadano, a Apple przez ten czas musiało znosić najostrzejszą od lat krytykę za rozjazd między marketingiem a rzeczywistością.
    2. Wieloletnia wojna z Unią Europejską o Digital Markets Act –  Apple od początku nazywało DMA zagrożeniem dla bezpieczeństwa iPhone’a. W kwietniu 2025 roku Komisja Europejska nałożyła na firmę karę 500 milionów euro za blokowanie deweloperom możliwości kierowania użytkowników do płatności poza App Store. Apple się odwołało, ale w lipcu 2026 roku unijny sąd podtrzymał decyzję o uznaniu iOS i App Store za usługi podlegające regulacji. Efektem ubocznym sporu było też opóźnienie lub całkowite zawieszenie w Europie funkcji takich jak iPhone Mirroring czy tłumaczenie na żywo w AirPods.
    3. Przegrany spór podatkowy z Brukselą – to, co przez lata wydawało się sukcesem Cooka – wygrana w pierwszej instancji w 2020 roku – ostatecznie obróciło się przeciwko Apple. Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał w mocy decyzję Komisji Europejskiej, nakazując firmie zwrot 13 miliardów euro zaległych podatków wynikających z irlandzkich ulg podatkowych.
    4. Apple Car – dekada pracy zakończona w koszu – Projekt autonomicznego samochodu Apple, rozwijany od 2014 roku, został ostatecznie skasowany w 2024 roku. Wewnątrz firmy inżynierowie mieli nazywać go „Titanic Disaster”. To był, jak pisali później dziennikarze śledzący ten temat od lat, jeden z najdroższych projektów R&D w historii Doliny Krzemowej, który nie zaowocował ani jednym wprowadzonym na rynek produktem.
    5. Vision Pro bez żadnej, wyjątkowej aplikacji – komputer przestrzenny, który miał otworzyć nową erę Apple, zderzył się z ceną, wagą i brakiem powodu, dla którego przeciętny użytkownik miałby go kupić. Apple z czasem po cichu przestało traktować ten produkt priorytetowo, co dla wielu obserwatorów było milczącym przyznaniem się do porażki największego, jednoosobowego zakładu Cooka od czasów Apple Watch. Choć zmienił specjalistyczne branże (np. medyczną czy architektoniczną), nadal pozostaje niszą w świadomości przeciętnego zjadacza chleba.
    6. Batterygate – ujawnienie w 2017 roku, że Apple celowo spowalniało starsze iPhone’y z osłabionymi bateriami bez jasnej informacji dla klientów, kosztowało firmę reputację, pozwy zbiorowe i finansowe ugody na całym świecie. To wciąż jeden z najczęściej przywoływanych przykładów, gdy mowa o nadszarpniętym zaufaniu do Apple w erze Cooka.
    7. Zakaz importu Apple Watch w USA – spór patentowy z Masimo o technologię pomiaru saturacji krwi zakończył się w 2024 roku decyzją amerykańskiej komisji handlu, która zablokowała import Apple Watch Series 9 i Ultra 2 z aktywnym czujnikiem. Cook otwarcie odmówił licencjonowania technologii Masimo, stawiając na apelację – Apple ostatecznie sprzedawało te modele z fizycznie wyłączoną funkcją.
    8. Epic Games kontra Apple – wieloletnia batalia sądowa z twórcą Fortnite doprowadziła do sytuacji, w której Apple zostało zmuszone do otwarcia App Store w USA na linki do płatności zewnętrznych – coś, czego firma bronila się latami, twierdząc, że zagraża to bezpieczeństwu ekosystemu.
    9. Regularna krytyka warunków pracy w łańcuchu dostaw – wspominałem o tym wcześniej. Doniesienia o nadgodzinach, presji i warunkach panujących w fabrykach Foxconnu wracały jak bumerang przez całą kadencję Cooka, mimo publicznych deklaracji firmy o poprawie standardów i dywersyfikacji produkcji poza Chiny.
    10. Skupowanie akcji zamiast odważnych zakupów – pod wodzą Cooka Apple oddało akcjonariuszom ponad bilion dolarów, głównie poprzez buybacki – w tym, jak wyliczono, 853 miliardy dolarów samych wykupów akcji. Krytycy od lat pytają, dlaczego firma z takim kapitałem nigdy nie zdecydowała się na duże, strategiczne przejęcie, które mogłoby przesądzić o jej pozycji w erze sztucznej inteligencji, zamiast konsekwentnie nagradzać rynek.

    Ta lista nie ma dyskredytować piętnastu lat pracy. Ma raczej przypominać, że nawet najbardziej metodyczny CEO w historii firmy popełniał błędy – i że część z nich, zwłaszcza ta dotycząca AI i relacji z Brukselą, trafia teraz prosto na biurko Johna Ternusa.

    Pożegnanie bez patosu, ale nie bez emocji

    23 sierpnia, dzień przed formalną piętnastą rocznicą objęcia stanowiska, Apple zorganizowało dla Cooka pożegnalne przyjęcie w kafeterii Caffé Macs na terenie kampusu. Według ustaleń „The Information” wzięło w nim udział około 200 osób, zagrał zespół OneRepublic, a wśród przemawiających znaleźli się między innymi Laurene Powell Jobs, była szefowa operacyjna Apple Jeff Williams, szef usług Eddy Cue oraz sam Ternus. Cook nie odchodzi z firmy – obejmie funkcję prezesa wykonawczego (executive chairman) i będzie, jak ujęto to oficjalnie, angażował się w relacje z decydentami politycznymi na całym świecie, spędzając przy tym zdecydowanie mniej czasu w świetle reflektorów. Jego asystentka wykonawcza zostaje na stanowisku i będzie teraz pracować dla Ternusa – drobny, ale wymowny szczegół, potwierdzający to, co insiderzy Apple przekazali „The Information”: cała ta zmiana warty ma być przede wszystkim kontynuacją, nie rewolucją.

    To w duchu Cooka – zero patosu, zero łzawych klipów pożegnalnych puszczanych na wielkim ekranie, minimum ceremonii, maksimum rzeczowości. Sam pisałem po WWDC, że tegoroczna konferencja była jego ostatnim tańcem, a Apple potraktowało to niemal demonstracyjnie łagodnie. Teraz, patrząc na relacje z prywatnego pożegnania, mam wrażenie, że ta sama filozofia obowiązywała do samego końca. Żadnych fanfar skierowanych na zewnątrz. Emocje zostawiono w środku, między tymi, którzy naprawdę przepracowali z nim te piętnaście lat.

    List pożegnalny

    Dziś Tim Cook opublikował następujący list pożegnalny do pracowników Apple:

    Drodzy współpracownicy,

    Dzisiaj jest mój ostatni dzień na stanowisku dyrektora generalnego firmy Apple. Zawsze wiedziałem, że ta chwila kiedyś nadejdzie, a jednak wciąż trudno mi uwierzyć, że to już się stało i piszę te słowa. Kocham tę firmę i zespół, który za nią stoi, i nie mogłem pozwolić, by ten dzień minął bez wysłania do was wiadomości, w której powiem, jak bardzo jestem wdzięczny za ogrom sympatii, jaką mi okazaliście, za to, jak angażowaliście się każdego dnia, a przede wszystkim za przywilej, jakim było pełnienie funkcji waszego lidera przez całe życie.

    Prawda jest taka, że cokolwiek można powiedzieć o moim sukcesie, wiem, że to wszystko dzięki wam. To wy wydobyliście ze mnie to, co najlepsze. W całym moim życiu nigdy wcześniej nie widziałem ani nie byłem częścią tak niezwykłego zespołu ludzi, a każdego dnia dostrzegam tego coraz więcej przykładów.

    W Apple jest coś naprawdę wyjątkowego. Najbardziej dumny jestem z tego, czego nigdy nie uchwyciłby raport roczny. To miejsce jest dowodem na to, że kultura triumfuje nad wszystkim. Łączy nas przekonanie, że to, co tworzymy, ma znaczenie, oraz że mamy zarówno szansę, jak i obowiązek pozostawić świat lepszym, niż go zastaliśmy. Ten cel jest częścią tego, co sprawia, że to miejsce jest niezwykłe. Apple pomaga go pielęgnować, ale wierzę, że tkwił on w każdym z was na długo przed tym, zanim tu trafiliście. To właśnie on sprowadził was do tej firmy i to on nadal napędza pracę, którą wykonujecie każdego dnia. Razem stworzyliśmy coś o wiele większego, niż ktokolwiek z nas mógłby sobie wyobrazić lub osiągnąć samodzielnie. I to jest sekret naszego sukcesu. Wydobywamy z siebie to, co najlepsze. Wspieramy się nawzajem. Udało nam się pozostawić po sobie „ślad we wszechświecie”, jak to kiedyś opisał Steve, dzięki temu, kim jesteśmy i w co wierzymy, dzięki temu, co cenimy i jak postrzegamy świat. Jakie mamy szczęście. Jakie ja mam szczęście.

    Jak wiecie, nie odchodzę z Apple. Odchodzę jednak od roli, którą głęboko kochałem. Będę tęsknił za tą pracą w sposób, który dopiero zaczynam sobie wyobrażać, choć jestem całkowicie pogodzony z moją decyzją. Będę tęsknił za kierowaniem wami i towarzyszeniem wam na każdym kroku, choć ogromną pociechą jest dla mnie przekazanie sterów komuś tak błyskotliwemu, wspaniałemu i kompetentnemu jak John. Niewiele osób rozumie, ile wysiłku wymaga tworzenie produktów, które zmieniają świat, tak jak rozumie to John, i nie mogłem być bardziej podekscytowany jego przywództwem.

    Mam nadzieję, że wiecie, jak bardzo was cenię i jakim zaszczytem było dla mnie pełnienie funkcji waszego dyrektora generalnego. Przede wszystkim mam nadzieję, że nadal będziecie dumni z bycia częścią tego niezwykłego miejsca, które nazywamy Apple, i zawsze będziecie dawać z siebie wszystko. Kiedy angażujemy się w tę pracę całym sobą, troszcząc się o siebie nawzajem i o ludzi, którym służymy, nie ma granic dla głębokich zmian, jakie możemy wprowadzić.

    Czekam z niecierpliwością na spotkania z wami w mojej nowej roli w Apple Park i na całym świecie.

    Z całym sercem i całym sobą, zawsze pozostaję

    Wasz,
    Tim

    Sztafeta

    O tym, co dalej, pisałem szerzej tuż po WWDC 2026, gdy Ternus był świadomie utrzymywany poza kadrem, a cała konferencja zbudowana została inaczej niż zwykle – nie system po systemie, lecz wokół jednego, dominującego wątku nowej Siri AI. Twierdziłem wtedy, że to nieprzypadkowe, że Apple przygotowuje nas na nowe jutro, wciąż z Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie. Dziś, gdy ta zapowiedź staje się rzeczywistością, mogę tylko potwierdzić własną tezę sprzed miesięcy. Ternus, który dołączył do Apple w 2001 roku jako członek zespołu projektowego, przeszedł przez wiceprezesurę inżynierii sprzętowej w 2013 roku, odpowiadał kolejno za AirPody, Maca i iPada, a od 2020 roku także za iPhone’a, obejmuje dziś stery firmy, której fundamentem – jak pisałem wtedy – są usługi skrojone dla całego ekosystemu, a nie pojedynczy produkt. Cook powiedział wprost, że przejście „przebiega bezproblemowo”, że jest niezwykle podekscytowany nowym rozdziałem Ternusa i że nie ma dla Apple lepszego kandydata do objęcia sterów.

    Pierwszym dużym testem nowego CEO będzie wrześniowa premiera – iPhone’y 18 Pro i pierwszy składany iPhone Ultra, o którym pisałem już wcześniej, licząc w duszy na to, że Ternus wykorzysta ten moment, aby przywrócić transmitowane na żywo konferencje sprzed pandemii. Nie zmieniam zdania. To wciąż jest ten moment, jeśli kiedykolwiek miał nadejść.

    Piętnaście lat temu ludzie pytali, czy Apple przetrwa bez Jobsa. Dziś pytają, czy przetrwa bez Cooka. Historia raczej się nie powtórzy w tym samym dramatycznym tonie – bo Cook, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, zostawia firmę zaprojektowaną tak, by transformacja władzy była procesem, a nie kryzysem. To być może jego najcichsze, a zarazem najtrwalsze osiągnięcie.

    Panie Ternus – powtórzę to z pełnym przekonaniem, patrząc spuściznę Tima Cooka: nie zepsuj Pan tego!

    #Apple #ApplePark #biznesApple #CEOApple #Cupertino #felieton #historiaApple #JohnTernus #steveJobs #TimCook #zmianaWładzyWApple
  5. Piętnaście lat spokoju

    Jest 31 sierpnia 2026 roku i Tim Cook jest jeszcze formalnie CEO Apple. Za chwilę przestanie nim być, a stanowisko obejmie John Ternus. Nie planowałem pisać o tym przejściu władzy w ten sposób – w końcu napisałem już o kulisach objęcia sterów przez Ternusa zaraz po WWDC, gdy większość mediów skupiła się na Siri AI i sporze z Unią Europejską, przegapiając to, co działo się tuż obok. Dziś jednak, w dniu, w którym ta zmiana staje się faktem, a nie zapowiedzią, należy się nam wszystkim chwila na spojrzenie wstecz. Piętnaście lat to szmat czasu. Wystarczająco dużo, aby zapomnieć, jak bardzo inne było Apple, gdy Cook obejmował stery po Steve’ie Jobsie 24 sierpnia 2011 roku.

    Liczby, które nie kłamią

    Zacznijmy od tego, co najłatwiej zmierzyć, bo Cook zawsze najlepiej czuł się właśnie w liczbach – to on, przypomnijmy, przez lata był operacyjnym mózgiem firmy, zanim jeszcze został jej twarzą. Gdy przejmował stanowisko, roczny przychód Apple za 2011 rok wynosił 108 miliardów dolarów. W trzecim kwartale 2026 roku firma zanotowała 109,4 miliarda – więcej w jednym kwartale, niż zarabiała w całym roku, w którym Cook zaczynał. Sam iPhone w 2011 roku generował 47 miliardów dolarów przychodu rocznie. Dziś to 54,3 miliarda – w jednym kwartale!

    Kapitalizacja rynkowa? Dzień po objęciu funkcji przez Cooka akcje Apple kosztowały (po uwzględnieniu splitów) 13,35 dolara. Dziś otworzyły notowania na poziomie 304,81 dolara – to około 23-krotny wzrost. W trakcie tych piętnastu lat Apple jako pierwsza firma na świecie przekroczyła kapitalizację na poziomie biliona dolarów w 2018 roku, dwóch w 2020, trzech w 2022, a w ubiegłym roku – jako trzecia firma w historii – czterech bilionów, by chwilę później, jako druga, przebić także pułap pięciu bilionów dolarów. Analityk Bank of America Wamsi Mohan policzył podczas ostatniego call’u wynikowego z udziałem Cooka jako CEO, że przez tych piętnaście lat kapitalizacja Apple rosła średnio o około 32 miliony dolarów – każdej godziny, każdego dnia, nieprzerwanie. Żaden inny lider, przedsiębiorca i prezes, żadnej firmy na świecie, nie może pochwalić się taką konsekwencją i liczbami.

    During Tim Cook's tenure as CEO, Apple's market cap increased an average of about $32 million per hour, every hour…

    For 15 years

    (Per Bank of America analyst Wamsi Mohan) pic.twitter.com/u6SyqXGgwj

    — Morning Brew ☕️ (@MorningBrew) August 29, 2026

    Baza urządzeń (aktywnych kont Apple) przekracza dziś 2,5 miliarda aktywnych sprzętów – dla porównania, Apple w ogóle nie podawało takich liczb aż do 2016 roku, gdy przekroczyła miliard. A segment usług, czyli to, co dla wielu stanowi prawdziwe dziedzictwo epoki Cooka, urósł z 9,4 miliarda dolarów rocznie w 2011 roku do 109 miliardów w roku fiskalnym 2025, z 1,5 miliarda aktywnych subskrypcji na koncie. Apple Pay, Apple Music, Apple TV, Apple Arcade, Apple Card, Apple Fitness+ – cała ta architektura przychodu, bez której trudno dziś wyobrazić sobie firmę z Cupertino, powstała właściwie od zera w erze Cooka. W 2011 roku usługi Apple ograniczały się do AppleCare, iTunes i App Store.

    Tyle.

    Menedżer, nie wizjoner – i dobrze

    Świadomie nie zaczynam tego tekstu od Apple Watch, AirPodsów czy procesorów Apple Silicon, choć to właśnie one najczęściej pojawiają się w podsumowaniach epoki Cooka jako namacalne dowody jego wpływu na produkty. Zaczynam od liczb, bo to one najlepiej pokazują, kim Cook był naprawdę – i kim konsekwentnie odmawiał udawania, że jest. Nie był Jobsem. Nigdy nie próbował nim być, choć presja porównań towarzyszyła mu przez całą kadencję. W wywiadzie dla CBS News, udzielonym w sierpniu, na tydzień przed przekazaniem sterów, zapytano go wprost, czym w jego przekonaniu powinno być jego dziedzictwo. Odpowiedział, że:

    legenda człowieka opisywana jest przez innych, nie przeze mnie samego, i najbardziej zależy mi na tym, aby zapamiętano mnie jako dobrego i przyzwoitego człowieka.

    To zdanie mówi o Cooku więcej niż jakikolwiek wykres przychodów. Bo o ile Jobs budował swoje dziedzictwo wokół obietnicy zmieniania świata, o tyle Cook budował je wokół czegoś dużo mniej efektownego, a być może dużo trudniejszego do utrzymania przez piętnaście lat – wokół stabilności, przewidywalności i tego samego rodzaju spokoju, o którym pisałem niedawno przy okazji własnej decyzji o przesiadce na podstawowego iPhone’a 17 na łamach mojego newslettera „Bo czemu nie?”. To nie przypadek, że właśnie to słowo wraca w kontekście Apple ery Cooka regularnie, także wśród komentujących jego odejście. Zarządzał firmą jak inżynier łańcucha dostaw, którym zresztą był, zanim jeszcze awansował na wyższe stanowiska – z chirurgiczną precyzją, unikając ryzykownych zakrętów, których architektem był Jobs. Efekt?

    Apple pod jego wodzą nigdy nie zachwycało tak spektakularnie, jak potrafiło za czasów założyciela, ale też nigdy nie zbankrutowało z powodu jednej złej decyzji wizjonerskiej. Rozumiem krytyków, którzy zarzucają mu nadmierne skupienie na akcjonariuszach kosztem odważniejszych, bardziej przełomowych decyzji produktowych. Ale przypomnę – to właśnie za jego kadencji z fabryki jednego flagowego produktu (iPhone’a) Apple przekształciło się w ekosystem usług, zegarków, słuchawek, komputerów z własnymi procesorami i – ostatecznie – gogli Vision Pro. Ryzyko podejmował, tylko rzadziej niż jego poprzednik i zawsze po dokładnym policzeniu kosztów.

    Chiny

    Tim Cook był i nadal pozostanie — pomagając od jutra nowemu CEO firmy, Johnowi Ternusowi — wybitnym wręcz lobbystą, który w relacjach geopolitycznych odnajduje się o wiele lepiej niż na scenie. Jego rola jest nieoceniona, jeżeli chodzi o relacje z Chinami. To Cook uratował Apple przed bankructwem, upłynnił zalegające w magazynach Maki, aby później zbudować wespół z Chinami i Foxconn obecną potęgę łańcucha dostaw firmy z Cupertino. Nie obyło się bez kontrowersji: afer z nieletnimi pracownikami, absolutnym brakiem gotowości sieci stacjonarnych sklepów Apple na popyt, z jakim spotkały się iPhone’y 4s, 5 i 6, walki (dosłownej, także przed ich salonami w Chinach) z nielegalną dystrybucją tych sprzętów czy ostatnich kontrowersji związanych z relacjami Apple i administracji Donalda Trumpa.

    Patrick McGee w swojej książce „Apple w Chinach” dosadnie i zgodnie z faktami stwierdza, że gdyby nie działania Tima Cooka — cała chińska gospodarka oraz motoryzacja nie doszłaby dziś do tego momentu, w którym się znajduje. Apple, wybierając (i ryzykując, co dopiero teraz po latach próbuje odkręcić!) Chiny jako głównego dostawcę komponentów do swoich urządzeń, de facto „wyszkoliło naród”, zostawiając swoje know-how, na którym w późniejszych latach (i po dziś dzień) chińskie marki zbudowały swoją potęgę. Apple zostawiło tam całą swoją wiedzę o jakości produktów z segmentu premium, pozwalając — świadomie — Chinom nauczyć się wykorzystać tę wiedzę w segmencie urządzeń budżetowych.

    Od 2021 roku Tim Cook próbuje dywersyfikować łańcuch dostaw Apple, wybierając Indie jako drugiego, strategicznego partnera spoza USA. Patrząc na populację tego kraju, Apple chce powtórzyć swoją strategię, ale zrobić to mądrzej. Dlatego USA pozostają trzecim rynkiem, na którym firma mocno inwestuje w nowe fabryki i pracowników. Wszystko to wspierają także działania w Wietnamie i u wybranych partnerów z Unii Europejskiej. Jestem przekonany, że Cook nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa.

    Łyżka dziegciu

    Byłoby jednak nieuczciwe wobec Was, gdybym pisał wyłącznie o sukcesach. Piętnaście lat na czele firmy tej wielkości to także seria błędów, spóźnień i przegranych bitew – część z nich Cook rozegrał po mistrzowsku mimo porażki, część ciągnie się do dziś i będzie problemem Ternusa. Oto dziesięć momentów, które ja sam zaliczam do najsłabszych punktów tej kadencji.

    1. Fiasko Apple Intelligence i nieobecna Siri AI – zapowiedziana w 2024 roku „nowa era” asystentki głosowej okazała się obietnicą bez pokrycia – funkcje pokazane wtedy na scenie w praktyce nie działały tak, jak sugerowały materiały promocyjne. Realna, przebudowana Siri AI trafiła do użytkowników dopiero jesienią 2026 roku, dwa lata później niż zapowiadano, a Apple przez ten czas musiało znosić najostrzejszą od lat krytykę za rozjazd między marketingiem a rzeczywistością.
    2. Wieloletnia wojna z Unią Europejską o Digital Markets Act –  Apple od początku nazywało DMA zagrożeniem dla bezpieczeństwa iPhone’a. W kwietniu 2025 roku Komisja Europejska nałożyła na firmę karę 500 milionów euro za blokowanie deweloperom możliwości kierowania użytkowników do płatności poza App Store. Apple się odwołało, ale w lipcu 2026 roku unijny sąd podtrzymał decyzję o uznaniu iOS i App Store za usługi podlegające regulacji. Efektem ubocznym sporu było też opóźnienie lub całkowite zawieszenie w Europie funkcji takich jak iPhone Mirroring czy tłumaczenie na żywo w AirPods.
    3. Przegrany spór podatkowy z Brukselą – to, co przez lata wydawało się sukcesem Cooka – wygrana w pierwszej instancji w 2020 roku – ostatecznie obróciło się przeciwko Apple. Europejski Trybunał Sprawiedliwości utrzymał w mocy decyzję Komisji Europejskiej, nakazując firmie zwrot 13 miliardów euro zaległych podatków wynikających z irlandzkich ulg podatkowych.
    4. Apple Car – dekada pracy zakończona w koszu – Projekt autonomicznego samochodu Apple, rozwijany od 2014 roku, został ostatecznie skasowany w 2024 roku. Wewnątrz firmy inżynierowie mieli nazywać go „Titanic Disaster”. To był, jak pisali później dziennikarze śledzący ten temat od lat, jeden z najdroższych projektów R&D w historii Doliny Krzemowej, który nie zaowocował ani jednym wprowadzonym na rynek produktem.
    5. Vision Pro bez żadnej, wyjątkowej aplikacji – komputer przestrzenny, który miał otworzyć nową erę Apple, zderzył się z ceną, wagą i brakiem powodu, dla którego przeciętny użytkownik miałby go kupić. Apple z czasem po cichu przestało traktować ten produkt priorytetowo, co dla wielu obserwatorów było milczącym przyznaniem się do porażki największego, jednoosobowego zakładu Cooka od czasów Apple Watch. Choć zmienił specjalistyczne branże (np. medyczną czy architektoniczną), nadal pozostaje niszą w świadomości przeciętnego zjadacza chleba.
    6. Batterygate – ujawnienie w 2017 roku, że Apple celowo spowalniało starsze iPhone’y z osłabionymi bateriami bez jasnej informacji dla klientów, kosztowało firmę reputację, pozwy zbiorowe i finansowe ugody na całym świecie. To wciąż jeden z najczęściej przywoływanych przykładów, gdy mowa o nadszarpniętym zaufaniu do Apple w erze Cooka.
    7. Zakaz importu Apple Watch w USA – spór patentowy z Masimo o technologię pomiaru saturacji krwi zakończył się w 2024 roku decyzją amerykańskiej komisji handlu, która zablokowała import Apple Watch Series 9 i Ultra 2 z aktywnym czujnikiem. Cook otwarcie odmówił licencjonowania technologii Masimo, stawiając na apelację – Apple ostatecznie sprzedawało te modele z fizycznie wyłączoną funkcją.
    8. Epic Games kontra Apple – wieloletnia batalia sądowa z twórcą Fortnite doprowadziła do sytuacji, w której Apple zostało zmuszone do otwarcia App Store w USA na linki do płatności zewnętrznych – coś, czego firma bronila się latami, twierdząc, że zagraża to bezpieczeństwu ekosystemu.
    9. Regularna krytyka warunków pracy w łańcuchu dostaw – wspominałem o tym wcześniej. Doniesienia o nadgodzinach, presji i warunkach panujących w fabrykach Foxconnu wracały jak bumerang przez całą kadencję Cooka, mimo publicznych deklaracji firmy o poprawie standardów i dywersyfikacji produkcji poza Chiny.
    10. Skupowanie akcji zamiast odważnych zakupów – pod wodzą Cooka Apple oddało akcjonariuszom ponad bilion dolarów, głównie poprzez buybacki – w tym, jak wyliczono, 853 miliardy dolarów samych wykupów akcji. Krytycy od lat pytają, dlaczego firma z takim kapitałem nigdy nie zdecydowała się na duże, strategiczne przejęcie, które mogłoby przesądzić o jej pozycji w erze sztucznej inteligencji, zamiast konsekwentnie nagradzać rynek.

    Ta lista nie ma dyskredytować piętnastu lat pracy. Ma raczej przypominać, że nawet najbardziej metodyczny CEO w historii firmy popełniał błędy – i że część z nich, zwłaszcza ta dotycząca AI i relacji z Brukselą, trafia teraz prosto na biurko Johna Ternusa.

    Pożegnanie bez patosu, ale nie bez emocji

    23 sierpnia, dzień przed formalną piętnastą rocznicą objęcia stanowiska, Apple zorganizowało dla Cooka pożegnalne przyjęcie w kafeterii Caffé Macs na terenie kampusu. Według ustaleń „The Information” wzięło w nim udział około 200 osób, zagrał zespół OneRepublic, a wśród przemawiających znaleźli się między innymi Laurene Powell Jobs, była szefowa operacyjna Apple Jeff Williams, szef usług Eddy Cue oraz sam Ternus. Cook nie odchodzi z firmy – obejmie funkcję prezesa wykonawczego (executive chairman) i będzie, jak ujęto to oficjalnie, angażował się w relacje z decydentami politycznymi na całym świecie, spędzając przy tym zdecydowanie mniej czasu w świetle reflektorów. Jego asystentka wykonawcza zostaje na stanowisku i będzie teraz pracować dla Ternusa – drobny, ale wymowny szczegół, potwierdzający to, co insiderzy Apple przekazali „The Information”: cała ta zmiana warty ma być przede wszystkim kontynuacją, nie rewolucją.

    To w duchu Cooka – zero patosu, zero łzawych klipów pożegnalnych puszczanych na wielkim ekranie, minimum ceremonii, maksimum rzeczowości. Sam pisałem po WWDC, że tegoroczna konferencja była jego ostatnim tańcem, a Apple potraktowało to niemal demonstracyjnie łagodnie. Teraz, patrząc na relacje z prywatnego pożegnania, mam wrażenie, że ta sama filozofia obowiązywała do samego końca. Żadnych fanfar skierowanych na zewnątrz. Emocje zostawiono w środku, między tymi, którzy naprawdę przepracowali z nim te piętnaście lat.

    List pożegnalny

    Dziś Tim Cook opublikował następujący list pożegnalny do pracowników Apple:

    Drodzy współpracownicy,

    Dzisiaj jest mój ostatni dzień na stanowisku dyrektora generalnego firmy Apple. Zawsze wiedziałem, że ta chwila kiedyś nadejdzie, a jednak wciąż trudno mi uwierzyć, że to już się stało i piszę te słowa. Kocham tę firmę i zespół, który za nią stoi, i nie mogłem pozwolić, by ten dzień minął bez wysłania do was wiadomości, w której powiem, jak bardzo jestem wdzięczny za ogrom sympatii, jaką mi okazaliście, za to, jak angażowaliście się każdego dnia, a przede wszystkim za przywilej, jakim było pełnienie funkcji waszego lidera przez całe życie.

    Prawda jest taka, że cokolwiek można powiedzieć o moim sukcesie, wiem, że to wszystko dzięki wam. To wy wydobyliście ze mnie to, co najlepsze. W całym moim życiu nigdy wcześniej nie widziałem ani nie byłem częścią tak niezwykłego zespołu ludzi, a każdego dnia dostrzegam tego coraz więcej przykładów.

    W Apple jest coś naprawdę wyjątkowego. Najbardziej dumny jestem z tego, czego nigdy nie uchwyciłby raport roczny. To miejsce jest dowodem na to, że kultura triumfuje nad wszystkim. Łączy nas przekonanie, że to, co tworzymy, ma znaczenie, oraz że mamy zarówno szansę, jak i obowiązek pozostawić świat lepszym, niż go zastaliśmy. Ten cel jest częścią tego, co sprawia, że to miejsce jest niezwykłe. Apple pomaga go pielęgnować, ale wierzę, że tkwił on w każdym z was na długo przed tym, zanim tu trafiliście. To właśnie on sprowadził was do tej firmy i to on nadal napędza pracę, którą wykonujecie każdego dnia. Razem stworzyliśmy coś o wiele większego, niż ktokolwiek z nas mógłby sobie wyobrazić lub osiągnąć samodzielnie. I to jest sekret naszego sukcesu. Wydobywamy z siebie to, co najlepsze. Wspieramy się nawzajem. Udało nam się pozostawić po sobie „ślad we wszechświecie”, jak to kiedyś opisał Steve, dzięki temu, kim jesteśmy i w co wierzymy, dzięki temu, co cenimy i jak postrzegamy świat. Jakie mamy szczęście. Jakie ja mam szczęście.

    Jak wiecie, nie odchodzę z Apple. Odchodzę jednak od roli, którą głęboko kochałem. Będę tęsknił za tą pracą w sposób, który dopiero zaczynam sobie wyobrażać, choć jestem całkowicie pogodzony z moją decyzją. Będę tęsknił za kierowaniem wami i towarzyszeniem wam na każdym kroku, choć ogromną pociechą jest dla mnie przekazanie sterów komuś tak błyskotliwemu, wspaniałemu i kompetentnemu jak John. Niewiele osób rozumie, ile wysiłku wymaga tworzenie produktów, które zmieniają świat, tak jak rozumie to John, i nie mogłem być bardziej podekscytowany jego przywództwem.

    Mam nadzieję, że wiecie, jak bardzo was cenię i jakim zaszczytem było dla mnie pełnienie funkcji waszego dyrektora generalnego. Przede wszystkim mam nadzieję, że nadal będziecie dumni z bycia częścią tego niezwykłego miejsca, które nazywamy Apple, i zawsze będziecie dawać z siebie wszystko. Kiedy angażujemy się w tę pracę całym sobą, troszcząc się o siebie nawzajem i o ludzi, którym służymy, nie ma granic dla głębokich zmian, jakie możemy wprowadzić.

    Czekam z niecierpliwością na spotkania z wami w mojej nowej roli w Apple Park i na całym świecie.

    Z całym sercem i całym sobą, zawsze pozostaję

    Wasz,
    Tim

    Sztafeta

    O tym, co dalej, pisałem szerzej tuż po WWDC 2026, gdy Ternus był świadomie utrzymywany poza kadrem, a cała konferencja zbudowana została inaczej niż zwykle – nie system po systemie, lecz wokół jednego, dominującego wątku nowej Siri AI. Twierdziłem wtedy, że to nieprzypadkowe, że Apple przygotowuje nas na nowe jutro, wciąż z Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie. Dziś, gdy ta zapowiedź staje się rzeczywistością, mogę tylko potwierdzić własną tezę sprzed miesięcy. Ternus, który dołączył do Apple w 2001 roku jako członek zespołu projektowego, przeszedł przez wiceprezesurę inżynierii sprzętowej w 2013 roku, odpowiadał kolejno za AirPody, Maca i iPada, a od 2020 roku także za iPhone’a, obejmuje dziś stery firmy, której fundamentem – jak pisałem wtedy – są usługi skrojone dla całego ekosystemu, a nie pojedynczy produkt. Cook powiedział wprost, że przejście „przebiega bezproblemowo”, że jest niezwykle podekscytowany nowym rozdziałem Ternusa i że nie ma dla Apple lepszego kandydata do objęcia sterów.

    Pierwszym dużym testem nowego CEO będzie wrześniowa premiera – iPhone’y 18 Pro i pierwszy składany iPhone Ultra, o którym pisałem już wcześniej, licząc w duszy na to, że Ternus wykorzysta ten moment, aby przywrócić transmitowane na żywo konferencje sprzed pandemii. Nie zmieniam zdania. To wciąż jest ten moment, jeśli kiedykolwiek miał nadejść.

    Piętnaście lat temu ludzie pytali, czy Apple przetrwa bez Jobsa. Dziś pytają, czy przetrwa bez Cooka. Historia raczej się nie powtórzy w tym samym dramatycznym tonie – bo Cook, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, zostawia firmę zaprojektowaną tak, by transformacja władzy była procesem, a nie kryzysem. To być może jego najcichsze, a zarazem najtrwalsze osiągnięcie.

    Panie Ternus – powtórzę to z pełnym przekonaniem, patrząc spuściznę Tima Cooka: nie zepsuj Pan tego!

    #Apple #ApplePark #biznesApple #CEOApple #Cupertino #felieton #historiaApple #JohnTernus #steveJobs #TimCook #zmianaWładzyWApple
  6. Początki z AI w duchu slow

    Sporo rozmawiam ostatnio ze SłuchaczamiCzytelnikami na temat wyzwań, jakie niesie za sobą dziejąca się na naszych oczach rewolucja generatywnej sztucznej inteligencji. Najsilniej dostrzegalny jest tutaj pewien kontekst, a mianowicie ten związany ze swoistą klęską urodzaju, jeśli chodzi o liczbę dostępnych rozwiązań opartych na gen. AI. W momencie pierwszej fali boomu (upublicznienie ChatGPT) na rozwiązania AI dość łatwo było nam dostrzec tych, którzy doklejali do swoich aplikacji, usług, a czasami (o zgrozo!) fizycznych przedmiotów metkę AI. Pamiętam, że nawet producenci szkieł hartowanych próbowali robić z ludzi idiotów, dopisując naprędce, że ich szkła mają „funkcje AI”. A potem? Było i jest nam z tą selekcją coraz trudniej.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2026

    Nie mam na to AI czasu

    Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym ta sama, uważana za cudowną, technologia, która miała nam odzyskać tonę czasu – zmarnowała go dwie tony więcej. Dlaczego? Cóż, nie zliczę, ile rozmów przeprowadzonych w ostatnich dwóch latach dotyczyło dość prostego mechanizmu, w który – jak się okazało – w przeważającej większości popadliśmy. Scenariusz jest przeważnie ten sam i sprowadza się do krzykliwego: „Muszę zdążyć sprawdzić i przetestować wszystkie dostępne narzędzia, zanim świat, rewolucja i obiecane większe zarobki za nicnierobienie mi odjadą!”. Ludzie potrafią siedzieć tygodniami i testować każdą dostępną w App Store aplikację, o której usłyszeli w podcaście technologicznym lub przeczytali na łamach portali czy blogów w ramach tekstów sponsorowanych. I to wierząc, że każda kolejna jest „tą jedyną, ostateczną, która z dnia na dzień odmieni ich życie”. Zawsze wtedy przypominam sobie komediodramat „Klik: I robisz, co chcesz” z Adamem Sandlerem z 2006 roku. Tam mieliśmy dokładnie ten sam mechanizm obietnicy ukrytej pod tytułowym kliknięciem, które miało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmienić.

    Gdy w końcu orientujemy się, że absolutnie nie możemy liczyć na cud w postaci rozszerzenia naszej doby do plus nieskończoności, a zatem nie zdążymy po prostu „wszystkiego” sprawdzić – pojawia się frustracja i poczucie zagubienia. Albo straconego czasu, co akurat jest najlepszym z wniosków, do których często można dojść, ale to temat na inny felieton. Do świata rewolucji AI zostaliśmy wrzuceni w takim momencie historii ludzkości, w którym nasza percepcja i bez sztucznej inteligencji nie była w stanie poradzić sobie z ilością docierających do naszych zmysłów bodźców. W każdej sekundzie. W czasach, w których media społecznościowe, sprzedając nam obraz życia idealnego u nieznajomego z drugiego końca świata, nagle stały się dealerami jeszcze bardziej boskiego wyobrażenia o upragnionej codzienności, które – dosłownie – nigdy nie istniało w świecie rzeczywistym. A w tym nadal żyjemy!

    Firmy, które wcześniej doklejały w roli wabika wspomniane metki z napisem „AI tu jest!”, szybko zrozumiały, że to droga donikąd, czego dowodem jest liczba spektakularnych bankructw start-upów zarejestrowanych w samej tylko Kalifornii w ciągu ostatnich 3 lat. Dane od Carta i innych analiz pokazują, że liczba zamknięć start-upów w USA znacznie wzrosła w ostatnich latach, np. z 769 w 2023 do 966 w 2024 – co oznacza ok. 25% wzrost rok do roku w liczbie start-upów, które zakończyły działalność. Boom inwestycyjny 2020–2021 (częściowo napędzany sztuczną inteligencją i innymi technologiami) doprowadził do powstania dużej liczby nowych venture‑backed spółek, które potem miały trudności z pozyskaniem kolejnych rund finansowania lub osiąganiem zysków, zwłaszcza po podwyżkach stóp procentowych i tej samej zmianie apetytu inwestorów. Dlaczego? Szybko okazało się, że za pomysłem nie stoi nic oprócz chęci manipulacji i pustego zysku. Użyteczność przeważającej większości aplikacji, które ukazały się w pierwszej fazie boomu na AI, była bliska zeru lub żadna.

    Co zatem zrobiły te firmy, których rozwiązania w jakiś sposób znalazły miejsce na rynku? Zaczęły sprzedawać je w ramach szerszej obietnicy, a mianowicie: „To jedno narzędzie zrobi za ciebie wszystko” – ponownie kupując naszą uwagę i czas, podczas gdy zazwyczaj my sami nie zdążyliśmy jeszcze porządnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Szukam czasu na i dla siebie

    To, co dziś jest pewne, to fakt, że przyszło nam żyć w czasach przejściowych, przynajmniej w kontekście rozwoju technologii i kolejnej jej rewolucji, w której niewątpliwie AI ma największy udział. Nie ma co liczyć na to, że Tim Cook czy którykolwiek CEO dostarczy nam w najbliższych latach rozwiązanie ostateczne, które wpuszczone do naszych żyć po prostu z dnia na dzień odmieni je o 180° i rozwiąże większość problemów naszych i świata. To się nie wydarzy. Przynajmniej nie w sposób zero-jedynkowy, choćbyśmy wykupili najwyższą z dostępnych subskrypcji.

    Faktem jest też to, że od zawsze szukamy i szukać będziemy dalej czasu dla siebie. Albo raczej – na siebie. Warto nasze wybory ukierunkować najpierw w swoją stronę i to nie jest zły egoizm. To troska o dobrostan, w ramach którego nie powinno być miejsca na bycie wolontariuszem czy beta testerem wszystkich cudzych biznesów, na które trafimy w technologicznej rzeczywistości. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w pierwszej kolejności warto natomiast znaleźć czas na zadanie sobie kilku podstawowych pytań, z których najważniejsze brzmi:

    „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Dosłownie – zapisać je sobie ołówkiem (nie Apple Pencilem!) na kartce papieru (nie na kawałku ekranu) i chwilę nad tym podumać. Znalezione odpowiedzi możesz śmiało podzielić na prostą listę obszarów związanych z życiem prywatnym i firmą, w których faktycznie potrzebna byłaby ci pomoc. Nie musisz do tego znać możliwości całego AI czy skomplikowanych i specjalistycznych modeli językowych, których mamy dziś masę. Zacznij od wyartykułowania własnych, a nie czyichś potrzeb. Dopiero do ich zaspokojenia czy uproszczenia warto zacząć szukać odpowiednich rozwiązań (choćby pytając o to AI).

      • Dobre wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji to nie tylko to, co o niej wiecie. Jest to również zdolność do uniknięcia bycia dla siebie wąskim gardłem. Do otwartości na świat, w którym nikt za was nie zdecyduje o tym, jaki będzie wasz kolejny krok i nie weźmie jego konsekwencji na siebie. Nie musicie znać i wiedzieć wszystkiego.
      • Jeśli brakuje wam umiejętności lub wiedzy, bądźcie gotowi na to, aby wyglądać jak głupcy, gdy je zdobywacie – to oznacza, że nie stoicie w miejscu! Nawet jeżeli nauczycielem będzie AI.
      • Jeśli brakuje wam powiązań AI z własnym życiem lub pracą, miejcie na tyle odwagi, aby szukać ich do skutku, ale uwaga – w swojej skali! Testujcie i sprawdzajcie, ale te rozwiązania, które realnie mają szansę odpowiadać waszym potrzebom czy problemom, a nie wszystkie. Takie podejście buduje te powiązania, a nie trawi waszego czasu na testowanie wszystkich aplikacji i usług, które rynek wypuszcza dziś w liczbie przekraczającej możliwości ludzkiej percepcji.
      • Warto także zainteresować się stoicyzmem – jako uniwersalną filozofią radzenia sobie z tym, co od nas zależy, i akceptowania tego, co znajduje się poza naszą kontrolą. Nawet jeśli nic o nim nie wiecie. Zapytajcie AI – może was zainteresuje albo zacznijcie od podcastów Radka Budnickiego czy dr. Piotra Stankiewicza.

    Kreatywna selekcja jest dziś tą umiejętnością, którą warto moim zdaniem rozwijać w pierwszej kolejności. Więcej o niej pisałem w tym oraz tym wydaniu.

    #AI #felieton #jakKorzystamZAI #Kołacz #lifehack #Porady #slow #slowLife #zdrowie #zdrowiePsychiczne
  7. Początki z AI w duchu slow

    Sporo rozmawiam ostatnio ze SłuchaczamiCzytelnikami na temat wyzwań, jakie niesie za sobą dziejąca się na naszych oczach rewolucja generatywnej sztucznej inteligencji. Najsilniej dostrzegalny jest tutaj pewien kontekst, a mianowicie ten związany ze swoistą klęską urodzaju, jeśli chodzi o liczbę dostępnych rozwiązań opartych na gen. AI. W momencie pierwszej fali boomu (upublicznienie ChatGPT) na rozwiązania AI dość łatwo było nam dostrzec tych, którzy doklejali do swoich aplikacji, usług, a czasami (o zgrozo!) fizycznych przedmiotów metkę AI. Pamiętam, że nawet producenci szkieł hartowanych próbowali robić z ludzi idiotów, dopisując naprędce, że ich szkła mają „funkcje AI”. A potem? Było i jest nam z tą selekcją coraz trudniej.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2026

    Nie mam na to AI czasu

    Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym ta sama, uważana za cudowną, technologia, która miała nam odzyskać tonę czasu – zmarnowała go dwie tony więcej. Dlaczego? Cóż, nie zliczę, ile rozmów przeprowadzonych w ostatnich dwóch latach dotyczyło dość prostego mechanizmu, w który – jak się okazało – w przeważającej większości popadliśmy. Scenariusz jest przeważnie ten sam i sprowadza się do krzykliwego: „Muszę zdążyć sprawdzić i przetestować wszystkie dostępne narzędzia, zanim świat, rewolucja i obiecane większe zarobki za nicnierobienie mi odjadą!”. Ludzie potrafią siedzieć tygodniami i testować każdą dostępną w App Store aplikację, o której usłyszeli w podcaście technologicznym lub przeczytali na łamach portali czy blogów w ramach tekstów sponsorowanych. I to wierząc, że każda kolejna jest „tą jedyną, ostateczną, która z dnia na dzień odmieni ich życie”. Zawsze wtedy przypominam sobie komediodramat „Klik: I robisz, co chcesz” z Adamem Sandlerem z 2006 roku. Tam mieliśmy dokładnie ten sam mechanizm obietnicy ukrytej pod tytułowym kliknięciem, które miało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmienić.

    Gdy w końcu orientujemy się, że absolutnie nie możemy liczyć na cud w postaci rozszerzenia naszej doby do plus nieskończoności, a zatem nie zdążymy po prostu „wszystkiego” sprawdzić – pojawia się frustracja i poczucie zagubienia. Albo straconego czasu, co akurat jest najlepszym z wniosków, do których często można dojść, ale to temat na inny felieton. Do świata rewolucji AI zostaliśmy wrzuceni w takim momencie historii ludzkości, w którym nasza percepcja i bez sztucznej inteligencji nie była w stanie poradzić sobie z ilością docierających do naszych zmysłów bodźców. W każdej sekundzie. W czasach, w których media społecznościowe, sprzedając nam obraz życia idealnego u nieznajomego z drugiego końca świata, nagle stały się dealerami jeszcze bardziej boskiego wyobrażenia o upragnionej codzienności, które – dosłownie – nigdy nie istniało w świecie rzeczywistym. A w tym nadal żyjemy!

    Firmy, które wcześniej doklejały w roli wabika wspomniane metki z napisem „AI tu jest!”, szybko zrozumiały, że to droga donikąd, czego dowodem jest liczba spektakularnych bankructw start-upów zarejestrowanych w samej tylko Kalifornii w ciągu ostatnich 3 lat. Dane od Carta i innych analiz pokazują, że liczba zamknięć start-upów w USA znacznie wzrosła w ostatnich latach, np. z 769 w 2023 do 966 w 2024 – co oznacza ok. 25% wzrost rok do roku w liczbie start-upów, które zakończyły działalność. Boom inwestycyjny 2020–2021 (częściowo napędzany sztuczną inteligencją i innymi technologiami) doprowadził do powstania dużej liczby nowych venture‑backed spółek, które potem miały trudności z pozyskaniem kolejnych rund finansowania lub osiąganiem zysków, zwłaszcza po podwyżkach stóp procentowych i tej samej zmianie apetytu inwestorów. Dlaczego? Szybko okazało się, że za pomysłem nie stoi nic oprócz chęci manipulacji i pustego zysku. Użyteczność przeważającej większości aplikacji, które ukazały się w pierwszej fazie boomu na AI, była bliska zeru lub żadna.

    Co zatem zrobiły te firmy, których rozwiązania w jakiś sposób znalazły miejsce na rynku? Zaczęły sprzedawać je w ramach szerszej obietnicy, a mianowicie: „To jedno narzędzie zrobi za ciebie wszystko” – ponownie kupując naszą uwagę i czas, podczas gdy zazwyczaj my sami nie zdążyliśmy jeszcze porządnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Szukam czasu na i dla siebie

    To, co dziś jest pewne, to fakt, że przyszło nam żyć w czasach przejściowych, przynajmniej w kontekście rozwoju technologii i kolejnej jej rewolucji, w której niewątpliwie AI ma największy udział. Nie ma co liczyć na to, że Tim Cook czy którykolwiek CEO dostarczy nam w najbliższych latach rozwiązanie ostateczne, które wpuszczone do naszych żyć po prostu z dnia na dzień odmieni je o 180° i rozwiąże większość problemów naszych i świata. To się nie wydarzy. Przynajmniej nie w sposób zero-jedynkowy, choćbyśmy wykupili najwyższą z dostępnych subskrypcji.

    Faktem jest też to, że od zawsze szukamy i szukać będziemy dalej czasu dla siebie. Albo raczej – na siebie. Warto nasze wybory ukierunkować najpierw w swoją stronę i to nie jest zły egoizm. To troska o dobrostan, w ramach którego nie powinno być miejsca na bycie wolontariuszem czy beta testerem wszystkich cudzych biznesów, na które trafimy w technologicznej rzeczywistości. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w pierwszej kolejności warto natomiast znaleźć czas na zadanie sobie kilku podstawowych pytań, z których najważniejsze brzmi:

    „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Dosłownie – zapisać je sobie ołówkiem (nie Apple Pencilem!) na kartce papieru (nie na kawałku ekranu) i chwilę nad tym podumać. Znalezione odpowiedzi możesz śmiało podzielić na prostą listę obszarów związanych z życiem prywatnym i firmą, w których faktycznie potrzebna byłaby ci pomoc. Nie musisz do tego znać możliwości całego AI czy skomplikowanych i specjalistycznych modeli językowych, których mamy dziś masę. Zacznij od wyartykułowania własnych, a nie czyichś potrzeb. Dopiero do ich zaspokojenia czy uproszczenia warto zacząć szukać odpowiednich rozwiązań (choćby pytając o to AI).

      • Dobre wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji to nie tylko to, co o niej wiecie. Jest to również zdolność do uniknięcia bycia dla siebie wąskim gardłem. Do otwartości na świat, w którym nikt za was nie zdecyduje o tym, jaki będzie wasz kolejny krok i nie weźmie jego konsekwencji na siebie. Nie musicie znać i wiedzieć wszystkiego.
      • Jeśli brakuje wam umiejętności lub wiedzy, bądźcie gotowi na to, aby wyglądać jak głupcy, gdy je zdobywacie – to oznacza, że nie stoicie w miejscu! Nawet jeżeli nauczycielem będzie AI.
      • Jeśli brakuje wam powiązań AI z własnym życiem lub pracą, miejcie na tyle odwagi, aby szukać ich do skutku, ale uwaga – w swojej skali! Testujcie i sprawdzajcie, ale te rozwiązania, które realnie mają szansę odpowiadać waszym potrzebom czy problemom, a nie wszystkie. Takie podejście buduje te powiązania, a nie trawi waszego czasu na testowanie wszystkich aplikacji i usług, które rynek wypuszcza dziś w liczbie przekraczającej możliwości ludzkiej percepcji.
      • Warto także zainteresować się stoicyzmem – jako uniwersalną filozofią radzenia sobie z tym, co od nas zależy, i akceptowania tego, co znajduje się poza naszą kontrolą. Nawet jeśli nic o nim nie wiecie. Zapytajcie AI – może was zainteresuje albo zacznijcie od podcastów Radka Budnickiego czy dr. Piotra Stankiewicza.

    Kreatywna selekcja jest dziś tą umiejętnością, którą warto moim zdaniem rozwijać w pierwszej kolejności. Więcej o niej pisałem w tym oraz tym wydaniu.

    #AI #felieton #jakKorzystamZAI #Kołacz #lifehack #Porady #slow #slowLife #zdrowie #zdrowiePsychiczne
  8. Początki z AI w duchu slow

    Sporo rozmawiam ostatnio ze SłuchaczamiCzytelnikami na temat wyzwań, jakie niesie za sobą dziejąca się na naszych oczach rewolucja generatywnej sztucznej inteligencji. Najsilniej dostrzegalny jest tutaj pewien kontekst, a mianowicie ten związany ze swoistą klęską urodzaju, jeśli chodzi o liczbę dostępnych rozwiązań opartych na gen. AI. W momencie pierwszej fali boomu (upublicznienie ChatGPT) na rozwiązania AI dość łatwo było nam dostrzec tych, którzy doklejali do swoich aplikacji, usług, a czasami (o zgrozo!) fizycznych przedmiotów metkę AI. Pamiętam, że nawet producenci szkieł hartowanych próbowali robić z ludzi idiotów, dopisując naprędce, że ich szkła mają „funkcje AI”. A potem? Było i jest nam z tą selekcją coraz trudniej.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2026

    Nie mam na to AI czasu

    Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym ta sama, uważana za cudowną, technologia, która miała nam odzyskać tonę czasu – zmarnowała go dwie tony więcej. Dlaczego? Cóż, nie zliczę, ile rozmów przeprowadzonych w ostatnich dwóch latach dotyczyło dość prostego mechanizmu, w który – jak się okazało – w przeważającej większości popadliśmy. Scenariusz jest przeważnie ten sam i sprowadza się do krzykliwego: „Muszę zdążyć sprawdzić i przetestować wszystkie dostępne narzędzia, zanim świat, rewolucja i obiecane większe zarobki za nicnierobienie mi odjadą!”. Ludzie potrafią siedzieć tygodniami i testować każdą dostępną w App Store aplikację, o której usłyszeli w podcaście technologicznym lub przeczytali na łamach portali czy blogów w ramach tekstów sponsorowanych. I to wierząc, że każda kolejna jest „tą jedyną, ostateczną, która z dnia na dzień odmieni ich życie”. Zawsze wtedy przypominam sobie komediodramat „Klik: I robisz, co chcesz” z Adamem Sandlerem z 2006 roku. Tam mieliśmy dokładnie ten sam mechanizm obietnicy ukrytej pod tytułowym kliknięciem, które miało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmienić.

    Gdy w końcu orientujemy się, że absolutnie nie możemy liczyć na cud w postaci rozszerzenia naszej doby do plus nieskończoności, a zatem nie zdążymy po prostu „wszystkiego” sprawdzić – pojawia się frustracja i poczucie zagubienia. Albo straconego czasu, co akurat jest najlepszym z wniosków, do których często można dojść, ale to temat na inny felieton. Do świata rewolucji AI zostaliśmy wrzuceni w takim momencie historii ludzkości, w którym nasza percepcja i bez sztucznej inteligencji nie była w stanie poradzić sobie z ilością docierających do naszych zmysłów bodźców. W każdej sekundzie. W czasach, w których media społecznościowe, sprzedając nam obraz życia idealnego u nieznajomego z drugiego końca świata, nagle stały się dealerami jeszcze bardziej boskiego wyobrażenia o upragnionej codzienności, które – dosłownie – nigdy nie istniało w świecie rzeczywistym. A w tym nadal żyjemy!

    Firmy, które wcześniej doklejały w roli wabika wspomniane metki z napisem „AI tu jest!”, szybko zrozumiały, że to droga donikąd, czego dowodem jest liczba spektakularnych bankructw start-upów zarejestrowanych w samej tylko Kalifornii w ciągu ostatnich 3 lat. Dane od Carta i innych analiz pokazują, że liczba zamknięć start-upów w USA znacznie wzrosła w ostatnich latach, np. z 769 w 2023 do 966 w 2024 – co oznacza ok. 25% wzrost rok do roku w liczbie start-upów, które zakończyły działalność. Boom inwestycyjny 2020–2021 (częściowo napędzany sztuczną inteligencją i innymi technologiami) doprowadził do powstania dużej liczby nowych venture‑backed spółek, które potem miały trudności z pozyskaniem kolejnych rund finansowania lub osiąganiem zysków, zwłaszcza po podwyżkach stóp procentowych i tej samej zmianie apetytu inwestorów. Dlaczego? Szybko okazało się, że za pomysłem nie stoi nic oprócz chęci manipulacji i pustego zysku. Użyteczność przeważającej większości aplikacji, które ukazały się w pierwszej fazie boomu na AI, była bliska zeru lub żadna.

    Co zatem zrobiły te firmy, których rozwiązania w jakiś sposób znalazły miejsce na rynku? Zaczęły sprzedawać je w ramach szerszej obietnicy, a mianowicie: „To jedno narzędzie zrobi za ciebie wszystko” – ponownie kupując naszą uwagę i czas, podczas gdy zazwyczaj my sami nie zdążyliśmy jeszcze porządnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Szukam czasu na i dla siebie

    To, co dziś jest pewne, to fakt, że przyszło nam żyć w czasach przejściowych, przynajmniej w kontekście rozwoju technologii i kolejnej jej rewolucji, w której niewątpliwie AI ma największy udział. Nie ma co liczyć na to, że Tim Cook czy którykolwiek CEO dostarczy nam w najbliższych latach rozwiązanie ostateczne, które wpuszczone do naszych żyć po prostu z dnia na dzień odmieni je o 180° i rozwiąże większość problemów naszych i świata. To się nie wydarzy. Przynajmniej nie w sposób zero-jedynkowy, choćbyśmy wykupili najwyższą z dostępnych subskrypcji.

    Faktem jest też to, że od zawsze szukamy i szukać będziemy dalej czasu dla siebie. Albo raczej – na siebie. Warto nasze wybory ukierunkować najpierw w swoją stronę i to nie jest zły egoizm. To troska o dobrostan, w ramach którego nie powinno być miejsca na bycie wolontariuszem czy beta testerem wszystkich cudzych biznesów, na które trafimy w technologicznej rzeczywistości. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w pierwszej kolejności warto natomiast znaleźć czas na zadanie sobie kilku podstawowych pytań, z których najważniejsze brzmi:

    „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Dosłownie – zapisać je sobie ołówkiem (nie Apple Pencilem!) na kartce papieru (nie na kawałku ekranu) i chwilę nad tym podumać. Znalezione odpowiedzi możesz śmiało podzielić na prostą listę obszarów związanych z życiem prywatnym i firmą, w których faktycznie potrzebna byłaby ci pomoc. Nie musisz do tego znać możliwości całego AI czy skomplikowanych i specjalistycznych modeli językowych, których mamy dziś masę. Zacznij od wyartykułowania własnych, a nie czyichś potrzeb. Dopiero do ich zaspokojenia czy uproszczenia warto zacząć szukać odpowiednich rozwiązań (choćby pytając o to AI).

      • Dobre wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji to nie tylko to, co o niej wiecie. Jest to również zdolność do uniknięcia bycia dla siebie wąskim gardłem. Do otwartości na świat, w którym nikt za was nie zdecyduje o tym, jaki będzie wasz kolejny krok i nie weźmie jego konsekwencji na siebie. Nie musicie znać i wiedzieć wszystkiego.
      • Jeśli brakuje wam umiejętności lub wiedzy, bądźcie gotowi na to, aby wyglądać jak głupcy, gdy je zdobywacie – to oznacza, że nie stoicie w miejscu! Nawet jeżeli nauczycielem będzie AI.
      • Jeśli brakuje wam powiązań AI z własnym życiem lub pracą, miejcie na tyle odwagi, aby szukać ich do skutku, ale uwaga – w swojej skali! Testujcie i sprawdzajcie, ale te rozwiązania, które realnie mają szansę odpowiadać waszym potrzebom czy problemom, a nie wszystkie. Takie podejście buduje te powiązania, a nie trawi waszego czasu na testowanie wszystkich aplikacji i usług, które rynek wypuszcza dziś w liczbie przekraczającej możliwości ludzkiej percepcji.
      • Warto także zainteresować się stoicyzmem – jako uniwersalną filozofią radzenia sobie z tym, co od nas zależy, i akceptowania tego, co znajduje się poza naszą kontrolą. Nawet jeśli nic o nim nie wiecie. Zapytajcie AI – może was zainteresuje albo zacznijcie od podcastów Radka Budnickiego czy dr. Piotra Stankiewicza.

    Kreatywna selekcja jest dziś tą umiejętnością, którą warto moim zdaniem rozwijać w pierwszej kolejności. Więcej o niej pisałem w tym oraz tym wydaniu.

    #AI #felieton #jakKorzystamZAI #Kołacz #lifehack #Porady #slow #slowLife #zdrowie #zdrowiePsychiczne
  9. Początki z AI w duchu slow

    Sporo rozmawiam ostatnio ze SłuchaczamiCzytelnikami na temat wyzwań, jakie niesie za sobą dziejąca się na naszych oczach rewolucja generatywnej sztucznej inteligencji. Najsilniej dostrzegalny jest tutaj pewien kontekst, a mianowicie ten związany ze swoistą klęską urodzaju, jeśli chodzi o liczbę dostępnych rozwiązań opartych na gen. AI. W momencie pierwszej fali boomu (upublicznienie ChatGPT) na rozwiązania AI dość łatwo było nam dostrzec tych, którzy doklejali do swoich aplikacji, usług, a czasami (o zgrozo!) fizycznych przedmiotów metkę AI. Pamiętam, że nawet producenci szkieł hartowanych próbowali robić z ludzi idiotów, dopisując naprędce, że ich szkła mają „funkcje AI”. A potem? Było i jest nam z tą selekcją coraz trudniej.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2026

    Nie mam na to AI czasu

    Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym ta sama, uważana za cudowną, technologia, która miała nam odzyskać tonę czasu – zmarnowała go dwie tony więcej. Dlaczego? Cóż, nie zliczę, ile rozmów przeprowadzonych w ostatnich dwóch latach dotyczyło dość prostego mechanizmu, w który – jak się okazało – w przeważającej większości popadliśmy. Scenariusz jest przeważnie ten sam i sprowadza się do krzykliwego: „Muszę zdążyć sprawdzić i przetestować wszystkie dostępne narzędzia, zanim świat, rewolucja i obiecane większe zarobki za nicnierobienie mi odjadą!”. Ludzie potrafią siedzieć tygodniami i testować każdą dostępną w App Store aplikację, o której usłyszeli w podcaście technologicznym lub przeczytali na łamach portali czy blogów w ramach tekstów sponsorowanych. I to wierząc, że każda kolejna jest „tą jedyną, ostateczną, która z dnia na dzień odmieni ich życie”. Zawsze wtedy przypominam sobie komediodramat „Klik: I robisz, co chcesz” z Adamem Sandlerem z 2006 roku. Tam mieliśmy dokładnie ten sam mechanizm obietnicy ukrytej pod tytułowym kliknięciem, które miało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmienić.

    Gdy w końcu orientujemy się, że absolutnie nie możemy liczyć na cud w postaci rozszerzenia naszej doby do plus nieskończoności, a zatem nie zdążymy po prostu „wszystkiego” sprawdzić – pojawia się frustracja i poczucie zagubienia. Albo straconego czasu, co akurat jest najlepszym z wniosków, do których często można dojść, ale to temat na inny felieton. Do świata rewolucji AI zostaliśmy wrzuceni w takim momencie historii ludzkości, w którym nasza percepcja i bez sztucznej inteligencji nie była w stanie poradzić sobie z ilością docierających do naszych zmysłów bodźców. W każdej sekundzie. W czasach, w których media społecznościowe, sprzedając nam obraz życia idealnego u nieznajomego z drugiego końca świata, nagle stały się dealerami jeszcze bardziej boskiego wyobrażenia o upragnionej codzienności, które – dosłownie – nigdy nie istniało w świecie rzeczywistym. A w tym nadal żyjemy!

    Firmy, które wcześniej doklejały w roli wabika wspomniane metki z napisem „AI tu jest!”, szybko zrozumiały, że to droga donikąd, czego dowodem jest liczba spektakularnych bankructw start-upów zarejestrowanych w samej tylko Kalifornii w ciągu ostatnich 3 lat. Dane od Carta i innych analiz pokazują, że liczba zamknięć start-upów w USA znacznie wzrosła w ostatnich latach, np. z 769 w 2023 do 966 w 2024 – co oznacza ok. 25% wzrost rok do roku w liczbie start-upów, które zakończyły działalność. Boom inwestycyjny 2020–2021 (częściowo napędzany sztuczną inteligencją i innymi technologiami) doprowadził do powstania dużej liczby nowych venture‑backed spółek, które potem miały trudności z pozyskaniem kolejnych rund finansowania lub osiąganiem zysków, zwłaszcza po podwyżkach stóp procentowych i tej samej zmianie apetytu inwestorów. Dlaczego? Szybko okazało się, że za pomysłem nie stoi nic oprócz chęci manipulacji i pustego zysku. Użyteczność przeważającej większości aplikacji, które ukazały się w pierwszej fazie boomu na AI, była bliska zeru lub żadna.

    Co zatem zrobiły te firmy, których rozwiązania w jakiś sposób znalazły miejsce na rynku? Zaczęły sprzedawać je w ramach szerszej obietnicy, a mianowicie: „To jedno narzędzie zrobi za ciebie wszystko” – ponownie kupując naszą uwagę i czas, podczas gdy zazwyczaj my sami nie zdążyliśmy jeszcze porządnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Szukam czasu na i dla siebie

    To, co dziś jest pewne, to fakt, że przyszło nam żyć w czasach przejściowych, przynajmniej w kontekście rozwoju technologii i kolejnej jej rewolucji, w której niewątpliwie AI ma największy udział. Nie ma co liczyć na to, że Tim Cook czy którykolwiek CEO dostarczy nam w najbliższych latach rozwiązanie ostateczne, które wpuszczone do naszych żyć po prostu z dnia na dzień odmieni je o 180° i rozwiąże większość problemów naszych i świata. To się nie wydarzy. Przynajmniej nie w sposób zero-jedynkowy, choćbyśmy wykupili najwyższą z dostępnych subskrypcji.

    Faktem jest też to, że od zawsze szukamy i szukać będziemy dalej czasu dla siebie. Albo raczej – na siebie. Warto nasze wybory ukierunkować najpierw w swoją stronę i to nie jest zły egoizm. To troska o dobrostan, w ramach którego nie powinno być miejsca na bycie wolontariuszem czy beta testerem wszystkich cudzych biznesów, na które trafimy w technologicznej rzeczywistości. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w pierwszej kolejności warto natomiast znaleźć czas na zadanie sobie kilku podstawowych pytań, z których najważniejsze brzmi:

    „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Dosłownie – zapisać je sobie ołówkiem (nie Apple Pencilem!) na kartce papieru (nie na kawałku ekranu) i chwilę nad tym podumać. Znalezione odpowiedzi możesz śmiało podzielić na prostą listę obszarów związanych z życiem prywatnym i firmą, w których faktycznie potrzebna byłaby ci pomoc. Nie musisz do tego znać możliwości całego AI czy skomplikowanych i specjalistycznych modeli językowych, których mamy dziś masę. Zacznij od wyartykułowania własnych, a nie czyichś potrzeb. Dopiero do ich zaspokojenia czy uproszczenia warto zacząć szukać odpowiednich rozwiązań (choćby pytając o to AI).

      • Dobre wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji to nie tylko to, co o niej wiecie. Jest to również zdolność do uniknięcia bycia dla siebie wąskim gardłem. Do otwartości na świat, w którym nikt za was nie zdecyduje o tym, jaki będzie wasz kolejny krok i nie weźmie jego konsekwencji na siebie. Nie musicie znać i wiedzieć wszystkiego.
      • Jeśli brakuje wam umiejętności lub wiedzy, bądźcie gotowi na to, aby wyglądać jak głupcy, gdy je zdobywacie – to oznacza, że nie stoicie w miejscu! Nawet jeżeli nauczycielem będzie AI.
      • Jeśli brakuje wam powiązań AI z własnym życiem lub pracą, miejcie na tyle odwagi, aby szukać ich do skutku, ale uwaga – w swojej skali! Testujcie i sprawdzajcie, ale te rozwiązania, które realnie mają szansę odpowiadać waszym potrzebom czy problemom, a nie wszystkie. Takie podejście buduje te powiązania, a nie trawi waszego czasu na testowanie wszystkich aplikacji i usług, które rynek wypuszcza dziś w liczbie przekraczającej możliwości ludzkiej percepcji.
      • Warto także zainteresować się stoicyzmem – jako uniwersalną filozofią radzenia sobie z tym, co od nas zależy, i akceptowania tego, co znajduje się poza naszą kontrolą. Nawet jeśli nic o nim nie wiecie. Zapytajcie AI – może was zainteresuje albo zacznijcie od podcastów Radka Budnickiego czy dr. Piotra Stankiewicza.

    Kreatywna selekcja jest dziś tą umiejętnością, którą warto moim zdaniem rozwijać w pierwszej kolejności. Więcej o niej pisałem w tym oraz tym wydaniu.

    #AI #felieton #jakKorzystamZAI #Kołacz #lifehack #Porady #slow #slowLife #zdrowie #zdrowiePsychiczne
  10. Początki z AI w duchu slow

    Sporo rozmawiam ostatnio ze SłuchaczamiCzytelnikami na temat wyzwań, jakie niesie za sobą dziejąca się na naszych oczach rewolucja generatywnej sztucznej inteligencji. Najsilniej dostrzegalny jest tutaj pewien kontekst, a mianowicie ten związany ze swoistą klęską urodzaju, jeśli chodzi o liczbę dostępnych rozwiązań opartych na gen. AI. W momencie pierwszej fali boomu (upublicznienie ChatGPT) na rozwiązania AI dość łatwo było nam dostrzec tych, którzy doklejali do swoich aplikacji, usług, a czasami (o zgrozo!) fizycznych przedmiotów metkę AI. Pamiętam, że nawet producenci szkieł hartowanych próbowali robić z ludzi idiotów, dopisując naprędce, że ich szkła mają „funkcje AI”. A potem? Było i jest nam z tą selekcją coraz trudniej.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 3/2026

    Nie mam na to AI czasu

    Dość szybko doszliśmy do momentu, w którym ta sama, uważana za cudowną, technologia, która miała nam odzyskać tonę czasu – zmarnowała go dwie tony więcej. Dlaczego? Cóż, nie zliczę, ile rozmów przeprowadzonych w ostatnich dwóch latach dotyczyło dość prostego mechanizmu, w który – jak się okazało – w przeważającej większości popadliśmy. Scenariusz jest przeważnie ten sam i sprowadza się do krzykliwego: „Muszę zdążyć sprawdzić i przetestować wszystkie dostępne narzędzia, zanim świat, rewolucja i obiecane większe zarobki za nicnierobienie mi odjadą!”. Ludzie potrafią siedzieć tygodniami i testować każdą dostępną w App Store aplikację, o której usłyszeli w podcaście technologicznym lub przeczytali na łamach portali czy blogów w ramach tekstów sponsorowanych. I to wierząc, że każda kolejna jest „tą jedyną, ostateczną, która z dnia na dzień odmieni ich życie”. Zawsze wtedy przypominam sobie komediodramat „Klik: I robisz, co chcesz” z Adamem Sandlerem z 2006 roku. Tam mieliśmy dokładnie ten sam mechanizm obietnicy ukrytej pod tytułowym kliknięciem, które miało za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko zmienić.

    Gdy w końcu orientujemy się, że absolutnie nie możemy liczyć na cud w postaci rozszerzenia naszej doby do plus nieskończoności, a zatem nie zdążymy po prostu „wszystkiego” sprawdzić – pojawia się frustracja i poczucie zagubienia. Albo straconego czasu, co akurat jest najlepszym z wniosków, do których często można dojść, ale to temat na inny felieton. Do świata rewolucji AI zostaliśmy wrzuceni w takim momencie historii ludzkości, w którym nasza percepcja i bez sztucznej inteligencji nie była w stanie poradzić sobie z ilością docierających do naszych zmysłów bodźców. W każdej sekundzie. W czasach, w których media społecznościowe, sprzedając nam obraz życia idealnego u nieznajomego z drugiego końca świata, nagle stały się dealerami jeszcze bardziej boskiego wyobrażenia o upragnionej codzienności, które – dosłownie – nigdy nie istniało w świecie rzeczywistym. A w tym nadal żyjemy!

    Firmy, które wcześniej doklejały w roli wabika wspomniane metki z napisem „AI tu jest!”, szybko zrozumiały, że to droga donikąd, czego dowodem jest liczba spektakularnych bankructw start-upów zarejestrowanych w samej tylko Kalifornii w ciągu ostatnich 3 lat. Dane od Carta i innych analiz pokazują, że liczba zamknięć start-upów w USA znacznie wzrosła w ostatnich latach, np. z 769 w 2023 do 966 w 2024 – co oznacza ok. 25% wzrost rok do roku w liczbie start-upów, które zakończyły działalność. Boom inwestycyjny 2020–2021 (częściowo napędzany sztuczną inteligencją i innymi technologiami) doprowadził do powstania dużej liczby nowych venture‑backed spółek, które potem miały trudności z pozyskaniem kolejnych rund finansowania lub osiąganiem zysków, zwłaszcza po podwyżkach stóp procentowych i tej samej zmianie apetytu inwestorów. Dlaczego? Szybko okazało się, że za pomysłem nie stoi nic oprócz chęci manipulacji i pustego zysku. Użyteczność przeważającej większości aplikacji, które ukazały się w pierwszej fazie boomu na AI, była bliska zeru lub żadna.

    Co zatem zrobiły te firmy, których rozwiązania w jakiś sposób znalazły miejsce na rynku? Zaczęły sprzedawać je w ramach szerszej obietnicy, a mianowicie: „To jedno narzędzie zrobi za ciebie wszystko” – ponownie kupując naszą uwagę i czas, podczas gdy zazwyczaj my sami nie zdążyliśmy jeszcze porządnie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie: „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Szukam czasu na i dla siebie

    To, co dziś jest pewne, to fakt, że przyszło nam żyć w czasach przejściowych, przynajmniej w kontekście rozwoju technologii i kolejnej jej rewolucji, w której niewątpliwie AI ma największy udział. Nie ma co liczyć na to, że Tim Cook czy którykolwiek CEO dostarczy nam w najbliższych latach rozwiązanie ostateczne, które wpuszczone do naszych żyć po prostu z dnia na dzień odmieni je o 180° i rozwiąże większość problemów naszych i świata. To się nie wydarzy. Przynajmniej nie w sposób zero-jedynkowy, choćbyśmy wykupili najwyższą z dostępnych subskrypcji.

    Faktem jest też to, że od zawsze szukamy i szukać będziemy dalej czasu dla siebie. Albo raczej – na siebie. Warto nasze wybory ukierunkować najpierw w swoją stronę i to nie jest zły egoizm. To troska o dobrostan, w ramach którego nie powinno być miejsca na bycie wolontariuszem czy beta testerem wszystkich cudzych biznesów, na które trafimy w technologicznej rzeczywistości. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że w pierwszej kolejności warto natomiast znaleźć czas na zadanie sobie kilku podstawowych pytań, z których najważniejsze brzmi:

    „W czym AI w ogóle może mi pomóc i gdzie tej pomocy potrzebuję najbardziej?”.

    Dosłownie – zapisać je sobie ołówkiem (nie Apple Pencilem!) na kartce papieru (nie na kawałku ekranu) i chwilę nad tym podumać. Znalezione odpowiedzi możesz śmiało podzielić na prostą listę obszarów związanych z życiem prywatnym i firmą, w których faktycznie potrzebna byłaby ci pomoc. Nie musisz do tego znać możliwości całego AI czy skomplikowanych i specjalistycznych modeli językowych, których mamy dziś masę. Zacznij od wyartykułowania własnych, a nie czyichś potrzeb. Dopiero do ich zaspokojenia czy uproszczenia warto zacząć szukać odpowiednich rozwiązań (choćby pytając o to AI).

      • Dobre wykorzystanie generatywnej sztucznej inteligencji to nie tylko to, co o niej wiecie. Jest to również zdolność do uniknięcia bycia dla siebie wąskim gardłem. Do otwartości na świat, w którym nikt za was nie zdecyduje o tym, jaki będzie wasz kolejny krok i nie weźmie jego konsekwencji na siebie. Nie musicie znać i wiedzieć wszystkiego.
      • Jeśli brakuje wam umiejętności lub wiedzy, bądźcie gotowi na to, aby wyglądać jak głupcy, gdy je zdobywacie – to oznacza, że nie stoicie w miejscu! Nawet jeżeli nauczycielem będzie AI.
      • Jeśli brakuje wam powiązań AI z własnym życiem lub pracą, miejcie na tyle odwagi, aby szukać ich do skutku, ale uwaga – w swojej skali! Testujcie i sprawdzajcie, ale te rozwiązania, które realnie mają szansę odpowiadać waszym potrzebom czy problemom, a nie wszystkie. Takie podejście buduje te powiązania, a nie trawi waszego czasu na testowanie wszystkich aplikacji i usług, które rynek wypuszcza dziś w liczbie przekraczającej możliwości ludzkiej percepcji.
      • Warto także zainteresować się stoicyzmem – jako uniwersalną filozofią radzenia sobie z tym, co od nas zależy, i akceptowania tego, co znajduje się poza naszą kontrolą. Nawet jeśli nic o nim nie wiecie. Zapytajcie AI – może was zainteresuje albo zacznijcie od podcastów Radka Budnickiego czy dr. Piotra Stankiewicza.

    Kreatywna selekcja jest dziś tą umiejętnością, którą warto moim zdaniem rozwijać w pierwszej kolejności. Więcej o niej pisałem w tym oraz tym wydaniu.

    #AI #felieton #jakKorzystamZAI #Kołacz #lifehack #Porady #slow #slowLife #zdrowie #zdrowiePsychiczne
  11. Dlaczego wracamy do retro rzeczy

    Podczas gdy dookoła sporo mówi się o tym, że dziejąca się na naszych oczach rewolucja AI całkowicie zmienia nasz sposób używania elektroniki użytkowej, w bańce technologicznej od dobrych pięciu lat obserwuję, jak ochoczo szukamy tego, co z elektroniką ma niewiele wspólnego.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2026

    Moda na retro czy retro ratunek?

    Jak zaczęła się wasza przygoda ze światem komputerów? Albo szerzej – elektroniki? Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze gadżety? Ten retro zryw jest chyba jednym z najlepszych dowodów na to, jak bardzo mamy dość komplikowania sobie cyfrowego życia.

    „Kiedyś było inaczej” – cytując słowa hip-hopowej piosenki sprzed dekad. I jasne, można stwierdzić, że moda na retro graty, retro wspomnienia i retro życie to nic innego jak efekt znudzenia ludzi po trzydziestce czy w kryzysie wieku średniego. Albo fatalny pomysł na starzenie się w stylu dziadersów. Ja wolę zapytać o powody tego zjawiska, ponieważ gdy ich poszukamy, sytuacja i perspektywa zmieniają się dość znacznie. Zresztą po przeprowadzeniu dziesiątek rozmów z moimi SłuchaczamiCzytelnikami dochodzę do wniosku, że wszystko z nami w porządku. Po dekadach życia w rytmie znaczących technologicznych przełomów (internet, telefonia komórkowa i słynna Nokia, o której przecież chętnie czytamy materiały takie jak ten, potem iPod, iPhone, płatności zbliżeniowe, asystenci głosowi, AirPods i w końcu AI), mówimy: stop. Gdy ten ostatni przełom, a więc generatywna sztuczna inteligencja, okazał się największy i pochłonął właściwie wszystkie poprzednie, tworząc początek nowego świata – reagujemy. Wiecie, dlaczego tak chętnie słuchamy i czytamy o początkach internetu w Polsce, choć obiektywnie nic przyjemnego w liczeniu impulsów Neostrady nie było?

    Dlatego, że tamte czasy pamiętamy jako okres, w którym posiadaliśmy jako taką kontrolę nad technologią.

    Wstawało się z kanapy, brało do ręki pilot i włączało wieżę stereo. Jak chciałeś konkretny album, musiałeś jeszcze włożyć kasetę lub płytę. Jak chciałaś posłuchać radia, to wybierałaś ulubione, prawda? Gdy pojawił się iPod, dał nam kontrolę nad muzyką – tysiącem piosenek w kieszeni, ale piosenek wybieranych przez nas. Playlist układanych przez nas, jak dawniej składanki na płytach dla ukochanej osoby. To właśnie ten sentyment prowadzi nas do eksperymentów z odstawieniem streamingu na jakiś czas, o czym wspominałem przed tygodniem. iPhone połączył iPoda, internet i telefon, przenosząc komputer do kieszeni. Ten komputer dał nam sieci społecznościowe zamknięte pod jedną ikoną aplikacji. Instagram w swojej pradawnej formie był miejscem, gdzie robiliśmy jedną rzecz: podziwialiśmy swoje zdjęcia. Na Twitterze pisaliśmy o tym, co u nas słychać i co jedliśmy na śniadanie, ponieważ niepojęte wydawało się, że ktoś z drugiego końca Ziemi może to przeczytać w tej samej chwili, gdy wciśniemy „Opublikuj”. I odpowiedzieć. Potem Facebook, który połączył nas i naszych znajomych w ramach internetowej społeczności, pozwolił nawiązywać kontakty o wiele szybsze niż te z internetowych forów tematycznych, ale też o wiele mniej trwałe.

    A potem efekt cyfrowej kuli śniegowej rozpędził się tak bardzo, że właściwie dopiero teraz zaczynamy zastanawiać się, kiedy ta pędząca, elektronowa kula zdążyła wchłonąć tamten telewizor, prostą konsolę, magnetofon, kasety, płyty, przewody od telefonów, umawianie się na pogaduchy na ławce pod blokiem w sobotę o 12:00, listy, pocztówki, treningi bez Stravy i pomiaru każdego parametru naszego organizmu, spacery dla spacerów, zdjęcia dla zdjęć, a nie dla algorytmów.

    Jutro będzie inaczej

    Nostalgiczne wspomnienia fanów technologii – albo szerzej – nas – współczesnych ludzi w tych technologii po uszy zanurzonych, biorą się stąd, że chcemy wspomnianą kontrolę odzyskać. Choć trochę. I wy, i ja. Choć każdy z nas zapewne w nieco innym obszarze. Próbujemy i będziemy próbowali – czy to usuwając konta w serwisach, w których obecność była dla nas jeszcze pięć lat temu tak oczywista i obowiązkowa jak kawa w poniedziałek rano. Usuwamy, omijamy i otwarcie o tym mówimy, a zaraz przestaniemy w ogóle informować innych, że już nas nie znajdą w tym czy innym cyfrowym miejscu. Dlaczego? Bo coraz lepiej jako społeczeństwo pamiętające komputerową i internetową rewolucję zdajemy sobie sprawę z faktu, iż mało kogo to obchodzi. Wracamy (i to widać!) do spotkań w domach, dążymy do utrzymywania jakościowych, a nie ilościowych przyjaźni i relacji, a nawet o nich marzymy. Tak, marzymy o człowieku. I słyszę to coraz częściej – wy też, prawda? Takim żywym, przed wami. Na kanapie. I jasne, że niewielu chciałoby wrócić do czasów wspomnianej Neostrady czy telefonów z przewodami, co jest normalne! Z technologii chcemy nauczyć się na nowo korzystać, a nie porzucać ją na dobre – i ten kierunek dla mnie jest właśnie innym jutrem.

    Innym, ponieważ będziemy musieli nauczyć się oczywiście żyć wespół ze sztuczną inteligencją (tą prawdziwą, nawet nie AGI, ale jeszcze piętro wyżej) w codzienności, przy czym dla mnie ta codzienność będzie miała o wiele wyraźniejsze granice, niż dziś myślimy. Nie znajdziemy takiej wizji w prospektach inwestycyjnych start-upów, a właśnie ona jest kluczowa. Zapewne to głos mojego i poprzedniego pokolenia, który jest przeterminowany już na starcie w 2026 roku, niemniej trochę jeszcze te nasze retro pokolenia na świecie pożyją. Między innymi dlatego, gdy widzę kolejny artykuł z nagłówkiem „AI zmieni życie wszystkich!”, coraz częściej uśmiecham się pod nosem, biorę łyk własnoręcznie zmielonej i zaparzonej w dripperze kawy, siadam na kanapie i biorę do ręki książkę albo papierowy dziennik. Odkładam ekran. Idę pobiegać bez podcastu czy muzyki.

    Jestem.

    To „bycie” doceniam każdego dnia, uważnie obserwując, co się dookoła dzieje. Nie wypieram zmian, ale wybieram te zmiany. Moje zmiany. O nich piszę na bieżąco tutaj.

    Wy spróbujcie ze swoimi. Warto!

    #balans #felieton #Kołacz #Retro #slow #slowLife #stareSprzęty #vintage #zdrowiePsychiczne
  12. Out of the Box

    Dziś będzie o całkowicie niepozornej rutynie, którą wdrożyłem u siebie w 2025 roku, a która paradoksalnie może pomóc zaoszczędzić całkiem sporo czasu i pieniędzy w nowym roku. Dlaczego i na czym ów paradoks polega?

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2026

    Notatki do wydania

    Ubiegły rok otwierałem największą zmianą w moim systemie produktywności od piętnastu lat. Przeszedłem z płatnej aplikacji do zarządzania zadaniami (z dużego kombajnu) na systemowe Przypomnienia. Po roku nie żałuję tej decyzji, za to ostatnich sześciu lat już trochę tak. Wiem jednak, że jestem sam sobie winny i stąd pomysł na ten tekst, abyście nie musieli popełniać mojego błędu. Więcej o przesiadce na Przypomnienia mówiłem w tym odcinku podcastu „Bo czemu nie?” oraz pisałem na łamach mojego newslettera pod tym samym tytułem.

    Dlaczego nie przesiadłem się wcześniej na systemowe rozwiązania od Apple? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie miałem bowiem pojęcia, jak mocno firma je rozwinęła, poszerzając możliwości o niemalże wszystkie te funkcje, których oczekuję. Dlaczego o tym nie wiedziałem? Tutaj również nie odkryję przed wami teorii wszystkiego, bo odpowiedź brzmi: Nie śledziłem tych zmian! Gdy twórcy aplikacji, a zatem także samo Apple, wydają w ciągu roku ich kolejne aktualizacje, to w App Store zawsze obok przycisku Uaktualnij znajduje się bardziej lub mniej wylewny opis i lista nowości, które nowa wersja aplikacji przynosi. Nikt tego nie czyta? Zgoda, a szkoda, ponieważ przewalamy przez to niemałe pieniądze rok do roku, myśląc, że „to złe Apple nic się nie rozwija!”.

    I właśnie dlatego zachęcam was do śledzenia zmian w wydaniach każdej kolejnej aktualizacji. Są ku temu trzy konkretne powody i korzyści, jakie taka uważność i inwestycja czasu i uwagi mogą przynieść.

      • Po pierwsze – oszczędność pieniędzy! W czasach galopującej rewolucji AI zmiany wprowadzane przez twórców aplikacji są o wiele szybsze i większe niż jeszcze pięć lat temu. U mnie doskonale było to widać przy temacie narzędzi do tworzenia transkrypcji odcinków podcastu. Nie miałem pojęcia, że AudioHijack Pro, którego licencję mam kupioną od lat, przy okazji jednej z aktualizacji dodał funkcję tworzenia transkrypcji w locie. Czyli ja nagrywam ścieżkę audio albo odcinek z gościem, a aplikacja, którą już mam, od razu tworzy zapis tej rozmowy w formie tekstowej! Efekt? Opłacałem wysoki abonament za osobną usługę, która robiła to po nagraniu odcinka. Po nic. To samo było ze wspomnianymi Przypomnieniami Apple, w których zmian nie śledziłem przez dłuższy czas, a już kilka lat temu posiadały absolutnie wszystko, czego potrzebowałem od aplikacji do GTD (A nawet więcej!), podczas gdy ja nadal opłacałem osobne, drogie narzędzie. Nie korzystając z jakichś 30% jego funkcji.
      • Po drugie – oszczędność czasu! I na tym polega wspomniany na początku paradoks, ponieważ najpierw może wam się wydawać, że śledzenie opisów aktualizacji to zbyt wiele poświęconej uwagi. Gwarantuję, że szukanie osobnych, kolejnych narzędzi i usług nawet z pomocą AI zabierze go więcej! Najpierw sprawdzajcie, co już macie pod maską (Out of the Box), a dopiero potem inwestujcie czas i pieniądze w ulepszenia z zewnątrz.
      • Po trzecie i najważniejsze – sposób podejścia do technologii ulegnie zmianie. Będzie prościej, ale zarazem konkretniej. Dlaczego? Ponieważ na bieżąco będziecie niejako automatycznie zadawali sobie pytanie: No dobra, a czego mi tu i tam brakuje? Albo stwierdzali: O! Super, że to dodali, bo właśnie tego mi potrzeba! Lub nierzadko dziwili się: Ej, ale przecież ta druga moja aplikacja robi dokładnie to samo, to może wystarczy mi jedna?

    Nie tylko wrzesień i nie tylko duże aktualizacje!

    Zmiany, także te systemowe, to nie tylko wielkie, huczne aktualizacje systemów zapowiadane na czerwcowej konferencji WWDC, ale comiesięczne ulepszenia, które Apple i inne firmy wprowadzają non stop. Ba, nawet sama firma z Cupertino od lat nie wprowadza od razu wszystkich zapowiedzianych na WWDC nowości, ale rozkłada ich premiery na kolejne, większe aktualizacje nowych systemów do wersji X.1, X.2, X.3 i tak dalej. Zatem już na tym poziomie, jeśli zatrzymamy się na wrześniowych premierach – sporo ciekawych rzeczy może nam umknąć.

    Żeby było jasne – daleki jestem od zachęcania was do nieustannego przeglądania App Store! Sam tego nie robię, ale raz na miesiąc poświęcam te maksymalnie 10 minut, aby przejrzeć, co nowego pojawiło się w ostatnich aktualizacjach aplikacji, z których najczęściej korzystam, jak te zmiany wpływają na inne spośród nich i co potencjalnie mogę z tym zrobić. Co to dla mnie oznacza i gdzie może wygenerować oszczędności oraz uprościć mój system pracy czy rozrywki. To nie zawsze będą przełomy, ale czasami drobne zmiany, które jednak w czymś konkretnym mogą nam znacząco pomóc.

    #Apple #felieton #finanse #FinanseOsobiste #Kołacz #oszczędzanie
  13. Out of the Box

    Dziś będzie o całkowicie niepozornej rutynie, którą wdrożyłem u siebie w 2025 roku, a która paradoksalnie może pomóc zaoszczędzić całkiem sporo czasu i pieniędzy w nowym roku. Dlaczego i na czym ów paradoks polega?

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2026

    Notatki do wydania

    Ubiegły rok otwierałem największą zmianą w moim systemie produktywności od piętnastu lat. Przeszedłem z płatnej aplikacji do zarządzania zadaniami (z dużego kombajnu) na systemowe Przypomnienia. Po roku nie żałuję tej decyzji, za to ostatnich sześciu lat już trochę tak. Wiem jednak, że jestem sam sobie winny i stąd pomysł na ten tekst, abyście nie musieli popełniać mojego błędu. Więcej o przesiadce na Przypomnienia mówiłem w tym odcinku podcastu „Bo czemu nie?” oraz pisałem na łamach mojego newslettera pod tym samym tytułem.

    Dlaczego nie przesiadłem się wcześniej na systemowe rozwiązania od Apple? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie miałem bowiem pojęcia, jak mocno firma je rozwinęła, poszerzając możliwości o niemalże wszystkie te funkcje, których oczekuję. Dlaczego o tym nie wiedziałem? Tutaj również nie odkryję przed wami teorii wszystkiego, bo odpowiedź brzmi: Nie śledziłem tych zmian! Gdy twórcy aplikacji, a zatem także samo Apple, wydają w ciągu roku ich kolejne aktualizacje, to w App Store zawsze obok przycisku Uaktualnij znajduje się bardziej lub mniej wylewny opis i lista nowości, które nowa wersja aplikacji przynosi. Nikt tego nie czyta? Zgoda, a szkoda, ponieważ przewalamy przez to niemałe pieniądze rok do roku, myśląc, że „to złe Apple nic się nie rozwija!”.

    I właśnie dlatego zachęcam was do śledzenia zmian w wydaniach każdej kolejnej aktualizacji. Są ku temu trzy konkretne powody i korzyści, jakie taka uważność i inwestycja czasu i uwagi mogą przynieść.

      • Po pierwsze – oszczędność pieniędzy! W czasach galopującej rewolucji AI zmiany wprowadzane przez twórców aplikacji są o wiele szybsze i większe niż jeszcze pięć lat temu. U mnie doskonale było to widać przy temacie narzędzi do tworzenia transkrypcji odcinków podcastu. Nie miałem pojęcia, że AudioHijack Pro, którego licencję mam kupioną od lat, przy okazji jednej z aktualizacji dodał funkcję tworzenia transkrypcji w locie. Czyli ja nagrywam ścieżkę audio albo odcinek z gościem, a aplikacja, którą już mam, od razu tworzy zapis tej rozmowy w formie tekstowej! Efekt? Opłacałem wysoki abonament za osobną usługę, która robiła to po nagraniu odcinka. Po nic. To samo było ze wspomnianymi Przypomnieniami Apple, w których zmian nie śledziłem przez dłuższy czas, a już kilka lat temu posiadały absolutnie wszystko, czego potrzebowałem od aplikacji do GTD (A nawet więcej!), podczas gdy ja nadal opłacałem osobne, drogie narzędzie. Nie korzystając z jakichś 30% jego funkcji.
      • Po drugie – oszczędność czasu! I na tym polega wspomniany na początku paradoks, ponieważ najpierw może wam się wydawać, że śledzenie opisów aktualizacji to zbyt wiele poświęconej uwagi. Gwarantuję, że szukanie osobnych, kolejnych narzędzi i usług nawet z pomocą AI zabierze go więcej! Najpierw sprawdzajcie, co już macie pod maską (Out of the Box), a dopiero potem inwestujcie czas i pieniądze w ulepszenia z zewnątrz.
      • Po trzecie i najważniejsze – sposób podejścia do technologii ulegnie zmianie. Będzie prościej, ale zarazem konkretniej. Dlaczego? Ponieważ na bieżąco będziecie niejako automatycznie zadawali sobie pytanie: No dobra, a czego mi tu i tam brakuje? Albo stwierdzali: O! Super, że to dodali, bo właśnie tego mi potrzeba! Lub nierzadko dziwili się: Ej, ale przecież ta druga moja aplikacja robi dokładnie to samo, to może wystarczy mi jedna?

    Nie tylko wrzesień i nie tylko duże aktualizacje!

    Zmiany, także te systemowe, to nie tylko wielkie, huczne aktualizacje systemów zapowiadane na czerwcowej konferencji WWDC, ale comiesięczne ulepszenia, które Apple i inne firmy wprowadzają non stop. Ba, nawet sama firma z Cupertino od lat nie wprowadza od razu wszystkich zapowiedzianych na WWDC nowości, ale rozkłada ich premiery na kolejne, większe aktualizacje nowych systemów do wersji X.1, X.2, X.3 i tak dalej. Zatem już na tym poziomie, jeśli zatrzymamy się na wrześniowych premierach – sporo ciekawych rzeczy może nam umknąć.

    Żeby było jasne – daleki jestem od zachęcania was do nieustannego przeglądania App Store! Sam tego nie robię, ale raz na miesiąc poświęcam te maksymalnie 10 minut, aby przejrzeć, co nowego pojawiło się w ostatnich aktualizacjach aplikacji, z których najczęściej korzystam, jak te zmiany wpływają na inne spośród nich i co potencjalnie mogę z tym zrobić. Co to dla mnie oznacza i gdzie może wygenerować oszczędności oraz uprościć mój system pracy czy rozrywki. To nie zawsze będą przełomy, ale czasami drobne zmiany, które jednak w czymś konkretnym mogą nam znacząco pomóc.

    #Apple #felieton #finanse #FinanseOsobiste #Kołacz #oszczędzanie
  14. Out of the Box

    Dziś będzie o całkowicie niepozornej rutynie, którą wdrożyłem u siebie w 2025 roku, a która paradoksalnie może pomóc zaoszczędzić całkiem sporo czasu i pieniędzy w nowym roku. Dlaczego i na czym ów paradoks polega?

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2026

    Notatki do wydania

    Ubiegły rok otwierałem największą zmianą w moim systemie produktywności od piętnastu lat. Przeszedłem z płatnej aplikacji do zarządzania zadaniami (z dużego kombajnu) na systemowe Przypomnienia. Po roku nie żałuję tej decyzji, za to ostatnich sześciu lat już trochę tak. Wiem jednak, że jestem sam sobie winny i stąd pomysł na ten tekst, abyście nie musieli popełniać mojego błędu. Więcej o przesiadce na Przypomnienia mówiłem w tym odcinku podcastu „Bo czemu nie?” oraz pisałem na łamach mojego newslettera pod tym samym tytułem.

    Dlaczego nie przesiadłem się wcześniej na systemowe rozwiązania od Apple? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie miałem bowiem pojęcia, jak mocno firma je rozwinęła, poszerzając możliwości o niemalże wszystkie te funkcje, których oczekuję. Dlaczego o tym nie wiedziałem? Tutaj również nie odkryję przed wami teorii wszystkiego, bo odpowiedź brzmi: Nie śledziłem tych zmian! Gdy twórcy aplikacji, a zatem także samo Apple, wydają w ciągu roku ich kolejne aktualizacje, to w App Store zawsze obok przycisku Uaktualnij znajduje się bardziej lub mniej wylewny opis i lista nowości, które nowa wersja aplikacji przynosi. Nikt tego nie czyta? Zgoda, a szkoda, ponieważ przewalamy przez to niemałe pieniądze rok do roku, myśląc, że „to złe Apple nic się nie rozwija!”.

    I właśnie dlatego zachęcam was do śledzenia zmian w wydaniach każdej kolejnej aktualizacji. Są ku temu trzy konkretne powody i korzyści, jakie taka uważność i inwestycja czasu i uwagi mogą przynieść.

      • Po pierwsze – oszczędność pieniędzy! W czasach galopującej rewolucji AI zmiany wprowadzane przez twórców aplikacji są o wiele szybsze i większe niż jeszcze pięć lat temu. U mnie doskonale było to widać przy temacie narzędzi do tworzenia transkrypcji odcinków podcastu. Nie miałem pojęcia, że AudioHijack Pro, którego licencję mam kupioną od lat, przy okazji jednej z aktualizacji dodał funkcję tworzenia transkrypcji w locie. Czyli ja nagrywam ścieżkę audio albo odcinek z gościem, a aplikacja, którą już mam, od razu tworzy zapis tej rozmowy w formie tekstowej! Efekt? Opłacałem wysoki abonament za osobną usługę, która robiła to po nagraniu odcinka. Po nic. To samo było ze wspomnianymi Przypomnieniami Apple, w których zmian nie śledziłem przez dłuższy czas, a już kilka lat temu posiadały absolutnie wszystko, czego potrzebowałem od aplikacji do GTD (A nawet więcej!), podczas gdy ja nadal opłacałem osobne, drogie narzędzie. Nie korzystając z jakichś 30% jego funkcji.
      • Po drugie – oszczędność czasu! I na tym polega wspomniany na początku paradoks, ponieważ najpierw może wam się wydawać, że śledzenie opisów aktualizacji to zbyt wiele poświęconej uwagi. Gwarantuję, że szukanie osobnych, kolejnych narzędzi i usług nawet z pomocą AI zabierze go więcej! Najpierw sprawdzajcie, co już macie pod maską (Out of the Box), a dopiero potem inwestujcie czas i pieniądze w ulepszenia z zewnątrz.
      • Po trzecie i najważniejsze – sposób podejścia do technologii ulegnie zmianie. Będzie prościej, ale zarazem konkretniej. Dlaczego? Ponieważ na bieżąco będziecie niejako automatycznie zadawali sobie pytanie: No dobra, a czego mi tu i tam brakuje? Albo stwierdzali: O! Super, że to dodali, bo właśnie tego mi potrzeba! Lub nierzadko dziwili się: Ej, ale przecież ta druga moja aplikacja robi dokładnie to samo, to może wystarczy mi jedna?

    Nie tylko wrzesień i nie tylko duże aktualizacje!

    Zmiany, także te systemowe, to nie tylko wielkie, huczne aktualizacje systemów zapowiadane na czerwcowej konferencji WWDC, ale comiesięczne ulepszenia, które Apple i inne firmy wprowadzają non stop. Ba, nawet sama firma z Cupertino od lat nie wprowadza od razu wszystkich zapowiedzianych na WWDC nowości, ale rozkłada ich premiery na kolejne, większe aktualizacje nowych systemów do wersji X.1, X.2, X.3 i tak dalej. Zatem już na tym poziomie, jeśli zatrzymamy się na wrześniowych premierach – sporo ciekawych rzeczy może nam umknąć.

    Żeby było jasne – daleki jestem od zachęcania was do nieustannego przeglądania App Store! Sam tego nie robię, ale raz na miesiąc poświęcam te maksymalnie 10 minut, aby przejrzeć, co nowego pojawiło się w ostatnich aktualizacjach aplikacji, z których najczęściej korzystam, jak te zmiany wpływają na inne spośród nich i co potencjalnie mogę z tym zrobić. Co to dla mnie oznacza i gdzie może wygenerować oszczędności oraz uprościć mój system pracy czy rozrywki. To nie zawsze będą przełomy, ale czasami drobne zmiany, które jednak w czymś konkretnym mogą nam znacząco pomóc.

    #Apple #felieton #finanse #FinanseOsobiste #Kołacz #oszczędzanie
  15. Out of the Box

    Dziś będzie o całkowicie niepozornej rutynie, którą wdrożyłem u siebie w 2025 roku, a która paradoksalnie może pomóc zaoszczędzić całkiem sporo czasu i pieniędzy w nowym roku. Dlaczego i na czym ów paradoks polega?

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2026

    Notatki do wydania

    Ubiegły rok otwierałem największą zmianą w moim systemie produktywności od piętnastu lat. Przeszedłem z płatnej aplikacji do zarządzania zadaniami (z dużego kombajnu) na systemowe Przypomnienia. Po roku nie żałuję tej decyzji, za to ostatnich sześciu lat już trochę tak. Wiem jednak, że jestem sam sobie winny i stąd pomysł na ten tekst, abyście nie musieli popełniać mojego błędu. Więcej o przesiadce na Przypomnienia mówiłem w tym odcinku podcastu „Bo czemu nie?” oraz pisałem na łamach mojego newslettera pod tym samym tytułem.

    Dlaczego nie przesiadłem się wcześniej na systemowe rozwiązania od Apple? Odpowiedź jest banalnie prosta. Nie miałem bowiem pojęcia, jak mocno firma je rozwinęła, poszerzając możliwości o niemalże wszystkie te funkcje, których oczekuję. Dlaczego o tym nie wiedziałem? Tutaj również nie odkryję przed wami teorii wszystkiego, bo odpowiedź brzmi: Nie śledziłem tych zmian! Gdy twórcy aplikacji, a zatem także samo Apple, wydają w ciągu roku ich kolejne aktualizacje, to w App Store zawsze obok przycisku Uaktualnij znajduje się bardziej lub mniej wylewny opis i lista nowości, które nowa wersja aplikacji przynosi. Nikt tego nie czyta? Zgoda, a szkoda, ponieważ przewalamy przez to niemałe pieniądze rok do roku, myśląc, że „to złe Apple nic się nie rozwija!”.

    I właśnie dlatego zachęcam was do śledzenia zmian w wydaniach każdej kolejnej aktualizacji. Są ku temu trzy konkretne powody i korzyści, jakie taka uważność i inwestycja czasu i uwagi mogą przynieść.

      • Po pierwsze – oszczędność pieniędzy! W czasach galopującej rewolucji AI zmiany wprowadzane przez twórców aplikacji są o wiele szybsze i większe niż jeszcze pięć lat temu. U mnie doskonale było to widać przy temacie narzędzi do tworzenia transkrypcji odcinków podcastu. Nie miałem pojęcia, że AudioHijack Pro, którego licencję mam kupioną od lat, przy okazji jednej z aktualizacji dodał funkcję tworzenia transkrypcji w locie. Czyli ja nagrywam ścieżkę audio albo odcinek z gościem, a aplikacja, którą już mam, od razu tworzy zapis tej rozmowy w formie tekstowej! Efekt? Opłacałem wysoki abonament za osobną usługę, która robiła to po nagraniu odcinka. Po nic. To samo było ze wspomnianymi Przypomnieniami Apple, w których zmian nie śledziłem przez dłuższy czas, a już kilka lat temu posiadały absolutnie wszystko, czego potrzebowałem od aplikacji do GTD (A nawet więcej!), podczas gdy ja nadal opłacałem osobne, drogie narzędzie. Nie korzystając z jakichś 30% jego funkcji.
      • Po drugie – oszczędność czasu! I na tym polega wspomniany na początku paradoks, ponieważ najpierw może wam się wydawać, że śledzenie opisów aktualizacji to zbyt wiele poświęconej uwagi. Gwarantuję, że szukanie osobnych, kolejnych narzędzi i usług nawet z pomocą AI zabierze go więcej! Najpierw sprawdzajcie, co już macie pod maską (Out of the Box), a dopiero potem inwestujcie czas i pieniądze w ulepszenia z zewnątrz.
      • Po trzecie i najważniejsze – sposób podejścia do technologii ulegnie zmianie. Będzie prościej, ale zarazem konkretniej. Dlaczego? Ponieważ na bieżąco będziecie niejako automatycznie zadawali sobie pytanie: No dobra, a czego mi tu i tam brakuje? Albo stwierdzali: O! Super, że to dodali, bo właśnie tego mi potrzeba! Lub nierzadko dziwili się: Ej, ale przecież ta druga moja aplikacja robi dokładnie to samo, to może wystarczy mi jedna?

    Nie tylko wrzesień i nie tylko duże aktualizacje!

    Zmiany, także te systemowe, to nie tylko wielkie, huczne aktualizacje systemów zapowiadane na czerwcowej konferencji WWDC, ale comiesięczne ulepszenia, które Apple i inne firmy wprowadzają non stop. Ba, nawet sama firma z Cupertino od lat nie wprowadza od razu wszystkich zapowiedzianych na WWDC nowości, ale rozkłada ich premiery na kolejne, większe aktualizacje nowych systemów do wersji X.1, X.2, X.3 i tak dalej. Zatem już na tym poziomie, jeśli zatrzymamy się na wrześniowych premierach – sporo ciekawych rzeczy może nam umknąć.

    Żeby było jasne – daleki jestem od zachęcania was do nieustannego przeglądania App Store! Sam tego nie robię, ale raz na miesiąc poświęcam te maksymalnie 10 minut, aby przejrzeć, co nowego pojawiło się w ostatnich aktualizacjach aplikacji, z których najczęściej korzystam, jak te zmiany wpływają na inne spośród nich i co potencjalnie mogę z tym zrobić. Co to dla mnie oznacza i gdzie może wygenerować oszczędności oraz uprościć mój system pracy czy rozrywki. To nie zawsze będą przełomy, ale czasami drobne zmiany, które jednak w czymś konkretnym mogą nam znacząco pomóc.

    #Apple #felieton #finanse #FinanseOsobiste #Kołacz #oszczędzanie
  16. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  17. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  18. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  19. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  20. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  21. Co mówi nam pierwsza encyklika Leona XIV?

    Bez względu na wyznanie, pierwszą encyklikę Leona XIV powinien przeczytać każdy, kto korzysta i żyje w świecie technologii. Dlaczego?

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Czym jest ten dokument i dlaczego robi wrażenie?

    25 maja 2025 roku Watykan opublikował „Magnifica Humanitas” – „Wspaniałe człowieczeństwo” – pierwszą encyklikę papieża Leona XIV. Data nie jest przypadkowa: papież podpisał ją 15 maja, dokładnie w 135. rocznicę „Rerum Novarum” Leona XIII, który odpowiadał na rewolucję przemysłową XIX wieku. Leon XIV robi to samo, tyle że wobec rewolucji cyfrowej i AI.

    To encyklika bezprecedensowa z kilku powodów. Po raz pierwszy w historii papież osobiście uczestniczył w watykańskiej konferencji prasowej towarzyszącej publikacji dokumentu kościelnego. Zrobił to, stojąc obok Christophera Olacha – współzałożyciela Anthropica, firmy tworzącej Claude’a. Watykaniści są zgodni: pierwsza encyklika wyznacza priorytety całego pontyfikatu, a Leon XIV wybrał wpływ AI na człowieka.

    Nie AI, lecz człowiek w epoce AI

    Wbrew pozorom tytuł „Wspaniałe człowieczeństwo” mówi wszystko. Encyklika nie jest technicznym komentarzem do modeli językowych – to filozoficzny i antropologiczny manifest. Centralnym pytaniem jest:

    Kim stajemy się w świecie zdominowanym przez algorytmy?

    Papież nie boi się zbuntowanych maszyn z filmów science-fiction. Jego obawa jest bardziej przyziemna i przez to bardziej przerażająca: że człowiek upodobni się do maszyny – że kultura algorytmiczna sprowadzi naszą podmiotowość do danych, nawykowych reakcji i łatwych do przewidzenia zachowań, zabijając zdolność do samodzielnego myślenia, wyborów moralnych i autentycznych relacji. AI, pisze Leon, może uśpić to, co w nas najważniejsze.

    Technologia: ani zło, ani zbawienie

    Leon XIV nie jest „antyszczepionkowcem cyfryzacji”. Papież wprost pisze, że technologia może leczyć, łączyć, wychowywać i chronić wspólny dom. Jednocześnie dodaje, że nie jest neutralna – przyjmuje oblicze tych, którzy ją projektują, finansują i regulują. Technologia jest głęboko ludzką działalnością, wpisaną w historię autonomii człowieka, ale dziś jej potęga i wszechobecność wnikają w tkankę codzienności w sposób, który wymaga twardych ram etycznych.

    Osią narracyjną encykliki jest biblijna metafora: albo budujemy nową wieżę Babel (technologia narzucana, dzieląca, nieprzejrzysta, służąca monopolom), albo odbudowujemy Jerozolimę – miasto zbudowane przez wspólnotę, przez konsultacje, przez małe wytrwałe akty solidarności. Wieża Babel to algorytmy mediów społecznościowych podbijające emocje. Jerozolima to współpraca w imię wspólnego celu.

    Monopole, kolonializm cyfrowy i prawa pracowników

    Tu papież jest naprawdę ostry – i jak komentuje publicysta Tomasz Terlikowski – to wynika wprost z jego biografii: Leon XIV większość pracy duszpasterskiej spędził w Peru i doskonale wie, jak wielkie korporacje działają w krajach Globalnego Południa.

    Encyklika mówi wprost o nowych formach niewolnictwa. Własność danych nie może być powierzona wyłącznie podmiotom prywatnym. Gdy władza koncentruje się w nielicznych rękach, staje się nieprzejrzysta i wymyka spod kontroli. AI powiela i wzmacnia władzę tych, którzy już mają zasoby i dane. Obecny model to zdaniem papieża cyfrowy kolonializm – zamiast przejmowania terytoriów i ludzi, przejmuje się dane zdrowotne, profile epidemiologiczne, mapy genetyczne.

    Leon wzywa też do wzmacniania związków zawodowych w erze automatyzacji, bo bez tego grozi „większe ubóstwo i większe nierówności z rzeszą wykluczonych otoczonych przez maszyny”.

    Broń autonomiczna: twarda granica

    Kościół od 2013 roku krytykuje autonomiczne systemy bojowe i wzywa do globalnego moratorium. W encyklice Leon idzie dalej:

    „Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną”.

    Jeśli algorytm podejmuje decyzje o życiu i śmierci, a człowiek jedynie zatwierdza je w ułamku sekundy – nie ma już mowy o podmiotowości moralnej. Ktoś stworzył system, ktoś go zatwierdził, ktoś użył: odpowiedzialność nie znika tylko dlatego, że zastąpiono człowieka kodem.

    Tu pojawia się wyraźna aluzja do konfliktu Anthropica z Pentagonem – firma odmówiła dostarczania modeli do automatyzacji pola walki, podczas gdy OpenAI skwapliwie to miejsce zajął.

    Transhumanizm i posthumanizm: nie tędy droga

    Encyklika krytykuje nurty obiecujące człowiekowi wzmocnienie technologią lub fuzję z maszyną. Z perspektywy chrześcijańskiej ból, cierpienie, starzenie się i śmierć są immanentnie wpisane w człowieczeństwo – i papież twierdzi, że próba ich eliminacji to w istocie antyhumanizm. Cielesność jest integralną częścią tego, czym jesteśmy – nie można „przerzucić człowieka na twardy dysk”.

    Co ciekawe, Leon powołuje się na Tolkiena – pisarza głęboko katolickiego – i przywołuje słowa Gandalfa o odpowiedzialności za swoją epokę. To celowy gest: odbiera Tolkiena z rąk środowisk technolibertariańskich (Peter Thiel, Palantir), które czyniły z jego twórczości symbol własnej ideologii.

    Ekologia, dezinformacja, rodzina

    Encyklika dotyka też kosztów środowiskowych AI – ogromnego zużycia energii i wody przez centra danych. Papież wzywa do „ekologii komunikacji”: ochrony danych osobowych, przejrzystości algorytmów, wspierania rzetelnego dziennikarstwa i edukacji krytycznej wobec technologii. Rodzice, zauważa Leon, nie są w stanie samodzielnie opierać się modelom biznesowym żyjącym z uwagi – państwo musi ich wspierać regulacjami dostępu do usług cyfrowych.

    Kto stał za encykliką?

    Obok Olacha z Anthropica kluczowe role odegrali: kardynał Czerny (specjalista od globalnych nierówności), akademiczka Anna Roland z Durham University (która przekonała Watykan, że AI nie da się omawiać bez geopolityki, uchodźców i handlu ludźmi), jezuicka uczona Leo Caldilu Somombo z perspektywą postkolonialną, oraz – postać niemal filmowa – ksiądz Brendan McGuire, irlandzko-amerykański proboszcz z Kalifornii, który zanim założył sutannę był inżynierem w Dolinie Krzemowej i pomagał Anthropicowi pisać „etyczną konstytucję” dla Claude’a.

    Relacje Watykanu z Doliną Krzemową trwają od 2016 roku, kiedy w San Francisco francuski dominikanin ojciec Erik Salobir spotkał się z ludźmi z branży ostrzegającymi przed „poznawczą rewolucją przemysłową”. Od tej pory odbywają się comiesięczne spotkania, „Dialogi Minerwy”, platformy akademickie – i nieustanny soft lobbying bigtechów w Watykanie, bo Meta, Google, Amazon, OpenAI regularnie tłumaczą watykańskim urzędnikom, jak chronią dzieci przed AI.

    Na co to wszystko?

    Terlikowski celnie podsumowuje: encyklika nie jest pisana po to, by nawrócić Sama Altmana. Jest narzędziem dla polityków – szczególnie tych identyfikujących się z myślą chrześcijańską lub widzących podobne zagrożenia, którzy potrzebują intelektualnej i moralnej podstawy do działania. Jeśli pod jej wpływem skuteczniej opodatkuje się globalne korporacje, zawalczy o godziwe wynagrodzenia dla pracowników platform, przywróci człowieka tam, gdzie dziś decyduje algorytm – to będzie zmiana na lepsze.

    Finalne wezwanie Leona XIV to: rozbroić AI – nie zniszczyć, nie zakazać, ale wyrwać z logiki zbrojnej rywalizacji i monopoli, a uczynić ją przedmiotem debaty i sprzeciwu, przywrócić wielości ludzkich kultur.

    „Rozbroić nie znaczy wyrzeknąć się panowania nad tym, co ludzkie. Znaczy wyzwolić je spod monopoli i uczynić przestrzenią przyjazną ludziom”.

    Warto przeczytać w całości, a jeśli szukacie przystępnego skrótu – polecam ten odcinek podcastu Techstorie.

    #encyklika #felieton #Kołacz #LeonXIV #omówienie #Papież #papieżLeonXIV #recenzja #wiara
  22. Papier kontra Pencil

    Gdy jeden z Czytelników mojego newslettera „Bo czemu nie?” zadał mi pytanie o to, jaką rolę odgrywa u mnie obecnie Apple Pencil, skoro przeszedłem z pisania cyfrowego dziennika na wersję analogową – w mojej głowie powstał pomysł na ten felieton.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2026

    Kredki

    Zacznę od tego, że iPad Pro jest od dekady moim podstawowym komputerem mobilnym i fakt ten nie jest bez znaczenia. Od zawsze mam go w zestawie z Apple Pencilem i przez wiele lat rola cyfrowego ołówka od Apple mocno się zmieniała. Na początku sama firma reklamowała go właściwie jako narzędzie skierowane głównie do artystów – swoisty przybornik z kredkami ukryty w formie magicznego połączenia sprzętu z oprogramowaniem. Czyli tak, jak u Apple bywa zazwyczaj. Pamiętam, że sam na początku korzystałem z Pencila głównie w procesie tworzenia map myśli i rysowania rozmaitych grafów. To były też zupełnie inne czasy pod kątem zawodowym, a w branży IT Pencil przydawał się na spotkaniach do sporządzania tego rodzaju notatek idealnie.

    Później przez pewien czas używałem Apple Pencila jako wskaźnika do iPada – po prostu, zamiast korzystać z dotykowego ekranu, gdy miałem wpiętego iPada Pro do oryginalnej klawiatury Magic Keyboard, korzystałem z Pencila. Już wtedy byłoby to dowodem szukania trochę na siłę zastosowania dla tego gadżetu, ale, rzecz jasna, jako fan marki tłumaczyłem to sobie na dziesiątki innych sposobów.

    W końcu nadszedł moment, w którym pojawił się Apple Pencil 2. generacji, a dzięki wsparciu dla niego w aplikacji Ferrite, w której montuję od lat podcasty, Pencil wrócił do łask i przydawał mi się przez dwa lata w tym procesie. Był używany coraz rzadziej, ale w miarę na bieżąco. Aż w końcu Apple wydało wersję Pro swojego ołówka, a przy okazji premiery mojego obecnego iPada Pro z Apple M4 pojawiła się także przebudowana klawiatura Magic Keyboard. Gładzik, który wprowadziło tam Apple, oraz aluminiowa rama sprawiły, że doświadczenie użytkownika iPada wpiętego do tego akcesorium jest dla mnie na równi z tym, które znam z MacBooków.

    Z tygodnia na tydzień Apple Pencila Pro używałem coraz rzadziej, aż w końcu przestałem używać go zupełnie i obecnie leży pod moim Apple Studio Display, odgrywając rolę ozdoby. Dlaczego tak się stało?

    Pencil kontra stalówka

    Myślę, że przyszło to dość naturalnie i zbiegło się z momentem wspomnianego debiutu nowej wersji Magic Keyboard oraz mojego przejścia z pisania cyfrowego dziennika na ten papierowy. Cały proces tej tranzycji opisałem w jednym z wydań newslettera. Kluczowy był i nadal jest tutaj powrót do papieru i bardzo świadomie wybranego długopisu, na który polowałem od lat. Jako orędownik intencjonalnego korzystania z technologii po prostu doszedłem do momentu, w którym ta zaczęła przeszkadzać tak intymnej czynności jak zapisywanie własnych myśli czy wspomnień w osobistym dzienniku. Co więcej, nigdy nie byłem artystą ani grafikiem, więc Apple Pencil nie był przeze mnie wykorzystywany w żadnym tego typu zastosowaniu.

    Czy żałuję tej decyzji? Absolutnie nie! Z każdym dniem ją doceniam i wątpię, że kiedykolwiek wrócę do pisania elektronicznym ołówkiem na czymkolwiek. Nawet na tak dobrym jak Tandem OLED, ekranie od Apple. Frajda z odręcznego pisma na papierze i doskonalenia go po latach, w których moja dłoń dosłownie zapomniała, jak się pisze (to bardzo przykre, ale prawdziwe!), jest nie do przecenienia. Do tego odejście od ekranu przy kolejnej z codziennych czynności wspiera moje zdrowie psychiczne i równowagę pomiędzy światem offline a online. Zwłaszcza o poranku, kiedy do określonej godziny nie dopuszczam do siebie świata zewnętrznego. Apple Pencil nie jest mi potrzebny. Po prostu.

    #ApplePencil #felieton #Kołacz #papier #recenzja #Retro #vintage
  23. Co dla Apple znaczy AI?

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną. Na szczęście!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Planeta Abstrakcja

    Najpierw miałem sobie odpuścić ten felieton. Po długim odcinku podcastu i jeszcze dłuższym wydaniu newslettera „Bo czemu nie?”, stwierdziłem, że wszystko już skomentowałem. Przynajmniej do września, bowiem do premiery nowych iPhone’ów i zapowiedzianych podczas WWDC 2026 systemów od Apple może jeszcze wydarzyć się całkiem sporo. Na przykład zapowiedziane przez Tima Cooka podwyżki cen. A potem obejrzałem z żoną, w ramach sobotniej chwili dla siebie, nowy odcinek od załogi kanału podróżniczego „Planeta Abstrakcja”.

    Ola i Borys odwiedzili w Chinach fabrykę humanoidalnych robotów, które nie tylko wyglądają już jak my – ludzie, ale nawet faktura czy temperatura ich skóry potrafi się zmieniać i jest oszałamiająco podobna do ludzkiej. Polecam, choć lojalnie ostrzegam, że nie jest to łatwy seans, zwłaszcza gdy jako (zakładam) fani technologii zdajecie sobie sprawę choć z części zagrożeń związanych z galopującą obecnie rewolucją AI. Cały materiał pokazuje wprost, jak wielki postęp zrobiły w ostatnich latach Chiny względem nie tylko Europy, ale także USA. Oczywiście ten postęp okupiony jest danymi. Coraz częściej naszymi danymi, bowiem liczba chińskich produktów, która trafia także do Polski, tylko rośnie.

    W tle mamy dziesięciolecia historii niczym nieposkromionego wręcz kapitału, który płynął do Państwa Środka przede wszystkim z USA. Samo tylko Apple ma większy wpływ na tworzenie miejsc pracy w Chinach niż całe Chiny na zatrudnienie w Ameryce (uwzględniając w tym problemy z łańcuchami dostaw i konfliktami geopolitycznymi). Tim Cook dosłownie wyszkolił ponad 20 milionów Chińczyków, przez co teraz szuka ucieczki i dewersyfikuje łańcuch dostaw i produkcji. Jak czytamy w książce „Apple w Chinach” Patricka McGee, wydanej niedawno w Polsce, samo „wytwarzanie iPhone’a w Państwie Środka odbywa się na 200 liniach produkcyjnych, a na każdej z nich powstaje średnio 3330 smartfonów dziennie – łącznie prawie ćwierć miliard rocznie”. Zachód dał Chinom wizję swoich inżynierów (których w absurdalnych liczbach przesiedlano na długie lata choćby do rodzącego się Shenzhen), a Chiny dały Zachodowi najdokładniejszy i najtańszy poziom masowej, powtarzalnej produkcji, przy okazji czerpiąc z wiedzy całymi garściami. Dziś mamy ten moment w historii, w którym Chiny zaczynają odcinać kupony i przestają być wyrobnikiem, a zaczynają być liderem na wielu rynkach. Elektromobilność (odsuwając na bok zagrożenia związane z prywatnością) jest tego dobitnym przykładem.

    Gdy ogląda się wizję, taką jak ta, którą możecie zobaczyć w krótkim odcinku podróżniczego vloga Oli i Borysa, człowiek szybko uświadamia sobie, że nie ogląda science fiction, ale właśnie patrzy na świat tu i teraz, pomimo dzielącej Polskę od Chin odległości. Apple nie ma swojego humanoida i wątpię, aby kiedykolwiek John Ternus poszedł tą drogą, co nie wyklucza możliwości posiadania w portfolio domowego, robotycznego asystenta, o którym mówi się w plotkach od dawna. Tak czy owak już dziś, komentując zaprezentowaną podczas tegorocznego WWDC 2026 nową Siri AI, kierownictwo mówi wprost: AI ma służyć człowiekowi, a nie zastępować człowieka.

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną

    Craig Federighi i Greg Joswiak w wywiadzie podczas WWDC jasno odcięli się od koncepcji Siri jako AI-companiona. Apple chce, by AI „znikało” w tle produktów i stawia na prywatność jako kluczową różnicę względem konkurencji. Szef inżynierii (Federighi) na pytanie, czy nowe Siri pozwoli stworzyć sobie cyfrowego partnera lub partnerkę, odpowiedział wprost:

    „Absolutnie nie!”.

    Wyjaśniając, że w przeciwieństwie do wielu istniejących chatbotów, które koncentrują się na zaangażowaniu i często wykazują tendencję do nadmiernej uległości wobec użytkownika, zachęcając go do ujawniania informacji o sobie, by na tej podstawie budować więź, Apple zaprojektowało Siri w zupełnie odwrotny sposób. Próba potraktowania Siri jako partnera romantycznego zakończy się odmową. Siri ma jasno komunikować:

    „Nie jestem do tego stworzona, jestem tu, by pomóc ci coś zrobić i dowiedzieć się czegoś o świecie”.

    Joswiak dodał, że Apple nie robi AI dla samego AI, chodzi o to, jak sztuczna inteligencja może uczynić istniejące funkcje lepszymi, nie o efekt: „zobaczcie, my też mamy AI”. Zaznaczył też, że użytkownicy nie powinni musieć stawać się „ekspertami od promptów”, żeby korzystać z nowych funkcji – Apple chce wyjść im naprzeciw tam, gdzie już są. Federighi podkreślił przy tym, że podejście Apple do AI jest zorientowane na prywatność. Wskazał na istotną różnicę między tym, co wie twój iPhone, a tym, co wie Apple jako firma – dane pozostają na urządzeniu, pod kontrolą użytkownika, a Siri korzysta z nich wyłącznie dla niego. Apple nie ma do nich wglądu, co odróżnia firmę od większości graczy na rynku AI.

    Najbliższa dekada pod rządami nowego CEO Johna Ternusa będzie tym czasem, w którym zarówno ja, inni komentujący świat technologii, ale przede wszystkim my wszyscy – klienci – powinniśmy wielokrotnie mówić „Sprawdzam!”, rozliczając Apple z tych obietnic.

    #AI #AppleIntelligence #chiny #felieton #humanoid #humanoidy #Kołacz #robotyzacja #WWDC2026
  24. Co dla Apple znaczy AI?

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną. Na szczęście!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Planeta Abstrakcja

    Najpierw miałem sobie odpuścić ten felieton. Po długim odcinku podcastu i jeszcze dłuższym wydaniu newslettera „Bo czemu nie?”, stwierdziłem, że wszystko już skomentowałem. Przynajmniej do września, bowiem do premiery nowych iPhone’ów i zapowiedzianych podczas WWDC 2026 systemów od Apple może jeszcze wydarzyć się całkiem sporo. Na przykład zapowiedziane przez Tima Cooka podwyżki cen. A potem obejrzałem z żoną, w ramach sobotniej chwili dla siebie, nowy odcinek od załogi kanału podróżniczego „Planeta Abstrakcja”.

    Ola i Borys odwiedzili w Chinach fabrykę humanoidalnych robotów, które nie tylko wyglądają już jak my – ludzie, ale nawet faktura czy temperatura ich skóry potrafi się zmieniać i jest oszałamiająco podobna do ludzkiej. Polecam, choć lojalnie ostrzegam, że nie jest to łatwy seans, zwłaszcza gdy jako (zakładam) fani technologii zdajecie sobie sprawę choć z części zagrożeń związanych z galopującą obecnie rewolucją AI. Cały materiał pokazuje wprost, jak wielki postęp zrobiły w ostatnich latach Chiny względem nie tylko Europy, ale także USA. Oczywiście ten postęp okupiony jest danymi. Coraz częściej naszymi danymi, bowiem liczba chińskich produktów, która trafia także do Polski, tylko rośnie.

    W tle mamy dziesięciolecia historii niczym nieposkromionego wręcz kapitału, który płynął do Państwa Środka przede wszystkim z USA. Samo tylko Apple ma większy wpływ na tworzenie miejsc pracy w Chinach niż całe Chiny na zatrudnienie w Ameryce (uwzględniając w tym problemy z łańcuchami dostaw i konfliktami geopolitycznymi). Tim Cook dosłownie wyszkolił ponad 20 milionów Chińczyków, przez co teraz szuka ucieczki i dewersyfikuje łańcuch dostaw i produkcji. Jak czytamy w książce „Apple w Chinach” Patricka McGee, wydanej niedawno w Polsce, samo „wytwarzanie iPhone’a w Państwie Środka odbywa się na 200 liniach produkcyjnych, a na każdej z nich powstaje średnio 3330 smartfonów dziennie – łącznie prawie ćwierć miliard rocznie”. Zachód dał Chinom wizję swoich inżynierów (których w absurdalnych liczbach przesiedlano na długie lata choćby do rodzącego się Shenzhen), a Chiny dały Zachodowi najdokładniejszy i najtańszy poziom masowej, powtarzalnej produkcji, przy okazji czerpiąc z wiedzy całymi garściami. Dziś mamy ten moment w historii, w którym Chiny zaczynają odcinać kupony i przestają być wyrobnikiem, a zaczynają być liderem na wielu rynkach. Elektromobilność (odsuwając na bok zagrożenia związane z prywatnością) jest tego dobitnym przykładem.

    Gdy ogląda się wizję, taką jak ta, którą możecie zobaczyć w krótkim odcinku podróżniczego vloga Oli i Borysa, człowiek szybko uświadamia sobie, że nie ogląda science fiction, ale właśnie patrzy na świat tu i teraz, pomimo dzielącej Polskę od Chin odległości. Apple nie ma swojego humanoida i wątpię, aby kiedykolwiek John Ternus poszedł tą drogą, co nie wyklucza możliwości posiadania w portfolio domowego, robotycznego asystenta, o którym mówi się w plotkach od dawna. Tak czy owak już dziś, komentując zaprezentowaną podczas tegorocznego WWDC 2026 nową Siri AI, kierownictwo mówi wprost: AI ma służyć człowiekowi, a nie zastępować człowieka.

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną

    Craig Federighi i Greg Joswiak w wywiadzie podczas WWDC jasno odcięli się od koncepcji Siri jako AI-companiona. Apple chce, by AI „znikało” w tle produktów i stawia na prywatność jako kluczową różnicę względem konkurencji. Szef inżynierii (Federighi) na pytanie, czy nowe Siri pozwoli stworzyć sobie cyfrowego partnera lub partnerkę, odpowiedział wprost:

    „Absolutnie nie!”.

    Wyjaśniając, że w przeciwieństwie do wielu istniejących chatbotów, które koncentrują się na zaangażowaniu i często wykazują tendencję do nadmiernej uległości wobec użytkownika, zachęcając go do ujawniania informacji o sobie, by na tej podstawie budować więź, Apple zaprojektowało Siri w zupełnie odwrotny sposób. Próba potraktowania Siri jako partnera romantycznego zakończy się odmową. Siri ma jasno komunikować:

    „Nie jestem do tego stworzona, jestem tu, by pomóc ci coś zrobić i dowiedzieć się czegoś o świecie”.

    Joswiak dodał, że Apple nie robi AI dla samego AI, chodzi o to, jak sztuczna inteligencja może uczynić istniejące funkcje lepszymi, nie o efekt: „zobaczcie, my też mamy AI”. Zaznaczył też, że użytkownicy nie powinni musieć stawać się „ekspertami od promptów”, żeby korzystać z nowych funkcji – Apple chce wyjść im naprzeciw tam, gdzie już są. Federighi podkreślił przy tym, że podejście Apple do AI jest zorientowane na prywatność. Wskazał na istotną różnicę między tym, co wie twój iPhone, a tym, co wie Apple jako firma – dane pozostają na urządzeniu, pod kontrolą użytkownika, a Siri korzysta z nich wyłącznie dla niego. Apple nie ma do nich wglądu, co odróżnia firmę od większości graczy na rynku AI.

    Najbliższa dekada pod rządami nowego CEO Johna Ternusa będzie tym czasem, w którym zarówno ja, inni komentujący świat technologii, ale przede wszystkim my wszyscy – klienci – powinniśmy wielokrotnie mówić „Sprawdzam!”, rozliczając Apple z tych obietnic.

    #AI #AppleIntelligence #chiny #felieton #humanoid #humanoidy #Kołacz #robotyzacja #WWDC2026
  25. Co dla Apple znaczy AI?

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną. Na szczęście!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Planeta Abstrakcja

    Najpierw miałem sobie odpuścić ten felieton. Po długim odcinku podcastu i jeszcze dłuższym wydaniu newslettera „Bo czemu nie?”, stwierdziłem, że wszystko już skomentowałem. Przynajmniej do września, bowiem do premiery nowych iPhone’ów i zapowiedzianych podczas WWDC 2026 systemów od Apple może jeszcze wydarzyć się całkiem sporo. Na przykład zapowiedziane przez Tima Cooka podwyżki cen. A potem obejrzałem z żoną, w ramach sobotniej chwili dla siebie, nowy odcinek od załogi kanału podróżniczego „Planeta Abstrakcja”.

    Ola i Borys odwiedzili w Chinach fabrykę humanoidalnych robotów, które nie tylko wyglądają już jak my – ludzie, ale nawet faktura czy temperatura ich skóry potrafi się zmieniać i jest oszałamiająco podobna do ludzkiej. Polecam, choć lojalnie ostrzegam, że nie jest to łatwy seans, zwłaszcza gdy jako (zakładam) fani technologii zdajecie sobie sprawę choć z części zagrożeń związanych z galopującą obecnie rewolucją AI. Cały materiał pokazuje wprost, jak wielki postęp zrobiły w ostatnich latach Chiny względem nie tylko Europy, ale także USA. Oczywiście ten postęp okupiony jest danymi. Coraz częściej naszymi danymi, bowiem liczba chińskich produktów, która trafia także do Polski, tylko rośnie.

    W tle mamy dziesięciolecia historii niczym nieposkromionego wręcz kapitału, który płynął do Państwa Środka przede wszystkim z USA. Samo tylko Apple ma większy wpływ na tworzenie miejsc pracy w Chinach niż całe Chiny na zatrudnienie w Ameryce (uwzględniając w tym problemy z łańcuchami dostaw i konfliktami geopolitycznymi). Tim Cook dosłownie wyszkolił ponad 20 milionów Chińczyków, przez co teraz szuka ucieczki i dewersyfikuje łańcuch dostaw i produkcji. Jak czytamy w książce „Apple w Chinach” Patricka McGee, wydanej niedawno w Polsce, samo „wytwarzanie iPhone’a w Państwie Środka odbywa się na 200 liniach produkcyjnych, a na każdej z nich powstaje średnio 3330 smartfonów dziennie – łącznie prawie ćwierć miliard rocznie”. Zachód dał Chinom wizję swoich inżynierów (których w absurdalnych liczbach przesiedlano na długie lata choćby do rodzącego się Shenzhen), a Chiny dały Zachodowi najdokładniejszy i najtańszy poziom masowej, powtarzalnej produkcji, przy okazji czerpiąc z wiedzy całymi garściami. Dziś mamy ten moment w historii, w którym Chiny zaczynają odcinać kupony i przestają być wyrobnikiem, a zaczynają być liderem na wielu rynkach. Elektromobilność (odsuwając na bok zagrożenia związane z prywatnością) jest tego dobitnym przykładem.

    Gdy ogląda się wizję, taką jak ta, którą możecie zobaczyć w krótkim odcinku podróżniczego vloga Oli i Borysa, człowiek szybko uświadamia sobie, że nie ogląda science fiction, ale właśnie patrzy na świat tu i teraz, pomimo dzielącej Polskę od Chin odległości. Apple nie ma swojego humanoida i wątpię, aby kiedykolwiek John Ternus poszedł tą drogą, co nie wyklucza możliwości posiadania w portfolio domowego, robotycznego asystenta, o którym mówi się w plotkach od dawna. Tak czy owak już dziś, komentując zaprezentowaną podczas tegorocznego WWDC 2026 nową Siri AI, kierownictwo mówi wprost: AI ma służyć człowiekowi, a nie zastępować człowieka.

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną

    Craig Federighi i Greg Joswiak w wywiadzie podczas WWDC jasno odcięli się od koncepcji Siri jako AI-companiona. Apple chce, by AI „znikało” w tle produktów i stawia na prywatność jako kluczową różnicę względem konkurencji. Szef inżynierii (Federighi) na pytanie, czy nowe Siri pozwoli stworzyć sobie cyfrowego partnera lub partnerkę, odpowiedział wprost:

    „Absolutnie nie!”.

    Wyjaśniając, że w przeciwieństwie do wielu istniejących chatbotów, które koncentrują się na zaangażowaniu i często wykazują tendencję do nadmiernej uległości wobec użytkownika, zachęcając go do ujawniania informacji o sobie, by na tej podstawie budować więź, Apple zaprojektowało Siri w zupełnie odwrotny sposób. Próba potraktowania Siri jako partnera romantycznego zakończy się odmową. Siri ma jasno komunikować:

    „Nie jestem do tego stworzona, jestem tu, by pomóc ci coś zrobić i dowiedzieć się czegoś o świecie”.

    Joswiak dodał, że Apple nie robi AI dla samego AI, chodzi o to, jak sztuczna inteligencja może uczynić istniejące funkcje lepszymi, nie o efekt: „zobaczcie, my też mamy AI”. Zaznaczył też, że użytkownicy nie powinni musieć stawać się „ekspertami od promptów”, żeby korzystać z nowych funkcji – Apple chce wyjść im naprzeciw tam, gdzie już są. Federighi podkreślił przy tym, że podejście Apple do AI jest zorientowane na prywatność. Wskazał na istotną różnicę między tym, co wie twój iPhone, a tym, co wie Apple jako firma – dane pozostają na urządzeniu, pod kontrolą użytkownika, a Siri korzysta z nich wyłącznie dla niego. Apple nie ma do nich wglądu, co odróżnia firmę od większości graczy na rynku AI.

    Najbliższa dekada pod rządami nowego CEO Johna Ternusa będzie tym czasem, w którym zarówno ja, inni komentujący świat technologii, ale przede wszystkim my wszyscy – klienci – powinniśmy wielokrotnie mówić „Sprawdzam!”, rozliczając Apple z tych obietnic.

    #AI #AppleIntelligence #chiny #felieton #humanoid #humanoidy #Kołacz #robotyzacja #WWDC2026
  26. Co dla Apple znaczy AI?

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną. Na szczęście!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Planeta Abstrakcja

    Najpierw miałem sobie odpuścić ten felieton. Po długim odcinku podcastu i jeszcze dłuższym wydaniu newslettera „Bo czemu nie?”, stwierdziłem, że wszystko już skomentowałem. Przynajmniej do września, bowiem do premiery nowych iPhone’ów i zapowiedzianych podczas WWDC 2026 systemów od Apple może jeszcze wydarzyć się całkiem sporo. Na przykład zapowiedziane przez Tima Cooka podwyżki cen. A potem obejrzałem z żoną, w ramach sobotniej chwili dla siebie, nowy odcinek od załogi kanału podróżniczego „Planeta Abstrakcja”.

    Ola i Borys odwiedzili w Chinach fabrykę humanoidalnych robotów, które nie tylko wyglądają już jak my – ludzie, ale nawet faktura czy temperatura ich skóry potrafi się zmieniać i jest oszałamiająco podobna do ludzkiej. Polecam, choć lojalnie ostrzegam, że nie jest to łatwy seans, zwłaszcza gdy jako (zakładam) fani technologii zdajecie sobie sprawę choć z części zagrożeń związanych z galopującą obecnie rewolucją AI. Cały materiał pokazuje wprost, jak wielki postęp zrobiły w ostatnich latach Chiny względem nie tylko Europy, ale także USA. Oczywiście ten postęp okupiony jest danymi. Coraz częściej naszymi danymi, bowiem liczba chińskich produktów, która trafia także do Polski, tylko rośnie.

    W tle mamy dziesięciolecia historii niczym nieposkromionego wręcz kapitału, który płynął do Państwa Środka przede wszystkim z USA. Samo tylko Apple ma większy wpływ na tworzenie miejsc pracy w Chinach niż całe Chiny na zatrudnienie w Ameryce (uwzględniając w tym problemy z łańcuchami dostaw i konfliktami geopolitycznymi). Tim Cook dosłownie wyszkolił ponad 20 milionów Chińczyków, przez co teraz szuka ucieczki i dewersyfikuje łańcuch dostaw i produkcji. Jak czytamy w książce „Apple w Chinach” Patricka McGee, wydanej niedawno w Polsce, samo „wytwarzanie iPhone’a w Państwie Środka odbywa się na 200 liniach produkcyjnych, a na każdej z nich powstaje średnio 3330 smartfonów dziennie – łącznie prawie ćwierć miliard rocznie”. Zachód dał Chinom wizję swoich inżynierów (których w absurdalnych liczbach przesiedlano na długie lata choćby do rodzącego się Shenzhen), a Chiny dały Zachodowi najdokładniejszy i najtańszy poziom masowej, powtarzalnej produkcji, przy okazji czerpiąc z wiedzy całymi garściami. Dziś mamy ten moment w historii, w którym Chiny zaczynają odcinać kupony i przestają być wyrobnikiem, a zaczynają być liderem na wielu rynkach. Elektromobilność (odsuwając na bok zagrożenia związane z prywatnością) jest tego dobitnym przykładem.

    Gdy ogląda się wizję, taką jak ta, którą możecie zobaczyć w krótkim odcinku podróżniczego vloga Oli i Borysa, człowiek szybko uświadamia sobie, że nie ogląda science fiction, ale właśnie patrzy na świat tu i teraz, pomimo dzielącej Polskę od Chin odległości. Apple nie ma swojego humanoida i wątpię, aby kiedykolwiek John Ternus poszedł tą drogą, co nie wyklucza możliwości posiadania w portfolio domowego, robotycznego asystenta, o którym mówi się w plotkach od dawna. Tak czy owak już dziś, komentując zaprezentowaną podczas tegorocznego WWDC 2026 nową Siri AI, kierownictwo mówi wprost: AI ma służyć człowiekowi, a nie zastępować człowieka.

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną

    Craig Federighi i Greg Joswiak w wywiadzie podczas WWDC jasno odcięli się od koncepcji Siri jako AI-companiona. Apple chce, by AI „znikało” w tle produktów i stawia na prywatność jako kluczową różnicę względem konkurencji. Szef inżynierii (Federighi) na pytanie, czy nowe Siri pozwoli stworzyć sobie cyfrowego partnera lub partnerkę, odpowiedział wprost:

    „Absolutnie nie!”.

    Wyjaśniając, że w przeciwieństwie do wielu istniejących chatbotów, które koncentrują się na zaangażowaniu i często wykazują tendencję do nadmiernej uległości wobec użytkownika, zachęcając go do ujawniania informacji o sobie, by na tej podstawie budować więź, Apple zaprojektowało Siri w zupełnie odwrotny sposób. Próba potraktowania Siri jako partnera romantycznego zakończy się odmową. Siri ma jasno komunikować:

    „Nie jestem do tego stworzona, jestem tu, by pomóc ci coś zrobić i dowiedzieć się czegoś o świecie”.

    Joswiak dodał, że Apple nie robi AI dla samego AI, chodzi o to, jak sztuczna inteligencja może uczynić istniejące funkcje lepszymi, nie o efekt: „zobaczcie, my też mamy AI”. Zaznaczył też, że użytkownicy nie powinni musieć stawać się „ekspertami od promptów”, żeby korzystać z nowych funkcji – Apple chce wyjść im naprzeciw tam, gdzie już są. Federighi podkreślił przy tym, że podejście Apple do AI jest zorientowane na prywatność. Wskazał na istotną różnicę między tym, co wie twój iPhone, a tym, co wie Apple jako firma – dane pozostają na urządzeniu, pod kontrolą użytkownika, a Siri korzysta z nich wyłącznie dla niego. Apple nie ma do nich wglądu, co odróżnia firmę od większości graczy na rynku AI.

    Najbliższa dekada pod rządami nowego CEO Johna Ternusa będzie tym czasem, w którym zarówno ja, inni komentujący świat technologii, ale przede wszystkim my wszyscy – klienci – powinniśmy wielokrotnie mówić „Sprawdzam!”, rozliczając Apple z tych obietnic.

    #AI #AppleIntelligence #chiny #felieton #humanoid #humanoidy #Kołacz #robotyzacja #WWDC2026
  27. Co dla Apple znaczy AI?

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną. Na szczęście!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Planeta Abstrakcja

    Najpierw miałem sobie odpuścić ten felieton. Po długim odcinku podcastu i jeszcze dłuższym wydaniu newslettera „Bo czemu nie?”, stwierdziłem, że wszystko już skomentowałem. Przynajmniej do września, bowiem do premiery nowych iPhone’ów i zapowiedzianych podczas WWDC 2026 systemów od Apple może jeszcze wydarzyć się całkiem sporo. Na przykład zapowiedziane przez Tima Cooka podwyżki cen. A potem obejrzałem z żoną, w ramach sobotniej chwili dla siebie, nowy odcinek od załogi kanału podróżniczego „Planeta Abstrakcja”.

    Ola i Borys odwiedzili w Chinach fabrykę humanoidalnych robotów, które nie tylko wyglądają już jak my – ludzie, ale nawet faktura czy temperatura ich skóry potrafi się zmieniać i jest oszałamiająco podobna do ludzkiej. Polecam, choć lojalnie ostrzegam, że nie jest to łatwy seans, zwłaszcza gdy jako (zakładam) fani technologii zdajecie sobie sprawę choć z części zagrożeń związanych z galopującą obecnie rewolucją AI. Cały materiał pokazuje wprost, jak wielki postęp zrobiły w ostatnich latach Chiny względem nie tylko Europy, ale także USA. Oczywiście ten postęp okupiony jest danymi. Coraz częściej naszymi danymi, bowiem liczba chińskich produktów, która trafia także do Polski, tylko rośnie.

    W tle mamy dziesięciolecia historii niczym nieposkromionego wręcz kapitału, który płynął do Państwa Środka przede wszystkim z USA. Samo tylko Apple ma większy wpływ na tworzenie miejsc pracy w Chinach niż całe Chiny na zatrudnienie w Ameryce (uwzględniając w tym problemy z łańcuchami dostaw i konfliktami geopolitycznymi). Tim Cook dosłownie wyszkolił ponad 20 milionów Chińczyków, przez co teraz szuka ucieczki i dewersyfikuje łańcuch dostaw i produkcji. Jak czytamy w książce „Apple w Chinach” Patricka McGee, wydanej niedawno w Polsce, samo „wytwarzanie iPhone’a w Państwie Środka odbywa się na 200 liniach produkcyjnych, a na każdej z nich powstaje średnio 3330 smartfonów dziennie – łącznie prawie ćwierć miliard rocznie”. Zachód dał Chinom wizję swoich inżynierów (których w absurdalnych liczbach przesiedlano na długie lata choćby do rodzącego się Shenzhen), a Chiny dały Zachodowi najdokładniejszy i najtańszy poziom masowej, powtarzalnej produkcji, przy okazji czerpiąc z wiedzy całymi garściami. Dziś mamy ten moment w historii, w którym Chiny zaczynają odcinać kupony i przestają być wyrobnikiem, a zaczynają być liderem na wielu rynkach. Elektromobilność (odsuwając na bok zagrożenia związane z prywatnością) jest tego dobitnym przykładem.

    Gdy ogląda się wizję, taką jak ta, którą możecie zobaczyć w krótkim odcinku podróżniczego vloga Oli i Borysa, człowiek szybko uświadamia sobie, że nie ogląda science fiction, ale właśnie patrzy na świat tu i teraz, pomimo dzielącej Polskę od Chin odległości. Apple nie ma swojego humanoida i wątpię, aby kiedykolwiek John Ternus poszedł tą drogą, co nie wyklucza możliwości posiadania w portfolio domowego, robotycznego asystenta, o którym mówi się w plotkach od dawna. Tak czy owak już dziś, komentując zaprezentowaną podczas tegorocznego WWDC 2026 nową Siri AI, kierownictwo mówi wprost: AI ma służyć człowiekowi, a nie zastępować człowieka.

    Siri AI nie będzie twoją dziewczyną

    Craig Federighi i Greg Joswiak w wywiadzie podczas WWDC jasno odcięli się od koncepcji Siri jako AI-companiona. Apple chce, by AI „znikało” w tle produktów i stawia na prywatność jako kluczową różnicę względem konkurencji. Szef inżynierii (Federighi) na pytanie, czy nowe Siri pozwoli stworzyć sobie cyfrowego partnera lub partnerkę, odpowiedział wprost:

    „Absolutnie nie!”.

    Wyjaśniając, że w przeciwieństwie do wielu istniejących chatbotów, które koncentrują się na zaangażowaniu i często wykazują tendencję do nadmiernej uległości wobec użytkownika, zachęcając go do ujawniania informacji o sobie, by na tej podstawie budować więź, Apple zaprojektowało Siri w zupełnie odwrotny sposób. Próba potraktowania Siri jako partnera romantycznego zakończy się odmową. Siri ma jasno komunikować:

    „Nie jestem do tego stworzona, jestem tu, by pomóc ci coś zrobić i dowiedzieć się czegoś o świecie”.

    Joswiak dodał, że Apple nie robi AI dla samego AI, chodzi o to, jak sztuczna inteligencja może uczynić istniejące funkcje lepszymi, nie o efekt: „zobaczcie, my też mamy AI”. Zaznaczył też, że użytkownicy nie powinni musieć stawać się „ekspertami od promptów”, żeby korzystać z nowych funkcji – Apple chce wyjść im naprzeciw tam, gdzie już są. Federighi podkreślił przy tym, że podejście Apple do AI jest zorientowane na prywatność. Wskazał na istotną różnicę między tym, co wie twój iPhone, a tym, co wie Apple jako firma – dane pozostają na urządzeniu, pod kontrolą użytkownika, a Siri korzysta z nich wyłącznie dla niego. Apple nie ma do nich wglądu, co odróżnia firmę od większości graczy na rynku AI.

    Najbliższa dekada pod rządami nowego CEO Johna Ternusa będzie tym czasem, w którym zarówno ja, inni komentujący świat technologii, ale przede wszystkim my wszyscy – klienci – powinniśmy wielokrotnie mówić „Sprawdzam!”, rozliczając Apple z tych obietnic.

    #AI #AppleIntelligence #chiny #felieton #humanoid #humanoidy #Kołacz #robotyzacja #WWDC2026
  28. Echo WWDC 2026

    Podczas gdy chyba cały technologiczny świat skupił się na raptem dwóch wątkach, komentując tegoroczny tydzień konferencji WWDC 2026, w tym miejscu podejmę próbę zwrócenia waszej uwagi na to, co umknęło większości komentujących. Nowa Siri AI i brak porozumienia Apple z Unią Europejską skutecznie zamaskowały ostatni taniec Tima Cooka w roli CEO jednej z największych firm na świecie. To moment, po którym Apple może się zmienić – i zrobiło to już podczas WWDC 2026.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Ostatnia, czy pierwsza taka konferencja?

    To, co rzuciło się w oczy już podczas oglądania Apple Event otwierającego tegoroczne święto osób programujących na platformy firmy z Cupertino, to inny format konferencji. Apple nie przedstawiało nowości w każdym z systemów operacyjnych działających w ramach portfolio ich produktów, system po systemie. Nie. Tym razem skupiono się na rozliczeniu niedowiezionej obietnicy sprzed dwóch lat, czyli Apple Intelligence w nowym wydaniu, wspartym możliwościami modeli Gemini od Google i nowej Siri AI, która dzięki temu mogła zostać w końcu zaprezentowana. Zrobiono to również inaczej, nie bojąc się dłuższego czasu oczekiwania na odpowiedź nowej wersji asystentki głosowej (choć już nie tylko głosowej!) z Cupertino, czego kompletnie nie uwzględniono w 2024 roku. Wówczas Siri na scenie, a właściwie to na filmie, który nam wyświetlono, działała w trybie sekundowym. Szybko okazało się, jak bardzo wówczas Apple rozminęło się z prawdą. Tym razem nie popełniono tego – dość oczywistego z punktu marketingowej narracji i kalkulacji ryzyka – błędu, a prezentujący Siri AI czekali na wykonanie przez nią poleceń dokładnie tyle samo czasu, co każdy beta tester nadchodzących systemów. To pierwsza, widoczna i odrobiona należycie przez załogę Tima Cooka lekcja.

    Wracając do nowego sposobu prezentowania nowości, który media technologiczne zdążyły już dość ostro poddać w wątpliwość… Otóż Apple zrobiło to celowo, niejako zapowiadając to, dokąd zmierza cały ekosystem i my razem z nim. Przyszłość naznaczona jest obecnością sztucznej inteligencji, bez względu na to, kto ją dostarczy i o jakim producencie elektroniki użytkowej mówimy i piszemy. Apple już teraz wysyła do nas komunikat głoszący, że jutrzejsza wizja komputerów – bez względu na to, czy mówimy o okularach, zegarkach, telefonach smart czy klasycznych maszynach typu Mac – będzie skupiona na tym, gdzie i jak wprowadzimy w nasze życie właśnie AI. Prywatnie i zawodowo. A patrząc na to, że Apple posiada najbardziej spójny, częściowo zamknięty i zdecydowanie prywatny (co, jak wiemy, jest kością niezgodny z Unią, przynajmniej według Apple.) ekosystem na świecie i ponad 2,5 miliarda aktywnych kont Apple – John Ternus zostanie CEO firmy, której fundamentem są usługi skrojone dla ekosystemu. Nie jeden produkt czy kategoria produktów. Nie jeden system, ale współzależność wszystkich systemów z Cupertino, która może być o wiele bardziej ścisła niż u jakiegokolwiek producenta elektroniki na rynku.

    Poza tym Apple posiada najwierniejszą rzeszę użytkowników i nadal sporo „wyznawców”, a zatem spokojnie może im oraz technologicznym mediom skupionym wokół nadgryzionych urządzeń zostawić opisanie wszystkiego tego, o czym nie da się powiedzieć w ciągu zaledwie godzinnej konferencji otwarcia WWDC. Sam naliczyłem ponad 500 nadchodzących nowości; oglądając dziesiątki sesji dla deweloperów – nagrałem o tym 2-godzinny podcast, napisałem długie wydanie newslettera, a to samo zrobiło sporo innych mediów z tej naszej bańki Apple. Dominik opisał swoje wrażenia po wizycie w Apple Park, gdzie na żywo testował już nadchodzące i dostępne tylko w USA nowości. Zatem naprawdę dość naturalne jest dla mnie to, że zarówno PR Apple, jak i każdy trzeźwo myślący tam pracownik, woleli postawić na zmianę wagi narracji prezentowanej światu i przygotować nas na nowe jutro. Nadal z Timem Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie.

    Akt pierwszy, czyli John Ternus

    Nowy CEO Apple, który obejmie tę funkcję 1 września, był całkowicie niewidoczny w materiałach związanych z WWDC 2026. I tak właśnie miało być! Kompletnie nie rozumiem zdziwienia mediów tą sytuacją. To był ostatni taniec Tima Cooka, a i tak Apple potraktowało to bardzo łagodnie, bez zbędnego patosu i celebracji odchodzącego CEO, który zrobił dla tej firmy dokładnie tyle, ile mieści w sobie znaczeniowo czasownik „uratować”. Cook uratował Apple. Mało tego – uczynił je najlepiej zarabiającą firmą w historii konsumenckiej elektroniki użytkowej. Każdy, kto zna liczby, nie potrzebuje w tym temacie ani spektakularnych pożegnań, ani ckliwych klipów wideo. Zarówno Dominik, jak i inne osoby, które były na miejscu w Cupertino 8 czerwca 2026 roku, potwierdzają, że łzy wzruszenia pojawiły się na twarzy Tima Cooka nie raz. To oczywiste.

    Tak samo jak jasny jest dla mnie fakt, że pierwsze One More Thing wypowiedziane od lat należy do Johna Ternusa i padnie zapewne we wrześniu, zapowiadając składanego iPhone’a Ultra. Czy na filmie, czy ze sceny Steve Jobs Theatre? Nie jestem pewien i wbrew temu, o czym piszą koledzy po fachu – nie zdziwię się i ciągle liczę na to, że Ternus wykorzysta swój moment w historii Apple, jeden z najważniejszych, aby przywrócić transmitowane na żywo wystąpienia sprzed pandemii. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek Apple planuje wrócić do transmisji konferencji prowadzonych na żywo przez ich CEO i inne osoby, to jest ten jedyny, właściwy moment. Czas pokaże, czy mam rację…

    Jedno jest dla mnie pewne – WWDC 2026 zamknęło pewną epokę, uchylając drzwi do kolejnej, w którą wkroczymy w pierwszych tygodniach września 2026 roku. Po 50 latach historii firmy, którą stworzyli w garażu dwaj buntownicy, pora na kolejne pół wieku?

    Panie Ternus, nie zepsuj Pan tego!

    #AppleIntelligence #felieton #iOS27 #Kołacz #SiriAI #WWDC2026 #WWDC26
  29. Echo WWDC 2026

    Podczas gdy chyba cały technologiczny świat skupił się na raptem dwóch wątkach, komentując tegoroczny tydzień konferencji WWDC 2026, w tym miejscu podejmę próbę zwrócenia waszej uwagi na to, co umknęło większości komentujących. Nowa Siri AI i brak porozumienia Apple z Unią Europejską skutecznie zamaskowały ostatni taniec Tima Cooka w roli CEO jednej z największych firm na świecie. To moment, po którym Apple może się zmienić – i zrobiło to już podczas WWDC 2026.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Ostatnia, czy pierwsza taka konferencja?

    To, co rzuciło się w oczy już podczas oglądania Apple Event otwierającego tegoroczne święto osób programujących na platformy firmy z Cupertino, to inny format konferencji. Apple nie przedstawiało nowości w każdym z systemów operacyjnych działających w ramach portfolio ich produktów, system po systemie. Nie. Tym razem skupiono się na rozliczeniu niedowiezionej obietnicy sprzed dwóch lat, czyli Apple Intelligence w nowym wydaniu, wspartym możliwościami modeli Gemini od Google i nowej Siri AI, która dzięki temu mogła zostać w końcu zaprezentowana. Zrobiono to również inaczej, nie bojąc się dłuższego czasu oczekiwania na odpowiedź nowej wersji asystentki głosowej (choć już nie tylko głosowej!) z Cupertino, czego kompletnie nie uwzględniono w 2024 roku. Wówczas Siri na scenie, a właściwie to na filmie, który nam wyświetlono, działała w trybie sekundowym. Szybko okazało się, jak bardzo wówczas Apple rozminęło się z prawdą. Tym razem nie popełniono tego – dość oczywistego z punktu marketingowej narracji i kalkulacji ryzyka – błędu, a prezentujący Siri AI czekali na wykonanie przez nią poleceń dokładnie tyle samo czasu, co każdy beta tester nadchodzących systemów. To pierwsza, widoczna i odrobiona należycie przez załogę Tima Cooka lekcja.

    Wracając do nowego sposobu prezentowania nowości, który media technologiczne zdążyły już dość ostro poddać w wątpliwość… Otóż Apple zrobiło to celowo, niejako zapowiadając to, dokąd zmierza cały ekosystem i my razem z nim. Przyszłość naznaczona jest obecnością sztucznej inteligencji, bez względu na to, kto ją dostarczy i o jakim producencie elektroniki użytkowej mówimy i piszemy. Apple już teraz wysyła do nas komunikat głoszący, że jutrzejsza wizja komputerów – bez względu na to, czy mówimy o okularach, zegarkach, telefonach smart czy klasycznych maszynach typu Mac – będzie skupiona na tym, gdzie i jak wprowadzimy w nasze życie właśnie AI. Prywatnie i zawodowo. A patrząc na to, że Apple posiada najbardziej spójny, częściowo zamknięty i zdecydowanie prywatny (co, jak wiemy, jest kością niezgodny z Unią, przynajmniej według Apple.) ekosystem na świecie i ponad 2,5 miliarda aktywnych kont Apple – John Ternus zostanie CEO firmy, której fundamentem są usługi skrojone dla ekosystemu. Nie jeden produkt czy kategoria produktów. Nie jeden system, ale współzależność wszystkich systemów z Cupertino, która może być o wiele bardziej ścisła niż u jakiegokolwiek producenta elektroniki na rynku.

    Poza tym Apple posiada najwierniejszą rzeszę użytkowników i nadal sporo „wyznawców”, a zatem spokojnie może im oraz technologicznym mediom skupionym wokół nadgryzionych urządzeń zostawić opisanie wszystkiego tego, o czym nie da się powiedzieć w ciągu zaledwie godzinnej konferencji otwarcia WWDC. Sam naliczyłem ponad 500 nadchodzących nowości; oglądając dziesiątki sesji dla deweloperów – nagrałem o tym 2-godzinny podcast, napisałem długie wydanie newslettera, a to samo zrobiło sporo innych mediów z tej naszej bańki Apple. Dominik opisał swoje wrażenia po wizycie w Apple Park, gdzie na żywo testował już nadchodzące i dostępne tylko w USA nowości. Zatem naprawdę dość naturalne jest dla mnie to, że zarówno PR Apple, jak i każdy trzeźwo myślący tam pracownik, woleli postawić na zmianę wagi narracji prezentowanej światu i przygotować nas na nowe jutro. Nadal z Timem Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie.

    Akt pierwszy, czyli John Ternus

    Nowy CEO Apple, który obejmie tę funkcję 1 września, był całkowicie niewidoczny w materiałach związanych z WWDC 2026. I tak właśnie miało być! Kompletnie nie rozumiem zdziwienia mediów tą sytuacją. To był ostatni taniec Tima Cooka, a i tak Apple potraktowało to bardzo łagodnie, bez zbędnego patosu i celebracji odchodzącego CEO, który zrobił dla tej firmy dokładnie tyle, ile mieści w sobie znaczeniowo czasownik „uratować”. Cook uratował Apple. Mało tego – uczynił je najlepiej zarabiającą firmą w historii konsumenckiej elektroniki użytkowej. Każdy, kto zna liczby, nie potrzebuje w tym temacie ani spektakularnych pożegnań, ani ckliwych klipów wideo. Zarówno Dominik, jak i inne osoby, które były na miejscu w Cupertino 8 czerwca 2026 roku, potwierdzają, że łzy wzruszenia pojawiły się na twarzy Tima Cooka nie raz. To oczywiste.

    Tak samo jak jasny jest dla mnie fakt, że pierwsze One More Thing wypowiedziane od lat należy do Johna Ternusa i padnie zapewne we wrześniu, zapowiadając składanego iPhone’a Ultra. Czy na filmie, czy ze sceny Steve Jobs Theatre? Nie jestem pewien i wbrew temu, o czym piszą koledzy po fachu – nie zdziwię się i ciągle liczę na to, że Ternus wykorzysta swój moment w historii Apple, jeden z najważniejszych, aby przywrócić transmitowane na żywo wystąpienia sprzed pandemii. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek Apple planuje wrócić do transmisji konferencji prowadzonych na żywo przez ich CEO i inne osoby, to jest ten jedyny, właściwy moment. Czas pokaże, czy mam rację…

    Jedno jest dla mnie pewne – WWDC 2026 zamknęło pewną epokę, uchylając drzwi do kolejnej, w którą wkroczymy w pierwszych tygodniach września 2026 roku. Po 50 latach historii firmy, którą stworzyli w garażu dwaj buntownicy, pora na kolejne pół wieku?

    Panie Ternus, nie zepsuj Pan tego!

    #AppleIntelligence #felieton #iOS27 #Kołacz #SiriAI #WWDC2026 #WWDC26
  30. Echo WWDC 2026

    Podczas gdy chyba cały technologiczny świat skupił się na raptem dwóch wątkach, komentując tegoroczny tydzień konferencji WWDC 2026, w tym miejscu podejmę próbę zwrócenia waszej uwagi na to, co umknęło większości komentujących. Nowa Siri AI i brak porozumienia Apple z Unią Europejską skutecznie zamaskowały ostatni taniec Tima Cooka w roli CEO jednej z największych firm na świecie. To moment, po którym Apple może się zmienić – i zrobiło to już podczas WWDC 2026.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Ostatnia, czy pierwsza taka konferencja?

    To, co rzuciło się w oczy już podczas oglądania Apple Event otwierającego tegoroczne święto osób programujących na platformy firmy z Cupertino, to inny format konferencji. Apple nie przedstawiało nowości w każdym z systemów operacyjnych działających w ramach portfolio ich produktów, system po systemie. Nie. Tym razem skupiono się na rozliczeniu niedowiezionej obietnicy sprzed dwóch lat, czyli Apple Intelligence w nowym wydaniu, wspartym możliwościami modeli Gemini od Google i nowej Siri AI, która dzięki temu mogła zostać w końcu zaprezentowana. Zrobiono to również inaczej, nie bojąc się dłuższego czasu oczekiwania na odpowiedź nowej wersji asystentki głosowej (choć już nie tylko głosowej!) z Cupertino, czego kompletnie nie uwzględniono w 2024 roku. Wówczas Siri na scenie, a właściwie to na filmie, który nam wyświetlono, działała w trybie sekundowym. Szybko okazało się, jak bardzo wówczas Apple rozminęło się z prawdą. Tym razem nie popełniono tego – dość oczywistego z punktu marketingowej narracji i kalkulacji ryzyka – błędu, a prezentujący Siri AI czekali na wykonanie przez nią poleceń dokładnie tyle samo czasu, co każdy beta tester nadchodzących systemów. To pierwsza, widoczna i odrobiona należycie przez załogę Tima Cooka lekcja.

    Wracając do nowego sposobu prezentowania nowości, który media technologiczne zdążyły już dość ostro poddać w wątpliwość… Otóż Apple zrobiło to celowo, niejako zapowiadając to, dokąd zmierza cały ekosystem i my razem z nim. Przyszłość naznaczona jest obecnością sztucznej inteligencji, bez względu na to, kto ją dostarczy i o jakim producencie elektroniki użytkowej mówimy i piszemy. Apple już teraz wysyła do nas komunikat głoszący, że jutrzejsza wizja komputerów – bez względu na to, czy mówimy o okularach, zegarkach, telefonach smart czy klasycznych maszynach typu Mac – będzie skupiona na tym, gdzie i jak wprowadzimy w nasze życie właśnie AI. Prywatnie i zawodowo. A patrząc na to, że Apple posiada najbardziej spójny, częściowo zamknięty i zdecydowanie prywatny (co, jak wiemy, jest kością niezgodny z Unią, przynajmniej według Apple.) ekosystem na świecie i ponad 2,5 miliarda aktywnych kont Apple – John Ternus zostanie CEO firmy, której fundamentem są usługi skrojone dla ekosystemu. Nie jeden produkt czy kategoria produktów. Nie jeden system, ale współzależność wszystkich systemów z Cupertino, która może być o wiele bardziej ścisła niż u jakiegokolwiek producenta elektroniki na rynku.

    Poza tym Apple posiada najwierniejszą rzeszę użytkowników i nadal sporo „wyznawców”, a zatem spokojnie może im oraz technologicznym mediom skupionym wokół nadgryzionych urządzeń zostawić opisanie wszystkiego tego, o czym nie da się powiedzieć w ciągu zaledwie godzinnej konferencji otwarcia WWDC. Sam naliczyłem ponad 500 nadchodzących nowości; oglądając dziesiątki sesji dla deweloperów – nagrałem o tym 2-godzinny podcast, napisałem długie wydanie newslettera, a to samo zrobiło sporo innych mediów z tej naszej bańki Apple. Dominik opisał swoje wrażenia po wizycie w Apple Park, gdzie na żywo testował już nadchodzące i dostępne tylko w USA nowości. Zatem naprawdę dość naturalne jest dla mnie to, że zarówno PR Apple, jak i każdy trzeźwo myślący tam pracownik, woleli postawić na zmianę wagi narracji prezentowanej światu i przygotować nas na nowe jutro. Nadal z Timem Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie.

    Akt pierwszy, czyli John Ternus

    Nowy CEO Apple, który obejmie tę funkcję 1 września, był całkowicie niewidoczny w materiałach związanych z WWDC 2026. I tak właśnie miało być! Kompletnie nie rozumiem zdziwienia mediów tą sytuacją. To był ostatni taniec Tima Cooka, a i tak Apple potraktowało to bardzo łagodnie, bez zbędnego patosu i celebracji odchodzącego CEO, który zrobił dla tej firmy dokładnie tyle, ile mieści w sobie znaczeniowo czasownik „uratować”. Cook uratował Apple. Mało tego – uczynił je najlepiej zarabiającą firmą w historii konsumenckiej elektroniki użytkowej. Każdy, kto zna liczby, nie potrzebuje w tym temacie ani spektakularnych pożegnań, ani ckliwych klipów wideo. Zarówno Dominik, jak i inne osoby, które były na miejscu w Cupertino 8 czerwca 2026 roku, potwierdzają, że łzy wzruszenia pojawiły się na twarzy Tima Cooka nie raz. To oczywiste.

    Tak samo jak jasny jest dla mnie fakt, że pierwsze One More Thing wypowiedziane od lat należy do Johna Ternusa i padnie zapewne we wrześniu, zapowiadając składanego iPhone’a Ultra. Czy na filmie, czy ze sceny Steve Jobs Theatre? Nie jestem pewien i wbrew temu, o czym piszą koledzy po fachu – nie zdziwię się i ciągle liczę na to, że Ternus wykorzysta swój moment w historii Apple, jeden z najważniejszych, aby przywrócić transmitowane na żywo wystąpienia sprzed pandemii. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek Apple planuje wrócić do transmisji konferencji prowadzonych na żywo przez ich CEO i inne osoby, to jest ten jedyny, właściwy moment. Czas pokaże, czy mam rację…

    Jedno jest dla mnie pewne – WWDC 2026 zamknęło pewną epokę, uchylając drzwi do kolejnej, w którą wkroczymy w pierwszych tygodniach września 2026 roku. Po 50 latach historii firmy, którą stworzyli w garażu dwaj buntownicy, pora na kolejne pół wieku?

    Panie Ternus, nie zepsuj Pan tego!

    #AppleIntelligence #felieton #iOS27 #Kołacz #SiriAI #WWDC2026 #WWDC26
  31. Echo WWDC 2026

    Podczas gdy chyba cały technologiczny świat skupił się na raptem dwóch wątkach, komentując tegoroczny tydzień konferencji WWDC 2026, w tym miejscu podejmę próbę zwrócenia waszej uwagi na to, co umknęło większości komentujących. Nowa Siri AI i brak porozumienia Apple z Unią Europejską skutecznie zamaskowały ostatni taniec Tima Cooka w roli CEO jednej z największych firm na świecie. To moment, po którym Apple może się zmienić – i zrobiło to już podczas WWDC 2026.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 7/2026

    Ostatnia, czy pierwsza taka konferencja?

    To, co rzuciło się w oczy już podczas oglądania Apple Event otwierającego tegoroczne święto osób programujących na platformy firmy z Cupertino, to inny format konferencji. Apple nie przedstawiało nowości w każdym z systemów operacyjnych działających w ramach portfolio ich produktów, system po systemie. Nie. Tym razem skupiono się na rozliczeniu niedowiezionej obietnicy sprzed dwóch lat, czyli Apple Intelligence w nowym wydaniu, wspartym możliwościami modeli Gemini od Google i nowej Siri AI, która dzięki temu mogła zostać w końcu zaprezentowana. Zrobiono to również inaczej, nie bojąc się dłuższego czasu oczekiwania na odpowiedź nowej wersji asystentki głosowej (choć już nie tylko głosowej!) z Cupertino, czego kompletnie nie uwzględniono w 2024 roku. Wówczas Siri na scenie, a właściwie to na filmie, który nam wyświetlono, działała w trybie sekundowym. Szybko okazało się, jak bardzo wówczas Apple rozminęło się z prawdą. Tym razem nie popełniono tego – dość oczywistego z punktu marketingowej narracji i kalkulacji ryzyka – błędu, a prezentujący Siri AI czekali na wykonanie przez nią poleceń dokładnie tyle samo czasu, co każdy beta tester nadchodzących systemów. To pierwsza, widoczna i odrobiona należycie przez załogę Tima Cooka lekcja.

    Wracając do nowego sposobu prezentowania nowości, który media technologiczne zdążyły już dość ostro poddać w wątpliwość… Otóż Apple zrobiło to celowo, niejako zapowiadając to, dokąd zmierza cały ekosystem i my razem z nim. Przyszłość naznaczona jest obecnością sztucznej inteligencji, bez względu na to, kto ją dostarczy i o jakim producencie elektroniki użytkowej mówimy i piszemy. Apple już teraz wysyła do nas komunikat głoszący, że jutrzejsza wizja komputerów – bez względu na to, czy mówimy o okularach, zegarkach, telefonach smart czy klasycznych maszynach typu Mac – będzie skupiona na tym, gdzie i jak wprowadzimy w nasze życie właśnie AI. Prywatnie i zawodowo. A patrząc na to, że Apple posiada najbardziej spójny, częściowo zamknięty i zdecydowanie prywatny (co, jak wiemy, jest kością niezgodny z Unią, przynajmniej według Apple.) ekosystem na świecie i ponad 2,5 miliarda aktywnych kont Apple – John Ternus zostanie CEO firmy, której fundamentem są usługi skrojone dla ekosystemu. Nie jeden produkt czy kategoria produktów. Nie jeden system, ale współzależność wszystkich systemów z Cupertino, która może być o wiele bardziej ścisła niż u jakiegokolwiek producenta elektroniki na rynku.

    Poza tym Apple posiada najwierniejszą rzeszę użytkowników i nadal sporo „wyznawców”, a zatem spokojnie może im oraz technologicznym mediom skupionym wokół nadgryzionych urządzeń zostawić opisanie wszystkiego tego, o czym nie da się powiedzieć w ciągu zaledwie godzinnej konferencji otwarcia WWDC. Sam naliczyłem ponad 500 nadchodzących nowości; oglądając dziesiątki sesji dla deweloperów – nagrałem o tym 2-godzinny podcast, napisałem długie wydanie newslettera, a to samo zrobiło sporo innych mediów z tej naszej bańki Apple. Dominik opisał swoje wrażenia po wizycie w Apple Park, gdzie na żywo testował już nadchodzące i dostępne tylko w USA nowości. Zatem naprawdę dość naturalne jest dla mnie to, że zarówno PR Apple, jak i każdy trzeźwo myślący tam pracownik, woleli postawić na zmianę wagi narracji prezentowanej światu i przygotować nas na nowe jutro. Nadal z Timem Cookiem w zarządzie, ale bez niego na pierwszym planie.

    Akt pierwszy, czyli John Ternus

    Nowy CEO Apple, który obejmie tę funkcję 1 września, był całkowicie niewidoczny w materiałach związanych z WWDC 2026. I tak właśnie miało być! Kompletnie nie rozumiem zdziwienia mediów tą sytuacją. To był ostatni taniec Tima Cooka, a i tak Apple potraktowało to bardzo łagodnie, bez zbędnego patosu i celebracji odchodzącego CEO, który zrobił dla tej firmy dokładnie tyle, ile mieści w sobie znaczeniowo czasownik „uratować”. Cook uratował Apple. Mało tego – uczynił je najlepiej zarabiającą firmą w historii konsumenckiej elektroniki użytkowej. Każdy, kto zna liczby, nie potrzebuje w tym temacie ani spektakularnych pożegnań, ani ckliwych klipów wideo. Zarówno Dominik, jak i inne osoby, które były na miejscu w Cupertino 8 czerwca 2026 roku, potwierdzają, że łzy wzruszenia pojawiły się na twarzy Tima Cooka nie raz. To oczywiste.

    Tak samo jak jasny jest dla mnie fakt, że pierwsze One More Thing wypowiedziane od lat należy do Johna Ternusa i padnie zapewne we wrześniu, zapowiadając składanego iPhone’a Ultra. Czy na filmie, czy ze sceny Steve Jobs Theatre? Nie jestem pewien i wbrew temu, o czym piszą koledzy po fachu – nie zdziwię się i ciągle liczę na to, że Ternus wykorzysta swój moment w historii Apple, jeden z najważniejszych, aby przywrócić transmitowane na żywo wystąpienia sprzed pandemii. Jeżeli w ogóle kiedykolwiek Apple planuje wrócić do transmisji konferencji prowadzonych na żywo przez ich CEO i inne osoby, to jest ten jedyny, właściwy moment. Czas pokaże, czy mam rację…

    Jedno jest dla mnie pewne – WWDC 2026 zamknęło pewną epokę, uchylając drzwi do kolejnej, w którą wkroczymy w pierwszych tygodniach września 2026 roku. Po 50 latach historii firmy, którą stworzyli w garażu dwaj buntownicy, pora na kolejne pół wieku?

    Panie Ternus, nie zepsuj Pan tego!

    #AppleIntelligence #felieton #iOS27 #Kołacz #SiriAI #WWDC2026 #WWDC26
  32. Trump i szczepionki, czyli jak globalna dezinformacja wchodzi na najwyższy szczebel

    Internet nie ma granic. Kiedy w Stanach Zjednoczonych na najwyższych szczeblach władzy zapada decyzja o oficjalnym wsparciu dla dawno obalonych, szkodliwych teorii spiskowych, fala uderzeniowa dociera do algorytmów na całym świecie. To nie jest tekst o Białym Domu, to jest tekst o tym, co odczujesz Ty i Twoi bliscy.

    Jak donoszą amerykańskie media, Biały Dom pracuje nad rozporządzeniem wykonawczym, które ma instytucjonalnie powiązać szczepienia ochronne z autyzmem. Każdy kto zna historię największego fałszu w medycynie (praca Wakefielda) łapie się w tym momencie za głowę. Ale, Moi Drodzy! To nie o autyzm i szczepionki tu chodzi.

    Problem w naszym zalgorytmizowanym i zdigitalizowanym coraz bardziej świecie staje się znacznie poważniejszy, niżby sam wydawca dekretów w Waszyngtonie mógł przewidywać. To przede wszystkim fatalna wiadomość dla globalnej walki z dezinformacją, głównie naukową, ale tak naprawdę… jakąkolwiek.

    Co gorsza wszystko się dzieje w sytuacji, gdy obecnie ludzkość dysponuje narzędziami pozwalającymi jej fałszować rzeczywistość na nigdy niespotykaną wcześniej skalę… Zacznijmy jednak od tego, co się właściwie wydarzyło.

    Polityka oparta na sfałszowanych badaniach

    Jak wynika z niezależnych raportów „The Washington Post” oraz agencji Bloomberg, administracja Donalda Trumpa przygotowuje dokument wymierzony w kalendarz szczepień dziecięcych oraz badania nad autyzmem. Rozporządzenie może zostać ogłoszone już w przyszłym tygodniu. Pewnie wielu z Was zapyta: co mnie to obchodzi? To dotyczy amerykańskich obywateli, ich dzieci i szczepień. Tak, to prawda, ale konsekwencje, co już wcześniej wspomniałem, wychodzą poza medycynę, bo dotyczą propagacji informacji we współczesnym świecie.

    Problem polega na tym, że rzekomy związek między szczepionkami a autyzmem to najbardziej znany medyczny fake news w historii. Został wielokrotnie obalony przez dziesiątki rygorystycznych badań obejmujących miliony dzieci na całym świecie. Cała narracja opiera się na jednym, sfałszowanym i wycofanym przed laty artykule naukowym, którego autor (wspomniany Wakefield) został ostatecznie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza.

    Prezydenckie ambicje kosztem nauki

    Amerykańskie środowiska medyczne, naukowcy i organizacje zrzeszające pacjentów z autyzmem stanowczo potępiają te działania, nazywając je marnowaniem cennego czasu i zasobów, które powinny być przeznaczone na szukanie prawdziwych przyczyn zaburzeń. Skąd więc tak silne parcie na legislację?

    Według dziennika „The Wall Street Journal”, inicjatywa płynie bezpośrednio od prezydenta, który rzekomo chce zapisać się w historii jako polityk, który „wyleczył autyzm” poprzez ograniczenie programów szczepień. Istotną rolę odgrywa tu również Robert F. Kennedy Jr., znany ze swoich radykalnych poglądów antyszczepionkowych, który odpowiada w administracji za kwestie zdrowotne. Choć ten ostatni ostatnio zmienił mocno swoją retorykę w obliczu rozpędzającej się (w rzeczy samej największej od… 35 lat!) epidemii odry w USA publicznie wzywając (m.in. na antenie CNN) amerykańskich rodziców, by jednak szczepili swoje dzieci na odrę. Jednak raczej zrobił to nie ze względu na zmianę własnych przekonań, co po prostu ochronę własnego stołka… To jednak nie jest tematem mojego wywodu. Czas odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, jakie znaczenie ma planowany przez amerykańską administrację dekret dla nas?

    Dlaczego to dotyczy również nas?

    Otóż większość platform społecznościowych dostarczających informacje w cyberprzestrzeni to platformy amerykańskie. YouTube, Google (Alphabet), Facebook, Threads (Meta), X itp.  Zatem decyzje z Gabinetu Owalnego mają bezpośredni wpływ na to, jak globalne platformy technologiczne radzą sobie z moderacją treści. Kiedy medyczna dezinformacja staje się oficjalnym stanowiskiem rządu USA, korporacjom znacznie trudniej jest blokować i oznaczać takie treści jako szkodliwe. Rozumiecie? Algorytmy platform mogą oczywiście oznaczać lub ograniczać takie treści, ale kiedy dezinformacja pochodzi bezpośrednio od władz państwa, z którego te platformy się wywodzą, granica między moderacją szkodliwej informacji a ograniczaniem oficjalnego komunikatu władzy staje się znacznie trudniejsza do wyznaczenia.

    To z kolei otwiera furtkę do zalewu pseudonaukowych teorii spiskowych w każdym zakątku internetu, bezpowrotnie podważając zaufanie do współczesnej medycyny. Co gorsza, ten zalew może być dziś produkowany na skalę nie notowaną w historii ludzkości. Jak to wpłynie na nas wszystkich? Zostawiam Was z tym pytaniem…

    Sumienie AI

    #algorytmySpołecznościowe #BigTech #fakeNews #felieton #globalnaDezinformacja #moderacjaTreści #socialMedia #szczepionkiAAutyzm
  33. Trump i szczepionki, czyli jak globalna dezinformacja wchodzi na najwyższy szczebel

    Internet nie ma granic. Kiedy w Stanach Zjednoczonych na najwyższych szczeblach władzy zapada decyzja o oficjalnym wsparciu dla dawno obalonych, szkodliwych teorii spiskowych, fala uderzeniowa dociera do algorytmów na całym świecie. To nie jest tekst o Białym Domu, to jest tekst o tym, co odczujesz Ty i Twoi bliscy.

    Jak donoszą amerykańskie media, Biały Dom pracuje nad rozporządzeniem wykonawczym, które ma instytucjonalnie powiązać szczepienia ochronne z autyzmem. Każdy kto zna historię największego fałszu w medycynie (praca Wakefielda) łapie się w tym momencie za głowę. Ale, Moi Drodzy! To nie o autyzm i szczepionki tu chodzi.

    Problem w naszym zalgorytmizowanym i zdigitalizowanym coraz bardziej świecie staje się znacznie poważniejszy, niżby sam wydawca dekretów w Waszyngtonie mógł przewidywać. To przede wszystkim fatalna wiadomość dla globalnej walki z dezinformacją, głównie naukową, ale tak naprawdę… jakąkolwiek.

    Co gorsza wszystko się dzieje w sytuacji, gdy obecnie ludzkość dysponuje narzędziami pozwalającymi jej fałszować rzeczywistość na nigdy niespotykaną wcześniej skalę… Zacznijmy jednak od tego, co się właściwie wydarzyło.

    Polityka oparta na sfałszowanych badaniach

    Jak wynika z niezależnych raportów „The Washington Post” oraz agencji Bloomberg, administracja Donalda Trumpa przygotowuje dokument wymierzony w kalendarz szczepień dziecięcych oraz badania nad autyzmem. Rozporządzenie może zostać ogłoszone już w przyszłym tygodniu. Pewnie wielu z Was zapyta: co mnie to obchodzi? To dotyczy amerykańskich obywateli, ich dzieci i szczepień. Tak, to prawda, ale konsekwencje, co już wcześniej wspomniałem, wychodzą poza medycynę, bo dotyczą propagacji informacji we współczesnym świecie.

    Problem polega na tym, że rzekomy związek między szczepionkami a autyzmem to najbardziej znany medyczny fake news w historii. Został wielokrotnie obalony przez dziesiątki rygorystycznych badań obejmujących miliony dzieci na całym świecie. Cała narracja opiera się na jednym, sfałszowanym i wycofanym przed laty artykule naukowym, którego autor (wspomniany Wakefield) został ostatecznie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza.

    Prezydenckie ambicje kosztem nauki

    Amerykańskie środowiska medyczne, naukowcy i organizacje zrzeszające pacjentów z autyzmem stanowczo potępiają te działania, nazywając je marnowaniem cennego czasu i zasobów, które powinny być przeznaczone na szukanie prawdziwych przyczyn zaburzeń. Skąd więc tak silne parcie na legislację?

    Według dziennika „The Wall Street Journal”, inicjatywa płynie bezpośrednio od prezydenta, który rzekomo chce zapisać się w historii jako polityk, który „wyleczył autyzm” poprzez ograniczenie programów szczepień. Istotną rolę odgrywa tu również Robert F. Kennedy Jr., znany ze swoich radykalnych poglądów antyszczepionkowych, który odpowiada w administracji za kwestie zdrowotne. Choć ten ostatni ostatnio zmienił mocno swoją retorykę w obliczu rozpędzającej się (w rzeczy samej największej od… 35 lat!) epidemii odry w USA publicznie wzywając (m.in. na antenie CNN) amerykańskich rodziców, by jednak szczepili swoje dzieci na odrę. Jednak raczej zrobił to nie ze względu na zmianę własnych przekonań, co po prostu ochronę własnego stołka… To jednak nie jest tematem mojego wywodu. Czas odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, jakie znaczenie ma planowany przez amerykańską administrację dekret dla nas?

    Dlaczego to dotyczy również nas?

    Otóż większość platform społecznościowych dostarczających informacje w cyberprzestrzeni to platformy amerykańskie. YouTube, Google (Alphabet), Facebook, Threads (Meta), X itp.  Zatem decyzje z Gabinetu Owalnego mają bezpośredni wpływ na to, jak globalne platformy technologiczne radzą sobie z moderacją treści. Kiedy medyczna dezinformacja staje się oficjalnym stanowiskiem rządu USA, korporacjom znacznie trudniej jest blokować i oznaczać takie treści jako szkodliwe. Rozumiecie? Algorytmy platform mogą oczywiście oznaczać lub ograniczać takie treści, ale kiedy dezinformacja pochodzi bezpośrednio od władz państwa, z którego te platformy się wywodzą, granica między moderacją szkodliwej informacji a ograniczaniem oficjalnego komunikatu władzy staje się znacznie trudniejsza do wyznaczenia.

    To z kolei otwiera furtkę do zalewu pseudonaukowych teorii spiskowych w każdym zakątku internetu, bezpowrotnie podważając zaufanie do współczesnej medycyny. Co gorsza, ten zalew może być dziś produkowany na skalę nie notowaną w historii ludzkości. Jak to wpłynie na nas wszystkich? Zostawiam Was z tym pytaniem…

    Sumienie AI

    #algorytmySpołecznościowe #BigTech #fakeNews #felieton #globalnaDezinformacja #moderacjaTreści #socialMedia #szczepionkiAAutyzm
  34. Trump i szczepionki, czyli jak globalna dezinformacja wchodzi na najwyższy szczebel

    Internet nie ma granic. Kiedy w Stanach Zjednoczonych na najwyższych szczeblach władzy zapada decyzja o oficjalnym wsparciu dla dawno obalonych, szkodliwych teorii spiskowych, fala uderzeniowa dociera do algorytmów na całym świecie. To nie jest tekst o Białym Domu, to jest tekst o tym, co odczujesz Ty i Twoi bliscy.

    Jak donoszą amerykańskie media, Biały Dom pracuje nad rozporządzeniem wykonawczym, które ma instytucjonalnie powiązać szczepienia ochronne z autyzmem. Każdy kto zna historię największego fałszu w medycynie (praca Wakefielda) łapie się w tym momencie za głowę. Ale, Moi Drodzy! To nie o autyzm i szczepionki tu chodzi.

    Problem w naszym zalgorytmizowanym i zdigitalizowanym coraz bardziej świecie staje się znacznie poważniejszy, niżby sam wydawca dekretów w Waszyngtonie mógł przewidywać. To przede wszystkim fatalna wiadomość dla globalnej walki z dezinformacją, głównie naukową, ale tak naprawdę… jakąkolwiek.

    Co gorsza wszystko się dzieje w sytuacji, gdy obecnie ludzkość dysponuje narzędziami pozwalającymi jej fałszować rzeczywistość na nigdy niespotykaną wcześniej skalę… Zacznijmy jednak od tego, co się właściwie wydarzyło.

    Polityka oparta na sfałszowanych badaniach

    Jak wynika z niezależnych raportów „The Washington Post” oraz agencji Bloomberg, administracja Donalda Trumpa przygotowuje dokument wymierzony w kalendarz szczepień dziecięcych oraz badania nad autyzmem. Rozporządzenie może zostać ogłoszone już w przyszłym tygodniu. Pewnie wielu z Was zapyta: co mnie to obchodzi? To dotyczy amerykańskich obywateli, ich dzieci i szczepień. Tak, to prawda, ale konsekwencje, co już wcześniej wspomniałem, wychodzą poza medycynę, bo dotyczą propagacji informacji we współczesnym świecie.

    Problem polega na tym, że rzekomy związek między szczepionkami a autyzmem to najbardziej znany medyczny fake news w historii. Został wielokrotnie obalony przez dziesiątki rygorystycznych badań obejmujących miliony dzieci na całym świecie. Cała narracja opiera się na jednym, sfałszowanym i wycofanym przed laty artykule naukowym, którego autor (wspomniany Wakefield) został ostatecznie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza.

    Prezydenckie ambicje kosztem nauki

    Amerykańskie środowiska medyczne, naukowcy i organizacje zrzeszające pacjentów z autyzmem stanowczo potępiają te działania, nazywając je marnowaniem cennego czasu i zasobów, które powinny być przeznaczone na szukanie prawdziwych przyczyn zaburzeń. Skąd więc tak silne parcie na legislację?

    Według dziennika „The Wall Street Journal”, inicjatywa płynie bezpośrednio od prezydenta, który rzekomo chce zapisać się w historii jako polityk, który „wyleczył autyzm” poprzez ograniczenie programów szczepień. Istotną rolę odgrywa tu również Robert F. Kennedy Jr., znany ze swoich radykalnych poglądów antyszczepionkowych, który odpowiada w administracji za kwestie zdrowotne. Choć ten ostatni ostatnio zmienił mocno swoją retorykę w obliczu rozpędzającej się (w rzeczy samej największej od… 35 lat!) epidemii odry w USA publicznie wzywając (m.in. na antenie CNN) amerykańskich rodziców, by jednak szczepili swoje dzieci na odrę. Jednak raczej zrobił to nie ze względu na zmianę własnych przekonań, co po prostu ochronę własnego stołka… To jednak nie jest tematem mojego wywodu. Czas odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, jakie znaczenie ma planowany przez amerykańską administrację dekret dla nas?

    Dlaczego to dotyczy również nas?

    Otóż większość platform społecznościowych dostarczających informacje w cyberprzestrzeni to platformy amerykańskie. YouTube, Google (Alphabet), Facebook, Threads (Meta), X itp.  Zatem decyzje z Gabinetu Owalnego mają bezpośredni wpływ na to, jak globalne platformy technologiczne radzą sobie z moderacją treści. Kiedy medyczna dezinformacja staje się oficjalnym stanowiskiem rządu USA, korporacjom znacznie trudniej jest blokować i oznaczać takie treści jako szkodliwe. Rozumiecie? Algorytmy platform mogą oczywiście oznaczać lub ograniczać takie treści, ale kiedy dezinformacja pochodzi bezpośrednio od władz państwa, z którego te platformy się wywodzą, granica między moderacją szkodliwej informacji a ograniczaniem oficjalnego komunikatu władzy staje się znacznie trudniejsza do wyznaczenia.

    To z kolei otwiera furtkę do zalewu pseudonaukowych teorii spiskowych w każdym zakątku internetu, bezpowrotnie podważając zaufanie do współczesnej medycyny. Co gorsza, ten zalew może być dziś produkowany na skalę nie notowaną w historii ludzkości. Jak to wpłynie na nas wszystkich? Zostawiam Was z tym pytaniem…

    Sumienie AI

    #algorytmySpołecznościowe #BigTech #fakeNews #felieton #globalnaDezinformacja #moderacjaTreści #socialMedia #szczepionkiAAutyzm
  35. Trump i szczepionki, czyli jak globalna dezinformacja wchodzi na najwyższy szczebel

    Internet nie ma granic. Kiedy w Stanach Zjednoczonych na najwyższych szczeblach władzy zapada decyzja o oficjalnym wsparciu dla dawno obalonych, szkodliwych teorii spiskowych, fala uderzeniowa dociera do algorytmów na całym świecie. To nie jest tekst o Białym Domu, to jest tekst o tym, co odczujesz Ty i Twoi bliscy.

    Jak donoszą amerykańskie media, Biały Dom pracuje nad rozporządzeniem wykonawczym, które ma instytucjonalnie powiązać szczepienia ochronne z autyzmem. Każdy kto zna historię największego fałszu w medycynie (praca Wakefielda) łapie się w tym momencie za głowę. Ale, Moi Drodzy! To nie o autyzm i szczepionki tu chodzi.

    Problem w naszym zalgorytmizowanym i zdigitalizowanym coraz bardziej świecie staje się znacznie poważniejszy, niżby sam wydawca dekretów w Waszyngtonie mógł przewidywać. To przede wszystkim fatalna wiadomość dla globalnej walki z dezinformacją, głównie naukową, ale tak naprawdę… jakąkolwiek.

    Co gorsza wszystko się dzieje w sytuacji, gdy obecnie ludzkość dysponuje narzędziami pozwalającymi jej fałszować rzeczywistość na nigdy niespotykaną wcześniej skalę… Zacznijmy jednak od tego, co się właściwie wydarzyło.

    Polityka oparta na sfałszowanych badaniach

    Jak wynika z niezależnych raportów „The Washington Post” oraz agencji Bloomberg, administracja Donalda Trumpa przygotowuje dokument wymierzony w kalendarz szczepień dziecięcych oraz badania nad autyzmem. Rozporządzenie może zostać ogłoszone już w przyszłym tygodniu. Pewnie wielu z Was zapyta: co mnie to obchodzi? To dotyczy amerykańskich obywateli, ich dzieci i szczepień. Tak, to prawda, ale konsekwencje, co już wcześniej wspomniałem, wychodzą poza medycynę, bo dotyczą propagacji informacji we współczesnym świecie.

    Problem polega na tym, że rzekomy związek między szczepionkami a autyzmem to najbardziej znany medyczny fake news w historii. Został wielokrotnie obalony przez dziesiątki rygorystycznych badań obejmujących miliony dzieci na całym świecie. Cała narracja opiera się na jednym, sfałszowanym i wycofanym przed laty artykule naukowym, którego autor (wspomniany Wakefield) został ostatecznie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza.

    Prezydenckie ambicje kosztem nauki

    Amerykańskie środowiska medyczne, naukowcy i organizacje zrzeszające pacjentów z autyzmem stanowczo potępiają te działania, nazywając je marnowaniem cennego czasu i zasobów, które powinny być przeznaczone na szukanie prawdziwych przyczyn zaburzeń. Skąd więc tak silne parcie na legislację?

    Według dziennika „The Wall Street Journal”, inicjatywa płynie bezpośrednio od prezydenta, który rzekomo chce zapisać się w historii jako polityk, który „wyleczył autyzm” poprzez ograniczenie programów szczepień. Istotną rolę odgrywa tu również Robert F. Kennedy Jr., znany ze swoich radykalnych poglądów antyszczepionkowych, który odpowiada w administracji za kwestie zdrowotne. Choć ten ostatni ostatnio zmienił mocno swoją retorykę w obliczu rozpędzającej się (w rzeczy samej największej od… 35 lat!) epidemii odry w USA publicznie wzywając (m.in. na antenie CNN) amerykańskich rodziców, by jednak szczepili swoje dzieci na odrę. Jednak raczej zrobił to nie ze względu na zmianę własnych przekonań, co po prostu ochronę własnego stołka… To jednak nie jest tematem mojego wywodu. Czas odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, jakie znaczenie ma planowany przez amerykańską administrację dekret dla nas?

    Dlaczego to dotyczy również nas?

    Otóż większość platform społecznościowych dostarczających informacje w cyberprzestrzeni to platformy amerykańskie. YouTube, Google (Alphabet), Facebook, Threads (Meta), X itp.  Zatem decyzje z Gabinetu Owalnego mają bezpośredni wpływ na to, jak globalne platformy technologiczne radzą sobie z moderacją treści. Kiedy medyczna dezinformacja staje się oficjalnym stanowiskiem rządu USA, korporacjom znacznie trudniej jest blokować i oznaczać takie treści jako szkodliwe. Rozumiecie? Algorytmy platform mogą oczywiście oznaczać lub ograniczać takie treści, ale kiedy dezinformacja pochodzi bezpośrednio od władz państwa, z którego te platformy się wywodzą, granica między moderacją szkodliwej informacji a ograniczaniem oficjalnego komunikatu władzy staje się znacznie trudniejsza do wyznaczenia.

    To z kolei otwiera furtkę do zalewu pseudonaukowych teorii spiskowych w każdym zakątku internetu, bezpowrotnie podważając zaufanie do współczesnej medycyny. Co gorsza, ten zalew może być dziś produkowany na skalę nie notowaną w historii ludzkości. Jak to wpłynie na nas wszystkich? Zostawiam Was z tym pytaniem…

    Sumienie AI

    #algorytmySpołecznościowe #BigTech #fakeNews #felieton #globalnaDezinformacja #moderacjaTreści #socialMedia #szczepionkiAAutyzm
  36. Trump i szczepionki, czyli jak globalna dezinformacja wchodzi na najwyższy szczebel

    Internet nie ma granic. Kiedy w Stanach Zjednoczonych na najwyższych szczeblach władzy zapada decyzja o oficjalnym wsparciu dla dawno obalonych, szkodliwych teorii spiskowych, fala uderzeniowa dociera do algorytmów na całym świecie. To nie jest tekst o Białym Domu, to jest tekst o tym, co odczujesz Ty i Twoi bliscy.

    Jak donoszą amerykańskie media, Biały Dom pracuje nad rozporządzeniem wykonawczym, które ma instytucjonalnie powiązać szczepienia ochronne z autyzmem. Każdy kto zna historię największego fałszu w medycynie (praca Wakefielda) łapie się w tym momencie za głowę. Ale, Moi Drodzy! To nie o autyzm i szczepionki tu chodzi.

    Problem w naszym zalgorytmizowanym i zdigitalizowanym coraz bardziej świecie staje się znacznie poważniejszy, niżby sam wydawca dekretów w Waszyngtonie mógł przewidywać. To przede wszystkim fatalna wiadomość dla globalnej walki z dezinformacją, głównie naukową, ale tak naprawdę… jakąkolwiek.

    Co gorsza wszystko się dzieje w sytuacji, gdy obecnie ludzkość dysponuje narzędziami pozwalającymi jej fałszować rzeczywistość na nigdy niespotykaną wcześniej skalę… Zacznijmy jednak od tego, co się właściwie wydarzyło.

    Polityka oparta na sfałszowanych badaniach

    Jak wynika z niezależnych raportów „The Washington Post” oraz agencji Bloomberg, administracja Donalda Trumpa przygotowuje dokument wymierzony w kalendarz szczepień dziecięcych oraz badania nad autyzmem. Rozporządzenie może zostać ogłoszone już w przyszłym tygodniu. Pewnie wielu z Was zapyta: co mnie to obchodzi? To dotyczy amerykańskich obywateli, ich dzieci i szczepień. Tak, to prawda, ale konsekwencje, co już wcześniej wspomniałem, wychodzą poza medycynę, bo dotyczą propagacji informacji we współczesnym świecie.

    Problem polega na tym, że rzekomy związek między szczepionkami a autyzmem to najbardziej znany medyczny fake news w historii. Został wielokrotnie obalony przez dziesiątki rygorystycznych badań obejmujących miliony dzieci na całym świecie. Cała narracja opiera się na jednym, sfałszowanym i wycofanym przed laty artykule naukowym, którego autor (wspomniany Wakefield) został ostatecznie pozbawiony prawa wykonywania zawodu lekarza.

    Prezydenckie ambicje kosztem nauki

    Amerykańskie środowiska medyczne, naukowcy i organizacje zrzeszające pacjentów z autyzmem stanowczo potępiają te działania, nazywając je marnowaniem cennego czasu i zasobów, które powinny być przeznaczone na szukanie prawdziwych przyczyn zaburzeń. Skąd więc tak silne parcie na legislację?

    Według dziennika „The Wall Street Journal”, inicjatywa płynie bezpośrednio od prezydenta, który rzekomo chce zapisać się w historii jako polityk, który „wyleczył autyzm” poprzez ograniczenie programów szczepień. Istotną rolę odgrywa tu również Robert F. Kennedy Jr., znany ze swoich radykalnych poglądów antyszczepionkowych, który odpowiada w administracji za kwestie zdrowotne. Choć ten ostatni ostatnio zmienił mocno swoją retorykę w obliczu rozpędzającej się (w rzeczy samej największej od… 35 lat!) epidemii odry w USA publicznie wzywając (m.in. na antenie CNN) amerykańskich rodziców, by jednak szczepili swoje dzieci na odrę. Jednak raczej zrobił to nie ze względu na zmianę własnych przekonań, co po prostu ochronę własnego stołka… To jednak nie jest tematem mojego wywodu. Czas odpowiedzieć na jedno ważne pytanie, jakie znaczenie ma planowany przez amerykańską administrację dekret dla nas?

    Dlaczego to dotyczy również nas?

    Otóż większość platform społecznościowych dostarczających informacje w cyberprzestrzeni to platformy amerykańskie. YouTube, Google (Alphabet), Facebook, Threads (Meta), X itp.  Zatem decyzje z Gabinetu Owalnego mają bezpośredni wpływ na to, jak globalne platformy technologiczne radzą sobie z moderacją treści. Kiedy medyczna dezinformacja staje się oficjalnym stanowiskiem rządu USA, korporacjom znacznie trudniej jest blokować i oznaczać takie treści jako szkodliwe. Rozumiecie? Algorytmy platform mogą oczywiście oznaczać lub ograniczać takie treści, ale kiedy dezinformacja pochodzi bezpośrednio od władz państwa, z którego te platformy się wywodzą, granica między moderacją szkodliwej informacji a ograniczaniem oficjalnego komunikatu władzy staje się znacznie trudniejsza do wyznaczenia.

    To z kolei otwiera furtkę do zalewu pseudonaukowych teorii spiskowych w każdym zakątku internetu, bezpowrotnie podważając zaufanie do współczesnej medycyny. Co gorsza, ten zalew może być dziś produkowany na skalę nie notowaną w historii ludzkości. Jak to wpłynie na nas wszystkich? Zostawiam Was z tym pytaniem…

    Sumienie AI

    #algorytmySpołecznościowe #BigTech #fakeNews #felieton #globalnaDezinformacja #moderacjaTreści #socialMedia #szczepionkiAAutyzm
  37. Felietony:
    »Adam Cebula „Niepokoje niepiśmiennego”«

    Przypomniałem sobie, jak parę dziesiątek lat temu służyłem na poczcie pomocą starszemu (ale młodszemu niż ja dziś) człowiekowi w wypełnianiu jakichś druczków. Trzeba było to zrobić czytelnie, a biedak niewprawnymi rękami stawiał kulfony. Przeleciało trochę czasu i wyszło na to, że to ja jestem funkcjonalnie niepiśmienny...

    fahrenheit.net.pl/publicystyka

    #Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #DonaldTrump #ArtemisII #Niepokojeniepiśmiennego #ropa #smartphone

  38. Felietony:
    »Adam Cebula „Niepokoje niepiśmiennego”«

    Przypomniałem sobie, jak parę dziesiątek lat temu służyłem na poczcie pomocą starszemu (ale młodszemu niż ja dziś) człowiekowi w wypełnianiu jakichś druczków. Trzeba było to zrobić czytelnie, a biedak niewprawnymi rękami stawiał kulfony. Przeleciało trochę czasu i wyszło na to, że to ja jestem funkcjonalnie niepiśmienny...

    fahrenheit.net.pl/publicystyka

    #Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #DonaldTrump #ArtemisII #Niepokojeniepiśmiennego #ropa #smartphone

  39. Felietony:
    »Adam Cebula „Niepokoje niepiśmiennego”«

    Przypomniałem sobie, jak parę dziesiątek lat temu służyłem na poczcie pomocą starszemu (ale młodszemu niż ja dziś) człowiekowi w wypełnianiu jakichś druczków. Trzeba było to zrobić czytelnie, a biedak niewprawnymi rękami stawiał kulfony. Przeleciało trochę czasu i wyszło na to, że to ja jestem funkcjonalnie niepiśmienny...

    fahrenheit.net.pl/publicystyka

    #Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #DonaldTrump #ArtemisII #Niepokojeniepiśmiennego #ropa #smartphone

  40. Felietony:
    »Adam Cebula „Niepokoje niepiśmiennego”«

    Przypomniałem sobie, jak parę dziesiątek lat temu służyłem na poczcie pomocą starszemu (ale młodszemu niż ja dziś) człowiekowi w wypełnianiu jakichś druczków. Trzeba było to zrobić czytelnie, a biedak niewprawnymi rękami stawiał kulfony. Przeleciało trochę czasu i wyszło na to, że to ja jestem funkcjonalnie niepiśmienny...

    fahrenheit.net.pl/publicystyka

    #Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #DonaldTrump #ArtemisII #Niepokojeniepiśmiennego #ropa #smartphone

  41. Felietony:
    »Adam Cebula „Niepokoje niepiśmiennego”«

    Przypomniałem sobie, jak parę dziesiątek lat temu służyłem na poczcie pomocą starszemu (ale młodszemu niż ja dziś) człowiekowi w wypełnianiu jakichś druczków. Trzeba było to zrobić czytelnie, a biedak niewprawnymi rękami stawiał kulfony. Przeleciało trochę czasu i wyszło na to, że to ja jestem funkcjonalnie niepiśmienny...

    fahrenheit.net.pl/publicystyka

    #Fahrenheit_zin #AdamCebula #felieton #DonaldTrump #ArtemisII #Niepokojeniepiśmiennego #ropa #smartphone

  42. gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-

    "Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

    #GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

  43. gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-

    "Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

    #GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

  44. gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-

    "Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

    #GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

  45. gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-

    "Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

    #GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

  46. gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-

    "Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

    #GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

  47. MacBook Neo nie zabije iPada

    Premiera MacBook Neo wywołała sporo zamieszania. Internet – jak zwykle – szybko podzielił się na dwa obozy. Jedni twierdzą, że to genialny ruch Apple i najciekawszy tani Mac od lat. Drudzy przekonują, że to początek końca iPada, bo „po co tablet, skoro za podobne pieniądze można mieć komputer”.

    Prawda jest jednak dużo bardziej skomplikowana. A właściwie – dużo prostsza.

    Najtańszy Mac od lat

    Zacznijmy od tego, że Neo faktycznie jest produktem, który może namieszać na rynku. Szczególnie w edukacji. Apple od dawna próbuje odzyskać tam wpływy, które lata temu przejęły Chromebooki.

    Wystarczy spojrzeć na ceny w Stanach Zjednoczonych. Tam ChromeOS i tanie laptopy z nim stały się szkolnym standardem. W wielu szkołach uczniowie dostają właśnie Chromebooka – lekkiego, taniego i w zasadzie ograniczonego do pracy w przeglądarce.

    I nagle pojawia się MacBook Neo.

    Pełnoprawny Mac. Z prawdziwym systemem operacyjnym, czyli macOS. Z dostępem do profesjonalnych aplikacji. Z metalową obudową. Z designem, którego nie trzeba się wstydzić.

    W dodatku w cenie, która w ofercie edukacyjnej jest jeszcze niższa – Apple tradycyjnie dorzuca w Polsce około 500 zł zniżki dla studentów i uczniów, podobnie jest w USA.

    Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „w tej cenie kupię poleasingowego ThinkPada i będzie dużo lepszy”.

    Może i tak.

    Ale nie będzie miał tego samego vibe’u. Nie będzie w całości aluminiowy. Nie będzie dostępny w tych charakterystycznych kolorach Apple. I – co dla wielu osób jest ważniejsze niż parametry – nie będzie po prostu… MacBookiem.

    Apple potrafi robić sprzęt

    Jedną z rzeczy, które Apple robi najlepiej od lat, jest hardware. I Neo jest tego świetnym przykładem.

    Aluminiowa konstrukcja, precyzyjne spasowanie elementów, charakterystyczny zawias, który można otworzyć jedną ręką – to detale, które w praktyce robią ogromną różnicę. Dopiero kiedy człowiek zaczyna korzystać z takiego komputera na co dzień, rozumie, dlaczego użytkownicy Apple tak bardzo przywiązują się do tych urządzeń.

    Nie chodzi tylko o wygląd. Chodzi o doświadczenie.

    Podnosisz pokrywę jedną ręką. Laptop wybudza się natychmiast. Touchpad działa perfekcyjnie. Klawiatura jest przewidywalna i wygodna.

    To wszystko razem tworzy coś, co trudno zmierzyć benchmarkiem.

    A18 Pro w laptopie brzmi jak żart

    Najbardziej zaskakującą decyzją Apple jest jednak procesor.

    Neo korzysta z układu A18 Pro – tego samego, który napędza zeszłorocznego flagowego iPhone’a, czyli iPhone 16 Pro.

    Jeszcze kilka lat temu pomysł, żeby laptop był zasilany układem z telefonu, brzmiałby absurdalnie. Dziś nikogo to już specjalnie nie dziwi – szczególnie po sukcesie procesorów Apple Silicon.

    W sieci szybko pojawiły się testy. I są one… zaskakująco dobre.

    Recenzenci pokazują, że Neo radzi sobie z:

    • montażem wideo w Final Cut Pro
    • renderowaniem scen w Blender
    • uruchamianiem gier AAA przez CrossOver

    Oczywiście nie jest to poziom MacBook Pro z procesorem z serii M. Ale jak na komputer w tej cenie – wyniki są imponujące.

    Co ciekawe, w niektórych syntetycznych testach Neo potrafi wypaść lepiej niż starsze konfiguracje MacBooków Pro z procesorem M1 Pro. Sam korzystam z takiego MacBooka i widząc te wyniki, musiałem dwa razy sprawdzić, czy to nie pomyłka.

    8 GB RAM i sztuczna inteligencja

    Pojawia się oczywiście klasyczny zarzut: 8 GB RAM.

    W świecie komputerów od lat powtarza się, że to za mało. Szczególnie w erze sztucznej inteligencji.

    I jest w tym sporo prawdy. Ale tylko częściowo.

    Po pierwsze – ogromna część użytkowników nigdy nie wykorzystuje więcej pamięci. Po drugie – Apple od lat bardzo agresywnie zarządza pamięcią w macOS.

    Po trzecie – A18 Pro ma bardzo mocny Neural Engine zaprojektowany właśnie pod zadania związane z Ai. W Stanach Zjednoczonych, gdzie funkcje Apple Intelligence działają, ten układ radzi sobie z nimi naprawdę dobrze.

    W Europie oczywiście mamy ograniczenia regulacyjne, więc część funkcji nadal jest niedostępna. Ale to raczej kwestia czasu.

    Czy Neo zabije iPada?

    I tu dochodzimy do sedna.

    Od momentu premiery pojawiają się opinie, że MacBook Neo zabije iPada. Albo przynajmniej poważnie go skanibalizuje.

    Moim zdaniem to kompletnie błędna teza.

    Po pierwsze – iPad to zupełnie inne urządzenie. Po drugie – trafia do zupełnie innych użytkowników.

    iPad jest przede wszystkim bardziej mobilny. Lżejszy. Mniejszy. Bardziej naturalny w użyciu w wielu codziennych sytuacjach.

    Czytanie książek? iPad. Przeglądanie internetu na kanapie? iPad. Oglądanie filmów w samolocie lub pociągu? iPad. Robienie odręcznych notatek? iPad.

    Dzięki Apple Pencil można rysować, szkicować, notować w sposób, którego żaden laptop nie zastąpi.

    A jeśli dodamy do tego klawiaturę Magic Keyboard, iPad zaczyna być również całkiem sensownym narzędziem do pracy.

    Tablet to inny sposób myślenia

    Największy problem w tej dyskusji polega na tym, że wiele osób nigdy nie korzystało z iPada w sposób, w jaki został zaprojektowany.

    Dla nich to po prostu „duży telefon”.

    Tymczasem dla wielu użytkowników – w tym dla mnie – iPad jest urządzeniem pierwszego kontaktu z technologią w ciągu dnia. To sprzęt, po który sięgam rano do czytania. W ciągu dnia do pracy. Wieczorem do oglądania seriali. W podróży do pracy i rozrywki.

    Laptop w takich sytuacjach jest po prostu dla mnie mniej wygodny.

    I dlatego osoby, które nie złapały „vibe’u” iPada, często nie rozumieją jego sensu. Patrzą na specyfikację i dochodzą do wniosku, że laptop jest „lepszy”.

    Tyle że to zupełnie inne doświadczenie.

    Neo jest dla nowych użytkowników

    MacBook Neo ma bardzo konkretną rolę w portfolio Apple.

    To komputer dla nowych użytkowników.

    Dla uczniów. Dla studentów. Dla osób, które kupują swojego pierwszego Maca.

    Szczególnie w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej równowartość około 600 USD nie jest dla wielu osób wielkim wydatkiem. To poziom ceny, który pozwala Apple wprowadzać ludzi do swojego ekosystemu dużo wcześniej.

    I to jest genialna strategia.

    Bo ktoś, kto zacznie od taniego MacBooka, prędzej czy później kupi iPhone’a. Apple Watcha. AirPods. A może właśnie… iPada.

    iPad jest dla tych, którzy już tu są

    Tablet Apple pełni w tym ekosystemie zupełnie inną rolę.

    To urządzenie dla ludzi, którzy już są w świecie Apple i czują się w nim jak ryba w wodzie.

    Często mają już Maca. Często mają już iPhone’a.

    I właśnie dlatego iPad staje się dla nich idealnym uzupełnieniem – lekkim, mobilnym, wygodnym.

    Dlatego nie wierzę w scenariusz, w którym MacBook Neo „zabija” iPada.

    Te dwa urządzenia będą funkcjonować obok siebie. Równolegle. Każde w swojej kategorii.

    Neo otworzy drzwi do ekosystemu Apple dla nowych użytkowników.

    A iPad nadal będzie jednym z najbardziej unikalnych urządzeń, jakie Apple kiedykolwiek stworzyło. I jednym z tych, które – jeśli już złapiesz jego rytm – trudno później zastąpić czymkolwiek innym.

    … tymczasem czekamy na nasze testy Macbooka Neo, które pojawią się już niedługo na www i w zbliżającym się, kwietniowym wydaniu iMagazine.

    MacBook Neo – najtańszy MacBook w historii Apple?

    iPad Air 11″ M4 – pierwszy raz od dekady naprawdę rozważam odejście z linii Pro

    #felieton #iPad #iPadAir #iPadPro #MacbookNeo
  48. MacBook Neo nie zabije iPada

    Premiera MacBook Neo wywołała sporo zamieszania. Internet – jak zwykle – szybko podzielił się na dwa obozy. Jedni twierdzą, że to genialny ruch Apple i najciekawszy tani Mac od lat. Drudzy przekonują, że to początek końca iPada, bo „po co tablet, skoro za podobne pieniądze można mieć komputer”.

    Prawda jest jednak dużo bardziej skomplikowana. A właściwie – dużo prostsza.

    Najtańszy Mac od lat

    Zacznijmy od tego, że Neo faktycznie jest produktem, który może namieszać na rynku. Szczególnie w edukacji. Apple od dawna próbuje odzyskać tam wpływy, które lata temu przejęły Chromebooki.

    Wystarczy spojrzeć na ceny w Stanach Zjednoczonych. Tam ChromeOS i tanie laptopy z nim stały się szkolnym standardem. W wielu szkołach uczniowie dostają właśnie Chromebooka – lekkiego, taniego i w zasadzie ograniczonego do pracy w przeglądarce.

    I nagle pojawia się MacBook Neo.

    Pełnoprawny Mac. Z prawdziwym systemem operacyjnym, czyli macOS. Z dostępem do profesjonalnych aplikacji. Z metalową obudową. Z designem, którego nie trzeba się wstydzić.

    W dodatku w cenie, która w ofercie edukacyjnej jest jeszcze niższa – Apple tradycyjnie dorzuca w Polsce około 500 zł zniżki dla studentów i uczniów, podobnie jest w USA.

    Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „w tej cenie kupię poleasingowego ThinkPada i będzie dużo lepszy”.

    Może i tak.

    Ale nie będzie miał tego samego vibe’u. Nie będzie w całości aluminiowy. Nie będzie dostępny w tych charakterystycznych kolorach Apple. I – co dla wielu osób jest ważniejsze niż parametry – nie będzie po prostu… MacBookiem.

    Apple potrafi robić sprzęt

    Jedną z rzeczy, które Apple robi najlepiej od lat, jest hardware. I Neo jest tego świetnym przykładem.

    Aluminiowa konstrukcja, precyzyjne spasowanie elementów, charakterystyczny zawias, który można otworzyć jedną ręką – to detale, które w praktyce robią ogromną różnicę. Dopiero kiedy człowiek zaczyna korzystać z takiego komputera na co dzień, rozumie, dlaczego użytkownicy Apple tak bardzo przywiązują się do tych urządzeń.

    Nie chodzi tylko o wygląd. Chodzi o doświadczenie.

    Podnosisz pokrywę jedną ręką. Laptop wybudza się natychmiast. Touchpad działa perfekcyjnie. Klawiatura jest przewidywalna i wygodna.

    To wszystko razem tworzy coś, co trudno zmierzyć benchmarkiem.

    A18 Pro w laptopie brzmi jak żart

    Najbardziej zaskakującą decyzją Apple jest jednak procesor.

    Neo korzysta z układu A18 Pro – tego samego, który napędza zeszłorocznego flagowego iPhone’a, czyli iPhone 16 Pro.

    Jeszcze kilka lat temu pomysł, żeby laptop był zasilany układem z telefonu, brzmiałby absurdalnie. Dziś nikogo to już specjalnie nie dziwi – szczególnie po sukcesie procesorów Apple Silicon.

    W sieci szybko pojawiły się testy. I są one… zaskakująco dobre.

    Recenzenci pokazują, że Neo radzi sobie z:

    • montażem wideo w Final Cut Pro
    • renderowaniem scen w Blender
    • uruchamianiem gier AAA przez CrossOver

    Oczywiście nie jest to poziom MacBook Pro z procesorem z serii M. Ale jak na komputer w tej cenie – wyniki są imponujące.

    Co ciekawe, w niektórych syntetycznych testach Neo potrafi wypaść lepiej niż starsze konfiguracje MacBooków Pro z procesorem M1 Pro. Sam korzystam z takiego MacBooka i widząc te wyniki, musiałem dwa razy sprawdzić, czy to nie pomyłka.

    8 GB RAM i sztuczna inteligencja

    Pojawia się oczywiście klasyczny zarzut: 8 GB RAM.

    W świecie komputerów od lat powtarza się, że to za mało. Szczególnie w erze sztucznej inteligencji.

    I jest w tym sporo prawdy. Ale tylko częściowo.

    Po pierwsze – ogromna część użytkowników nigdy nie wykorzystuje więcej pamięci. Po drugie – Apple od lat bardzo agresywnie zarządza pamięcią w macOS.

    Po trzecie – A18 Pro ma bardzo mocny Neural Engine zaprojektowany właśnie pod zadania związane z Ai. W Stanach Zjednoczonych, gdzie funkcje Apple Intelligence działają, ten układ radzi sobie z nimi naprawdę dobrze.

    W Europie oczywiście mamy ograniczenia regulacyjne, więc część funkcji nadal jest niedostępna. Ale to raczej kwestia czasu.

    Czy Neo zabije iPada?

    I tu dochodzimy do sedna.

    Od momentu premiery pojawiają się opinie, że MacBook Neo zabije iPada. Albo przynajmniej poważnie go skanibalizuje.

    Moim zdaniem to kompletnie błędna teza.

    Po pierwsze – iPad to zupełnie inne urządzenie. Po drugie – trafia do zupełnie innych użytkowników.

    iPad jest przede wszystkim bardziej mobilny. Lżejszy. Mniejszy. Bardziej naturalny w użyciu w wielu codziennych sytuacjach.

    Czytanie książek? iPad. Przeglądanie internetu na kanapie? iPad. Oglądanie filmów w samolocie lub pociągu? iPad. Robienie odręcznych notatek? iPad.

    Dzięki Apple Pencil można rysować, szkicować, notować w sposób, którego żaden laptop nie zastąpi.

    A jeśli dodamy do tego klawiaturę Magic Keyboard, iPad zaczyna być również całkiem sensownym narzędziem do pracy.

    Tablet to inny sposób myślenia

    Największy problem w tej dyskusji polega na tym, że wiele osób nigdy nie korzystało z iPada w sposób, w jaki został zaprojektowany.

    Dla nich to po prostu „duży telefon”.

    Tymczasem dla wielu użytkowników – w tym dla mnie – iPad jest urządzeniem pierwszego kontaktu z technologią w ciągu dnia. To sprzęt, po który sięgam rano do czytania. W ciągu dnia do pracy. Wieczorem do oglądania seriali. W podróży do pracy i rozrywki.

    Laptop w takich sytuacjach jest po prostu dla mnie mniej wygodny.

    I dlatego osoby, które nie złapały „vibe’u” iPada, często nie rozumieją jego sensu. Patrzą na specyfikację i dochodzą do wniosku, że laptop jest „lepszy”.

    Tyle że to zupełnie inne doświadczenie.

    Neo jest dla nowych użytkowników

    MacBook Neo ma bardzo konkretną rolę w portfolio Apple.

    To komputer dla nowych użytkowników.

    Dla uczniów. Dla studentów. Dla osób, które kupują swojego pierwszego Maca.

    Szczególnie w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej równowartość około 600 USD nie jest dla wielu osób wielkim wydatkiem. To poziom ceny, który pozwala Apple wprowadzać ludzi do swojego ekosystemu dużo wcześniej.

    I to jest genialna strategia.

    Bo ktoś, kto zacznie od taniego MacBooka, prędzej czy później kupi iPhone’a. Apple Watcha. AirPods. A może właśnie… iPada.

    iPad jest dla tych, którzy już tu są

    Tablet Apple pełni w tym ekosystemie zupełnie inną rolę.

    To urządzenie dla ludzi, którzy już są w świecie Apple i czują się w nim jak ryba w wodzie.

    Często mają już Maca. Często mają już iPhone’a.

    I właśnie dlatego iPad staje się dla nich idealnym uzupełnieniem – lekkim, mobilnym, wygodnym.

    Dlatego nie wierzę w scenariusz, w którym MacBook Neo „zabija” iPada.

    Te dwa urządzenia będą funkcjonować obok siebie. Równolegle. Każde w swojej kategorii.

    Neo otworzy drzwi do ekosystemu Apple dla nowych użytkowników.

    A iPad nadal będzie jednym z najbardziej unikalnych urządzeń, jakie Apple kiedykolwiek stworzyło. I jednym z tych, które – jeśli już złapiesz jego rytm – trudno później zastąpić czymkolwiek innym.

    … tymczasem czekamy na nasze testy Macbooka Neo, które pojawią się już niedługo na www i w zbliżającym się, kwietniowym wydaniu iMagazine.

    MacBook Neo – najtańszy MacBook w historii Apple?

    iPad Air 11″ M4 – pierwszy raz od dekady naprawdę rozważam odejście z linii Pro

    #felieton #iPad #iPadAir #iPadPro #MacbookNeo