home.social

Search

1000 results for “partyzan”

  1. Banner with Putin but with Hitler’s appearance (Vladolph Putler?) in the center of Poznań, Poland. Message in Polish & Ukrainian: “Russian War Criminal – Go F*** Yourself”

    In Poznan, Poland, a new poster hangs over a building under construction. Plain and simple message in Polish & Ukrainian: “Russian War Criminal – Go F*** Yourself”. Activists from the #PartyzankaMiejskaPoznań movement admit to hanging the banner. The sheet with the image of Putin as Hitler, covering more than half of the tenement house at Freedom Square (Plac Wolności), appeared in the middle of the night. The sentence is a is a homage to the Ukrainians who told Russian warship to […]

    streetartutopia.com/2022/03/18

  2. Afera z fotobudkami w USA to ostrzeżenie dla Polski. Twoje „weselne 360” też może latać po sieci

    W USA wybuchła afera po tym, jak operator fotobudek wystawił na widok publiczny 100 GB prywatnych zdjęć z wesel. „To w Ameryce” – powiesz. Ale w Polsce, gdzie króluje moda na foto i wideobudki 360, mechanizm jest identyczny. Podajesz numer telefonu, żeby dostać filmik, i tracisz kontrolę nad tym, kto go ogląda.

    Co się stało za oceanem?

    Joseph Cox z 404 Media ujawnił, że firma Curator Live, obsługująca tysiące imprez w USA, zostawiła „otwarte drzwi” do swojej chmury. Każdy, kto znał prosty schemat linku, mógł pobrać zdjęcia pijanych gości weselnych, fotki dzieci, a nawet numery telefonów przypisane do twarzy. Firma zignorowała zgłoszenia ekspertów od zabezpieczeń („Fix your s**t” – pisał jeden z nich), dopóki sprawa nie trafiła do mediów.

    Polski kontekst: boom na „360-tki”

    W Polsce tradycyjne fotobudki (drukujące paski zdjęć) są wypierane przez fotobudki 360. To te platformy z obrotowym ramieniem, które kręcą efektowne filmy w slow-motion. Problem? Tego nie da się wydrukować. Aby dostać film, musisz podać swój numer telefonu, e-mail lub zeskanować kod QR.

    I tu zaczynają się schody. Wiele małych firm obsługujących polskie wesela i studniówki korzysta z gotowego oprogramowania (często właśnie z USA, jak Curator, Snappic czy Touchpix) lub – co gorsza – z „partyzanckich” rozwiązań.

    Grzechy główne polskich operatorów

    Choć RODO w Polsce teoretycznie nas chroni, praktyka bywa przerażająca:

    • Otwarte dyski: bywa, że filmy z całej nocy lądują w jednym folderze na Dysku Google/Dropboxie, a link do niego („Pobierz swoje wideo”) jest publiczny. Każdy gość widzi filmy wszystkich innych.
    • Brak hasła: galeria online często nie jest zabezpieczona PIN-em. Wystarczy, że ktoś wrzuci link na Facebooka i nagle Twoje tańce ogląda pół Internetu.
    • Baza numerów: podając numer telefonu „do wysyłki filmu”, często nieświadomie wyrażamy zgodę na marketing. Nie zdziw się, jeśli za tydzień zadzwoni fotowoltaika.

    Jak się bawić i nie płakać?

    Jako redakcja technologiczna zalecamy „cyfrową higienę”, nawet po kilku toastach:

    • AirDrop / QuickShare: jeśli obsługa to oferuje – to najbezpieczniejsza opcja. Plik leci bezpośrednio na Twój telefon, bez chmury.
    • QR z ekranu: jeśli masz zeskanować kod z ekranu tabletu, żeby pobrać tylko swój plik – zrób to.
    • Nie podawaj numeru:jeśli jedyną opcją jest wpisanie numeru telefonu do tabletu podłączonego do sieci – zastanów się dwa razy.

    Wesele to prywatna impreza, ale chmura, do której trafiają zdjęcia, jest już publiczna. Warto o tym pamiętać, zanim założymy te śmieszne okulary.

    Sony World Photography Awards 2026. Młodzi gniewni fotografii wybrani – finał w kwietniu

    #CuratorLiveAfera #fotobudka360Bezpieczeństwo #news #prywatnośćWSieci #RODONaWeselu #wyciekZdjęćZFotobudki
  3. 🎥 Zanim powstał Matrix i Cyberpunk 2077: Czy Johnny Mnemonic to gniot?


    Johnny Mnemonic: Cyfrowy relikt, który zdefiniował estetykę Cyberpunka

    Lata 90. w kinie science-fiction były okresem osobliwym – czasem wielkich ambicji, które często zderzały się z ograniczeniami technologicznymi i narracyjną naiwnością. W samym centrum tej dekady, w 1995 roku, zrodził się „Johnny Mnemonic”. Film ten, choć przez wielu uważany za produkcję klasy B, z perspektywy czasu jawi się jako fascynujący dokument epoki i swego rodzaju „katapulta do sławy” dla gatunku, który dziś dominuje w popkulturze.

    Wizja roku 2021: Internet, faksy i kurierzy mnemoniczni

    Film, oparty na opowiadaniu Williama Gibsona – ojca chrzestnego cyberpunka – kreuje wizję przyszłości, która z dzisiejszej perspektywy wydaje się uroczo anachroniczna, a jednocześnie uderzająco prorocza. Akcja osadzona jest w roku 2021, świecie zdominowanym przez wszechobecne korporacje, globalną sieć i tajemniczą chorobę NAS (Nerve Attenuation Syndrome), będącą efektem „przebodźcowania” technologią.

    Główny bohater, Johnny (w tej roli młody Keanu Reeves), to kurier mnemoniczny. W świecie, gdzie internet jest monitorowany i niebezpieczny dla poufnych danych, jedynym sposobem na bezpieczny transport informacji jest ludzki mózg. Johnny posiada wszczepiony implant, który pozwala mu przechowywać gigabajty danych kosztem własnych wspomnień z dzieciństwa. To właśnie ten koncept – „wetware” zamiast software’u – stał się jednym z fundamentów estetyki, którą dekadę później w pełni wyeksploatował „Matrix”.

    Technologia na krawędzi parodii

    Oglądając „Johny’ego Mnemonika” dzisiaj, trudno nie uśmiechnąć się na widok technologicznych detali. Johnny operuje na oszałamiającej wówczas pojemności 80 gigabajtów, którą dzięki specjalnemu „doublerowi” (niczym programy kompresujące dane typu ZIP) próbuje zwiększyć do 160 GB. Gdy otrzymuje zlecenie na transport 320 GB, przekracza krytyczną barierę, co grozi mu śmiercią w ciągu 24 godzin z powodu wycieku pamięci.

    Sposób zabezpieczania danych również przypomina minioną epokę – kluczem szyfrującym są trzy klatki obrazu z telewizji, które następnie… wysyła się faksem do odbiorcy. Ten miks wysokiej technologii z analogowymi rozwiązaniami nadaje filmowi specyficzny, nieco surrealistyczny klimat. Mamy tu wirtualną rzeczywistość obsługiwaną za pomocą gogli i rękawic, która wygląda jak tania gra komputerowa, a z drugiej strony faksy i kserokopiarki pełniące kluczowe role w szpiegowskiej intrydze.

    Estetyka brudu: High Tech, Low Life

    „Johnny Mnemonic” to „czysty” cyberpunk w swoim najbardziej surowym wydaniu. Film świetnie oddaje kontrast między sterylnym światem korporacji (reprezentowanym przez garnitury i drogie hotele) a „niskim życiem” ulicy. Spotykamy tu Lo-Teków – grupę technologicznych partyzantów, którzy żyją w bazach zawieszonych na hakach pod zniszczonymi mostami. Ich liderem jest J-Bone (zagrany przez rapera Ice-T), postać emanująca luzem i autentycznością, wyróżniająca się na tle sztywnego aktorstwa reszty obsady.

    W tym brudnym świecie funkcjonują też „ripperdocowie” – lekarze-hakerzy, jak Spider, grany przez Henry’ego Rollinsa. Spider to postać, która mogłaby bez zmian przejść do gry Cyberpunk 2077; to on tłumaczy Johnny’emu naturę choroby NAS i próbuje pomóc mu przetrwać przeładowanie danymi.

    Galeria osobliwości i aktorski chaos

    Obsada filmu to prawdziwy kalejdoskop. Obok Keanu Reevesa, który w tamtym czasie dopiero szukał swojej drogi w kinie akcji i grał tutaj w sposób niezwykle spięty, pojawiają się ikony kina światowego. Takeshi Kitano, legenda japońskiego kina, wciela się w szefa Yakuzy, próbując nadać produkcji międzynarodowy sznyt. Z kolei Dolph Lundgren gra „Ulicznego Kaznodzieję” – nabitego implantami zabójcę o aparycji Jezusa, który z gigantycznym nożem w kształcie krucyfiksu kroczy przez miasto niczym niepowstrzymana siła natury.

    Najbardziej surrealistycznym elementem filmu jest jednak Jones – były wojskowy delfin z marynarki wojennej, zmanipulowany cybernetycznie, który okazuje się jedynym „hakerem” zdolnym do złamania kodu w głowie Johnny’ego. Jones to symbol dziwacznych pomysłów scenariuszowych lat 90., które dziś balansują na granicy geniuszu i kiczu.

    Manifest konsumpcjonizmu na wysypisku śmieci

    Jedną z najbardziej pamiętnych scen jest monolog Johnny’ego wygłoszony na stercie odpadów. Bohater, ścigany przez zabójców i walczący z własnym mózgiem, krzyczy o swojej tęsknocie za luksusem: „Chcę czystej pościeli, pokoju w hotelu, szampana i cholernego room service’u!”. To genialny moment dekonstrukcji bohatera cyberpunkowego – Johnny nie jest ideowcem walczącym z systemem. To zmęczony kurier, który chce po prostu wrócić do sterylnej wygody korporacyjnego świata, bo życie na marginesie jest dla niego zbyt brudne i męczące.

    Dziedzictwo Mnemonika

    „Johnny Mnemonic” był filmem, który „wybił zęby” o futrynę, ale jednocześnie otworzył drzwi dla innych. Bez niego prawdopodobnie nie byłoby „Matrixa” (który pożyczył od niego Reevesa i tematykę symulacji), a współczesne gry wideo nie miałyby tak gotowego zestawu wizualnych tropów. Choć fabuła bywa niespójna, a efekty specjalne trącą myszką, film ten pozostaje kluczowym elementem układanki science-fiction.

    To obraz świata, w którym lekarstwo na globalną pandemię jest ukrywane przez korporację, ponieważ leczenie objawowe przynosi większe zyski niż całkowite wyleczenie. Ten motyw konspiracji medycznej w połączeniu z buntem przeciwko cyfrowej inwigilacji sprawia, że „Johnny Mnemonic” – mimo całej swojej naiwności – pozostaje filmem zaskakująco aktualnym. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, skąd wzięły się neony, wszczepy i mroczna wizja przyszłości, która dziś, w epoce rzeczywistych gogli VR i sztucznej inteligencji, jest nam bliższa niż kiedykolwiek.

    Warto wrócić do tego tytułu, choćby po to, by zobaczyć, jak wyobrażano sobie rok 2021 z perspektywy lat 90. – i by docenić drogę, jaką przebyło kino, by od delfinów-hakerów dotrzeć do filozoficznych pytań o naturę człowieczeństwa w cyfrowym świecie.

    #Cyberpunk #Kino #TheGameIsNotOver
  4. Na dłuższe wolne zawsze warto gdzieś pojechać, w zeszłym roku myśląc tymże sposobem, padło na wycieczkę do Zakopanego. Połazić po górach, wleźć tam gdzie mnie jeszcze nie było, zobaczyć to czego jeszcze nie widziałem. I tymże sposobem pewnego dnia padła decyzja by uskutecznić wycieczkę na Gubałówkę. Korzystając więc z jakże pięknej wtedy pogody, i bliskości kwatery ruszamy z buta polecanym przez znajomą skrótem. Poprzedniego dnia padał deszcz nocą, a jakże piękny skrót prowadził centralnie pod górę przez las. A że o tym zbytnio nie wiedziałem, to nikt nie pomyślał by wziąć jakieś lepsze buty, więc normalne adidaski na nogi, i idziemy. Czym się to skończyło można się chyba domyśleć. Ale za to widoczki piękne, może by były trochę piękniejsze gdyby nie wszechobecne stragany, ale to taki szczególik.

    Gubał i jego Gubałówka

    Jednym z pierwszych pomysłów na spędzanie czasu (poza oczywiście Morskim Okiem i Krupówkami) jest pójście na Gubałówkę. Ale tu też nasuwa się pytanie gdzie konkretnie się udajemy, oraz dlaczego tam, a nie gdzie indziej? Otóż  udajemy się na górujące na Zakopanem wzniesienie w Paśmie Gubałowskim, które to mierzy sobie 1120 m n.p.m. Natomiast Gubałówka dlatego, iż na górze znajduje się tak nazwana polana, a ta z kolei swą nazwę zawdzięcza pewnemu człowiekowi o jakże zacnym nazwisku Gubał. Przed 1 Maja roku 1692 wzniesienie to jest znane jako „Antgua”, rzecze tak testament Jędrzeja Gadowskiego tegoż dnia spisany.

    Na Gubałówkę drogi są różne

    Opcji na dostanie się na Gubałówkę mamy kilka, mianowicie, można wejść z buta przez las, która to drogą ja się na górę wdrapałem, można wjechać wyciągiem,  oraz wjechać wagonikiem ciągniętym po ziemi. Zawsze można też dostać się na szczyt autem, aczkolwiek znając życie będzie ciężko zaparkować, a i przejazd pośród tłumu turystów do szczytu przyjemności pewnie nie należy.

    A na Gubałówce

    A już będąc na górze można przespacerować wte i na zad, nabyć tzw. kurzołapki, czy też inne oscypki, przejechać się dorożką. A co najważniejsze można popodziwiać widoczki. A te zaiste są piękne, Jeśli tylko pogoda dopisze możemy podziwiać Tatry, jak i praktycznie całe zakopane znajdujące się pod nami. Stojąc na jednym z tarasów widokowych widzimy: Czerwone Wierchy, Kasprowy Wierch, Giewont, Świnicę, Koszystą, fragment Tatr Bielskich, a także równie piękne panoramy Podhala, Pienin, Gorców i Beskidy Żywieckiego. Poza widoczkami możemy zobaczyć także krzyż wystawiony przez profesora Tytusa Chałubińskiego celem upamiętnienia pojednania się  z przyjacielem, czyli z  Kazimierzem Krzywickim, często mylnie podaje się, że  jest to wotum za opanowanie epidemii cholery. Oraz co chyba ciekawsze małą drewnianą kapliczkę.

    Mała drewniana kapliczka, ajko wotum dziękczynne

    Rokiem 1961 mieszkający na Gubałówce Marianna i Władysław Bachledowie ufundowali małą drewnianą kapliczkę, postawili ją na własnym terenie jako wotum dziękczynne za cudowne ocalenie od niechybnej śmierci ponad 17 lat wcześniej.
    Mianowice podczas niemieckiej okupacji Bachledowie ukrywali polskich i radzieckich partyzantów, a także więźniów politycznych. W miejscu, gdzie teraz stoi teraz kapliczka dawnymi czasy rósł las świerkowy, do którego to uciekali oni, i chowali się weń przed szukającymi ich Niemcami. Tymi czasy, podczas tych jakże krytycznych dni Bachledowie złożyli ślubowanie. Ślubowali, że jeżeli przeżyją wojnę to wybudują w tym miejscu kaplicę. Wojnę jak można się domyślać przeżyli, i przystąpili do realizacji swojego zobowiązania. Sukcesywnie wykarczowali las i rokiem 1961 z uzyskanego w tenże sposób drewna pierw wybudowali prowizoryczną kapliczkę. W 25 rocznicę zawarcia związku małżeńskiego Marianny i Władysława, czuli 13 stycznia 1962 roku w kapliczce odprawiona została pierwsza msza święta.

    Nakaz rozbiórki

    W roku 1963 ówczesne władze nakazują rozbiórkę kapliczki. Celem jej uratowania Bachledowie przesunęli ją do swoich zabudowań i tymczasowo przystosowali do pełnienia funkcji szopy na siano.
    Wraz z nadejściem wiosny roku 1971 kapliczkę przesunięto z powrotem na jej dawne miejsce i wycofano wszelkie zmiany wynikłe z tymczasowej roli szopy. Jesienią tegoż też roku powiększyli ją dwukrotnie, i nadbudowali wieżyczkę, z której dzwon wzywał wiernych na Anioł Pański.

    Samowola budowlana

    Jak można by się domyśleć, rozbudowa ta nie uszła uwadze władz, które to stwierdziły, iż rozbudowa legalna nie była, i zarządzona została grzywna w wysokości 20 tys. zł. Podczas apelacji zmniejszono ją ponad dwukrotnie do 9 tys. zł. Bachledowie regularnie co miesiąc karę spłacali. Dnia 29 września 1972 roku zwrócono się z prośbą do Edwarda Gierka w sprawie utrzymania wybudowanej kaplicy. Cztery miesiące później kuria metropolitalna w Krakowie zatwierdziła kaplicę jako miejsce kultu i przekazało ją pod opiekę Ks. proboszcza Ludwika Mizery. Ofiarował on do obraz Matki Bożej Różańcowej znajdujący się po dziś dzień w ołtarzu głównym.

    Karol Wojtyła, odnowienie i koniec

    Dnia 14 grudnia 1976 r. kaplicę odwiedził i pobłogosławił Ks. Kard. Karol Wojtyła, podczas wizytacji kanonicznej Parafii Najświętszej Rodziny w Zakopanem. Na pamiątkę tego wydarzenia wyrzeźbiono sosręb z napisem: „Anioł Pański” z datą wizytacji i wyboru Ks. Kard. Wojtyły na Papieża.
    W 1981 kaplica przeszła remont i odnowienie, przy okazji także ją powiększono z pomocą mieszkańców i turystów. W przedsionku umieszczono kamień wyjęty ze starych fundamentów bazyliki konstantyńskiej z IV w. Grobu Świętego w Jerozolimie i opatrzono go datą: Jerusalem 25 lipca 1981 r.
     Początkiem grudnia roku 1982 Ks. Kard. Franciszek Macharski wizytujący Parafie Najświętszej Rodziny zgodził się na przyjęcie darowizny kaplicy od małżeństwa Władysława i Marianny Bachledów dla Parafii, a także na pochowanie w krypcie pod kaplicą jej fundatorów.

    Kolej linową otwarto, rzeźbę postawiono

    Jak wspominałem w jednym z poprzednich akapitów, jednym ze sposobów dotarcia na Gubałówkę jest kolej linowo-terenowa, czyli jest to wagonik ciągnięty przez linę po torach. Kolej ta powstała w roku 1938, mierzyła i nadal mierzy 1298 m, oraz pokonuje 300 m wysokości. Warto też wspomnieć, iż uruchomieniu kolei towarzyszyło oddanie do użytku pobliskiej restauracji, oraz ustawienie rzeźby „Polonia Restituta” wykonanej przez Franciszka Masiaka. Rzeźna ta zdobiła polski pawilon na wystawie światowej „Sztuka i technika” w Paryżu w roku 1937.

    Galeria

    https://turystyka-niecodzienna.pl/gubalowka/

    #góry #małopolska #Zakopane

  5. Do ziemi łęczyckiej wybrać się warto, i to z powodów kilku. Dwa z tych powodów już na tym blogu gościł, czyli Grodzisko oraz Kolegiata w Tumie, a teraz powód trzeci i nie ostatni, czyli wybudowany przez Kazimierza Wielkiego zamek w Łęczycy. Zamek może i trochę zapomniany i trochę mało znany, ale zasługuje na uwagę, a także poświęcenie mu około dwóch godzin życia.

    Zamek powstał, i wielu królów, a także jeńców gościł.

    Mury łęczyckiego zamku zapewne niejedno widziały, i nie jedno mogłyby powiedzieć. Na początku warto wspomnieć o początku miasta, mianowicie w roku 1331 Krzyżacy spalili grodzisko w Tumie, (dawnymi czasy dzisiejszy Tum był Łęczycą), a mieszkańcy tym niepocieszenie porzucili zgliszcza, i osadzili się w terenie dzisiejszego miasta Łęczyca.
    Podania głoszą, że zamkowe mury powstały w latach 1357-1365 za sprawą panującego wówczas króla Kazimierza Wielkiego. Stawiając zamek w Łęczycy można by rzec przy okazji otoczono murami całe miasto, zaś powstający zamek został włączony w ich ciąg. Zajmował południowo-wschodni narożnik i o miasta oddzielał go mur i fosa zasilana w wodę z pobliskiej rzeki Bzury. Sam zamek posadowiono na usypanym w tym celu 5-metrowym kopcu. Po powstaniu na obiekt składały się: narożna wieża główna, zwana szlachecką, wieża bramna, budynek mieszkalny w południono-wschodnim narożniku, zwany domek Starym, bliżej nieokreślone drewniane budynki, i mur obwodowy. Dziś pozostałością po domem starym jest prochownia, czyli budynek gdzie obecnie mieszczą się kasy.

    Znamienici goście

    Zamek w Łęczycy gościł w swoich murach prócz swojego budowniczego trzech innych polskich królów, czyli: Władysława Jagiełłę, Zygmunta III Wazę, oraz Kazimierza Jagiellończyka. Przy czym ten pierwszy chyba upodobał sobie Łęczycę, bo bywał tutaj aż 36 razy. Powody tego były może i prozaiczne, rodzaju wojen z zakonem krzyżackim, spraw sądowych oraz zjazdów generalnych, ale jednak 36 razy to jest dość sporo. Rokiem 1406 Krzyżacy spalili Łęczycę i co za tym idzie także zamek. Został on jednak dość szybko, bo w trzy lata odbudowany. Już latem 1409 roku król Jagiełło zwołał tu sejm, na którym podejmowano decyzje powiązane ze zbliżającą się wojną z zakonem krzyżackim. To właśnie na tym zamku podjęto jedną z ważniejszych historycznych decyzji. Mianowicie stwierdzono, że Korona włączy się do wojny w przypadku agresji Krzyżaków na ziemie litewskie. Pokłosiem tej decyzji była słynna bitwa z roku 1410, czyli bitwa Pod Grunwaldem.

    Skarb łęczycki

    Istnieje legenda o skarbie ukrytym na zamku w Łęczycy. Jednakowoż udając się na poszukiwania strzec się należy diabła Boruty, albowiem to do niego należy ten skarb. A nikt nie lubi, jak mu się skarby odbiera.
    A było to tak…
    Król Kazimierz Wielki wyruszył podróż  z Krakowa do Łęczycy, jednakowoż podczas tej podróży zdążyła się tragedia, mianowicie królewska kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się głęboko w bagno. Królewska świta mimo szczerych chęci nie mogła sobie z tym wypadkiem poradzić. Poradzono więc by szukać pomocy w okolicy. Jednakowoż okolica nie zwiastowało jakiejkolwiek żywej duszy skłonnej tej pomocy udzielić, albowiem był to gęsty bór i błota oraz wąska kręta ścieżka w głąb tego lasu. Jeden ze służących wybrał się więc tą ścieżką i wkrótce spotkał grupę ludzi. Byli to tak zwani borutowie, czyli ludzie parający się wytapianiem smoły z drewna sosnowego. Jeden z nich zaoferował swą pomoc królowi. Sługa prosiłby wszyscy poszli, oni uparcie twierdzili, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I mieli rację, za pomocą grubego sznura wyciągnął w bagna po kolei wszystkie konie, i samą karetę. Król w podzięce nadał mu szlachectwo oraz uczynił zarządcą łęczyckich dóbr. 
    Jak to rzecze ludowe przysłowie „nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego”, i tak się stało też w tym wypadku, boruta zapomniał skąd się wywodzi, i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po jego śmierci ludzie ruszyli na łęczycki zamek celem odebrania zagrabionym im pieniędzy. Niestety pieniędzy nie stwierdzono, a dwa dni później stwierdzono także że ciało zmarłego boruty wzięło i zniknęło. Od tego czasu zaczęto mówić i diable Borucie, podobno wciąż pilnuje swojego skarbu w zamkowych lochach. 
    Do tej legendy jeszcze wrócimy później…

     

     

    Tymczasowe więzienie

    W roku 1410 po wygraniu wspomnianej bitwy zamek tymczasowo pełnił rolę obozu dla jeńców wojennych oczekujących wykupu. Na zamku odbyły się także dwa najbardziej spektakularne Zjazdy Generalne. Pierwszy w roku 1420 kiedy to zwolennicy oskarżonych o przekroczenie kompetencji w rokowaniach z cesarzem Zygmuntem Luksemburskim posłów polskich starli się  ze swymi przeciwnikami. Drugi bardziej spektakularny zakończył się siekaniem mieczami przez szlachtę dokumentu gwarantującego następstwo tronu najstarszemu synowi Władysława Jagiełły, znanemu później jako Władysław Warneńczyk.

    Sejmy, pożar i koniec świetności

    Według przekazów, w tym miejscu Jagiełło przyjął husyckiego posła, ofiarującego mu koronę Czech
    Na zamku jeszcze kilkakrotnie, albowiem w latach: 1420; 1448; 1454; 1462 odbywały się sejmy. Również jeden z następców Jagiełły, Kazimierz Jagiellończyk obrał sobie zamek w Łęczycy na swą siedzibę na czas trwania wojny trzynastoletniej z krzyżakami (1454-1466). Niedługo po ostatnim sejmie z 1462 r. zamkowe zabudowania strawił pożar i przez kolejne stulecia nikt nie odbudował powstałych zniszczeń, zamek pozostał w stanie częściowej ruiny.

    Remoncik na 3000 florenów

    Dwadzieścia lat później ogień dotknął także zamkowy ogródek, co też przyczyniło się do znacznych zniszczeń na terenie całego zamkowego kompleksu. Remontu wówczas wymagały nie tylko budynki, ale także wieża oraz mury obronne. W latach 1524-1537 starosta Mikołaj Russocki wyremontował i rozbudował warownię, przekształcił też dom stary. Jego dzieło kontynuował rokiem 1563 łęczycki starosta Jan Lutomierski.  Zainwestował on w tutejszy zamek niemałą sumę pieniędzy, czyli 3000 florenów, będące około 10.5 kg złota, kosztujące na stan dzisiejszy około 3 890 970 zł. Pieniądze te pozyskał z królewskiego skarbca. Z tych środków wyremontowano ówczesne zniszczenia, oraz wybudowano nowy dom mieszkalny, zwany „domem nowym”. Został on domurowany do wieży bramnej od strony północnej, wzdłuż zachodniego muru obronnego. Korzystając z okazji powiększono szlachecką wieżę, i nakryto ją renesansową attyką. Cały zamek zyskał wówczas nieco rezydentalny wygląd, lecz nadal posiadał walory obronne.
    Trzecim z kolei królem, który zamek w Łęczycy odwiedził był Zygmunt III Waza, przybył tutaj „po drodze” do Krakowa, gdzie śpieszył na swą koronację. Na zamku powitał go zresztą arcybiskup gnieźnieński Stanisław Karnkowski, warto wspomnieć, że to właśnie on nałożył na Wawelu koronę na głowę Zygmunta.

    Szwedzi atakują

    Pozyskane w ten sposób przez zamek walory obronne miały wkrótce okazję się wykazać. Mianowicie rokiem 1655 a dokładniej w sierpniu, w czasie potopu szwedzkiego, szwedzkie wojska pod wodzą Roberta Douglasa przełamały obronę starosty Jakuba Olbrychta Szczawińskiego i opanowały zamek w Łęczycy.Jednak oddać należy, że zamek bronił się dość długo, na tyle długo by pozwoliło to królowi Janowi Kazimierzowi na koncentrację wojsk pod Piątkiem. Niedługo później miasto zostało odbite przez pospolite ruszenie pod wodzą braci Zaleskich, niestety nie udało się odbić zamku, co pozwoliło szwedom wysłać posiłki z Łowicza, które to spowrotem zajęły i ograbiły miasto. 

    Rokiem 1656 pod Łęczycę dociera oddział partyzancki pod dowództwem Stefana Czernieckiego, jednak nie mając artylerii nie miał on mocy sprawczej by dokonać skutecznego oblężenia. Dopiero w październiku gdy pod zamek dociera armia koronna z artylerią pod wodzą króla  Jana Kazimierza, udało się zamek zdobyć. Poskutkowało znacznymi uszkodzeniami zamku. Jednak uszkodzeń jeszcze większych niż sam zamek doznała Łęczyca, z całego miasta ostały się tylko trzy domy. Łęczyca po tym wydarzeniu już nigdy nie odzyskała swego znaczenia i dawnej świetności. Zamek został częściowo odbudowany do roku 1681, niestety prace przerwały walki wspieranego przez szwedów Stanisława Leszczyńskiego z królem Augustem II Mocnym.

    Rosjanie zdobywają zamek

    W roku 1705 na zamku w Łęczycy zawitał sam Karol XII wraz ze swoim wojskiem. Rokiem 1769 podczas walki z konfederatami barskimi rosyjski generał Drewicz zdobywa zamek jak i samo miasto.
    Na skutek tych walk warownia ponownie znacząco ucierpiała, w roku 1788 runął budynek bramny.  Rokiem 1789 na zamku przechowywano archiwum ziemskie, chwilę później ewakuowano je do klasztoru oo.Dominikanów w obawie przed zniszczeniem go przez zawalający się zamek. W wyniku drugiego rozbioru Polski, rokiem 1793 Łęczyca znalazła się na terytorium Prus. Nowi władcy mieli daleko idące plany co do zamku, jak i samego miasta, zamierzali przekształcić je w nowoczesną fortecę. Prac tych nigdy nie ukończono, gdyż po III rozbiorze Polskie umacnianie Łęczycy straciło jakikolwiek sens. Rokiem 1809 Pruskie fortyfikacji rozebrali Austriacy. 

    Skarbu poszukiwania

    Wracamy do wcześniejszej legendy, albowiem jak to rzecze legenda w roku 1882 ogrodnik o nazwisku Jasińki znalazł przy ruinach zamku butelkę z kawałkiem papieru w środku. Na tym papierze znalazł informację o skarbach Boruty i to że jest on ukryty w lochach przy wieży. Ogrodnik sprowadził sobie do pomocy brata z Warszawy, i wspólnie pełni nadziei przystąpili do poszukiwań. Chlew znajdujący się przy więzy pozwolił im kopać tak by nikt ich nie zauważył. Po kilku dniach kopania motyka jednego z nich uderzyła o żelazne wrota. Bracia się ucieszyli, już w głowie widzieli te bogactwa co je za chwilę wyciągną z odkrytego skarbca. Niestety nie nacieszyli się skarbem długo, a nawet wcale, albowiem nagle osunęła się ziemia i zasypała całkowicie braci i ich niedoszły skarb. Ludzie nie mówili o niczym innym niż o gniewie Boruty, któremu zakłócono spokój.

    Cegiełka po cegiełce

    W roku 1806 Łęczyca została wyzwolona spod pruskiego panowania przez wojska gen. Dąbrowskiego,  i weszła w skład utworzonego przez Napoleona księstwa Warszawskiego. Po roku 1815 zamek przejęła Komisja Wojny Królestwa Polskiego i oddała je pod panowanie Dyrekcji Inżynierów Wojska Polskiego. Rok wcześniej runęła część wieży szlacheckiej. Wówczas w pozostałościach Domu Starego (rozebranego w większości w czasach pruskich) urządzono laboratorium prochowe inaczej zwane „prochownią”. W domu nowym natomiast zamieszkał kapitan inżynierów, i znajdowały się tam magazyny. W roku 1826 ówczesny minister oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych Królestwa Grabowski miał plan przejąć zamek by na jego miejscu wybudować szkołę, na ten plan na szczęście nie zgodziło się wojsko.
    Od 1831 r. zamkiem dysponowały władze Łęczycy i powoli rozbierały one zamek cegła po cegle, a cegły sprzedawały. Rokiem 1841 miasto legalnie nabyło prawa do zamku, a na skutek zewnętrznej interwencji zaprzestano handlu zamkowymi cegłami. Lecz by zamek nie stał nieużytkowany urządzono nać skład lodu, budowa lodowni doprowadziła do rozkopania zamku. Poskutkowało to zniszczeniem licznych warstw kulturowych zabytku.

    Aresz, sąd miejski, i remoncik

    Rokiem 1848 na zamku urządzono areszt miejski i sąd. Zamek w Łęczycy w okrojonej i naruszonej czasem formie doczekał się odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918.Wtedy też podejmowano kilku prób ratowania zabytku, i niezbyt się one udały. Koniec końców na dziedzińcu stanęła strażacka wieża ćwiczeń. Piętnaście lat później na zamek wprowadziło się Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, które to rozpoczęło starania o powołanie do istnienia Muzeum Łęczyckiego. 
    Bez większego uszczerbku przetrwał także II-wojenną zawieruchę, by na jej koniec na zamek wprowadził się hufiec łęczyckich harcerzy. Do rozwiązania ZHP w roku 1949 w domu starym miał swoją siedzibę krąg zuchmistrzów z Harcerskim Amatorkim Teatrzykiem Kukiełek „Awangarda”. Dwa lata później muzeum powstało o rozpoczął remont zamku według planów H. Jaworowskiego., skończono go w roku 1976. Odbudowano wtedy wieżę narożną, wieże bramną, Dom Nowy i mury obronne.

    Diabeł na zamku pomieszkuje

    Prawie każdy zamek posiada swego rodzaju „patrona”, nie inaczej jest na zamku w Łęczycy na którym to podobnież pomieszkuje słynny diabeł Boruta. 
    Boruta wedle podań był dawniej szlachetnym rycerzem który to za swe zasługi dla króla Kazimierza Wielkiego w nagrodę otrzymał możliwość mieszkania na zamku. Jednak wtedy też złożył królowi pewną obietnicę, niestety złamał złożoną obietnicę. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po zamkowych korytarzach ostatecznie przyjmując postać diabła. Mówi się że strzeże on zamku, i że po bitwie pod Grunwaldem, kiedy to na zamku przytrzymywano jeńców, począł się on pojawiać na zamkowych murach, przynosząc wraz z sobą przerażenie tych co go zobaczyli.

     

    Legenda o Borucie okładanym sztachetą

    Był to dzień trzynasty maja, a dokładniej piątek, Boruta wybrał się więc na majówkę do Piątku. W piątku tym wszelkiego rodzaju piwa i strawy było pod dostatkiem, więc czart pojadł, popił i stwierdził że potrzeba mu zabawić się z jakąś piękną panna. Wiedząc jednak, że piękna dziewoja mogłaby się jego czarciego wizerunku przerazić i uciec schował ogon pod długą marynarką, a widły wsuną do rękawa. Kapela jednak grała na tyle skocznie, a Boruta tak się zabawił, że ogon mu się spod marynarki wysunął, a i widły się wysunęły z rękawa i głośno upadły na podłogę. Panna jednak odkrywszy prawdziwą tożsamość towarzysza, nie straciła rezonu. Zamiast tego wyrwała sztachetę z płota i poczęła okładać nią Borutę, goniąc go aż do Łęczycy. Sam Boruta jeszcze długa popamiętał tę majówkę, a panna niestety nie skończyła dobrze, albowiem nigdy za mąż nie wyszła. Wszyscy kawalerowie w okolicy, mimo jej jakże cudownej urody bali się jej silnej ręki.

    Trochę o wieży szlacheckiej

    Nad zamkiem dominuje wieża szlachecka, nazywana tak ponieważ mieściło się w niej więzienie dla szlachty. Według opisów posiadało ono tylko jedno wejście na dół, dość ciasne, i z tylko jednym  dobrze okratowanym okienkiem. Ciężkie drzwi broniące więźniowi dostępu do wolności miały doczepioną kunę, czyli obręcz do której przykuwano za rękę bądź też szyję więźnia.  
    By do takiem wieży trafić należało być szlachcicem trudniącym się rozbojem, bądź skazanym na najcięższe zbrodnie, rodzaju mordu czy też gwałtu. 
    Przebywanie w takich więzieniach były ujednolicone prawnie, czyli między innymi w celach nie mogło być pieca, za złamanie tego przepisu starosta zamku dostawał karę 400 grzywien. Jedyne okno w celi musiało być powyżej 12 łokcia od ziemi, czyli ponad 7 metrów, tak by skazany nie miał szans się wydostać. Posiłek natomiast stanowiły wyłącznie chleb i woda spuszczane w wiaderku po sznurze. Tu też warto wspomnieć, iż wieża łęczycka pod koniec XVIII wieku była w tak opłakanym stanie, że więźniowie byli w stanie z niej uciec.

    Tajemniczy elegancki pan, inna legenda o Borucie

    Pewnego pięknego dnia kilkoro dziewcząt wybrało się do łęczyckiego parku. Usiadły na ławce, rozmawiają, przyglądają się spacerującym ludziom. W pewnej chwili w alejce, przy której siedzą pojawia się pewien elegancko ubrany jegomość. Przechodzi obok nich i spogląda, ale idzie dalej, potem przechodzi i raz drugi. Za trzecim razem uśmiecha się i zagaduje, czy nie chciałyby mu towarzyszyć w spacerze wokoło parku. Jednak żadna z dziewcząt nie ma odwagi, jegomość oferuje pieniądze za tę fatygę. Lecz i to nie poskutkowało. Koniec końców jedna z nich, ta najodważniejsza się zgadza. Obchodzą park wokoło, mężczyzna proponuje jeszcze przechadzkę droga tumską, lecz dziewczyna nie jest już nań chętna.
      – Mam ci zapłacić, żebyś poszła? – Pyta mężczyzna.
      – Możesz zapłacić, a możesz nie, jak chcesz. – Odpowiada.
    Wtedy mężczyzna z woreczka, który cały czas trzymał w ręku wyciąga pieniądze. Dziewczyna wygładza rękoma fartuszek i nadstawia, by sypnął nań monetami. Mężczyzna pieniądze kładzie na fartuszku i odchodzi w stronę Tumu. Dziewczyna wraca do pozostawionych koleżanek, które to się śmieją i żartują z jej kawalera. Nagle dziewczyna z przerażeniem spostrzega, że na fartuchu zamiast monet ma same końskie boby. 
    Wtedy też wszystkie koleżanki przestają się śmiać i uświadamiają sobie, że ten elegancki jegomość to w rzeczywistości był diabłem Borutą. Spoglądają wszystkie w stronę, w którą Boruta się oddalił, ale tam nikogo już nie dostrzegają, słychać tylko szyderczy śmiech. Po nim następuje tylko cisza.

     

    Galeria

    https://turystyka-niecodzienna.pl/zamek-w-leczycy/

    #muzeum #wielkopolskie #zabytek

  6. Do ziemi łęczyckiej wybrać się warto, i to z powodów kilku. Dwa z tych powodów już na tym blogu gościł, czyli Grodzisko oraz Kolegiata w Tumie, a teraz powód trzeci i nie ostatni, czyli wybudowany przez Kazimierza Wielkiego zamek w Łęczycy. Zamek może i trochę zapomniany i trochę mało znany, ale zasługuje na uwagę, a także poświęcenie mu około dwóch godzin życia.

    Zamek powstał, i wielu królów, a także jeńców gościł.

    Mury łęczyckiego zamku zapewne niejedno widziały, i nie jedno mogłyby powiedzieć. Na początku warto wspomnieć o początku miasta, mianowicie w roku 1331 Krzyżacy spalili grodzisko w Tumie, (dawnymi czasy dzisiejszy Tum był Łęczycą), a mieszkańcy tym niepocieszenie porzucili zgliszcza, i osadzili się w terenie dzisiejszego miasta Łęczyca.
    Podania głoszą, że zamkowe mury powstały w latach 1357-1365 za sprawą panującego wówczas króla Kazimierza Wielkiego. Stawiając zamek w Łęczycy można by rzec przy okazji otoczono murami całe miasto, zaś powstający zamek został włączony w ich ciąg. Zajmował południowo-wschodni narożnik i o miasta oddzielał go mur i fosa zasilana w wodę z pobliskiej rzeki Bzury. Sam zamek posadowiono na usypanym w tym celu 5-metrowym kopcu. Po powstaniu na obiekt składały się: narożna wieża główna, zwana szlachecką, wieża bramna, budynek mieszkalny w południono-wschodnim narożniku, zwany domek Starym, bliżej nieokreślone drewniane budynki, i mur obwodowy. Dziś pozostałością po domem starym jest prochownia, czyli budynek gdzie obecnie mieszczą się kasy.

    Znamienici goście

    Zamek w Łęczycy gościł w swoich murach prócz swojego budowniczego trzech innych polskich królów, czyli: Władysława Jagiełłę, Zygmunta III Wazę, oraz Kazimierza Jagiellończyka. Przy czym ten pierwszy chyba upodobał sobie Łęczycę, bo bywał tutaj aż 36 razy. Powody tego były może i prozaiczne, rodzaju wojen z zakonem krzyżackim, spraw sądowych oraz zjazdów generalnych, ale jednak 36 razy to jest dość sporo. Rokiem 1406 Krzyżacy spalili Łęczycę i co za tym idzie także zamek. Został on jednak dość szybko, bo w trzy lata odbudowany. Już latem 1409 roku król Jagiełło zwołał tu sejm, na którym podejmowano decyzje powiązane ze zbliżającą się wojną z zakonem krzyżackim. To właśnie na tym zamku podjęto jedną z ważniejszych historycznych decyzji. Mianowicie stwierdzono, że Korona włączy się do wojny w przypadku agresji Krzyżaków na ziemie litewskie. Pokłosiem tej decyzji była słynna bitwa z roku 1410, czyli bitwa Pod Grunwaldem.

    Skarb łęczycki

    Istnieje legenda o skarbie ukrytym na zamku w Łęczycy. Jednakowoż udając się na poszukiwania strzec się należy diabła Boruty, albowiem to do niego należy ten skarb. A nikt nie lubi, jak mu się skarby odbiera.
    A było to tak…
    Król Kazimierz Wielki wyruszył podróż  z Krakowa do Łęczycy, jednakowoż podczas tej podróży zdążyła się tragedia, mianowicie królewska kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się głęboko w bagno. Królewska świta mimo szczerych chęci nie mogła sobie z tym wypadkiem poradzić. Poradzono więc by szukać pomocy w okolicy. Jednakowoż okolica nie zwiastowało jakiejkolwiek żywej duszy skłonnej tej pomocy udzielić, albowiem był to gęsty bór i błota oraz wąska kręta ścieżka w głąb tego lasu. Jeden ze służących wybrał się więc tą ścieżką i wkrótce spotkał grupę ludzi. Byli to tak zwani borutowie, czyli ludzie parający się wytapianiem smoły z drewna sosnowego. Jeden z nich zaoferował swą pomoc królowi. Sługa prosiłby wszyscy poszli, oni uparcie twierdzili, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I mieli rację, za pomocą grubego sznura wyciągnął w bagna po kolei wszystkie konie, i samą karetę. Król w podzięce nadał mu szlachectwo oraz uczynił zarządcą łęczyckich dóbr. 
    Jak to rzecze ludowe przysłowie „nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego”, i tak się stało też w tym wypadku, boruta zapomniał skąd się wywodzi, i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po jego śmierci ludzie ruszyli na łęczycki zamek celem odebrania zagrabionym im pieniędzy. Niestety pieniędzy nie stwierdzono, a dwa dni później stwierdzono także że ciało zmarłego boruty wzięło i zniknęło. Od tego czasu zaczęto mówić i diable Borucie, podobno wciąż pilnuje swojego skarbu w zamkowych lochach. 
    Do tej legendy jeszcze wrócimy później…

     

     

    Tymczasowe więzienie

    W roku 1410 po wygraniu wspomnianej bitwy zamek tymczasowo pełnił rolę obozu dla jeńców wojennych oczekujących wykupu. Na zamku odbyły się także dwa najbardziej spektakularne Zjazdy Generalne. Pierwszy w roku 1420 kiedy to zwolennicy oskarżonych o przekroczenie kompetencji w rokowaniach z cesarzem Zygmuntem Luksemburskim posłów polskich starli się  ze swymi przeciwnikami. Drugi bardziej spektakularny zakończył się siekaniem mieczami przez szlachtę dokumentu gwarantującego następstwo tronu najstarszemu synowi Władysława Jagiełły, znanemu później jako Władysław Warneńczyk.

    Sejmy, pożar i koniec świetności

    Według przekazów, w tym miejscu Jagiełło przyjął husyckiego posła, ofiarującego mu koronę Czech
    Na zamku jeszcze kilkakrotnie, albowiem w latach: 1420; 1448; 1454; 1462 odbywały się sejmy. Również jeden z następców Jagiełły, Kazimierz Jagiellończyk obrał sobie zamek w Łęczycy na swą siedzibę na czas trwania wojny trzynastoletniej z krzyżakami (1454-1466). Niedługo po ostatnim sejmie z 1462 r. zamkowe zabudowania strawił pożar i przez kolejne stulecia nikt nie odbudował powstałych zniszczeń, zamek pozostał w stanie częściowej ruiny.

    Remoncik na 3000 florenów

    Dwadzieścia lat później ogień dotknął także zamkowy ogródek, co też przyczyniło się do znacznych zniszczeń na terenie całego zamkowego kompleksu. Remontu wówczas wymagały nie tylko budynki, ale także wieża oraz mury obronne. W latach 1524-1537 starosta Mikołaj Russocki wyremontował i rozbudował warownię, przekształcił też dom stary. Jego dzieło kontynuował rokiem 1563 łęczycki starosta Jan Lutomierski.  Zainwestował on w tutejszy zamek niemałą sumę pieniędzy, czyli 3000 florenów, będące około 10.5 kg złota, kosztujące na stan dzisiejszy około 3 890 970 zł. Pieniądze te pozyskał z królewskiego skarbca. Z tych środków wyremontowano ówczesne zniszczenia, oraz wybudowano nowy dom mieszkalny, zwany „domem nowym”. Został on domurowany do wieży bramnej od strony północnej, wzdłuż zachodniego muru obronnego. Korzystając z okazji powiększono szlachecką wieżę, i nakryto ją renesansową attyką. Cały zamek zyskał wówczas nieco rezydentalny wygląd, lecz nadal posiadał walory obronne.
    Trzecim z kolei królem, który zamek w Łęczycy odwiedził był Zygmunt III Waza, przybył tutaj „po drodze” do Krakowa, gdzie śpieszył na swą koronację. Na zamku powitał go zresztą arcybiskup gnieźnieński Stanisław Karnkowski, warto wspomnieć, że to właśnie on nałożył na Wawelu koronę na głowę Zygmunta.

    Szwedzi atakują

    Pozyskane w ten sposób przez zamek walory obronne miały wkrótce okazję się wykazać. Mianowicie rokiem 1655 a dokładniej w sierpniu, w czasie potopu szwedzkiego, szwedzkie wojska pod wodzą Roberta Douglasa przełamały obronę starosty Jakuba Olbrychta Szczawińskiego i opanowały zamek w Łęczycy.Jednak oddać należy, że zamek bronił się dość długo, na tyle długo by pozwoliło to królowi Janowi Kazimierzowi na koncentrację wojsk pod Piątkiem. Niedługo później miasto zostało odbite przez pospolite ruszenie pod wodzą braci Zaleskich, niestety nie udało się odbić zamku, co pozwoliło szwedom wysłać posiłki z Łowicza, które to spowrotem zajęły i ograbiły miasto. 

    Rokiem 1656 pod Łęczycę dociera oddział partyzancki pod dowództwem Stefana Czernieckiego, jednak nie mając artylerii nie miał on mocy sprawczej by dokonać skutecznego oblężenia. Dopiero w październiku gdy pod zamek dociera armia koronna z artylerią pod wodzą króla  Jana Kazimierza, udało się zamek zdobyć. Poskutkowało znacznymi uszkodzeniami zamku. Jednak uszkodzeń jeszcze większych niż sam zamek doznała Łęczyca, z całego miasta ostały się tylko trzy domy. Łęczyca po tym wydarzeniu już nigdy nie odzyskała swego znaczenia i dawnej świetności. Zamek został częściowo odbudowany do roku 1681, niestety prace przerwały walki wspieranego przez szwedów Stanisława Leszczyńskiego z królem Augustem II Mocnym.

    Rosjanie zdobywają zamek

    W roku 1705 na zamku w Łęczycy zawitał sam Karol XII wraz ze swoim wojskiem. Rokiem 1769 podczas walki z konfederatami barskimi rosyjski generał Drewicz zdobywa zamek jak i samo miasto.
    Na skutek tych walk warownia ponownie znacząco ucierpiała, w roku 1788 runął budynek bramny.  Rokiem 1789 na zamku przechowywano archiwum ziemskie, chwilę później ewakuowano je do klasztoru oo.Dominikanów w obawie przed zniszczeniem go przez zawalający się zamek. W wyniku drugiego rozbioru Polski, rokiem 1793 Łęczyca znalazła się na terytorium Prus. Nowi władcy mieli daleko idące plany co do zamku, jak i samego miasta, zamierzali przekształcić je w nowoczesną fortecę. Prac tych nigdy nie ukończono, gdyż po III rozbiorze Polskie umacnianie Łęczycy straciło jakikolwiek sens. Rokiem 1809 Pruskie fortyfikacji rozebrali Austriacy. 

    Skarbu poszukiwania

    Wracamy do wcześniejszej legendy, albowiem jak to rzecze legenda w roku 1882 ogrodnik o nazwisku Jasińki znalazł przy ruinach zamku butelkę z kawałkiem papieru w środku. Na tym papierze znalazł informację o skarbach Boruty i to że jest on ukryty w lochach przy wieży. Ogrodnik sprowadził sobie do pomocy brata z Warszawy, i wspólnie pełni nadziei przystąpili do poszukiwań. Chlew znajdujący się przy więzy pozwolił im kopać tak by nikt ich nie zauważył. Po kilku dniach kopania motyka jednego z nich uderzyła o żelazne wrota. Bracia się ucieszyli, już w głowie widzieli te bogactwa co je za chwilę wyciągną z odkrytego skarbca. Niestety nie nacieszyli się skarbem długo, a nawet wcale, albowiem nagle osunęła się ziemia i zasypała całkowicie braci i ich niedoszły skarb. Ludzie nie mówili o niczym innym niż o gniewie Boruty, któremu zakłócono spokój.

    Cegiełka po cegiełce

    W roku 1806 Łęczyca została wyzwolona spod pruskiego panowania przez wojska gen. Dąbrowskiego,  i weszła w skład utworzonego przez Napoleona księstwa Warszawskiego. Po roku 1815 zamek przejęła Komisja Wojny Królestwa Polskiego i oddała je pod panowanie Dyrekcji Inżynierów Wojska Polskiego. Rok wcześniej runęła część wieży szlacheckiej. Wówczas w pozostałościach Domu Starego (rozebranego w większości w czasach pruskich) urządzono laboratorium prochowe inaczej zwane „prochownią”. W domu nowym natomiast zamieszkał kapitan inżynierów, i znajdowały się tam magazyny. W roku 1826 ówczesny minister oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych Królestwa Grabowski miał plan przejąć zamek by na jego miejscu wybudować szkołę, na ten plan na szczęście nie zgodziło się wojsko.
    Od 1831 r. zamkiem dysponowały władze Łęczycy i powoli rozbierały one zamek cegła po cegle, a cegły sprzedawały. Rokiem 1841 miasto legalnie nabyło prawa do zamku, a na skutek zewnętrznej interwencji zaprzestano handlu zamkowymi cegłami. Lecz by zamek nie stał nieużytkowany urządzono nać skład lodu, budowa lodowni doprowadziła do rozkopania zamku. Poskutkowało to zniszczeniem licznych warstw kulturowych zabytku.

    Aresz, sąd miejski, i remoncik

    Rokiem 1848 na zamku urządzono areszt miejski i sąd. Zamek w Łęczycy w okrojonej i naruszonej czasem formie doczekał się odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918.Wtedy też podejmowano kilku prób ratowania zabytku, i niezbyt się one udały. Koniec końców na dziedzińcu stanęła strażacka wieża ćwiczeń. Piętnaście lat później na zamek wprowadziło się Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, które to rozpoczęło starania o powołanie do istnienia Muzeum Łęczyckiego. 
    Bez większego uszczerbku przetrwał także II-wojenną zawieruchę, by na jej koniec na zamek wprowadził się hufiec łęczyckich harcerzy. Do rozwiązania ZHP w roku 1949 w domu starym miał swoją siedzibę krąg zuchmistrzów z Harcerskim Amatorkim Teatrzykiem Kukiełek „Awangarda”. Dwa lata później muzeum powstało o rozpoczął remont zamku według planów H. Jaworowskiego., skończono go w roku 1976. Odbudowano wtedy wieżę narożną, wieże bramną, Dom Nowy i mury obronne.

    Diabeł na zamku pomieszkuje

    Prawie każdy zamek posiada swego rodzaju „patrona”, nie inaczej jest na zamku w Łęczycy na którym to podobnież pomieszkuje słynny diabeł Boruta. 
    Boruta wedle podań był dawniej szlachetnym rycerzem który to za swe zasługi dla króla Kazimierza Wielkiego w nagrodę otrzymał możliwość mieszkania na zamku. Jednak wtedy też złożył królowi pewną obietnicę, niestety złamał złożoną obietnicę. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po zamkowych korytarzach ostatecznie przyjmując postać diabła. Mówi się że strzeże on zamku, i że po bitwie pod Grunwaldem, kiedy to na zamku przytrzymywano jeńców, począł się on pojawiać na zamkowych murach, przynosząc wraz z sobą przerażenie tych co go zobaczyli.

     

    Legenda o Borucie okładanym sztachetą

    Był to dzień trzynasty maja, a dokładniej piątek, Boruta wybrał się więc na majówkę do Piątku. W piątku tym wszelkiego rodzaju piwa i strawy było pod dostatkiem, więc czart pojadł, popił i stwierdził że potrzeba mu zabawić się z jakąś piękną panna. Wiedząc jednak, że piękna dziewoja mogłaby się jego czarciego wizerunku przerazić i uciec schował ogon pod długą marynarką, a widły wsuną do rękawa. Kapela jednak grała na tyle skocznie, a Boruta tak się zabawił, że ogon mu się spod marynarki wysunął, a i widły się wysunęły z rękawa i głośno upadły na podłogę. Panna jednak odkrywszy prawdziwą tożsamość towarzysza, nie straciła rezonu. Zamiast tego wyrwała sztachetę z płota i poczęła okładać nią Borutę, goniąc go aż do Łęczycy. Sam Boruta jeszcze długa popamiętał tę majówkę, a panna niestety nie skończyła dobrze, albowiem nigdy za mąż nie wyszła. Wszyscy kawalerowie w okolicy, mimo jej jakże cudownej urody bali się jej silnej ręki.

    Trochę o wieży szlacheckiej

    Nad zamkiem dominuje wieża szlachecka, nazywana tak ponieważ mieściło się w niej więzienie dla szlachty. Według opisów posiadało ono tylko jedno wejście na dół, dość ciasne, i z tylko jednym  dobrze okratowanym okienkiem. Ciężkie drzwi broniące więźniowi dostępu do wolności miały doczepioną kunę, czyli obręcz do której przykuwano za rękę bądź też szyję więźnia.  
    By do takiem wieży trafić należało być szlachcicem trudniącym się rozbojem, bądź skazanym na najcięższe zbrodnie, rodzaju mordu czy też gwałtu. 
    Przebywanie w takich więzieniach były ujednolicone prawnie, czyli między innymi w celach nie mogło być pieca, za złamanie tego przepisu starosta zamku dostawał karę 400 grzywien. Jedyne okno w celi musiało być powyżej 12 łokcia od ziemi, czyli ponad 7 metrów, tak by skazany nie miał szans się wydostać. Posiłek natomiast stanowiły wyłącznie chleb i woda spuszczane w wiaderku po sznurze. Tu też warto wspomnieć, iż wieża łęczycka pod koniec XVIII wieku była w tak opłakanym stanie, że więźniowie byli w stanie z niej uciec.

    Tajemniczy elegancki pan, inna legenda o Borucie

    Pewnego pięknego dnia kilkoro dziewcząt wybrało się do łęczyckiego parku. Usiadły na ławce, rozmawiają, przyglądają się spacerującym ludziom. W pewnej chwili w alejce, przy której siedzą pojawia się pewien elegancko ubrany jegomość. Przechodzi obok nich i spogląda, ale idzie dalej, potem przechodzi i raz drugi. Za trzecim razem uśmiecha się i zagaduje, czy nie chciałyby mu towarzyszyć w spacerze wokoło parku. Jednak żadna z dziewcząt nie ma odwagi, jegomość oferuje pieniądze za tę fatygę. Lecz i to nie poskutkowało. Koniec końców jedna z nich, ta najodważniejsza się zgadza. Obchodzą park wokoło, mężczyzna proponuje jeszcze przechadzkę droga tumską, lecz dziewczyna nie jest już nań chętna.
      – Mam ci zapłacić, żebyś poszła? – Pyta mężczyzna.
      – Możesz zapłacić, a możesz nie, jak chcesz. – Odpowiada.
    Wtedy mężczyzna z woreczka, który cały czas trzymał w ręku wyciąga pieniądze. Dziewczyna wygładza rękoma fartuszek i nadstawia, by sypnął nań monetami. Mężczyzna pieniądze kładzie na fartuszku i odchodzi w stronę Tumu. Dziewczyna wraca do pozostawionych koleżanek, które to się śmieją i żartują z jej kawalera. Nagle dziewczyna z przerażeniem spostrzega, że na fartuchu zamiast monet ma same końskie boby. 
    Wtedy też wszystkie koleżanki przestają się śmiać i uświadamiają sobie, że ten elegancki jegomość to w rzeczywistości był diabłem Borutą. Spoglądają wszystkie w stronę, w którą Boruta się oddalił, ale tam nikogo już nie dostrzegają, słychać tylko szyderczy śmiech. Po nim następuje tylko cisza.

     

    Galeria

    https://turystyka-niecodzienna.pl/zamek-w-leczycy/

    #muzeum #wielkopolskie #zabytek

  7. Do ziemi łęczyckiej wybrać się warto, i to z powodów kilku. Dwa z tych powodów już na tym blogu gościł, czyli Grodzisko oraz Kolegiata w Tumie, a teraz powód trzeci i nie ostatni, czyli wybudowany przez Kazimierza Wielkiego zamek w Łęczycy. Zamek może i trochę zapomniany i trochę mało znany, ale zasługuje na uwagę, a także poświęcenie mu około dwóch godzin życia.

    Zamek powstał, i wielu królów, a także jeńców gościł.

    Mury łęczyckiego zamku zapewne niejedno widziały, i nie jedno mogłyby powiedzieć. Na początku warto wspomnieć o początku miasta, mianowicie w roku 1331 Krzyżacy spalili grodzisko w Tumie, (dawnymi czasy dzisiejszy Tum był Łęczycą), a mieszkańcy tym niepocieszenie porzucili zgliszcza, i osadzili się w terenie dzisiejszego miasta Łęczyca.
    Podania głoszą, że zamkowe mury powstały w latach 1357-1365 za sprawą panującego wówczas króla Kazimierza Wielkiego. Stawiając zamek w Łęczycy można by rzec przy okazji otoczono murami całe miasto, zaś powstający zamek został włączony w ich ciąg. Zajmował południowo-wschodni narożnik i o miasta oddzielał go mur i fosa zasilana w wodę z pobliskiej rzeki Bzury. Sam zamek posadowiono na usypanym w tym celu 5-metrowym kopcu. Po powstaniu na obiekt składały się: narożna wieża główna, zwana szlachecką, wieża bramna, budynek mieszkalny w południono-wschodnim narożniku, zwany domek Starym, bliżej nieokreślone drewniane budynki, i mur obwodowy. Dziś pozostałością po domem starym jest prochownia, czyli budynek gdzie obecnie mieszczą się kasy.

    Znamienici goście

    Zamek w Łęczycy gościł w swoich murach prócz swojego budowniczego trzech innych polskich królów, czyli: Władysława Jagiełłę, Zygmunta III Wazę, oraz Kazimierza Jagiellończyka. Przy czym ten pierwszy chyba upodobał sobie Łęczycę, bo bywał tutaj aż 36 razy. Powody tego były może i prozaiczne, rodzaju wojen z zakonem krzyżackim, spraw sądowych oraz zjazdów generalnych, ale jednak 36 razy to jest dość sporo. Rokiem 1406 Krzyżacy spalili Łęczycę i co za tym idzie także zamek. Został on jednak dość szybko, bo w trzy lata odbudowany. Już latem 1409 roku król Jagiełło zwołał tu sejm, na którym podejmowano decyzje powiązane ze zbliżającą się wojną z zakonem krzyżackim. To właśnie na tym zamku podjęto jedną z ważniejszych historycznych decyzji. Mianowicie stwierdzono, że Korona włączy się do wojny w przypadku agresji Krzyżaków na ziemie litewskie. Pokłosiem tej decyzji była słynna bitwa z roku 1410, czyli bitwa Pod Grunwaldem.

    Skarb łęczycki

    Istnieje legenda o skarbie ukrytym na zamku w Łęczycy. Jednakowoż udając się na poszukiwania strzec się należy diabła Boruty, albowiem to do niego należy ten skarb. A nikt nie lubi, jak mu się skarby odbiera.
    A było to tak…
    Król Kazimierz Wielki wyruszył podróż  z Krakowa do Łęczycy, jednakowoż podczas tej podróży zdążyła się tragedia, mianowicie królewska kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się głęboko w bagno. Królewska świta mimo szczerych chęci nie mogła sobie z tym wypadkiem poradzić. Poradzono więc by szukać pomocy w okolicy. Jednakowoż okolica nie zwiastowało jakiejkolwiek żywej duszy skłonnej tej pomocy udzielić, albowiem był to gęsty bór i błota oraz wąska kręta ścieżka w głąb tego lasu. Jeden ze służących wybrał się więc tą ścieżką i wkrótce spotkał grupę ludzi. Byli to tak zwani borutowie, czyli ludzie parający się wytapianiem smoły z drewna sosnowego. Jeden z nich zaoferował swą pomoc królowi. Sługa prosiłby wszyscy poszli, oni uparcie twierdzili, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I mieli rację, za pomocą grubego sznura wyciągnął w bagna po kolei wszystkie konie, i samą karetę. Król w podzięce nadał mu szlachectwo oraz uczynił zarządcą łęczyckich dóbr. 
    Jak to rzecze ludowe przysłowie „nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego”, i tak się stało też w tym wypadku, boruta zapomniał skąd się wywodzi, i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po jego śmierci ludzie ruszyli na łęczycki zamek celem odebrania zagrabionym im pieniędzy. Niestety pieniędzy nie stwierdzono, a dwa dni później stwierdzono także że ciało zmarłego boruty wzięło i zniknęło. Od tego czasu zaczęto mówić i diable Borucie, podobno wciąż pilnuje swojego skarbu w zamkowych lochach. 
    Do tej legendy jeszcze wrócimy później…

     

     

    Tymczasowe więzienie

    W roku 1410 po wygraniu wspomnianej bitwy zamek tymczasowo pełnił rolę obozu dla jeńców wojennych oczekujących wykupu. Na zamku odbyły się także dwa najbardziej spektakularne Zjazdy Generalne. Pierwszy w roku 1420 kiedy to zwolennicy oskarżonych o przekroczenie kompetencji w rokowaniach z cesarzem Zygmuntem Luksemburskim posłów polskich starli się  ze swymi przeciwnikami. Drugi bardziej spektakularny zakończył się siekaniem mieczami przez szlachtę dokumentu gwarantującego następstwo tronu najstarszemu synowi Władysława Jagiełły, znanemu później jako Władysław Warneńczyk.

    Sejmy, pożar i koniec świetności

    Według przekazów, w tym miejscu Jagiełło przyjął husyckiego posła, ofiarującego mu koronę Czech
    Na zamku jeszcze kilkakrotnie, albowiem w latach: 1420; 1448; 1454; 1462 odbywały się sejmy. Również jeden z następców Jagiełły, Kazimierz Jagiellończyk obrał sobie zamek w Łęczycy na swą siedzibę na czas trwania wojny trzynastoletniej z krzyżakami (1454-1466). Niedługo po ostatnim sejmie z 1462 r. zamkowe zabudowania strawił pożar i przez kolejne stulecia nikt nie odbudował powstałych zniszczeń, zamek pozostał w stanie częściowej ruiny.

    Remoncik na 3000 florenów

    Dwadzieścia lat później ogień dotknął także zamkowy ogródek, co też przyczyniło się do znacznych zniszczeń na terenie całego zamkowego kompleksu. Remontu wówczas wymagały nie tylko budynki, ale także wieża oraz mury obronne. W latach 1524-1537 starosta Mikołaj Russocki wyremontował i rozbudował warownię, przekształcił też dom stary. Jego dzieło kontynuował rokiem 1563 łęczycki starosta Jan Lutomierski.  Zainwestował on w tutejszy zamek niemałą sumę pieniędzy, czyli 3000 florenów, będące około 10.5 kg złota, kosztujące na stan dzisiejszy około 3 890 970 zł. Pieniądze te pozyskał z królewskiego skarbca. Z tych środków wyremontowano ówczesne zniszczenia, oraz wybudowano nowy dom mieszkalny, zwany „domem nowym”. Został on domurowany do wieży bramnej od strony północnej, wzdłuż zachodniego muru obronnego. Korzystając z okazji powiększono szlachecką wieżę, i nakryto ją renesansową attyką. Cały zamek zyskał wówczas nieco rezydentalny wygląd, lecz nadal posiadał walory obronne.
    Trzecim z kolei królem, który zamek w Łęczycy odwiedził był Zygmunt III Waza, przybył tutaj „po drodze” do Krakowa, gdzie śpieszył na swą koronację. Na zamku powitał go zresztą arcybiskup gnieźnieński Stanisław Karnkowski, warto wspomnieć, że to właśnie on nałożył na Wawelu koronę na głowę Zygmunta.

    Szwedzi atakują

    Pozyskane w ten sposób przez zamek walory obronne miały wkrótce okazję się wykazać. Mianowicie rokiem 1655 a dokładniej w sierpniu, w czasie potopu szwedzkiego, szwedzkie wojska pod wodzą Roberta Douglasa przełamały obronę starosty Jakuba Olbrychta Szczawińskiego i opanowały zamek w Łęczycy.Jednak oddać należy, że zamek bronił się dość długo, na tyle długo by pozwoliło to królowi Janowi Kazimierzowi na koncentrację wojsk pod Piątkiem. Niedługo później miasto zostało odbite przez pospolite ruszenie pod wodzą braci Zaleskich, niestety nie udało się odbić zamku, co pozwoliło szwedom wysłać posiłki z Łowicza, które to spowrotem zajęły i ograbiły miasto. 

    Rokiem 1656 pod Łęczycę dociera oddział partyzancki pod dowództwem Stefana Czernieckiego, jednak nie mając artylerii nie miał on mocy sprawczej by dokonać skutecznego oblężenia. Dopiero w październiku gdy pod zamek dociera armia koronna z artylerią pod wodzą króla  Jana Kazimierza, udało się zamek zdobyć. Poskutkowało znacznymi uszkodzeniami zamku. Jednak uszkodzeń jeszcze większych niż sam zamek doznała Łęczyca, z całego miasta ostały się tylko trzy domy. Łęczyca po tym wydarzeniu już nigdy nie odzyskała swego znaczenia i dawnej świetności. Zamek został częściowo odbudowany do roku 1681, niestety prace przerwały walki wspieranego przez szwedów Stanisława Leszczyńskiego z królem Augustem II Mocnym.

    Rosjanie zdobywają zamek

    W roku 1705 na zamku w Łęczycy zawitał sam Karol XII wraz ze swoim wojskiem. Rokiem 1769 podczas walki z konfederatami barskimi rosyjski generał Drewicz zdobywa zamek jak i samo miasto.
    Na skutek tych walk warownia ponownie znacząco ucierpiała, w roku 1788 runął budynek bramny.  Rokiem 1789 na zamku przechowywano archiwum ziemskie, chwilę później ewakuowano je do klasztoru oo.Dominikanów w obawie przed zniszczeniem go przez zawalający się zamek. W wyniku drugiego rozbioru Polski, rokiem 1793 Łęczyca znalazła się na terytorium Prus. Nowi władcy mieli daleko idące plany co do zamku, jak i samego miasta, zamierzali przekształcić je w nowoczesną fortecę. Prac tych nigdy nie ukończono, gdyż po III rozbiorze Polskie umacnianie Łęczycy straciło jakikolwiek sens. Rokiem 1809 Pruskie fortyfikacji rozebrali Austriacy. 

    Skarbu poszukiwania

    Wracamy do wcześniejszej legendy, albowiem jak to rzecze legenda w roku 1882 ogrodnik o nazwisku Jasińki znalazł przy ruinach zamku butelkę z kawałkiem papieru w środku. Na tym papierze znalazł informację o skarbach Boruty i to że jest on ukryty w lochach przy wieży. Ogrodnik sprowadził sobie do pomocy brata z Warszawy, i wspólnie pełni nadziei przystąpili do poszukiwań. Chlew znajdujący się przy więzy pozwolił im kopać tak by nikt ich nie zauważył. Po kilku dniach kopania motyka jednego z nich uderzyła o żelazne wrota. Bracia się ucieszyli, już w głowie widzieli te bogactwa co je za chwilę wyciągną z odkrytego skarbca. Niestety nie nacieszyli się skarbem długo, a nawet wcale, albowiem nagle osunęła się ziemia i zasypała całkowicie braci i ich niedoszły skarb. Ludzie nie mówili o niczym innym niż o gniewie Boruty, któremu zakłócono spokój.

    Cegiełka po cegiełce

    W roku 1806 Łęczyca została wyzwolona spod pruskiego panowania przez wojska gen. Dąbrowskiego,  i weszła w skład utworzonego przez Napoleona księstwa Warszawskiego. Po roku 1815 zamek przejęła Komisja Wojny Królestwa Polskiego i oddała je pod panowanie Dyrekcji Inżynierów Wojska Polskiego. Rok wcześniej runęła część wieży szlacheckiej. Wówczas w pozostałościach Domu Starego (rozebranego w większości w czasach pruskich) urządzono laboratorium prochowe inaczej zwane „prochownią”. W domu nowym natomiast zamieszkał kapitan inżynierów, i znajdowały się tam magazyny. W roku 1826 ówczesny minister oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych Królestwa Grabowski miał plan przejąć zamek by na jego miejscu wybudować szkołę, na ten plan na szczęście nie zgodziło się wojsko.
    Od 1831 r. zamkiem dysponowały władze Łęczycy i powoli rozbierały one zamek cegła po cegle, a cegły sprzedawały. Rokiem 1841 miasto legalnie nabyło prawa do zamku, a na skutek zewnętrznej interwencji zaprzestano handlu zamkowymi cegłami. Lecz by zamek nie stał nieużytkowany urządzono nać skład lodu, budowa lodowni doprowadziła do rozkopania zamku. Poskutkowało to zniszczeniem licznych warstw kulturowych zabytku.

    Aresz, sąd miejski, i remoncik

    Rokiem 1848 na zamku urządzono areszt miejski i sąd. Zamek w Łęczycy w okrojonej i naruszonej czasem formie doczekał się odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918.Wtedy też podejmowano kilku prób ratowania zabytku, i niezbyt się one udały. Koniec końców na dziedzińcu stanęła strażacka wieża ćwiczeń. Piętnaście lat później na zamek wprowadziło się Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, które to rozpoczęło starania o powołanie do istnienia Muzeum Łęczyckiego. 
    Bez większego uszczerbku przetrwał także II-wojenną zawieruchę, by na jej koniec na zamek wprowadził się hufiec łęczyckich harcerzy. Do rozwiązania ZHP w roku 1949 w domu starym miał swoją siedzibę krąg zuchmistrzów z Harcerskim Amatorkim Teatrzykiem Kukiełek „Awangarda”. Dwa lata później muzeum powstało o rozpoczął remont zamku według planów H. Jaworowskiego., skończono go w roku 1976. Odbudowano wtedy wieżę narożną, wieże bramną, Dom Nowy i mury obronne.

    Diabeł na zamku pomieszkuje

    Prawie każdy zamek posiada swego rodzaju „patrona”, nie inaczej jest na zamku w Łęczycy na którym to podobnież pomieszkuje słynny diabeł Boruta. 
    Boruta wedle podań był dawniej szlachetnym rycerzem który to za swe zasługi dla króla Kazimierza Wielkiego w nagrodę otrzymał możliwość mieszkania na zamku. Jednak wtedy też złożył królowi pewną obietnicę, niestety złamał złożoną obietnicę. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po zamkowych korytarzach ostatecznie przyjmując postać diabła. Mówi się że strzeże on zamku, i że po bitwie pod Grunwaldem, kiedy to na zamku przytrzymywano jeńców, począł się on pojawiać na zamkowych murach, przynosząc wraz z sobą przerażenie tych co go zobaczyli.

     

    Legenda o Borucie okładanym sztachetą

    Był to dzień trzynasty maja, a dokładniej piątek, Boruta wybrał się więc na majówkę do Piątku. W piątku tym wszelkiego rodzaju piwa i strawy było pod dostatkiem, więc czart pojadł, popił i stwierdził że potrzeba mu zabawić się z jakąś piękną panna. Wiedząc jednak, że piękna dziewoja mogłaby się jego czarciego wizerunku przerazić i uciec schował ogon pod długą marynarką, a widły wsuną do rękawa. Kapela jednak grała na tyle skocznie, a Boruta tak się zabawił, że ogon mu się spod marynarki wysunął, a i widły się wysunęły z rękawa i głośno upadły na podłogę. Panna jednak odkrywszy prawdziwą tożsamość towarzysza, nie straciła rezonu. Zamiast tego wyrwała sztachetę z płota i poczęła okładać nią Borutę, goniąc go aż do Łęczycy. Sam Boruta jeszcze długa popamiętał tę majówkę, a panna niestety nie skończyła dobrze, albowiem nigdy za mąż nie wyszła. Wszyscy kawalerowie w okolicy, mimo jej jakże cudownej urody bali się jej silnej ręki.

    Trochę o wieży szlacheckiej

    Nad zamkiem dominuje wieża szlachecka, nazywana tak ponieważ mieściło się w niej więzienie dla szlachty. Według opisów posiadało ono tylko jedno wejście na dół, dość ciasne, i z tylko jednym  dobrze okratowanym okienkiem. Ciężkie drzwi broniące więźniowi dostępu do wolności miały doczepioną kunę, czyli obręcz do której przykuwano za rękę bądź też szyję więźnia.  
    By do takiem wieży trafić należało być szlachcicem trudniącym się rozbojem, bądź skazanym na najcięższe zbrodnie, rodzaju mordu czy też gwałtu. 
    Przebywanie w takich więzieniach były ujednolicone prawnie, czyli między innymi w celach nie mogło być pieca, za złamanie tego przepisu starosta zamku dostawał karę 400 grzywien. Jedyne okno w celi musiało być powyżej 12 łokcia od ziemi, czyli ponad 7 metrów, tak by skazany nie miał szans się wydostać. Posiłek natomiast stanowiły wyłącznie chleb i woda spuszczane w wiaderku po sznurze. Tu też warto wspomnieć, iż wieża łęczycka pod koniec XVIII wieku była w tak opłakanym stanie, że więźniowie byli w stanie z niej uciec.

    Tajemniczy elegancki pan, inna legenda o Borucie

    Pewnego pięknego dnia kilkoro dziewcząt wybrało się do łęczyckiego parku. Usiadły na ławce, rozmawiają, przyglądają się spacerującym ludziom. W pewnej chwili w alejce, przy której siedzą pojawia się pewien elegancko ubrany jegomość. Przechodzi obok nich i spogląda, ale idzie dalej, potem przechodzi i raz drugi. Za trzecim razem uśmiecha się i zagaduje, czy nie chciałyby mu towarzyszyć w spacerze wokoło parku. Jednak żadna z dziewcząt nie ma odwagi, jegomość oferuje pieniądze za tę fatygę. Lecz i to nie poskutkowało. Koniec końców jedna z nich, ta najodważniejsza się zgadza. Obchodzą park wokoło, mężczyzna proponuje jeszcze przechadzkę droga tumską, lecz dziewczyna nie jest już nań chętna.
      – Mam ci zapłacić, żebyś poszła? – Pyta mężczyzna.
      – Możesz zapłacić, a możesz nie, jak chcesz. – Odpowiada.
    Wtedy mężczyzna z woreczka, który cały czas trzymał w ręku wyciąga pieniądze. Dziewczyna wygładza rękoma fartuszek i nadstawia, by sypnął nań monetami. Mężczyzna pieniądze kładzie na fartuszku i odchodzi w stronę Tumu. Dziewczyna wraca do pozostawionych koleżanek, które to się śmieją i żartują z jej kawalera. Nagle dziewczyna z przerażeniem spostrzega, że na fartuchu zamiast monet ma same końskie boby. 
    Wtedy też wszystkie koleżanki przestają się śmiać i uświadamiają sobie, że ten elegancki jegomość to w rzeczywistości był diabłem Borutą. Spoglądają wszystkie w stronę, w którą Boruta się oddalił, ale tam nikogo już nie dostrzegają, słychać tylko szyderczy śmiech. Po nim następuje tylko cisza.

     

    Galeria

    https://turystyka-niecodzienna.pl/zamek-w-leczycy/

    #muzeum #wielkopolskie #zabytek

  8. Do ziemi łęczyckiej wybrać się warto, i to z powodów kilku. Dwa z tych powodów już na tym blogu gościł, czyli Grodzisko oraz Kolegiata w Tumie, a teraz powód trzeci i nie ostatni, czyli wybudowany przez Kazimierza Wielkiego zamek w Łęczycy. Zamek może i trochę zapomniany i trochę mało znany, ale zasługuje na uwagę, a także poświęcenie mu około dwóch godzin życia.

    Zamek powstał, i wielu królów, a także jeńców gościł.

    Mury łęczyckiego zamku zapewne niejedno widziały, i nie jedno mogłyby powiedzieć. Na początku warto wspomnieć o początku miasta, mianowicie w roku 1331 Krzyżacy spalili grodzisko w Tumie, (dawnymi czasy dzisiejszy Tum był Łęczycą), a mieszkańcy tym niepocieszenie porzucili zgliszcza, i osadzili się w terenie dzisiejszego miasta Łęczyca.
    Podania głoszą, że zamkowe mury powstały w latach 1357-1365 za sprawą panującego wówczas króla Kazimierza Wielkiego. Stawiając zamek w Łęczycy można by rzec przy okazji otoczono murami całe miasto, zaś powstający zamek został włączony w ich ciąg. Zajmował południowo-wschodni narożnik i o miasta oddzielał go mur i fosa zasilana w wodę z pobliskiej rzeki Bzury. Sam zamek posadowiono na usypanym w tym celu 5-metrowym kopcu. Po powstaniu na obiekt składały się: narożna wieża główna, zwana szlachecką, wieża bramna, budynek mieszkalny w południono-wschodnim narożniku, zwany domek Starym, bliżej nieokreślone drewniane budynki, i mur obwodowy. Dziś pozostałością po domem starym jest prochownia, czyli budynek gdzie obecnie mieszczą się kasy.

    Znamienici goście

    Zamek w Łęczycy gościł w swoich murach prócz swojego budowniczego trzech innych polskich królów, czyli: Władysława Jagiełłę, Zygmunta III Wazę, oraz Kazimierza Jagiellończyka. Przy czym ten pierwszy chyba upodobał sobie Łęczycę, bo bywał tutaj aż 36 razy. Powody tego były może i prozaiczne, rodzaju wojen z zakonem krzyżackim, spraw sądowych oraz zjazdów generalnych, ale jednak 36 razy to jest dość sporo. Rokiem 1406 Krzyżacy spalili Łęczycę i co za tym idzie także zamek. Został on jednak dość szybko, bo w trzy lata odbudowany. Już latem 1409 roku król Jagiełło zwołał tu sejm, na którym podejmowano decyzje powiązane ze zbliżającą się wojną z zakonem krzyżackim. To właśnie na tym zamku podjęto jedną z ważniejszych historycznych decyzji. Mianowicie stwierdzono, że Korona włączy się do wojny w przypadku agresji Krzyżaków na ziemie litewskie. Pokłosiem tej decyzji była słynna bitwa z roku 1410, czyli bitwa Pod Grunwaldem.

    Skarb łęczycki

    Istnieje legenda o skarbie ukrytym na zamku w Łęczycy. Jednakowoż udając się na poszukiwania strzec się należy diabła Boruty, albowiem to do niego należy ten skarb. A nikt nie lubi, jak mu się skarby odbiera.
    A było to tak…
    Król Kazimierz Wielki wyruszył podróż  z Krakowa do Łęczycy, jednakowoż podczas tej podróży zdążyła się tragedia, mianowicie królewska kareta ciągnięta przez 6 koni spadła z grobli i zapadła się głęboko w bagno. Królewska świta mimo szczerych chęci nie mogła sobie z tym wypadkiem poradzić. Poradzono więc by szukać pomocy w okolicy. Jednakowoż okolica nie zwiastowało jakiejkolwiek żywej duszy skłonnej tej pomocy udzielić, albowiem był to gęsty bór i błota oraz wąska kręta ścieżka w głąb tego lasu. Jeden ze służących wybrał się więc tą ścieżką i wkrótce spotkał grupę ludzi. Byli to tak zwani borutowie, czyli ludzie parający się wytapianiem smoły z drewna sosnowego. Jeden z nich zaoferował swą pomoc królowi. Sługa prosiłby wszyscy poszli, oni uparcie twierdzili, że jeden boruta w zupełności wystarczy. I mieli rację, za pomocą grubego sznura wyciągnął w bagna po kolei wszystkie konie, i samą karetę. Król w podzięce nadał mu szlachectwo oraz uczynił zarządcą łęczyckich dóbr. 
    Jak to rzecze ludowe przysłowie „nie ma diabła gorszego, gdy się stanie pan z ubogiego”, i tak się stało też w tym wypadku, boruta zapomniał skąd się wywodzi, i stał się dla ludu okrutnym ciemiężcą. Po jego śmierci ludzie ruszyli na łęczycki zamek celem odebrania zagrabionym im pieniędzy. Niestety pieniędzy nie stwierdzono, a dwa dni później stwierdzono także że ciało zmarłego boruty wzięło i zniknęło. Od tego czasu zaczęto mówić i diable Borucie, podobno wciąż pilnuje swojego skarbu w zamkowych lochach. 
    Do tej legendy jeszcze wrócimy później…

     

     

    Tymczasowe więzienie

    W roku 1410 po wygraniu wspomnianej bitwy zamek tymczasowo pełnił rolę obozu dla jeńców wojennych oczekujących wykupu. Na zamku odbyły się także dwa najbardziej spektakularne Zjazdy Generalne. Pierwszy w roku 1420 kiedy to zwolennicy oskarżonych o przekroczenie kompetencji w rokowaniach z cesarzem Zygmuntem Luksemburskim posłów polskich starli się  ze swymi przeciwnikami. Drugi bardziej spektakularny zakończył się siekaniem mieczami przez szlachtę dokumentu gwarantującego następstwo tronu najstarszemu synowi Władysława Jagiełły, znanemu później jako Władysław Warneńczyk.

    Sejmy, pożar i koniec świetności

    Według przekazów, w tym miejscu Jagiełło przyjął husyckiego posła, ofiarującego mu koronę Czech
    Na zamku jeszcze kilkakrotnie, albowiem w latach: 1420; 1448; 1454; 1462 odbywały się sejmy. Również jeden z następców Jagiełły, Kazimierz Jagiellończyk obrał sobie zamek w Łęczycy na swą siedzibę na czas trwania wojny trzynastoletniej z krzyżakami (1454-1466). Niedługo po ostatnim sejmie z 1462 r. zamkowe zabudowania strawił pożar i przez kolejne stulecia nikt nie odbudował powstałych zniszczeń, zamek pozostał w stanie częściowej ruiny.

    Remoncik na 3000 florenów

    Dwadzieścia lat później ogień dotknął także zamkowy ogródek, co też przyczyniło się do znacznych zniszczeń na terenie całego zamkowego kompleksu. Remontu wówczas wymagały nie tylko budynki, ale także wieża oraz mury obronne. W latach 1524-1537 starosta Mikołaj Russocki wyremontował i rozbudował warownię, przekształcił też dom stary. Jego dzieło kontynuował rokiem 1563 łęczycki starosta Jan Lutomierski.  Zainwestował on w tutejszy zamek niemałą sumę pieniędzy, czyli 3000 florenów, będące około 10.5 kg złota, kosztujące na stan dzisiejszy około 3 890 970 zł. Pieniądze te pozyskał z królewskiego skarbca. Z tych środków wyremontowano ówczesne zniszczenia, oraz wybudowano nowy dom mieszkalny, zwany „domem nowym”. Został on domurowany do wieży bramnej od strony północnej, wzdłuż zachodniego muru obronnego. Korzystając z okazji powiększono szlachecką wieżę, i nakryto ją renesansową attyką. Cały zamek zyskał wówczas nieco rezydentalny wygląd, lecz nadal posiadał walory obronne.
    Trzecim z kolei królem, który zamek w Łęczycy odwiedził był Zygmunt III Waza, przybył tutaj „po drodze” do Krakowa, gdzie śpieszył na swą koronację. Na zamku powitał go zresztą arcybiskup gnieźnieński Stanisław Karnkowski, warto wspomnieć, że to właśnie on nałożył na Wawelu koronę na głowę Zygmunta.

    Szwedzi atakują

    Pozyskane w ten sposób przez zamek walory obronne miały wkrótce okazję się wykazać. Mianowicie rokiem 1655 a dokładniej w sierpniu, w czasie potopu szwedzkiego, szwedzkie wojska pod wodzą Roberta Douglasa przełamały obronę starosty Jakuba Olbrychta Szczawińskiego i opanowały zamek w Łęczycy.Jednak oddać należy, że zamek bronił się dość długo, na tyle długo by pozwoliło to królowi Janowi Kazimierzowi na koncentrację wojsk pod Piątkiem. Niedługo później miasto zostało odbite przez pospolite ruszenie pod wodzą braci Zaleskich, niestety nie udało się odbić zamku, co pozwoliło szwedom wysłać posiłki z Łowicza, które to spowrotem zajęły i ograbiły miasto. 

    Rokiem 1656 pod Łęczycę dociera oddział partyzancki pod dowództwem Stefana Czernieckiego, jednak nie mając artylerii nie miał on mocy sprawczej by dokonać skutecznego oblężenia. Dopiero w październiku gdy pod zamek dociera armia koronna z artylerią pod wodzą króla  Jana Kazimierza, udało się zamek zdobyć. Poskutkowało znacznymi uszkodzeniami zamku. Jednak uszkodzeń jeszcze większych niż sam zamek doznała Łęczyca, z całego miasta ostały się tylko trzy domy. Łęczyca po tym wydarzeniu już nigdy nie odzyskała swego znaczenia i dawnej świetności. Zamek został częściowo odbudowany do roku 1681, niestety prace przerwały walki wspieranego przez szwedów Stanisława Leszczyńskiego z królem Augustem II Mocnym.

    Rosjanie zdobywają zamek

    W roku 1705 na zamku w Łęczycy zawitał sam Karol XII wraz ze swoim wojskiem. Rokiem 1769 podczas walki z konfederatami barskimi rosyjski generał Drewicz zdobywa zamek jak i samo miasto.
    Na skutek tych walk warownia ponownie znacząco ucierpiała, w roku 1788 runął budynek bramny.  Rokiem 1789 na zamku przechowywano archiwum ziemskie, chwilę później ewakuowano je do klasztoru oo.Dominikanów w obawie przed zniszczeniem go przez zawalający się zamek. W wyniku drugiego rozbioru Polski, rokiem 1793 Łęczyca znalazła się na terytorium Prus. Nowi władcy mieli daleko idące plany co do zamku, jak i samego miasta, zamierzali przekształcić je w nowoczesną fortecę. Prac tych nigdy nie ukończono, gdyż po III rozbiorze Polskie umacnianie Łęczycy straciło jakikolwiek sens. Rokiem 1809 Pruskie fortyfikacji rozebrali Austriacy. 

    Skarbu poszukiwania

    Wracamy do wcześniejszej legendy, albowiem jak to rzecze legenda w roku 1882 ogrodnik o nazwisku Jasińki znalazł przy ruinach zamku butelkę z kawałkiem papieru w środku. Na tym papierze znalazł informację o skarbach Boruty i to że jest on ukryty w lochach przy wieży. Ogrodnik sprowadził sobie do pomocy brata z Warszawy, i wspólnie pełni nadziei przystąpili do poszukiwań. Chlew znajdujący się przy więzy pozwolił im kopać tak by nikt ich nie zauważył. Po kilku dniach kopania motyka jednego z nich uderzyła o żelazne wrota. Bracia się ucieszyli, już w głowie widzieli te bogactwa co je za chwilę wyciągną z odkrytego skarbca. Niestety nie nacieszyli się skarbem długo, a nawet wcale, albowiem nagle osunęła się ziemia i zasypała całkowicie braci i ich niedoszły skarb. Ludzie nie mówili o niczym innym niż o gniewie Boruty, któremu zakłócono spokój.

    Cegiełka po cegiełce

    W roku 1806 Łęczyca została wyzwolona spod pruskiego panowania przez wojska gen. Dąbrowskiego,  i weszła w skład utworzonego przez Napoleona księstwa Warszawskiego. Po roku 1815 zamek przejęła Komisja Wojny Królestwa Polskiego i oddała je pod panowanie Dyrekcji Inżynierów Wojska Polskiego. Rok wcześniej runęła część wieży szlacheckiej. Wówczas w pozostałościach Domu Starego (rozebranego w większości w czasach pruskich) urządzono laboratorium prochowe inaczej zwane „prochownią”. W domu nowym natomiast zamieszkał kapitan inżynierów, i znajdowały się tam magazyny. W roku 1826 ówczesny minister oświecenia Publicznego i Wyznań Religijnych Królestwa Grabowski miał plan przejąć zamek by na jego miejscu wybudować szkołę, na ten plan na szczęście nie zgodziło się wojsko.
    Od 1831 r. zamkiem dysponowały władze Łęczycy i powoli rozbierały one zamek cegła po cegle, a cegły sprzedawały. Rokiem 1841 miasto legalnie nabyło prawa do zamku, a na skutek zewnętrznej interwencji zaprzestano handlu zamkowymi cegłami. Lecz by zamek nie stał nieużytkowany urządzono nać skład lodu, budowa lodowni doprowadziła do rozkopania zamku. Poskutkowało to zniszczeniem licznych warstw kulturowych zabytku.

    Aresz, sąd miejski, i remoncik

    Rokiem 1848 na zamku urządzono areszt miejski i sąd. Zamek w Łęczycy w okrojonej i naruszonej czasem formie doczekał się odzyskania przez Polskę niepodległości w roku 1918.Wtedy też podejmowano kilku prób ratowania zabytku, i niezbyt się one udały. Koniec końców na dziedzińcu stanęła strażacka wieża ćwiczeń. Piętnaście lat później na zamek wprowadziło się Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, które to rozpoczęło starania o powołanie do istnienia Muzeum Łęczyckiego. 
    Bez większego uszczerbku przetrwał także II-wojenną zawieruchę, by na jej koniec na zamek wprowadził się hufiec łęczyckich harcerzy. Do rozwiązania ZHP w roku 1949 w domu starym miał swoją siedzibę krąg zuchmistrzów z Harcerskim Amatorkim Teatrzykiem Kukiełek „Awangarda”. Dwa lata później muzeum powstało o rozpoczął remont zamku według planów H. Jaworowskiego., skończono go w roku 1976. Odbudowano wtedy wieżę narożną, wieże bramną, Dom Nowy i mury obronne.

    Diabeł na zamku pomieszkuje

    Prawie każdy zamek posiada swego rodzaju „patrona”, nie inaczej jest na zamku w Łęczycy na którym to podobnież pomieszkuje słynny diabeł Boruta. 
    Boruta wedle podań był dawniej szlachetnym rycerzem który to za swe zasługi dla króla Kazimierza Wielkiego w nagrodę otrzymał możliwość mieszkania na zamku. Jednak wtedy też złożył królowi pewną obietnicę, niestety złamał złożoną obietnicę. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po zamkowych korytarzach ostatecznie przyjmując postać diabła. Mówi się że strzeże on zamku, i że po bitwie pod Grunwaldem, kiedy to na zamku przytrzymywano jeńców, począł się on pojawiać na zamkowych murach, przynosząc wraz z sobą przerażenie tych co go zobaczyli.

     

    Legenda o Borucie okładanym sztachetą

    Był to dzień trzynasty maja, a dokładniej piątek, Boruta wybrał się więc na majówkę do Piątku. W piątku tym wszelkiego rodzaju piwa i strawy było pod dostatkiem, więc czart pojadł, popił i stwierdził że potrzeba mu zabawić się z jakąś piękną panna. Wiedząc jednak, że piękna dziewoja mogłaby się jego czarciego wizerunku przerazić i uciec schował ogon pod długą marynarką, a widły wsuną do rękawa. Kapela jednak grała na tyle skocznie, a Boruta tak się zabawił, że ogon mu się spod marynarki wysunął, a i widły się wysunęły z rękawa i głośno upadły na podłogę. Panna jednak odkrywszy prawdziwą tożsamość towarzysza, nie straciła rezonu. Zamiast tego wyrwała sztachetę z płota i poczęła okładać nią Borutę, goniąc go aż do Łęczycy. Sam Boruta jeszcze długa popamiętał tę majówkę, a panna niestety nie skończyła dobrze, albowiem nigdy za mąż nie wyszła. Wszyscy kawalerowie w okolicy, mimo jej jakże cudownej urody bali się jej silnej ręki.

    Trochę o wieży szlacheckiej

    Nad zamkiem dominuje wieża szlachecka, nazywana tak ponieważ mieściło się w niej więzienie dla szlachty. Według opisów posiadało ono tylko jedno wejście na dół, dość ciasne, i z tylko jednym  dobrze okratowanym okienkiem. Ciężkie drzwi broniące więźniowi dostępu do wolności miały doczepioną kunę, czyli obręcz do której przykuwano za rękę bądź też szyję więźnia.  
    By do takiem wieży trafić należało być szlachcicem trudniącym się rozbojem, bądź skazanym na najcięższe zbrodnie, rodzaju mordu czy też gwałtu. 
    Przebywanie w takich więzieniach były ujednolicone prawnie, czyli między innymi w celach nie mogło być pieca, za złamanie tego przepisu starosta zamku dostawał karę 400 grzywien. Jedyne okno w celi musiało być powyżej 12 łokcia od ziemi, czyli ponad 7 metrów, tak by skazany nie miał szans się wydostać. Posiłek natomiast stanowiły wyłącznie chleb i woda spuszczane w wiaderku po sznurze. Tu też warto wspomnieć, iż wieża łęczycka pod koniec XVIII wieku była w tak opłakanym stanie, że więźniowie byli w stanie z niej uciec.

    Tajemniczy elegancki pan, inna legenda o Borucie

    Pewnego pięknego dnia kilkoro dziewcząt wybrało się do łęczyckiego parku. Usiadły na ławce, rozmawiają, przyglądają się spacerującym ludziom. W pewnej chwili w alejce, przy której siedzą pojawia się pewien elegancko ubrany jegomość. Przechodzi obok nich i spogląda, ale idzie dalej, potem przechodzi i raz drugi. Za trzecim razem uśmiecha się i zagaduje, czy nie chciałyby mu towarzyszyć w spacerze wokoło parku. Jednak żadna z dziewcząt nie ma odwagi, jegomość oferuje pieniądze za tę fatygę. Lecz i to nie poskutkowało. Koniec końców jedna z nich, ta najodważniejsza się zgadza. Obchodzą park wokoło, mężczyzna proponuje jeszcze przechadzkę droga tumską, lecz dziewczyna nie jest już nań chętna.
      – Mam ci zapłacić, żebyś poszła? – Pyta mężczyzna.
      – Możesz zapłacić, a możesz nie, jak chcesz. – Odpowiada.
    Wtedy mężczyzna z woreczka, który cały czas trzymał w ręku wyciąga pieniądze. Dziewczyna wygładza rękoma fartuszek i nadstawia, by sypnął nań monetami. Mężczyzna pieniądze kładzie na fartuszku i odchodzi w stronę Tumu. Dziewczyna wraca do pozostawionych koleżanek, które to się śmieją i żartują z jej kawalera. Nagle dziewczyna z przerażeniem spostrzega, że na fartuchu zamiast monet ma same końskie boby. 
    Wtedy też wszystkie koleżanki przestają się śmiać i uświadamiają sobie, że ten elegancki jegomość to w rzeczywistości był diabłem Borutą. Spoglądają wszystkie w stronę, w którą Boruta się oddalił, ale tam nikogo już nie dostrzegają, słychać tylko szyderczy śmiech. Po nim następuje tylko cisza.

     

    Galeria

    https://turystyka-niecodzienna.pl/zamek-w-leczycy/

    #muzeum #wielkopolskie #zabytek

  9. KRYZYS Z LASAMI POGŁĘBIA SIĘ

    Kryzys w procesie reformy gospodarki leśnej w Polsce pogłębia się już naprawdę przepastnie. Po drugiej odsłonie Ogólnopolskiej Narady o Lasach w naszej leśnej bańce zaczynają się pojawiać refleksje nad jej założeniami, skoro dla wszystkich okazała się dziwnym widowiskiem (odsyłamy do naszych ostatnich postów). Lasy i Obywatele alarmują, że Leśnicy usiłują „wywracać stolik” Równolegle Antoni S. Kostka pisze o wyważaniu otwartych drzwi wskazując na przypadek Litwy i nawołuje do cofnięcia się o krok w myśleniu. Na rok po podpisaniu umowy koalicyjnej dorzućmy trzy grosze z perspektywy kilkuletnich już doświadczeń ruchu społecznego.

    PRAWDZIWE ŹRÓDŁO PROBLEMU

    Przypomnijmy najpierw co jest tu obiektywnym źródłem problemu. Na czym polega kłopot z lasami publicznymi w Polsce?

    W pierwszym rzędzie na CHARAKTERZE SAMEJ INSTYTUCJI ZARZĄDZAJĄCEJ, która sama się finansuje i funkcjonuje jak państwo w państwie. Na podstawie tego, co dzieje się teraz widać, że bez rozwiązania tego problemu niewiele da się wskórać – czyli krótko mówiąc LP powinny być tak odniesione do budżetu, żeby opłacało im się przynajmniej czasem przestawać się samofinansować (nikt, ani człowiek, ani instytucja, jak przekonywali już ponad rok temu Zaleski z Rykowskim w audycji radiowej, nie pozwoli sobie z własnej woli na to by zacząć mniej zarabiać).

    JAK ZARADZIĆ PIERWSZEMU PROBLEMOWI? – to pytanie pozostawmy na razie bez odpowiedzi, bo i nie czujemy się tu wystarczająco kompetentni w szczegółach.

    Po drugie (i w konsekwencji pierwszego) PROBLEM POLEGA NA SAMYM MODELU GOSPODARKI LEŚNEJ. Na jednej trzeciej powierzchni naszego kraju obowiązuje zunifikowany model leśnictwa drzewostanowego, we wszystkich parametrach nakierowanego na maksymalną produkcję surowca. Nie jest to wbrew szumnej nazwie model gospodarki wielofunkcyjnej (patrz Rykowski👇). Kluczowe ekosystemy w skali kraju podlegają regularnym mikrokatastrofom – tak zwanym zrębom i późnym trzebieżom, o różnej skali i rozciągnięciu w czasie. Z biegiem czasu sami Leśnicy popadli też w silne ideologiczne przekonanie, że zaniechanie intensywnego cyklu produkcyjnego jest tożsame z rozpadem, samoanihilacją, zawaleniem się lasu etc. – w głowach mając utrwalone myślenie w kategoriach ilości i jakości biomasy do pozyskania w odniesieniu do każdego rodzaju lasu (leśnictwo drzewostanowe, prowadzące nieuchronnie do konfliktów z otoczeniem społecznym – Rykowski👇).

    JAK ZARADZIĆ TEMU DRUGIEMU PROBLEMOWI?

    Wbrew pozorom nie wydaje się to zbyt skomplikowane. Wystarczyłoby 1) obrać za punkt odniesienia zobiektywizowany podział lasów w Polsce według samego PGL LP w odniesieniu do założonej w nim głównej funkcji obszaru (patrz wykres👉). 2) Sensownie go zweryfikować (np. osłabić wyśrubowane kryteria miastochronności lasu), a następnie 3) stworzyć nowe różne zasady i instrukcje dla leśnictwa w sektorach: wodochronnych, glebochronnych, miastochronnych etc. – na przykład zgodnie ze sformułowaną dawną koncepcją Rykowskiego jako koordynatora Narodowego Programu Leśnego z lat 2012-2015. Który stawiał wtedy na pięć głównych i odmiennych paradygmatycznie podejść: leśnictwo rezerwatowe (ochrona czynna), leśnictwo ekosystemowe, przyrodniczo-ekosystemowe, drzewostanowe (czyli dzisiejsze) i plantacyjne (polityczny program zalesiania). Wystarczyłoby odnieść to sensownie do podziału na dominujące/główne funkcje z wykresu żeby uspójnić wreszcie praktykę w lasach z Ustawą o lasach – przez urealnienie ochronności. Wtedy i wilk byłby syty i owca byłaby cała – pod warunkiem oczywiście zmiany w strukturze finansowania LP, bo zyski spadły by znacząco.

    W lasach gospodarczych, czyli mniej więcej na połowie obszaru lasów publicznych (1/6 pow. kraju) wprowadzilibyśmy dobrze zaplanowane modyfikacje, a w innych pozmieniali priorytety, pożegnawszy się z tzw. wiekiem rębnym, określonym czysto drzewostanowo. Szczególnie w lasach miastochronnych konieczne byłoby włączenie w proces i uwzględnienie postulatów lokalnego społeczeństwa obywatelskiego i samorządów.

    WTEDY WSZYSTKO MIAŁOBY RĘCE I NOGI I BYŁOBY TRANSPARENTNE

    A co się stało u nas w połowie roku 2023? W centrum agendy ruchów leśnych wkroczył POSTULAT WIODĄCYCH PRESTIŻOWYCH NGO – postulat wyłączenia z gospodarki leśnej 20% lasów – wywodzący się z dawnego pomysłu Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze żeby stworzyć nową kategorię „lasów narodowych” pod strategię unijną. Postulat bezkrytycznie przejęty przez Pracownia na rzecz Wszystkich Istot do jej projektu nowej ustawy, a następnie przez Lasy i Obywatele zaimplementowany w dół jako rzekomy „postulat oddolny” ruchów leśnych. I uznany właśnie wczoraj po półtora roku przez propagandystów LP publicznie za „hasło reklamowe”. I nawet trudno się z tym nie zgodzić, skoro wyjściowa wartość procentowa jest wzięta z sufitu i bezrefleksyjnie pociąga za sobą tak zwany separacyjny model leśnictwa – na 20% lasów ma się odtąd robić co innego, a na 80% to samo co zwykle lub jeszcze gorzej niż wcześniej, żeby wyjść na zero (ekspertki i autorytety NGO zapytywane o pozostałe 80% są w stanie powiedzieć tylko tyle, że „myślą o nich”, a w praktyce są całkowicie zaabsorbowane tylko dwudziestoma procentami). I nikomu nie przeszkadza, że nie tylko Rykowski, ale i prof. Szwagrzyk przeciwstawia się tyleż obecnemu modelowi „integracyjnemu”(gdzie wielofunkcyjność okazuje się pustą fikcją) jak i ściśle „separacyjnemu” spod znaku naszych trzech NGO.

    EFEKT? ZBIOROWY RYTUAŁ POŚREDNIEJ AFIRMACJI TZWGL

    Od roku nie mówi się już praktycznie o niczym innym tylko o takim defensywnym, negatywistycznym i spłaszczającym problem „wyłączaniu” takich lub innych procentów lasu „z gospodarki” (trwale zrównoważonej i wielofunkcyjnej jak dodają Leśnicy – na każdym hektarze, jak ironizuje A. Kostka). Co po wiosennej Naradzie o Lasach zostało dodatkowo rozpisane na przyjętą w niej fatalną metodologię: do wyłączeń dorzucono jeszcze „ograniczenia” i „modyfikacje”. Jak pokazał obecny nieudany proces pilotażowy MKiŚ cała ta retoryka narzuca przede wszystkim wrażenie, że odnosimy się do pewnej oczywistości rozumianej jako norma („normalna gospodarka leśna” w ustach ministra Dorożały). Narzuca też niekończące się scholastyczne dyskusje spod znaku „co to znaczy wyłączyć?”, po co wyłączyć skoro można ograniczyć, a jeśli można okgraniczyć to może wystarczy zmodyfikować? itd. - dyskusje które leśnicy w nieskończoność rozwlekają i celowo podkręcają. A zarazem retoryka ta skutecznie milczy o realnym problemie, jakim jest leśnictwo drzewostanowe, panujące u nas do dziś od czasów saskich. Przeciwnie, odmieniana potem przez wszystkie przypadki w dzisiejszej mikrobatalii medialnej „gospodarka leśna” sprawia coraz bardziej złudne wrażenie, że chodzi o jakieś naturalne zjawisko towarzyszące planecie co najmniej od czasów pojawienia się gatunku homo sapiens – czyli utrwala demiurgiczną narrację o antropogenicznym pochodzeniu lasu na której najbardziej zależy oczywiście leśnikom. I od roku cały ruch leśny bezwiednie uczestniczy w rytuałach afirmowania mitycznej odwiecznej „gospodarki leśnej”, przez taką lub inną, silniejszą lub słabszą jej negację. W partyzanckiej nierównej walce zaaranżowanej przez MKiŚ – gdzie lokalne grupki ludzi wspieranej lub nie przez samorządy konfrontują się z urzędnikami LP korzystającymi z całego tradycyjnego autorytetu etosu Leśnika i praktycznego monopolu na wiedzę ekspercką.

    GŁÓWNYM PROBLEMEM JEST OCZYWIŚCIE BRAK DOBREJ WOLI ZE STRONY TEJ INSTYTUCJI. Nie zmienia to faktu, że cały przekaz o „wyłączaniu” czegoś z czegoś obnażył już chyba wszystkie możliwe wady:
    Podsumujmy: TAK ZWANE WYŁACZANIE Z GOSPODARKI jest:
    1. Pod względem MERYTORYCZNYM NEGATYWISTYCZNE i DEFENSYWNE, pozbawione pomysłu, realnej treści do której można by było zachęcać – definiuje naszą wolę wobec czegoś czego nie chcemy. Możemy, owszem, dodawać że chodzi o „wyłączenie z gospodarki surowcowej”, ale ani Leśnik lub zaproszony przez niego ekspert, ani osoba postronna tego nie rozumie – czy to na zasadzie lojalności zawodowej, czy to nieświadomie, będzie w tym widzieć głównie subiektywną niezgodę. Co sprawia że jest to też trudne w w komunikowaniu zdezorientowanym samorządom (patrz Brwinów, gdzie burmistrz upiera się że leśnik jest jak lekarz, koniec kropka).

    2. MERYTORYCZNIE SPŁASZCZONE, bo omija problem, jakim jest fikcja wielofunkcyjności obecnego modelu. Problem rzeczywisty – SZTUCZNIE ZUNIFIKOWANY "ROLNICZY" MODEL leśnictwa – wszystko pod plon – w swej zideologizowanej twardej formie wyrażany w utożsamieniu celu hodowlanego z trwałością lasu – NIE JEST W OBECNEJ KAMPANII ADRESOWANY lub adresowany jest tylko na marginesie, półgębkiem. Zamiast tego narzuca się wrażenie że odnosimy się do pewnej OCZYWISTOŚCI lub NORMY („normalna gospodarka leśna” wiceministra)

    3. NIEDOPASOWANE do potrzebnego w tej dziedzinie myślenia w kategoriach PROCESÓW (cykl produkcyjny w jego odróżnieniu od cyklu wzrostu i i rozwoju), co Leśnicy też potrafią umiejętnie rozgrywać.
    4. POLITYCZNIE (strategicznie) PRZECIWSKUTECZNE w negocjacjach, skoro leśnicy, z oczywistych powodów takich jak wykształcenie, zobowiązania urzędowe i żywione stereotypy, zainteresowani są w minimalizacji wyłączeń i maksymalizacji modyfikacji i w rozgrywaniu tych drugich przeciwko pierwszym -korzystając z autorytetu społecznego i specjalistycznego jako silniejszy gracz. Jak pokazała pierwsza odsłona Narady o Lasach w jej przełożeniu na praktykę z tak zwanego programu pilotażowego z tej jesieni – wszystkie te cechy: negatywizm, spłaszczenie sprawy i wynikła stąd defensywność narracji – doprowadziły nas jedynie do fikcji PRowej wokół tak zwanych lasów społecznych. Bo zgodnie z przyjętą metodologią, nawet tam gdzie ludzie porozumieli się z urzędnikami LP, realne zmiany będą obejmować śmiesznie małe obszary leśne, w skali kraju obejmujące promile całej powierzchni lasów publicznych i mające się nijak nawet do skromnej wielkości 9% lasów ochronnych wokół miast.
    #lasypaństwowe #lasyspołeczne

  10. KRYZYS Z LASAMI POGŁĘBIA SIĘ

    Kryzys w procesie reformy gospodarki leśnej w Polsce pogłębia się już naprawdę przepastnie. Po drugiej odsłonie Ogólnopolskiej Narady o Lasach w naszej leśnej bańce zaczynają się pojawiać refleksje nad jej założeniami, skoro dla wszystkich okazała się dziwnym widowiskiem (odsyłamy do naszych ostatnich postów). Lasy i Obywatele alarmują, że Leśnicy usiłują „wywracać stolik” Równolegle Antoni S. Kostka pisze o wyważaniu otwartych drzwi wskazując na przypadek Litwy i nawołuje do cofnięcia się o krok w myśleniu. Na rok po podpisaniu umowy koalicyjnej dorzućmy trzy grosze z perspektywy kilkuletnich już doświadczeń ruchu społecznego.

    PRAWDZIWE ŹRÓDŁO PROBLEMU

    Przypomnijmy najpierw co jest tu obiektywnym źródłem problemu. Na czym polega kłopot z lasami publicznymi w Polsce?

    W pierwszym rzędzie na CHARAKTERZE SAMEJ INSTYTUCJI ZARZĄDZAJĄCEJ, która sama się finansuje i funkcjonuje jak państwo w państwie. Na podstawie tego, co dzieje się teraz widać, że bez rozwiązania tego problemu niewiele da się wskórać – czyli krótko mówiąc LP powinny być tak odniesione do budżetu, żeby opłacało im się przynajmniej czasem przestawać się samofinansować (nikt, ani człowiek, ani instytucja, jak przekonywali już ponad rok temu Zaleski z Rykowskim w audycji radiowej, nie pozwoli sobie z własnej woli na to by zacząć mniej zarabiać).

    JAK ZARADZIĆ PIERWSZEMU PROBLEMOWI? – to pytanie pozostawmy na razie bez odpowiedzi, bo i nie czujemy się tu wystarczająco kompetentni w szczegółach.

    Po drugie (i w konsekwencji pierwszego) PROBLEM POLEGA NA SAMYM MODELU GOSPODARKI LEŚNEJ. Na jednej trzeciej powierzchni naszego kraju obowiązuje zunifikowany model leśnictwa drzewostanowego, we wszystkich parametrach nakierowanego na maksymalną produkcję surowca. Nie jest to wbrew szumnej nazwie model gospodarki wielofunkcyjnej (patrz Rykowski👇). Kluczowe ekosystemy w skali kraju podlegają regularnym mikrokatastrofom – tak zwanym zrębom i późnym trzebieżom, o różnej skali i rozciągnięciu w czasie. Z biegiem czasu sami Leśnicy popadli też w silne ideologiczne przekonanie, że zaniechanie intensywnego cyklu produkcyjnego jest tożsame z rozpadem, samoanihilacją, zawaleniem się lasu etc. – w głowach mając utrwalone myślenie w kategoriach ilości i jakości biomasy do pozyskania w odniesieniu do każdego rodzaju lasu (leśnictwo drzewostanowe, prowadzące nieuchronnie do konfliktów z otoczeniem społecznym – Rykowski👇).

    JAK ZARADZIĆ TEMU DRUGIEMU PROBLEMOWI?

    Wbrew pozorom nie wydaje się to zbyt skomplikowane. Wystarczyłoby 1) obrać za punkt odniesienia zobiektywizowany podział lasów w Polsce według samego PGL LP w odniesieniu do założonej w nim głównej funkcji obszaru (patrz wykres👉). 2) Sensownie go zweryfikować (np. osłabić wyśrubowane kryteria miastochronności lasu), a następnie 3) stworzyć nowe różne zasady i instrukcje dla leśnictwa w sektorach: wodochronnych, glebochronnych, miastochronnych etc. – na przykład zgodnie ze sformułowaną dawną koncepcją Rykowskiego jako koordynatora Narodowego Programu Leśnego z lat 2012-2015. Który stawiał wtedy na pięć głównych i odmiennych paradygmatycznie podejść: leśnictwo rezerwatowe (ochrona czynna), leśnictwo ekosystemowe, przyrodniczo-ekosystemowe, drzewostanowe (czyli dzisiejsze) i plantacyjne (polityczny program zalesiania). Wystarczyłoby odnieść to sensownie do podziału na dominujące/główne funkcje z wykresu żeby uspójnić wreszcie praktykę w lasach z Ustawą o lasach – przez urealnienie ochronności. Wtedy i wilk byłby syty i owca byłaby cała – pod warunkiem oczywiście zmiany w strukturze finansowania LP, bo zyski spadły by znacząco.

    W lasach gospodarczych, czyli mniej więcej na połowie obszaru lasów publicznych (1/6 pow. kraju) wprowadzilibyśmy dobrze zaplanowane modyfikacje, a w innych pozmieniali priorytety, pożegnawszy się z tzw. wiekiem rębnym, określonym czysto drzewostanowo. Szczególnie w lasach miastochronnych konieczne byłoby włączenie w proces i uwzględnienie postulatów lokalnego społeczeństwa obywatelskiego i samorządów.

    WTEDY WSZYSTKO MIAŁOBY RĘCE I NOGI I BYŁOBY TRANSPARENTNE

    A co się stało u nas w połowie roku 2023? W centrum agendy ruchów leśnych wkroczył POSTULAT WIODĄCYCH PRESTIŻOWYCH NGO – postulat wyłączenia z gospodarki leśnej 20% lasów – wywodzący się z dawnego pomysłu Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze żeby stworzyć nową kategorię „lasów narodowych” pod strategię unijną. Postulat bezkrytycznie przejęty przez Pracownia na rzecz Wszystkich Istot do jej projektu nowej ustawy, a następnie przez Lasy i Obywatele zaimplementowany w dół jako rzekomy „postulat oddolny” ruchów leśnych. I uznany właśnie wczoraj po półtora roku przez propagandystów LP publicznie za „hasło reklamowe”. I nawet trudno się z tym nie zgodzić, skoro wyjściowa wartość procentowa jest wzięta z sufitu i bezrefleksyjnie pociąga za sobą tak zwany separacyjny model leśnictwa – na 20% lasów ma się odtąd robić co innego, a na 80% to samo co zwykle lub jeszcze gorzej niż wcześniej, żeby wyjść na zero (ekspertki i autorytety NGO zapytywane o pozostałe 80% są w stanie powiedzieć tylko tyle, że „myślą o nich”, a w praktyce są całkowicie zaabsorbowane tylko dwudziestoma procentami). I nikomu nie przeszkadza, że nie tylko Rykowski, ale i prof. Szwagrzyk przeciwstawia się tyleż obecnemu modelowi „integracyjnemu”(gdzie wielofunkcyjność okazuje się pustą fikcją) jak i ściśle „separacyjnemu” spod znaku naszych trzech NGO.

    EFEKT? ZBIOROWY RYTUAŁ POŚREDNIEJ AFIRMACJI TZWGL

    Od roku nie mówi się już praktycznie o niczym innym tylko o takim defensywnym, negatywistycznym i spłaszczającym problem „wyłączaniu” takich lub innych procentów lasu „z gospodarki” (trwale zrównoważonej i wielofunkcyjnej jak dodają Leśnicy – na każdym hektarze, jak ironizuje A. Kostka). Co po wiosennej Naradzie o Lasach zostało dodatkowo rozpisane na przyjętą w niej fatalną metodologię: do wyłączeń dorzucono jeszcze „ograniczenia” i „modyfikacje”. Jak pokazał obecny nieudany proces pilotażowy MKiŚ cała ta retoryka narzuca przede wszystkim wrażenie, że odnosimy się do pewnej oczywistości rozumianej jako norma („normalna gospodarka leśna” w ustach ministra Dorożały). Narzuca też niekończące się scholastyczne dyskusje spod znaku „co to znaczy wyłączyć?”, po co wyłączyć skoro można ograniczyć, a jeśli można okgraniczyć to może wystarczy zmodyfikować? itd. - dyskusje które leśnicy w nieskończoność rozwlekają i celowo podkręcają. A zarazem retoryka ta skutecznie milczy o realnym problemie, jakim jest leśnictwo drzewostanowe, panujące u nas do dziś od czasów saskich. Przeciwnie, odmieniana potem przez wszystkie przypadki w dzisiejszej mikrobatalii medialnej „gospodarka leśna” sprawia coraz bardziej złudne wrażenie, że chodzi o jakieś naturalne zjawisko towarzyszące planecie co najmniej od czasów pojawienia się gatunku homo sapiens – czyli utrwala demiurgiczną narrację o antropogenicznym pochodzeniu lasu na której najbardziej zależy oczywiście leśnikom. I od roku cały ruch leśny bezwiednie uczestniczy w rytuałach afirmowania mitycznej odwiecznej „gospodarki leśnej”, przez taką lub inną, silniejszą lub słabszą jej negację. W partyzanckiej nierównej walce zaaranżowanej przez MKiŚ – gdzie lokalne grupki ludzi wspieranej lub nie przez samorządy konfrontują się z urzędnikami LP korzystającymi z całego tradycyjnego autorytetu etosu Leśnika i praktycznego monopolu na wiedzę ekspercką.

    GŁÓWNYM PROBLEMEM JEST OCZYWIŚCIE BRAK DOBREJ WOLI ZE STRONY TEJ INSTYTUCJI. Nie zmienia to faktu, że cały przekaz o „wyłączaniu” czegoś z czegoś obnażył już chyba wszystkie możliwe wady:
    Podsumujmy: TAK ZWANE WYŁACZANIE Z GOSPODARKI jest:
    1. Pod względem MERYTORYCZNYM NEGATYWISTYCZNE i DEFENSYWNE, pozbawione pomysłu, realnej treści do której można by było zachęcać – definiuje naszą wolę wobec czegoś czego nie chcemy. Możemy, owszem, dodawać że chodzi o „wyłączenie z gospodarki surowcowej”, ale ani Leśnik lub zaproszony przez niego ekspert, ani osoba postronna tego nie rozumie – czy to na zasadzie lojalności zawodowej, czy to nieświadomie, będzie w tym widzieć głównie subiektywną niezgodę. Co sprawia że jest to też trudne w w komunikowaniu zdezorientowanym samorządom (patrz Brwinów, gdzie burmistrz upiera się że leśnik jest jak lekarz, koniec kropka).

    2. MERYTORYCZNIE SPŁASZCZONE, bo omija problem, jakim jest fikcja wielofunkcyjności obecnego modelu. Problem rzeczywisty – SZTUCZNIE ZUNIFIKOWANY "ROLNICZY" MODEL leśnictwa – wszystko pod plon – w swej zideologizowanej twardej formie wyrażany w utożsamieniu celu hodowlanego z trwałością lasu – NIE JEST W OBECNEJ KAMPANII ADRESOWANY lub adresowany jest tylko na marginesie, półgębkiem. Zamiast tego narzuca się wrażenie że odnosimy się do pewnej OCZYWISTOŚCI lub NORMY („normalna gospodarka leśna” wiceministra)

    3. NIEDOPASOWANE do potrzebnego w tej dziedzinie myślenia w kategoriach PROCESÓW (cykl produkcyjny w jego odróżnieniu od cyklu wzrostu i i rozwoju), co Leśnicy też potrafią umiejętnie rozgrywać.
    4. POLITYCZNIE (strategicznie) PRZECIWSKUTECZNE w negocjacjach, skoro leśnicy, z oczywistych powodów takich jak wykształcenie, zobowiązania urzędowe i żywione stereotypy, zainteresowani są w minimalizacji wyłączeń i maksymalizacji modyfikacji i w rozgrywaniu tych drugich przeciwko pierwszym -korzystając z autorytetu społecznego i specjalistycznego jako silniejszy gracz. Jak pokazała pierwsza odsłona Narady o Lasach w jej przełożeniu na praktykę z tak zwanego programu pilotażowego z tej jesieni – wszystkie te cechy: negatywizm, spłaszczenie sprawy i wynikła stąd defensywność narracji – doprowadziły nas jedynie do fikcji PRowej wokół tak zwanych lasów społecznych. Bo zgodnie z przyjętą metodologią, nawet tam gdzie ludzie porozumieli się z urzędnikami LP, realne zmiany będą obejmować śmiesznie małe obszary leśne, w skali kraju obejmujące promile całej powierzchni lasów publicznych i mające się nijak nawet do skromnej wielkości 9% lasów ochronnych wokół miast.
    #lasypaństwowe #lasyspołeczne

  11. KRYZYS Z LASAMI POGŁĘBIA SIĘ

    Kryzys w procesie reformy gospodarki leśnej w Polsce pogłębia się już naprawdę przepastnie. Po drugiej odsłonie Ogólnopolskiej Narady o Lasach w naszej leśnej bańce zaczynają się pojawiać refleksje nad jej założeniami, skoro dla wszystkich okazała się dziwnym widowiskiem (odsyłamy do naszych ostatnich postów). Lasy i Obywatele alarmują, że Leśnicy usiłują „wywracać stolik” Równolegle Antoni S. Kostka pisze o wyważaniu otwartych drzwi wskazując na przypadek Litwy i nawołuje do cofnięcia się o krok w myśleniu. Na rok po podpisaniu umowy koalicyjnej dorzućmy trzy grosze z perspektywy kilkuletnich już doświadczeń ruchu społecznego.

    PRAWDZIWE ŹRÓDŁO PROBLEMU

    Przypomnijmy najpierw co jest tu obiektywnym źródłem problemu. Na czym polega kłopot z lasami publicznymi w Polsce?

    W pierwszym rzędzie na CHARAKTERZE SAMEJ INSTYTUCJI ZARZĄDZAJĄCEJ, która sama się finansuje i funkcjonuje jak państwo w państwie. Na podstawie tego, co dzieje się teraz widać, że bez rozwiązania tego problemu niewiele da się wskórać – czyli krótko mówiąc LP powinny być tak odniesione do budżetu, żeby opłacało im się przynajmniej czasem przestawać się samofinansować (nikt, ani człowiek, ani instytucja, jak przekonywali już ponad rok temu Zaleski z Rykowskim w audycji radiowej, nie pozwoli sobie z własnej woli na to by zacząć mniej zarabiać).

    JAK ZARADZIĆ PIERWSZEMU PROBLEMOWI? – to pytanie pozostawmy na razie bez odpowiedzi, bo i nie czujemy się tu wystarczająco kompetentni w szczegółach.

    Po drugie (i w konsekwencji pierwszego) PROBLEM POLEGA NA SAMYM MODELU GOSPODARKI LEŚNEJ. Na jednej trzeciej powierzchni naszego kraju obowiązuje zunifikowany model leśnictwa drzewostanowego, we wszystkich parametrach nakierowanego na maksymalną produkcję surowca. Nie jest to wbrew szumnej nazwie model gospodarki wielofunkcyjnej (patrz Rykowski👇). Kluczowe ekosystemy w skali kraju podlegają regularnym mikrokatastrofom – tak zwanym zrębom i późnym trzebieżom, o różnej skali i rozciągnięciu w czasie. Z biegiem czasu sami Leśnicy popadli też w silne ideologiczne przekonanie, że zaniechanie intensywnego cyklu produkcyjnego jest tożsame z rozpadem, samoanihilacją, zawaleniem się lasu etc. – w głowach mając utrwalone myślenie w kategoriach ilości i jakości biomasy do pozyskania w odniesieniu do każdego rodzaju lasu (leśnictwo drzewostanowe, prowadzące nieuchronnie do konfliktów z otoczeniem społecznym – Rykowski👇).

    JAK ZARADZIĆ TEMU DRUGIEMU PROBLEMOWI?

    Wbrew pozorom nie wydaje się to zbyt skomplikowane. Wystarczyłoby 1) obrać za punkt odniesienia zobiektywizowany podział lasów w Polsce według samego PGL LP w odniesieniu do założonej w nim głównej funkcji obszaru (patrz wykres👉). 2) Sensownie go zweryfikować (np. osłabić wyśrubowane kryteria miastochronności lasu), a następnie 3) stworzyć nowe różne zasady i instrukcje dla leśnictwa w sektorach: wodochronnych, glebochronnych, miastochronnych etc. – na przykład zgodnie ze sformułowaną dawną koncepcją Rykowskiego jako koordynatora Narodowego Programu Leśnego z lat 2012-2015. Który stawiał wtedy na pięć głównych i odmiennych paradygmatycznie podejść: leśnictwo rezerwatowe (ochrona czynna), leśnictwo ekosystemowe, przyrodniczo-ekosystemowe, drzewostanowe (czyli dzisiejsze) i plantacyjne (polityczny program zalesiania). Wystarczyłoby odnieść to sensownie do podziału na dominujące/główne funkcje z wykresu żeby uspójnić wreszcie praktykę w lasach z Ustawą o lasach – przez urealnienie ochronności. Wtedy i wilk byłby syty i owca byłaby cała – pod warunkiem oczywiście zmiany w strukturze finansowania LP, bo zyski spadły by znacząco.

    W lasach gospodarczych, czyli mniej więcej na połowie obszaru lasów publicznych (1/6 pow. kraju) wprowadzilibyśmy dobrze zaplanowane modyfikacje, a w innych pozmieniali priorytety, pożegnawszy się z tzw. wiekiem rębnym, określonym czysto drzewostanowo. Szczególnie w lasach miastochronnych konieczne byłoby włączenie w proces i uwzględnienie postulatów lokalnego społeczeństwa obywatelskiego i samorządów.

    WTEDY WSZYSTKO MIAŁOBY RĘCE I NOGI I BYŁOBY TRANSPARENTNE

    A co się stało u nas w połowie roku 2023? W centrum agendy ruchów leśnych wkroczył POSTULAT WIODĄCYCH PRESTIŻOWYCH NGO – postulat wyłączenia z gospodarki leśnej 20% lasów – wywodzący się z dawnego pomysłu Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze żeby stworzyć nową kategorię „lasów narodowych” pod strategię unijną. Postulat bezkrytycznie przejęty przez Pracownia na rzecz Wszystkich Istot do jej projektu nowej ustawy, a następnie przez Lasy i Obywatele zaimplementowany w dół jako rzekomy „postulat oddolny” ruchów leśnych. I uznany właśnie wczoraj po półtora roku przez propagandystów LP publicznie za „hasło reklamowe”. I nawet trudno się z tym nie zgodzić, skoro wyjściowa wartość procentowa jest wzięta z sufitu i bezrefleksyjnie pociąga za sobą tak zwany separacyjny model leśnictwa – na 20% lasów ma się odtąd robić co innego, a na 80% to samo co zwykle lub jeszcze gorzej niż wcześniej, żeby wyjść na zero (ekspertki i autorytety NGO zapytywane o pozostałe 80% są w stanie powiedzieć tylko tyle, że „myślą o nich”, a w praktyce są całkowicie zaabsorbowane tylko dwudziestoma procentami). I nikomu nie przeszkadza, że nie tylko Rykowski, ale i prof. Szwagrzyk przeciwstawia się tyleż obecnemu modelowi „integracyjnemu”(gdzie wielofunkcyjność okazuje się pustą fikcją) jak i ściśle „separacyjnemu” spod znaku naszych trzech NGO.

    EFEKT? ZBIOROWY RYTUAŁ POŚREDNIEJ AFIRMACJI TZWGL

    Od roku nie mówi się już praktycznie o niczym innym tylko o takim defensywnym, negatywistycznym i spłaszczającym problem „wyłączaniu” takich lub innych procentów lasu „z gospodarki” (trwale zrównoważonej i wielofunkcyjnej jak dodają Leśnicy – na każdym hektarze, jak ironizuje A. Kostka). Co po wiosennej Naradzie o Lasach zostało dodatkowo rozpisane na przyjętą w niej fatalną metodologię: do wyłączeń dorzucono jeszcze „ograniczenia” i „modyfikacje”. Jak pokazał obecny nieudany proces pilotażowy MKiŚ cała ta retoryka narzuca przede wszystkim wrażenie, że odnosimy się do pewnej oczywistości rozumianej jako norma („normalna gospodarka leśna” w ustach ministra Dorożały). Narzuca też niekończące się scholastyczne dyskusje spod znaku „co to znaczy wyłączyć?”, po co wyłączyć skoro można ograniczyć, a jeśli można okgraniczyć to może wystarczy zmodyfikować? itd. - dyskusje które leśnicy w nieskończoność rozwlekają i celowo podkręcają. A zarazem retoryka ta skutecznie milczy o realnym problemie, jakim jest leśnictwo drzewostanowe, panujące u nas do dziś od czasów saskich. Przeciwnie, odmieniana potem przez wszystkie przypadki w dzisiejszej mikrobatalii medialnej „gospodarka leśna” sprawia coraz bardziej złudne wrażenie, że chodzi o jakieś naturalne zjawisko towarzyszące planecie co najmniej od czasów pojawienia się gatunku homo sapiens – czyli utrwala demiurgiczną narrację o antropogenicznym pochodzeniu lasu na której najbardziej zależy oczywiście leśnikom. I od roku cały ruch leśny bezwiednie uczestniczy w rytuałach afirmowania mitycznej odwiecznej „gospodarki leśnej”, przez taką lub inną, silniejszą lub słabszą jej negację. W partyzanckiej nierównej walce zaaranżowanej przez MKiŚ – gdzie lokalne grupki ludzi wspieranej lub nie przez samorządy konfrontują się z urzędnikami LP korzystającymi z całego tradycyjnego autorytetu etosu Leśnika i praktycznego monopolu na wiedzę ekspercką.

    GŁÓWNYM PROBLEMEM JEST OCZYWIŚCIE BRAK DOBREJ WOLI ZE STRONY TEJ INSTYTUCJI. Nie zmienia to faktu, że cały przekaz o „wyłączaniu” czegoś z czegoś obnażył już chyba wszystkie możliwe wady:
    Podsumujmy: TAK ZWANE WYŁACZANIE Z GOSPODARKI jest:
    1. Pod względem MERYTORYCZNYM NEGATYWISTYCZNE i DEFENSYWNE, pozbawione pomysłu, realnej treści do której można by było zachęcać – definiuje naszą wolę wobec czegoś czego nie chcemy. Możemy, owszem, dodawać że chodzi o „wyłączenie z gospodarki surowcowej”, ale ani Leśnik lub zaproszony przez niego ekspert, ani osoba postronna tego nie rozumie – czy to na zasadzie lojalności zawodowej, czy to nieświadomie, będzie w tym widzieć głównie subiektywną niezgodę. Co sprawia że jest to też trudne w w komunikowaniu zdezorientowanym samorządom (patrz Brwinów, gdzie burmistrz upiera się że leśnik jest jak lekarz, koniec kropka).

    2. MERYTORYCZNIE SPŁASZCZONE, bo omija problem, jakim jest fikcja wielofunkcyjności obecnego modelu. Problem rzeczywisty – SZTUCZNIE ZUNIFIKOWANY "ROLNICZY" MODEL leśnictwa – wszystko pod plon – w swej zideologizowanej twardej formie wyrażany w utożsamieniu celu hodowlanego z trwałością lasu – NIE JEST W OBECNEJ KAMPANII ADRESOWANY lub adresowany jest tylko na marginesie, półgębkiem. Zamiast tego narzuca się wrażenie że odnosimy się do pewnej OCZYWISTOŚCI lub NORMY („normalna gospodarka leśna” wiceministra)

    3. NIEDOPASOWANE do potrzebnego w tej dziedzinie myślenia w kategoriach PROCESÓW (cykl produkcyjny w jego odróżnieniu od cyklu wzrostu i i rozwoju), co Leśnicy też potrafią umiejętnie rozgrywać.
    4. POLITYCZNIE (strategicznie) PRZECIWSKUTECZNE w negocjacjach, skoro leśnicy, z oczywistych powodów takich jak wykształcenie, zobowiązania urzędowe i żywione stereotypy, zainteresowani są w minimalizacji wyłączeń i maksymalizacji modyfikacji i w rozgrywaniu tych drugich przeciwko pierwszym -korzystając z autorytetu społecznego i specjalistycznego jako silniejszy gracz. Jak pokazała pierwsza odsłona Narady o Lasach w jej przełożeniu na praktykę z tak zwanego programu pilotażowego z tej jesieni – wszystkie te cechy: negatywizm, spłaszczenie sprawy i wynikła stąd defensywność narracji – doprowadziły nas jedynie do fikcji PRowej wokół tak zwanych lasów społecznych. Bo zgodnie z przyjętą metodologią, nawet tam gdzie ludzie porozumieli się z urzędnikami LP, realne zmiany będą obejmować śmiesznie małe obszary leśne, w skali kraju obejmujące promile całej powierzchni lasów publicznych i mające się nijak nawet do skromnej wielkości 9% lasów ochronnych wokół miast.
    #lasypaństwowe #lasyspołeczne

  12. KRYZYS Z LASAMI POGŁĘBIA SIĘ

    Kryzys w procesie reformy gospodarki leśnej w Polsce pogłębia się już naprawdę przepastnie. Po drugiej odsłonie Ogólnopolskiej Narady o Lasach w naszej leśnej bańce zaczynają się pojawiać refleksje nad jej założeniami, skoro dla wszystkich okazała się dziwnym widowiskiem (odsyłamy do naszych ostatnich postów). Lasy i Obywatele alarmują, że Leśnicy usiłują „wywracać stolik” Równolegle Antoni S. Kostka pisze o wyważaniu otwartych drzwi wskazując na przypadek Litwy i nawołuje do cofnięcia się o krok w myśleniu. Na rok po podpisaniu umowy koalicyjnej dorzućmy trzy grosze z perspektywy kilkuletnich już doświadczeń ruchu społecznego.

    PRAWDZIWE ŹRÓDŁO PROBLEMU

    Przypomnijmy najpierw co jest tu obiektywnym źródłem problemu. Na czym polega kłopot z lasami publicznymi w Polsce?

    W pierwszym rzędzie na CHARAKTERZE SAMEJ INSTYTUCJI ZARZĄDZAJĄCEJ, która sama się finansuje i funkcjonuje jak państwo w państwie. Na podstawie tego, co dzieje się teraz widać, że bez rozwiązania tego problemu niewiele da się wskórać – czyli krótko mówiąc LP powinny być tak odniesione do budżetu, żeby opłacało im się przynajmniej czasem przestawać się samofinansować (nikt, ani człowiek, ani instytucja, jak przekonywali już ponad rok temu Zaleski z Rykowskim w audycji radiowej, nie pozwoli sobie z własnej woli na to by zacząć mniej zarabiać).

    JAK ZARADZIĆ PIERWSZEMU PROBLEMOWI? – to pytanie pozostawmy na razie bez odpowiedzi, bo i nie czujemy się tu wystarczająco kompetentni w szczegółach.

    Po drugie (i w konsekwencji pierwszego) PROBLEM POLEGA NA SAMYM MODELU GOSPODARKI LEŚNEJ. Na jednej trzeciej powierzchni naszego kraju obowiązuje zunifikowany model leśnictwa drzewostanowego, we wszystkich parametrach nakierowanego na maksymalną produkcję surowca. Nie jest to wbrew szumnej nazwie model gospodarki wielofunkcyjnej (patrz Rykowski👇). Kluczowe ekosystemy w skali kraju podlegają regularnym mikrokatastrofom – tak zwanym zrębom i późnym trzebieżom, o różnej skali i rozciągnięciu w czasie. Z biegiem czasu sami Leśnicy popadli też w silne ideologiczne przekonanie, że zaniechanie intensywnego cyklu produkcyjnego jest tożsame z rozpadem, samoanihilacją, zawaleniem się lasu etc. – w głowach mając utrwalone myślenie w kategoriach ilości i jakości biomasy do pozyskania w odniesieniu do każdego rodzaju lasu (leśnictwo drzewostanowe, prowadzące nieuchronnie do konfliktów z otoczeniem społecznym – Rykowski👇).

    JAK ZARADZIĆ TEMU DRUGIEMU PROBLEMOWI?

    Wbrew pozorom nie wydaje się to zbyt skomplikowane. Wystarczyłoby 1) obrać za punkt odniesienia zobiektywizowany podział lasów w Polsce według samego PGL LP w odniesieniu do założonej w nim głównej funkcji obszaru (patrz wykres👉). 2) Sensownie go zweryfikować (np. osłabić wyśrubowane kryteria miastochronności lasu), a następnie 3) stworzyć nowe różne zasady i instrukcje dla leśnictwa w sektorach: wodochronnych, glebochronnych, miastochronnych etc. – na przykład zgodnie ze sformułowaną dawną koncepcją Rykowskiego jako koordynatora Narodowego Programu Leśnego z lat 2012-2015. Który stawiał wtedy na pięć głównych i odmiennych paradygmatycznie podejść: leśnictwo rezerwatowe (ochrona czynna), leśnictwo ekosystemowe, przyrodniczo-ekosystemowe, drzewostanowe (czyli dzisiejsze) i plantacyjne (polityczny program zalesiania). Wystarczyłoby odnieść to sensownie do podziału na dominujące/główne funkcje z wykresu żeby uspójnić wreszcie praktykę w lasach z Ustawą o lasach – przez urealnienie ochronności. Wtedy i wilk byłby syty i owca byłaby cała – pod warunkiem oczywiście zmiany w strukturze finansowania LP, bo zyski spadły by znacząco.

    W lasach gospodarczych, czyli mniej więcej na połowie obszaru lasów publicznych (1/6 pow. kraju) wprowadzilibyśmy dobrze zaplanowane modyfikacje, a w innych pozmieniali priorytety, pożegnawszy się z tzw. wiekiem rębnym, określonym czysto drzewostanowo. Szczególnie w lasach miastochronnych konieczne byłoby włączenie w proces i uwzględnienie postulatów lokalnego społeczeństwa obywatelskiego i samorządów.

    WTEDY WSZYSTKO MIAŁOBY RĘCE I NOGI I BYŁOBY TRANSPARENTNE

    A co się stało u nas w połowie roku 2023? W centrum agendy ruchów leśnych wkroczył POSTULAT WIODĄCYCH PRESTIŻOWYCH NGO – postulat wyłączenia z gospodarki leśnej 20% lasów – wywodzący się z dawnego pomysłu Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze żeby stworzyć nową kategorię „lasów narodowych” pod strategię unijną. Postulat bezkrytycznie przejęty przez Pracownia na rzecz Wszystkich Istot do jej projektu nowej ustawy, a następnie przez Lasy i Obywatele zaimplementowany w dół jako rzekomy „postulat oddolny” ruchów leśnych. I uznany właśnie wczoraj po półtora roku przez propagandystów LP publicznie za „hasło reklamowe”. I nawet trudno się z tym nie zgodzić, skoro wyjściowa wartość procentowa jest wzięta z sufitu i bezrefleksyjnie pociąga za sobą tak zwany separacyjny model leśnictwa – na 20% lasów ma się odtąd robić co innego, a na 80% to samo co zwykle lub jeszcze gorzej niż wcześniej, żeby wyjść na zero (ekspertki i autorytety NGO zapytywane o pozostałe 80% są w stanie powiedzieć tylko tyle, że „myślą o nich”, a w praktyce są całkowicie zaabsorbowane tylko dwudziestoma procentami). I nikomu nie przeszkadza, że nie tylko Rykowski, ale i prof. Szwagrzyk przeciwstawia się tyleż obecnemu modelowi „integracyjnemu”(gdzie wielofunkcyjność okazuje się pustą fikcją) jak i ściśle „separacyjnemu” spod znaku naszych trzech NGO.

    EFEKT? ZBIOROWY RYTUAŁ POŚREDNIEJ AFIRMACJI TZWGL

    Od roku nie mówi się już praktycznie o niczym innym tylko o takim defensywnym, negatywistycznym i spłaszczającym problem „wyłączaniu” takich lub innych procentów lasu „z gospodarki” (trwale zrównoważonej i wielofunkcyjnej jak dodają Leśnicy – na każdym hektarze, jak ironizuje A. Kostka). Co po wiosennej Naradzie o Lasach zostało dodatkowo rozpisane na przyjętą w niej fatalną metodologię: do wyłączeń dorzucono jeszcze „ograniczenia” i „modyfikacje”. Jak pokazał obecny nieudany proces pilotażowy MKiŚ cała ta retoryka narzuca przede wszystkim wrażenie, że odnosimy się do pewnej oczywistości rozumianej jako norma („normalna gospodarka leśna” w ustach ministra Dorożały). Narzuca też niekończące się scholastyczne dyskusje spod znaku „co to znaczy wyłączyć?”, po co wyłączyć skoro można ograniczyć, a jeśli można okgraniczyć to może wystarczy zmodyfikować? itd. - dyskusje które leśnicy w nieskończoność rozwlekają i celowo podkręcają. A zarazem retoryka ta skutecznie milczy o realnym problemie, jakim jest leśnictwo drzewostanowe, panujące u nas do dziś od czasów saskich. Przeciwnie, odmieniana potem przez wszystkie przypadki w dzisiejszej mikrobatalii medialnej „gospodarka leśna” sprawia coraz bardziej złudne wrażenie, że chodzi o jakieś naturalne zjawisko towarzyszące planecie co najmniej od czasów pojawienia się gatunku homo sapiens – czyli utrwala demiurgiczną narrację o antropogenicznym pochodzeniu lasu na której najbardziej zależy oczywiście leśnikom. I od roku cały ruch leśny bezwiednie uczestniczy w rytuałach afirmowania mitycznej odwiecznej „gospodarki leśnej”, przez taką lub inną, silniejszą lub słabszą jej negację. W partyzanckiej nierównej walce zaaranżowanej przez MKiŚ – gdzie lokalne grupki ludzi wspieranej lub nie przez samorządy konfrontują się z urzędnikami LP korzystającymi z całego tradycyjnego autorytetu etosu Leśnika i praktycznego monopolu na wiedzę ekspercką.

    GŁÓWNYM PROBLEMEM JEST OCZYWIŚCIE BRAK DOBREJ WOLI ZE STRONY TEJ INSTYTUCJI. Nie zmienia to faktu, że cały przekaz o „wyłączaniu” czegoś z czegoś obnażył już chyba wszystkie możliwe wady:
    Podsumujmy: TAK ZWANE WYŁACZANIE Z GOSPODARKI jest:
    1. Pod względem MERYTORYCZNYM NEGATYWISTYCZNE i DEFENSYWNE, pozbawione pomysłu, realnej treści do której można by było zachęcać – definiuje naszą wolę wobec czegoś czego nie chcemy. Możemy, owszem, dodawać że chodzi o „wyłączenie z gospodarki surowcowej”, ale ani Leśnik lub zaproszony przez niego ekspert, ani osoba postronna tego nie rozumie – czy to na zasadzie lojalności zawodowej, czy to nieświadomie, będzie w tym widzieć głównie subiektywną niezgodę. Co sprawia że jest to też trudne w w komunikowaniu zdezorientowanym samorządom (patrz Brwinów, gdzie burmistrz upiera się że leśnik jest jak lekarz, koniec kropka).

    2. MERYTORYCZNIE SPŁASZCZONE, bo omija problem, jakim jest fikcja wielofunkcyjności obecnego modelu. Problem rzeczywisty – SZTUCZNIE ZUNIFIKOWANY "ROLNICZY" MODEL leśnictwa – wszystko pod plon – w swej zideologizowanej twardej formie wyrażany w utożsamieniu celu hodowlanego z trwałością lasu – NIE JEST W OBECNEJ KAMPANII ADRESOWANY lub adresowany jest tylko na marginesie, półgębkiem. Zamiast tego narzuca się wrażenie że odnosimy się do pewnej OCZYWISTOŚCI lub NORMY („normalna gospodarka leśna” wiceministra)

    3. NIEDOPASOWANE do potrzebnego w tej dziedzinie myślenia w kategoriach PROCESÓW (cykl produkcyjny w jego odróżnieniu od cyklu wzrostu i i rozwoju), co Leśnicy też potrafią umiejętnie rozgrywać.
    4. POLITYCZNIE (strategicznie) PRZECIWSKUTECZNE w negocjacjach, skoro leśnicy, z oczywistych powodów takich jak wykształcenie, zobowiązania urzędowe i żywione stereotypy, zainteresowani są w minimalizacji wyłączeń i maksymalizacji modyfikacji i w rozgrywaniu tych drugich przeciwko pierwszym -korzystając z autorytetu społecznego i specjalistycznego jako silniejszy gracz. Jak pokazała pierwsza odsłona Narady o Lasach w jej przełożeniu na praktykę z tak zwanego programu pilotażowego z tej jesieni – wszystkie te cechy: negatywizm, spłaszczenie sprawy i wynikła stąd defensywność narracji – doprowadziły nas jedynie do fikcji PRowej wokół tak zwanych lasów społecznych. Bo zgodnie z przyjętą metodologią, nawet tam gdzie ludzie porozumieli się z urzędnikami LP, realne zmiany będą obejmować śmiesznie małe obszary leśne, w skali kraju obejmujące promile całej powierzchni lasów publicznych i mające się nijak nawet do skromnej wielkości 9% lasów ochronnych wokół miast.
    #lasypaństwowe #lasyspołeczne

  13. KRYZYS Z LASAMI POGŁĘBIA SIĘ

    Kryzys w procesie reformy gospodarki leśnej w Polsce pogłębia się już naprawdę przepastnie. Po drugiej odsłonie Ogólnopolskiej Narady o Lasach w naszej leśnej bańce zaczynają się pojawiać refleksje nad jej założeniami, skoro dla wszystkich okazała się dziwnym widowiskiem (odsyłamy do naszych ostatnich postów). Lasy i Obywatele alarmują, że Leśnicy usiłują „wywracać stolik” Równolegle Antoni S. Kostka pisze o wyważaniu otwartych drzwi wskazując na przypadek Litwy i nawołuje do cofnięcia się o krok w myśleniu. Na rok po podpisaniu umowy koalicyjnej dorzućmy trzy grosze z perspektywy kilkuletnich już doświadczeń ruchu społecznego.

    PRAWDZIWE ŹRÓDŁO PROBLEMU

    Przypomnijmy najpierw co jest tu obiektywnym źródłem problemu. Na czym polega kłopot z lasami publicznymi w Polsce?

    W pierwszym rzędzie na CHARAKTERZE SAMEJ INSTYTUCJI ZARZĄDZAJĄCEJ, która sama się finansuje i funkcjonuje jak państwo w państwie. Na podstawie tego, co dzieje się teraz widać, że bez rozwiązania tego problemu niewiele da się wskórać – czyli krótko mówiąc LP powinny być tak odniesione do budżetu, żeby opłacało im się przynajmniej czasem przestawać się samofinansować (nikt, ani człowiek, ani instytucja, jak przekonywali już ponad rok temu Zaleski z Rykowskim w audycji radiowej, nie pozwoli sobie z własnej woli na to by zacząć mniej zarabiać).

    JAK ZARADZIĆ PIERWSZEMU PROBLEMOWI? – to pytanie pozostawmy na razie bez odpowiedzi, bo i nie czujemy się tu wystarczająco kompetentni w szczegółach.

    Po drugie (i w konsekwencji pierwszego) PROBLEM POLEGA NA SAMYM MODELU GOSPODARKI LEŚNEJ. Na jednej trzeciej powierzchni naszego kraju obowiązuje zunifikowany model leśnictwa drzewostanowego, we wszystkich parametrach nakierowanego na maksymalną produkcję surowca. Nie jest to wbrew szumnej nazwie model gospodarki wielofunkcyjnej (patrz Rykowski👇). Kluczowe ekosystemy w skali kraju podlegają regularnym mikrokatastrofom – tak zwanym zrębom i późnym trzebieżom, o różnej skali i rozciągnięciu w czasie. Z biegiem czasu sami Leśnicy popadli też w silne ideologiczne przekonanie, że zaniechanie intensywnego cyklu produkcyjnego jest tożsame z rozpadem, samoanihilacją, zawaleniem się lasu etc. – w głowach mając utrwalone myślenie w kategoriach ilości i jakości biomasy do pozyskania w odniesieniu do każdego rodzaju lasu (leśnictwo drzewostanowe, prowadzące nieuchronnie do konfliktów z otoczeniem społecznym – Rykowski👇).

    JAK ZARADZIĆ TEMU DRUGIEMU PROBLEMOWI?

    Wbrew pozorom nie wydaje się to zbyt skomplikowane. Wystarczyłoby 1) obrać za punkt odniesienia zobiektywizowany podział lasów w Polsce według samego PGL LP w odniesieniu do założonej w nim głównej funkcji obszaru (patrz wykres👉). 2) Sensownie go zweryfikować (np. osłabić wyśrubowane kryteria miastochronności lasu), a następnie 3) stworzyć nowe różne zasady i instrukcje dla leśnictwa w sektorach: wodochronnych, glebochronnych, miastochronnych etc. – na przykład zgodnie ze sformułowaną dawną koncepcją Rykowskiego jako koordynatora Narodowego Programu Leśnego z lat 2012-2015. Który stawiał wtedy na pięć głównych i odmiennych paradygmatycznie podejść: leśnictwo rezerwatowe (ochrona czynna), leśnictwo ekosystemowe, przyrodniczo-ekosystemowe, drzewostanowe (czyli dzisiejsze) i plantacyjne (polityczny program zalesiania). Wystarczyłoby odnieść to sensownie do podziału na dominujące/główne funkcje z wykresu żeby uspójnić wreszcie praktykę w lasach z Ustawą o lasach – przez urealnienie ochronności. Wtedy i wilk byłby syty i owca byłaby cała – pod warunkiem oczywiście zmiany w strukturze finansowania LP, bo zyski spadły by znacząco.

    W lasach gospodarczych, czyli mniej więcej na połowie obszaru lasów publicznych (1/6 pow. kraju) wprowadzilibyśmy dobrze zaplanowane modyfikacje, a w innych pozmieniali priorytety, pożegnawszy się z tzw. wiekiem rębnym, określonym czysto drzewostanowo. Szczególnie w lasach miastochronnych konieczne byłoby włączenie w proces i uwzględnienie postulatów lokalnego społeczeństwa obywatelskiego i samorządów.

    WTEDY WSZYSTKO MIAŁOBY RĘCE I NOGI I BYŁOBY TRANSPARENTNE

    A co się stało u nas w połowie roku 2023? W centrum agendy ruchów leśnych wkroczył POSTULAT WIODĄCYCH PRESTIŻOWYCH NGO – postulat wyłączenia z gospodarki leśnej 20% lasów – wywodzący się z dawnego pomysłu Fundacji Dziedzictwo Przyrodnicze żeby stworzyć nową kategorię „lasów narodowych” pod strategię unijną. Postulat bezkrytycznie przejęty przez Pracownia na rzecz Wszystkich Istot do jej projektu nowej ustawy, a następnie przez Lasy i Obywatele zaimplementowany w dół jako rzekomy „postulat oddolny” ruchów leśnych. I uznany właśnie wczoraj po półtora roku przez propagandystów LP publicznie za „hasło reklamowe”. I nawet trudno się z tym nie zgodzić, skoro wyjściowa wartość procentowa jest wzięta z sufitu i bezrefleksyjnie pociąga za sobą tak zwany separacyjny model leśnictwa – na 20% lasów ma się odtąd robić co innego, a na 80% to samo co zwykle lub jeszcze gorzej niż wcześniej, żeby wyjść na zero (ekspertki i autorytety NGO zapytywane o pozostałe 80% są w stanie powiedzieć tylko tyle, że „myślą o nich”, a w praktyce są całkowicie zaabsorbowane tylko dwudziestoma procentami). I nikomu nie przeszkadza, że nie tylko Rykowski, ale i prof. Szwagrzyk przeciwstawia się tyleż obecnemu modelowi „integracyjnemu”(gdzie wielofunkcyjność okazuje się pustą fikcją) jak i ściśle „separacyjnemu” spod znaku naszych trzech NGO.

    EFEKT? ZBIOROWY RYTUAŁ POŚREDNIEJ AFIRMACJI TZWGL

    Od roku nie mówi się już praktycznie o niczym innym tylko o takim defensywnym, negatywistycznym i spłaszczającym problem „wyłączaniu” takich lub innych procentów lasu „z gospodarki” (trwale zrównoważonej i wielofunkcyjnej jak dodają Leśnicy – na każdym hektarze, jak ironizuje A. Kostka). Co po wiosennej Naradzie o Lasach zostało dodatkowo rozpisane na przyjętą w niej fatalną metodologię: do wyłączeń dorzucono jeszcze „ograniczenia” i „modyfikacje”. Jak pokazał obecny nieudany proces pilotażowy MKiŚ cała ta retoryka narzuca przede wszystkim wrażenie, że odnosimy się do pewnej oczywistości rozumianej jako norma („normalna gospodarka leśna” w ustach ministra Dorożały). Narzuca też niekończące się scholastyczne dyskusje spod znaku „co to znaczy wyłączyć?”, po co wyłączyć skoro można ograniczyć, a jeśli można okgraniczyć to może wystarczy zmodyfikować? itd. - dyskusje które leśnicy w nieskończoność rozwlekają i celowo podkręcają. A zarazem retoryka ta skutecznie milczy o realnym problemie, jakim jest leśnictwo drzewostanowe, panujące u nas do dziś od czasów saskich. Przeciwnie, odmieniana potem przez wszystkie przypadki w dzisiejszej mikrobatalii medialnej „gospodarka leśna” sprawia coraz bardziej złudne wrażenie, że chodzi o jakieś naturalne zjawisko towarzyszące planecie co najmniej od czasów pojawienia się gatunku homo sapiens – czyli utrwala demiurgiczną narrację o antropogenicznym pochodzeniu lasu na której najbardziej zależy oczywiście leśnikom. I od roku cały ruch leśny bezwiednie uczestniczy w rytuałach afirmowania mitycznej odwiecznej „gospodarki leśnej”, przez taką lub inną, silniejszą lub słabszą jej negację. W partyzanckiej nierównej walce zaaranżowanej przez MKiŚ – gdzie lokalne grupki ludzi wspieranej lub nie przez samorządy konfrontują się z urzędnikami LP korzystającymi z całego tradycyjnego autorytetu etosu Leśnika i praktycznego monopolu na wiedzę ekspercką.

    GŁÓWNYM PROBLEMEM JEST OCZYWIŚCIE BRAK DOBREJ WOLI ZE STRONY TEJ INSTYTUCJI. Nie zmienia to faktu, że cały przekaz o „wyłączaniu” czegoś z czegoś obnażył już chyba wszystkie możliwe wady:
    Podsumujmy: TAK ZWANE WYŁACZANIE Z GOSPODARKI jest:
    1. Pod względem MERYTORYCZNYM NEGATYWISTYCZNE i DEFENSYWNE, pozbawione pomysłu, realnej treści do której można by było zachęcać – definiuje naszą wolę wobec czegoś czego nie chcemy. Możemy, owszem, dodawać że chodzi o „wyłączenie z gospodarki surowcowej”, ale ani Leśnik lub zaproszony przez niego ekspert, ani osoba postronna tego nie rozumie – czy to na zasadzie lojalności zawodowej, czy to nieświadomie, będzie w tym widzieć głównie subiektywną niezgodę. Co sprawia że jest to też trudne w w komunikowaniu zdezorientowanym samorządom (patrz Brwinów, gdzie burmistrz upiera się że leśnik jest jak lekarz, koniec kropka).

    2. MERYTORYCZNIE SPŁASZCZONE, bo omija problem, jakim jest fikcja wielofunkcyjności obecnego modelu. Problem rzeczywisty – SZTUCZNIE ZUNIFIKOWANY "ROLNICZY" MODEL leśnictwa – wszystko pod plon – w swej zideologizowanej twardej formie wyrażany w utożsamieniu celu hodowlanego z trwałością lasu – NIE JEST W OBECNEJ KAMPANII ADRESOWANY lub adresowany jest tylko na marginesie, półgębkiem. Zamiast tego narzuca się wrażenie że odnosimy się do pewnej OCZYWISTOŚCI lub NORMY („normalna gospodarka leśna” wiceministra)

    3. NIEDOPASOWANE do potrzebnego w tej dziedzinie myślenia w kategoriach PROCESÓW (cykl produkcyjny w jego odróżnieniu od cyklu wzrostu i i rozwoju), co Leśnicy też potrafią umiejętnie rozgrywać.
    4. POLITYCZNIE (strategicznie) PRZECIWSKUTECZNE w negocjacjach, skoro leśnicy, z oczywistych powodów takich jak wykształcenie, zobowiązania urzędowe i żywione stereotypy, zainteresowani są w minimalizacji wyłączeń i maksymalizacji modyfikacji i w rozgrywaniu tych drugich przeciwko pierwszym -korzystając z autorytetu społecznego i specjalistycznego jako silniejszy gracz. Jak pokazała pierwsza odsłona Narady o Lasach w jej przełożeniu na praktykę z tak zwanego programu pilotażowego z tej jesieni – wszystkie te cechy: negatywizm, spłaszczenie sprawy i wynikła stąd defensywność narracji – doprowadziły nas jedynie do fikcji PRowej wokół tak zwanych lasów społecznych. Bo zgodnie z przyjętą metodologią, nawet tam gdzie ludzie porozumieli się z urzędnikami LP, realne zmiany będą obejmować śmiesznie małe obszary leśne, w skali kraju obejmujące promile całej powierzchni lasów publicznych i mające się nijak nawet do skromnej wielkości 9% lasów ochronnych wokół miast.
    #lasypaństwowe #lasyspołeczne

  14. O świcie 7 października burza rakiet wystrzelonych z terytorium Gazy obudziła mieszkańców terenów Palestyny razem z całym światem arabskim. Syjonistyczny rząd Izraela wypowiedział wojnę Palestynie i zapowiedział zemstę na Hamasie, do którego w oczach sił Izraela należy każdy palestyński cywil. Groźby premiera – Binjamina Netanjahu okazały się nie być pustymi słowami. W nocy z 7 na 8 października odpowiedziały atakami z powietrza, które pochłonęły życie ponad 230 osób. [1][2]

    Źródła konfliktu leżą u samych podstaw  ruchu syjonistycznego, jak i obowiązującego w Izraelu systemu apartheidu, rozdzielającego obywateli na wyższych hierarchicznie Żydów i niezasługujących na życie w „ziemi świętej” Arabów. 

    Od 1948 roku utworzone przez syjonistów faszystowskie państwo Izrael kontynuuje proces odbierania Palestyńczykom ziemi, którą naród ten zamieszkiwał od 2000 lat. Od ponad 70 lat Izrael masowo wysiedla rdzenną ludność Palestyny, niszczy ich domy, szpitale, szkoły i zabytki, odmawia dostępu do podstawowych praw człowieka, a także prawnie i materialnie chroni kolejnych kolonizatorów przejmujących coraz to więcej wiosek palestyńskich. 

    Cała historia współczesna ludu Palestyńskiego naznaczona jest bólem, cierpieniem i walką o przetrwanie w obliczu stałych bombardowań, prześladowań i ludobójstwa ze strony Izraela. Strefa Gazy jest tego szczególnym przykładem. Ponad 2 miliony Palestyńczyków zamkniętych na terenie 365 kilometrów kwadratowych nie ma możliwości migracji przez blokady nałożone przez Izrael kontrolujący zarówno granice na lądzie, wodzie jak i strefę powietrzną. Regularne odcinanie przez Izrael dostępu do wody pitnej, elektryczności, jedzenia i środków medycznych sprawia, że Palestyńczycy żyją w warunkach określonych przez organizację Human Rights Watch jako „największe na świecie więzienie na świeżym  powietrzu “. [3]

    Zachodnie media, jak można się po nich spodziewać, szybko okrzyknęły palestyńską ofensywę atakiem terrorystycznym i nie szczędziły słów w opisywaniu cierpienia ludzi na terytoriach kontrolowanych przez rząd w Tel Awiwie. Burza, jaką wywołała w mediach palestyńska ofensywa, stoi w kontraście z ciszą, z którą potraktowane zostały przez nie liczne ludobójstwa popełnione przez IDF przez ostatnie 75 lat. Protestując w 2021 i 2022 roku przeciwko kolejnym atakom wojsk izraelskich na palestyńskich cywili (w tym bombardowań, oblężeń miast takich jak Nablus i Dżenin oraz masowych ostrzeliwań [4] ) działacze pokojowi na całym świecie byli osamotnieni w swojej walce. Media i rządy ignorowały tragiczne doniesienia z Gazy i Zachodniego Brzegu. Sytuacją zainteresowali się dopiero 3 dni temu gdy palestyński ruch narodowowyzwoleńczy odpowiedział akcją zbrojną mającą przejąć zajęte przez kolonistów wioski graniczące z Gazą. Wbrew sojusznikom Izraela nie była to pojedyncza akcja Hamasu. Ruch palestyński podzielony na wiele frakcji stanął wspólnie do walki o wyzwolenie Strefy Gazy z rąk okupanta. Przemoc na Bliskim Wschodzie ponownie okazała się dla zachodu tragiczna tylko, gdy dotyka białych kolonistów. 

    Niestety wiele „sojuszników” Palestyńczyków odwróciło się od nich 7 października. Woleli podjąć retorykę symetryzmu, gdzie wojna po obu stronach jest nieuzasadniona i nie możemy poprzeć „ani Hamasu, ani Tel Awiwu”. Dla Tych, którym łatwo przychodziła solidarność z ofiarami kolonializmu, zbyt trudno było zdobyć się na okazanie takiej samej solidarności wobec dla kombatantów otwarcie walczących z owym kolonializmem. Palestyńczycy nigdy nie byli i nigdy nie będą „bezbronnymi ofiarami”, których łatwo każdemu wspierać. Tak jak każdy inny tego typu ruch w historii będą do końca walczyć o swoją niepodległość. 

    Wojna nigdy nie jest wydarzeniem dobrym, estetycznym i łatwym do zrozumienia. Zawsze wiąże się z cierpieniem i tragedią. Daleko nam od romantyzowania jej. Wszyscy chcielibyśmy widzieć dziś Palestynę jako państwo w stanie pokoju, gdzie Arabowie i Żydzi mogą wspólnie żyć i rozwijać się. Pacyfistycznymi marzeniami nie możemy jednak zasłaniać obecnej rzeczywistości. Wojnę w Palestynie zaczęli syjoniści 75 lat temu. Trwa ona nieprzerwanie do dzisiaj, a atak z Gazy to tylko kolejny etap ofensywy palestyńskiej. My stać będziemy murem za jedyną siłą zdolną do zaprowadzenia pokoju w Palestynie — za Palestyńczykami w ich bohaterskiej walce o wyzwolenie.

    Wiemy, że dojdzie w tym konflikcie do wielu zbrodni i śmierci po obu stronach. W porównaniu do apologetów Izraela nie stawiamy między nimi znaku równości. Palestyńczycy walczą z rządem, wojskiem i kolonistami izraelskimi, którzy sami rozpoczęli ten konflikt, odbierając przez lata życie, godność i ziemię palestyńską. Palestyńczycy nie mają jednego wspólnego wojska, zarządzanego przez określone władze, od których decyzje o danych działaniach są zależne. To żywy i różnorodny ruch partyzancki złożony z ofiar okupacji gotowych do poświęceń dla własnego narodu. Po drugiej stronie konfliktu mamy natomiast Izrael, państwo kolonizatorów skupione na militaryzacji i zachowaniu swojej pozycji w regionie. Państwo, które w tym konflikcie ma jeden cel: zniszczyć Palestynę i nie dopuścić do wyzwolenia Gazy. Mają zorganizowane wojsko, tajną policję, wywiad. Są wspierani przez największe światowe potęgi. 

    Pisząc nasze stanowisko w tej sprawie, słyszymy kolejne informacje płynące z mediów o izraelskich atakach na Gazę. W akcie zemsty IDF bez przerwy ostrzeliwuje i bombarduje całą Gazę, celując w każdego, niezależnie od jego zaangażowania w ofensywę 7 października. Niszczone są szpitale, karetki, przejścia graniczne. Skończył się prąd. Ciała leżą na ulicach. Kto przeżył bombardowania, może umrzeć z głodu, brudu lub chorób. [5][6][7] Akcje humanitarne na całym świecie donoszą, że mamy właśnie do czynienia z bezpośrednim  ludobójstwem Palestyńczyków zamkniętych w Gazie [8] [9] W międzyczasie prezydent USA Joe Biden przestrzega inne państwa przed pomaganiem Palestyńczykom [10]. Nasze polskie TVP porównuje działaczy pokojowych do antysemitów. [11] Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski z ramienia Koalicji Obywatelskiej wrzuca zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki w barwach Izraela. [12] 

    Czerwoni zawsze byli i będą stawać po stronie walczących o wolność. Będziemy wspierać Palestyńczyków w ich walce o niepodległość, walce przeciwko eksterminacji, walce o lepsze jutro i świat bez kolonializmu! 

    Przypominamy również, że wciąż trwa zbiórka środków na pomoc dla Palestyńczyków: https://zrzutka.pl/bj7m7v

    Olek Bojanowski, Jakub Koronowski

    Źródła:

    [1] https://youtu.be/-MCpfITOTsw?si=8RpNvhXhpU3VVkMB

    [2] https://youtu.be/6S28bRnl0lA?si=PN-NhmBwClz5ES8B 

    [3] https://www.hrw.org/news/2022/06/14/gaza-israels-open-air-prison-15 

    [4] Zob. artykuł Czerwonych z 2022 https://www.czerwoni.org/co-sie-dzieje-w-palestynie/ 

    [5] https://www.aljazeera.com/amp/news/2023/10/10/no-safe-place-in-gaza-as-israeli-attacks-overwhelm-hospitals#amp_tf=Od%3A%20%251%24s&aoh=16970597363308&referrer=https%3A%2F%2Fwww.google.com 

    [6] https://www.cnn.com/2023/10/11/middleeast/gaza-power-plant-shuts-down-intl/index.html 

    [7] https://www.middleeasteye.net/news/israel-gaza-war-live?utm_campaign=later-linkinbio-middleeasteye&utm_content=later-38437923&utm_medium=social&utm_source=linkin.bio

    [8] https://www.btselem.org/press_releases/20231010_revenge_policy_in_motion_israel_committing_war_crimes_in_gaza

    [9] https://reliefweb.int/report/occupied-palestinian-territory/islamic-relief-warns-humanitarian-nightmare-unfolding-gaza?_gl=1*1kpghls*_ga*NjQzMTUxNDIwLjE2OTY4NjY5MzY.*_ga_E60ZNX2F68*MTY5Njg2NjkzNi4xLjEuMTY5Njg2Njk0OC40OC4wLjA.

    [10] https://youtu.be/2IZbbDBA4Hc?si=HUbEq_vjpC6fRHwe

    [11] https://twitter.com/tvp_info/status/1711718168639447074?t=HVJJV6ELzUA3W-PyYjQ9mA&s=19 

    [12] https://twitter.com/trzaskowski_/status/1711066032104742997?t=gYDc-yjBXL7D9xHNbSp9IA&s=19 

    https://www.czerwoni.org/niech-zyje-wolna-palestyna/

    #bliskiWschód #dekolonizacja #historia #izrael #palestyna #socjalizm #wojna

  15. Samo še Godler manjka. Hvala @anzet s preostankom ekipe :) #startrek #nmn

  16. RT @[email protected]

    Αφιερωμένο σε απεργοσπαστες, ρουφιάνους και λοιπούς σφουγγοκωλαριους

    🐦🔗: twitter.com/koukosofficial/sta

  17. RT @[email protected]

    Αφιερωμένο σε απεργοσπαστες, ρουφιάνους και λοιπούς σφουγγοκωλαριους #Απεργια_9Νοεμβρη

    🐦🔗: twitter.com/koukosofficial/sta

  18. RT @[email protected]

    Η σπουδαία Αλέκα με πρησμένα πόδια και με Π στα 77 της στην απεργία!
    Την εποχή που το ΚΚΕ την είχε Γ. Γ. και τι δεν είχε ακούσει, ότι είναι κοντή, ότι φοράει γυαλιά είναι γριά και άσχημη και κυρίως γυναίκα. Τότε όλα αυτά που λέγονταν δεν τα έκανε κανείς θέμα...

    🐦🔗: twitter.com/koukosofficial/sta

  19. RT @[email protected]

    Η σπουδαία Αλέκα με πρησμένα πόδια και με Π στα 77 της στην απεργία!
    Την εποχή που το ΚΚΕ την είχε Γ. Γ. και τι δεν είχε ακούσει, ότι είναι κοντή, ότι φοράει γυαλιά είναι γριά και άσχημη και κυρίως γυναίκα. Τότε όλα αυτά που λέγονταν δεν τα έκανε κανείς θέμα... #Απεργια_9Νοεμβρη

    🐦🔗: twitter.com/koukosofficial/sta

  20. RT @[email protected]

    η φωτογραφία που διακινούν διαφορά κουμάσια άριστοι και φασίστες, εργοδοτικά τσιράκια κλπ, ΕΙΝΑΙ FAKE.ειναι τέτοιος ο πόνος για την που ξέχασαν να βάλουν την εξέδρα του ΠΑΜΕ, να φανεί λιγάκι πιο αληθινή🤓

    🐦🔗: twitter.com/IStamates/status/1

  21. RT @[email protected]

    η φωτογραφία που διακινούν διαφορά κουμάσια άριστοι και φασίστες, εργοδοτικά τσιράκια κλπ, ΕΙΝΑΙ FAKE.ειναι τέτοιος ο πόνος για την #Απεργια_9Νοεμβρη που ξέχασαν να βάλουν την εξέδρα του ΠΑΜΕ, να φανεί λιγάκι πιο αληθινή🤓

    🐦🔗: twitter.com/IStamates/status/1

  22. RT @[email protected]

    Απεργούμε, γιατί μπουχτίσαμε από τη σήψη και τη δυσωδία τους! Σήμερα παίρνουμε βαθιά ανάσα δύναμης και αισιοδοξίας! #Απεργια_9Νοεμβρη

    🐦🔗: twitter.com/anthi7vas/status/1

  23. RT @[email protected]

    from

    Athens Metro & Bus workers Unions respond to the government's attack against their right to strike with 24hr participation in the

    No metro,train,bus will move in Athens November 9
    Intimidations failed!

    🐦🔗: twitter.com/PAME_Greece/status

  24. RT @[email protected]

    #strikeupdate from
    #GreeceGeneralStrike #GeneralStrikeNov9

    Athens Metro & Bus workers Unions respond to the government's attack against their right to strike with 24hr participation in the #GeneralStrike

    No metro,train,bus will move in Athens November 9
    Intimidations failed!

    🐦🔗: twitter.com/PAME_Greece/status