#varia — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #varia, aggregated by home.social.
-
Zdrowie psychiczne Polaków – myśli nieuczesane
Jakiś czas temu niejaki Leszek Miller – były, zasłużony działacz PRL, później w III RP nawet premier, a ostatnio czołowy ukrainożerca – w rozmowie z Moniką Jaruzelską (niegdyś PRL-owską księżniczką, a dziś nieoficjalną rzeczniczką co bardziej ekstremalnych nurtów polskiego nacjonalizmu i faszyzmu, która zwykła je oswajać w internetowych wywiadach) zaczął dworować sobie z braku odporności psychicznej rodaków.
Całość była o tyle niefortunna, że tenże Miller stracił syna, który skutecznie targnął się na własne życie, i ma wnuczkę, która… cóż, poprzestańmy na tym, że nie jest ikoną psychicznej stabilności. Dlatego też wyśmiewanie pomocy osobom zmagającym się z różnymi problemami psychicznymi nie było ani dobre, ani specjalnie uczciwe. To raczej działanie z gatunku szukania taniego poklasku.
Moda na terapię i „szara strefa”
Z drugiej strony nazbyt często popadamy w drugie ekstremum. Zwłaszcza że dyskusję o zdrowiu psychicznym w Polsce mocno zawłaszczyły środowiska akademickie i wielkomiejskie. Mamy więc do czynienia z promowaniem magicznej „terapii”, mającej stanowić lek na całe zło – bez wyjaśnienia, czemu ta terapia miałaby służyć ani kto miałby ją prowadzić.
Regulacje prawne obejmują raczej obszary wydzielone, w których wymagane są specyficzne kwalifikacje (więziennictwo, szkoły, uzależnienia). Cały sektor poradnictwa psychologicznego prowadzonego prywatnie i niefinansowanego ze środków państwowych to w zasadzie szara strefa. I pewnie kusi Was, aby tę szarą strefę uregulować i obwarować licencjami, nadzorem oraz państwowym samorządem zawodowym. Dokładnie tak jak u lekarzy.
I to jest znakomity pomysł… ale dla samych psychoterapeutów. Zamykanie branży to naturalny proces mający na celu zabezpieczenie cen i dochodów osób, które w niej funkcjonują. Argumenty zawsze są te same: „tylko profesjonalizm gwarantuje jakość usługi”, a „niewłaściwie realizowane działania mogą spowodować niewyobrażalne szkody”.
Nauka czy ideologia?
Problem polega na tym, że między psychiatrią (będącą w uproszczeniu dziedziną medycyny badającą zaburzenia związane z działaniem mózgu) a psychologią istnieje spora różnica. Zasadza się ona w dużej mierze na tym, że psychologia ma bardzo luźno ustawione kryteria badawcze, poznawcze i metodologiczne. Trudno więc obiektywnie ustalić, co i jak robić, aby poprawić dobrostan psychiczny w sposób, który zadziała u więcej niż jednej osoby. A na krytykę samej psychologii ludzie ją uprawiający reagują mniej więcej z podobną dozą autorefleksji, co oskarżani o pedofilię księża.
Mając na studiach trochę do czynienia z psychologią, zawsze zadziwiało mnie, jak mało stabilni są ludzie studiujący tę dziedzinę, a styczność z wykładowcami bywała doświadczeniem tyleż zabawnym, co niepokojącym. Jeśli wierzyć opiniom osób mających większy kontakt ze studentami tego kierunku, motywacją do wyboru tych studiów niezwykle często jest chęć poradzenia sobie z własnymi problemami. To znowu nie buduje wiary w cały system.
Inną sprawą jest tragikomiczny mechanizm, w ramach którego istnieje lista zaburzeń psychicznych, z której usuwa się poszczególne pozycje (lub dodaje nowe) w drodze… głosowania. To nie tyle zaburza wiarę w obiektywizm systemu, co dokumentnie ją niszczy. W 1974 roku zrobili głosowanie i od tego momentu homoseksualizm jest w porządku. To tylko najbardziej znany przykład. A przecież z różnych list są i będą dodawane kolejne kwestie – w zależności od doraźnego klimatu politycznego i w wyniku kolejnych głosowań. Stanowi to realizację politycznych czy religijnych przekonań głosujących. I jakoś dla nas wszystkich jest to w porządku.
Życie na polu minowym
I tak żyjemy sobie w świecie, w którym granicę między tym, co normalne i dopuszczalne, a tym, co nienormalne i niedopuszczalne, określają listy czy podręczniki tworzone przez ludzi pozbawionych nadzoru, często ulokowanych poza naszym krajem czy obszarem kulturowym, a w dodatku prawie zawsze motywowanych politycznie.
W świecie, gdzie problem zdrowia psychicznego jest albo zupełnie lekceważony, albo przeceniany. Niemal zawsze jest on jednak szczelnie wpleciony w sieć interesów ludzi, którzy – jak w każdej innej dziedzinie – chcą po prostu zarobić. A przecież stawki, jak choćby w kwestii zakazu mediów społecznościowych dla nieletnich, są horrendalnie wysokie. Także te zupełnie wymierne i finansowe. Mamy tu do czynienia z polem minowym i niespecjalnie widać z niego drogę wyjścia.
#kryzys #leszekMiller #Varia -
Zdrowie psychiczne Polaków – myśli nieuczesane
Jakiś czas temu niejaki Leszek Miller – były, zasłużony działacz PRL, później w III RP nawet premier, a ostatnio czołowy ukrainożerca – w rozmowie z Moniką Jaruzelską (niegdyś PRL-owską księżniczką, a dziś nieoficjalną rzeczniczką co bardziej ekstremalnych nurtów polskiego nacjonalizmu i faszyzmu, która zwykła je oswajać w internetowych wywiadach) zaczął dworować sobie z braku odporności psychicznej rodaków.
Całość była o tyle niefortunna, że tenże Miller stracił syna, który skutecznie targnął się na własne życie, i ma wnuczkę, która… cóż, poprzestańmy na tym, że nie jest ikoną psychicznej stabilności. Dlatego też wyśmiewanie pomocy osobom zmagającym się z różnymi problemami psychicznymi nie było ani dobre, ani specjalnie uczciwe. To raczej działanie z gatunku szukania taniego poklasku.
Moda na terapię i „szara strefa”
Z drugiej strony nazbyt często popadamy w drugie ekstremum. Zwłaszcza że dyskusję o zdrowiu psychicznym w Polsce mocno zawłaszczyły środowiska akademickie i wielkomiejskie. Mamy więc do czynienia z promowaniem magicznej „terapii”, mającej stanowić lek na całe zło – bez wyjaśnienia, czemu ta terapia miałaby służyć ani kto miałby ją prowadzić.
Regulacje prawne obejmują raczej obszary wydzielone, w których wymagane są specyficzne kwalifikacje (więziennictwo, szkoły, uzależnienia). Cały sektor poradnictwa psychologicznego prowadzonego prywatnie i niefinansowanego ze środków państwowych to w zasadzie szara strefa. I pewnie kusi Was, aby tę szarą strefę uregulować i obwarować licencjami, nadzorem oraz państwowym samorządem zawodowym. Dokładnie tak jak u lekarzy.
I to jest znakomity pomysł… ale dla samych psychoterapeutów. Zamykanie branży to naturalny proces mający na celu zabezpieczenie cen i dochodów osób, które w niej funkcjonują. Argumenty zawsze są te same: „tylko profesjonalizm gwarantuje jakość usługi”, a „niewłaściwie realizowane działania mogą spowodować niewyobrażalne szkody”.
Nauka czy ideologia?
Problem polega na tym, że między psychiatrią (będącą w uproszczeniu dziedziną medycyny badającą zaburzenia związane z działaniem mózgu) a psychologią istnieje spora różnica. Zasadza się ona w dużej mierze na tym, że psychologia ma bardzo luźno ustawione kryteria badawcze, poznawcze i metodologiczne. Trudno więc obiektywnie ustalić, co i jak robić, aby poprawić dobrostan psychiczny w sposób, który zadziała u więcej niż jednej osoby. A na krytykę samej psychologii ludzie ją uprawiający reagują mniej więcej z podobną dozą autorefleksji, co oskarżani o pedofilię księża.
Mając na studiach trochę do czynienia z psychologią, zawsze zadziwiało mnie, jak mało stabilni są ludzie studiujący tę dziedzinę, a styczność z wykładowcami bywała doświadczeniem tyleż zabawnym, co niepokojącym. Jeśli wierzyć opiniom osób mających większy kontakt ze studentami tego kierunku, motywacją do wyboru tych studiów niezwykle często jest chęć poradzenia sobie z własnymi problemami. To znowu nie buduje wiary w cały system.
Inną sprawą jest tragikomiczny mechanizm, w ramach którego istnieje lista zaburzeń psychicznych, z której usuwa się poszczególne pozycje (lub dodaje nowe) w drodze… głosowania. To nie tyle zaburza wiarę w obiektywizm systemu, co dokumentnie ją niszczy. W 1974 roku zrobili głosowanie i od tego momentu homoseksualizm jest w porządku. To tylko najbardziej znany przykład. A przecież z różnych list są i będą dodawane kolejne kwestie – w zależności od doraźnego klimatu politycznego i w wyniku kolejnych głosowań. Stanowi to realizację politycznych czy religijnych przekonań głosujących. I jakoś dla nas wszystkich jest to w porządku.
Życie na polu minowym
I tak żyjemy sobie w świecie, w którym granicę między tym, co normalne i dopuszczalne, a tym, co nienormalne i niedopuszczalne, określają listy czy podręczniki tworzone przez ludzi pozbawionych nadzoru, często ulokowanych poza naszym krajem czy obszarem kulturowym, a w dodatku prawie zawsze motywowanych politycznie.
W świecie, gdzie problem zdrowia psychicznego jest albo zupełnie lekceważony, albo przeceniany. Niemal zawsze jest on jednak szczelnie wpleciony w sieć interesów ludzi, którzy – jak w każdej innej dziedzinie – chcą po prostu zarobić. A przecież stawki, jak choćby w kwestii zakazu mediów społecznościowych dla nieletnich, są horrendalnie wysokie. Także te zupełnie wymierne i finansowe. Mamy tu do czynienia z polem minowym i niespecjalnie widać z niego drogę wyjścia.
#kryzys #leszekMiller #Varia -
Zdrowie psychiczne Polaków – myśli nieuczesane
Jakiś czas temu niejaki Leszek Miller – były, zasłużony działacz PRL, później w III RP nawet premier, a ostatnio czołowy ukrainożerca – w rozmowie z Moniką Jaruzelską (niegdyś PRL-owską księżniczką, a dziś nieoficjalną rzeczniczką co bardziej ekstremalnych nurtów polskiego nacjonalizmu i faszyzmu, która zwykła je oswajać w internetowych wywiadach) zaczął dworować sobie z braku odporności psychicznej rodaków.
Całość była o tyle niefortunna, że tenże Miller stracił syna, który skutecznie targnął się na własne życie, i ma wnuczkę, która… cóż, poprzestańmy na tym, że nie jest ikoną psychicznej stabilności. Dlatego też wyśmiewanie pomocy osobom zmagającym się z różnymi problemami psychicznymi nie było ani dobre, ani specjalnie uczciwe. To raczej działanie z gatunku szukania taniego poklasku.
Moda na terapię i „szara strefa”
Z drugiej strony nazbyt często popadamy w drugie ekstremum. Zwłaszcza że dyskusję o zdrowiu psychicznym w Polsce mocno zawłaszczyły środowiska akademickie i wielkomiejskie. Mamy więc do czynienia z promowaniem magicznej „terapii”, mającej stanowić lek na całe zło – bez wyjaśnienia, czemu ta terapia miałaby służyć ani kto miałby ją prowadzić.
Regulacje prawne obejmują raczej obszary wydzielone, w których wymagane są specyficzne kwalifikacje (więziennictwo, szkoły, uzależnienia). Cały sektor poradnictwa psychologicznego prowadzonego prywatnie i niefinansowanego ze środków państwowych to w zasadzie szara strefa. I pewnie kusi Was, aby tę szarą strefę uregulować i obwarować licencjami, nadzorem oraz państwowym samorządem zawodowym. Dokładnie tak jak u lekarzy.
I to jest znakomity pomysł… ale dla samych psychoterapeutów. Zamykanie branży to naturalny proces mający na celu zabezpieczenie cen i dochodów osób, które w niej funkcjonują. Argumenty zawsze są te same: „tylko profesjonalizm gwarantuje jakość usługi”, a „niewłaściwie realizowane działania mogą spowodować niewyobrażalne szkody”.
Nauka czy ideologia?
Problem polega na tym, że między psychiatrią (będącą w uproszczeniu dziedziną medycyny badającą zaburzenia związane z działaniem mózgu) a psychologią istnieje spora różnica. Zasadza się ona w dużej mierze na tym, że psychologia ma bardzo luźno ustawione kryteria badawcze, poznawcze i metodologiczne. Trudno więc obiektywnie ustalić, co i jak robić, aby poprawić dobrostan psychiczny w sposób, który zadziała u więcej niż jednej osoby. A na krytykę samej psychologii ludzie ją uprawiający reagują mniej więcej z podobną dozą autorefleksji, co oskarżani o pedofilię księża.
Mając na studiach trochę do czynienia z psychologią, zawsze zadziwiało mnie, jak mało stabilni są ludzie studiujący tę dziedzinę, a styczność z wykładowcami bywała doświadczeniem tyleż zabawnym, co niepokojącym. Jeśli wierzyć opiniom osób mających większy kontakt ze studentami tego kierunku, motywacją do wyboru tych studiów niezwykle często jest chęć poradzenia sobie z własnymi problemami. To znowu nie buduje wiary w cały system.
Inną sprawą jest tragikomiczny mechanizm, w ramach którego istnieje lista zaburzeń psychicznych, z której usuwa się poszczególne pozycje (lub dodaje nowe) w drodze… głosowania. To nie tyle zaburza wiarę w obiektywizm systemu, co dokumentnie ją niszczy. W 1974 roku zrobili głosowanie i od tego momentu homoseksualizm jest w porządku. To tylko najbardziej znany przykład. A przecież z różnych list są i będą dodawane kolejne kwestie – w zależności od doraźnego klimatu politycznego i w wyniku kolejnych głosowań. Stanowi to realizację politycznych czy religijnych przekonań głosujących. I jakoś dla nas wszystkich jest to w porządku.
Życie na polu minowym
I tak żyjemy sobie w świecie, w którym granicę między tym, co normalne i dopuszczalne, a tym, co nienormalne i niedopuszczalne, określają listy czy podręczniki tworzone przez ludzi pozbawionych nadzoru, często ulokowanych poza naszym krajem czy obszarem kulturowym, a w dodatku prawie zawsze motywowanych politycznie.
W świecie, gdzie problem zdrowia psychicznego jest albo zupełnie lekceważony, albo przeceniany. Niemal zawsze jest on jednak szczelnie wpleciony w sieć interesów ludzi, którzy – jak w każdej innej dziedzinie – chcą po prostu zarobić. A przecież stawki, jak choćby w kwestii zakazu mediów społecznościowych dla nieletnich, są horrendalnie wysokie. Także te zupełnie wymierne i finansowe. Mamy tu do czynienia z polem minowym i niespecjalnie widać z niego drogę wyjścia.
#kryzys #leszekMiller #Varia -
Zdrowie psychiczne Polaków – myśli nieuczesane
Jakiś czas temu niejaki Leszek Miller – były, zasłużony działacz PRL, później w III RP nawet premier, a ostatnio czołowy ukrainożerca – w rozmowie z Moniką Jaruzelską (niegdyś PRL-owską księżniczką, a dziś nieoficjalną rzeczniczką co bardziej ekstremalnych nurtów polskiego nacjonalizmu i faszyzmu, która zwykła je oswajać w internetowych wywiadach) zaczął dworować sobie z braku odporności psychicznej rodaków.
Całość była o tyle niefortunna, że tenże Miller stracił syna, który skutecznie targnął się na własne życie, i ma wnuczkę, która… cóż, poprzestańmy na tym, że nie jest ikoną psychicznej stabilności. Dlatego też wyśmiewanie pomocy osobom zmagającym się z różnymi problemami psychicznymi nie było ani dobre, ani specjalnie uczciwe. To raczej działanie z gatunku szukania taniego poklasku.
Moda na terapię i „szara strefa”
Z drugiej strony nazbyt często popadamy w drugie ekstremum. Zwłaszcza że dyskusję o zdrowiu psychicznym w Polsce mocno zawłaszczyły środowiska akademickie i wielkomiejskie. Mamy więc do czynienia z promowaniem magicznej „terapii”, mającej stanowić lek na całe zło – bez wyjaśnienia, czemu ta terapia miałaby służyć ani kto miałby ją prowadzić.
Regulacje prawne obejmują raczej obszary wydzielone, w których wymagane są specyficzne kwalifikacje (więziennictwo, szkoły, uzależnienia). Cały sektor poradnictwa psychologicznego prowadzonego prywatnie i niefinansowanego ze środków państwowych to w zasadzie szara strefa. I pewnie kusi Was, aby tę szarą strefę uregulować i obwarować licencjami, nadzorem oraz państwowym samorządem zawodowym. Dokładnie tak jak u lekarzy.
I to jest znakomity pomysł… ale dla samych psychoterapeutów. Zamykanie branży to naturalny proces mający na celu zabezpieczenie cen i dochodów osób, które w niej funkcjonują. Argumenty zawsze są te same: „tylko profesjonalizm gwarantuje jakość usługi”, a „niewłaściwie realizowane działania mogą spowodować niewyobrażalne szkody”.
Nauka czy ideologia?
Problem polega na tym, że między psychiatrią (będącą w uproszczeniu dziedziną medycyny badającą zaburzenia związane z działaniem mózgu) a psychologią istnieje spora różnica. Zasadza się ona w dużej mierze na tym, że psychologia ma bardzo luźno ustawione kryteria badawcze, poznawcze i metodologiczne. Trudno więc obiektywnie ustalić, co i jak robić, aby poprawić dobrostan psychiczny w sposób, który zadziała u więcej niż jednej osoby. A na krytykę samej psychologii ludzie ją uprawiający reagują mniej więcej z podobną dozą autorefleksji, co oskarżani o pedofilię księża.
Mając na studiach trochę do czynienia z psychologią, zawsze zadziwiało mnie, jak mało stabilni są ludzie studiujący tę dziedzinę, a styczność z wykładowcami bywała doświadczeniem tyleż zabawnym, co niepokojącym. Jeśli wierzyć opiniom osób mających większy kontakt ze studentami tego kierunku, motywacją do wyboru tych studiów niezwykle często jest chęć poradzenia sobie z własnymi problemami. To znowu nie buduje wiary w cały system.
Inną sprawą jest tragikomiczny mechanizm, w ramach którego istnieje lista zaburzeń psychicznych, z której usuwa się poszczególne pozycje (lub dodaje nowe) w drodze… głosowania. To nie tyle zaburza wiarę w obiektywizm systemu, co dokumentnie ją niszczy. W 1974 roku zrobili głosowanie i od tego momentu homoseksualizm jest w porządku. To tylko najbardziej znany przykład. A przecież z różnych list są i będą dodawane kolejne kwestie – w zależności od doraźnego klimatu politycznego i w wyniku kolejnych głosowań. Stanowi to realizację politycznych czy religijnych przekonań głosujących. I jakoś dla nas wszystkich jest to w porządku.
Życie na polu minowym
I tak żyjemy sobie w świecie, w którym granicę między tym, co normalne i dopuszczalne, a tym, co nienormalne i niedopuszczalne, określają listy czy podręczniki tworzone przez ludzi pozbawionych nadzoru, często ulokowanych poza naszym krajem czy obszarem kulturowym, a w dodatku prawie zawsze motywowanych politycznie.
W świecie, gdzie problem zdrowia psychicznego jest albo zupełnie lekceważony, albo przeceniany. Niemal zawsze jest on jednak szczelnie wpleciony w sieć interesów ludzi, którzy – jak w każdej innej dziedzinie – chcą po prostu zarobić. A przecież stawki, jak choćby w kwestii zakazu mediów społecznościowych dla nieletnich, są horrendalnie wysokie. Także te zupełnie wymierne i finansowe. Mamy tu do czynienia z polem minowym i niespecjalnie widać z niego drogę wyjścia.
#kryzys #leszekMiller #Varia -
Zdrowie psychiczne Polaków – myśli nieuczesane
Jakiś czas temu niejaki Leszek Miller – były, zasłużony działacz PRL, później w III RP nawet premier, a ostatnio czołowy ukrainożerca – w rozmowie z Moniką Jaruzelską (niegdyś PRL-owską księżniczką, a dziś nieoficjalną rzeczniczką co bardziej ekstremalnych nurtów polskiego nacjonalizmu i faszyzmu, która zwykła je oswajać w internetowych wywiadach) zaczął dworować sobie z braku odporności psychicznej rodaków.
Całość była o tyle niefortunna, że tenże Miller stracił syna, który skutecznie targnął się na własne życie, i ma wnuczkę, która… cóż, poprzestańmy na tym, że nie jest ikoną psychicznej stabilności. Dlatego też wyśmiewanie pomocy osobom zmagającym się z różnymi problemami psychicznymi nie było ani dobre, ani specjalnie uczciwe. To raczej działanie z gatunku szukania taniego poklasku.
Moda na terapię i „szara strefa”
Z drugiej strony nazbyt często popadamy w drugie ekstremum. Zwłaszcza że dyskusję o zdrowiu psychicznym w Polsce mocno zawłaszczyły środowiska akademickie i wielkomiejskie. Mamy więc do czynienia z promowaniem magicznej „terapii”, mającej stanowić lek na całe zło – bez wyjaśnienia, czemu ta terapia miałaby służyć ani kto miałby ją prowadzić.
Regulacje prawne obejmują raczej obszary wydzielone, w których wymagane są specyficzne kwalifikacje (więziennictwo, szkoły, uzależnienia). Cały sektor poradnictwa psychologicznego prowadzonego prywatnie i niefinansowanego ze środków państwowych to w zasadzie szara strefa. I pewnie kusi Was, aby tę szarą strefę uregulować i obwarować licencjami, nadzorem oraz państwowym samorządem zawodowym. Dokładnie tak jak u lekarzy.
I to jest znakomity pomysł… ale dla samych psychoterapeutów. Zamykanie branży to naturalny proces mający na celu zabezpieczenie cen i dochodów osób, które w niej funkcjonują. Argumenty zawsze są te same: „tylko profesjonalizm gwarantuje jakość usługi”, a „niewłaściwie realizowane działania mogą spowodować niewyobrażalne szkody”.
Nauka czy ideologia?
Problem polega na tym, że między psychiatrią (będącą w uproszczeniu dziedziną medycyny badającą zaburzenia związane z działaniem mózgu) a psychologią istnieje spora różnica. Zasadza się ona w dużej mierze na tym, że psychologia ma bardzo luźno ustawione kryteria badawcze, poznawcze i metodologiczne. Trudno więc obiektywnie ustalić, co i jak robić, aby poprawić dobrostan psychiczny w sposób, który zadziała u więcej niż jednej osoby. A na krytykę samej psychologii ludzie ją uprawiający reagują mniej więcej z podobną dozą autorefleksji, co oskarżani o pedofilię księża.
Mając na studiach trochę do czynienia z psychologią, zawsze zadziwiało mnie, jak mało stabilni są ludzie studiujący tę dziedzinę, a styczność z wykładowcami bywała doświadczeniem tyleż zabawnym, co niepokojącym. Jeśli wierzyć opiniom osób mających większy kontakt ze studentami tego kierunku, motywacją do wyboru tych studiów niezwykle często jest chęć poradzenia sobie z własnymi problemami. To znowu nie buduje wiary w cały system.
Inną sprawą jest tragikomiczny mechanizm, w ramach którego istnieje lista zaburzeń psychicznych, z której usuwa się poszczególne pozycje (lub dodaje nowe) w drodze… głosowania. To nie tyle zaburza wiarę w obiektywizm systemu, co dokumentnie ją niszczy. W 1974 roku zrobili głosowanie i od tego momentu homoseksualizm jest w porządku. To tylko najbardziej znany przykład. A przecież z różnych list są i będą dodawane kolejne kwestie – w zależności od doraźnego klimatu politycznego i w wyniku kolejnych głosowań. Stanowi to realizację politycznych czy religijnych przekonań głosujących. I jakoś dla nas wszystkich jest to w porządku.
Życie na polu minowym
I tak żyjemy sobie w świecie, w którym granicę między tym, co normalne i dopuszczalne, a tym, co nienormalne i niedopuszczalne, określają listy czy podręczniki tworzone przez ludzi pozbawionych nadzoru, często ulokowanych poza naszym krajem czy obszarem kulturowym, a w dodatku prawie zawsze motywowanych politycznie.
W świecie, gdzie problem zdrowia psychicznego jest albo zupełnie lekceważony, albo przeceniany. Niemal zawsze jest on jednak szczelnie wpleciony w sieć interesów ludzi, którzy – jak w każdej innej dziedzinie – chcą po prostu zarobić. A przecież stawki, jak choćby w kwestii zakazu mediów społecznościowych dla nieletnich, są horrendalnie wysokie. Także te zupełnie wymierne i finansowe. Mamy tu do czynienia z polem minowym i niespecjalnie widać z niego drogę wyjścia.
#kryzys #leszekMiller #Varia -
Mafia w kitlach
Ostatnie tygodnie pokazują, że poziom demoralizacji środowiska lekarskiego osiągnął rozmiary uzasadniające rozwiązania radykalne. Pazerność medyków, maskowana fałszywą troską o dobro pacjentów, zagraża stabilności całego systemu. Zarobki polskich lekarzy stały się nie tyle wysokie, co wręcz astronomiczne. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedstawicieli tej profesji. Jednak już od dawna nie mamy do czynienia z lekarzami, którzy narzekają na płace czy warunki pracy. Obecnie funkcjonujemy w systemie wielu prędkości, bezlitośnie dojonym przez lekarską elitę, która postawiła siebie ponad prawem i odpowiedzialnością.
Grzech pierworodny: sztuczny deficyt
Co jest grzechem pierworodnym obecnej sytuacji? Sprawa jest tak oczywista, że z perspektywy czasu wydaje się niemal banalna – zresztą została już dobrze zidentyfikowana przez klasę polityczną. Otóż w porównaniu z PRL-em, III RP obcięła liczbę kształconych lekarzy o połowę, a nawet o dwie trzecie (z 7000 rocznie w PRL do zaledwie 2000 w III RP). Wszystko to motywowano rzekomym spadkiem zapotrzebowania, bo przecież chętnych nigdy nie brakowało.
Sztucznie wygenerowany niedobór wywołał szereg negatywnych efektów wtórnych. Przede wszystkim gwałtownie wzrosła rynkowa wartość samych lekarzy, co jest prostym wynikiem braku konkurencji. A przecież rozległa sieć szpitali powiatowych wymaga utrzymania masy stanowisk, które często nie wiążą się z wielkim nakładem pracy. Stąd pojedynczy medyk może mieć kilka etatów i bez trudu je „obsługiwać”. W sytuacji sztucznie utrzymywanego, stałego deficytu kadrowego, możliwości poprawy działania systemu w praktyce nie istnieją.
Obawy lekarskiego eldorado
Kiedy czyta się stanowiska Naczelnej Izby Lekarskiej na temat kształcenia medyków oraz ich optymalnej liczby, włosy jeżą się na głowie. Argumenty zawsze są te same. Słyszymy o „najwyższej jakości” kształcenia, którą może „docenić” każdy, kto choć raz odwiedził placówkę POZ lub szpital. Straszy się nas wizją „nadpodaży” lekarzy, która rzekomo wyniknie z przywrócenia liczby absolwentów do poziomu z czasów PRL – kiedy to przecież mieliśmy znacznie młodsze społeczeństwo niż dziś. Z tych wszystkich opinii wylewa się tylko jedna, prawdziwa obawa: eldorado może się skończyć. Demokracja jest bowiem systemem, w którym obywatele dają się doić tylko do pewnego stopnia.
Lekcja od prawników
System od nadmiaru lekarzy się nie zawali. Skąd to wiemy? Ponieważ analogiczny eksperyment przeprowadzili już prawnicy. Po 2000 roku wykształcono masę nowych absolwentów prawa. Doprowadziło to zarówno do rozszczelnienia dotychczas szczelnie zaryglowanych korporacji zawodowych, jak i do spadku cen usług. Prawo przez lata stanowiło zamknięty krąg wzajemnie powiązanych rodów „z tradycjami”, generujących dostatek dla wąskiej grupy. Ten układ nie zniknął całkowicie, ale napływ „świeżej krwi” poskutkował chociażby masową pomocą w zakresie kredytów frankowych czy – nomen omen – udanymi pozwami przeciwko samym medykom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Na tym właśnie polega problem podobnych klik. Zamiast jeść małą łyżeczką, w końcu idą wzorem pokątnych złodziejaszków „na wyrwę”, starając się zagarnąć jak największe wypłaty. Wtedy zamiast przysięgi Hipokratesa mamy do czynienia z dobrze znaną rodakom regułą Kalego z Sienkiewiczowskiego W pustyni i w puszczy. Najlepszą systemową metodą walki z takimi monopolami jest ich rozcieńczenie i pozbawienie możliwości samoregulacji. Stąd kolejnym celem reformy politycznej powinien stać się samorząd lekarski. Wystarczy posłuchać jego przedstawicieli, by zrozumieć, że z ideą prawdziwego samorządu ma to niewiele wspólnego, a pod płaszczykiem dbałości o jakość rozgrywa się bezczelna obrona własnych, niezasłużonych przywilejów.
#afera #Varia #zdrowie -
Mafia w kitlach
Ostatnie tygodnie pokazują, że poziom demoralizacji środowiska lekarskiego osiągnął rozmiary uzasadniające rozwiązania radykalne. Pazerność medyków, maskowana fałszywą troską o dobro pacjentów, zagraża stabilności całego systemu. Zarobki polskich lekarzy stały się nie tyle wysokie, co wręcz astronomiczne. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedstawicieli tej profesji. Jednak już od dawna nie mamy do czynienia z lekarzami, którzy narzekają na płace czy warunki pracy. Obecnie funkcjonujemy w systemie wielu prędkości, bezlitośnie dojonym przez lekarską elitę, która postawiła siebie ponad prawem i odpowiedzialnością.
Grzech pierworodny: sztuczny deficyt
Co jest grzechem pierworodnym obecnej sytuacji? Sprawa jest tak oczywista, że z perspektywy czasu wydaje się niemal banalna – zresztą została już dobrze zidentyfikowana przez klasę polityczną. Otóż w porównaniu z PRL-em, III RP obcięła liczbę kształconych lekarzy o połowę, a nawet o dwie trzecie (z 7000 rocznie w PRL do zaledwie 2000 w III RP). Wszystko to motywowano rzekomym spadkiem zapotrzebowania, bo przecież chętnych nigdy nie brakowało.
Sztucznie wygenerowany niedobór wywołał szereg negatywnych efektów wtórnych. Przede wszystkim gwałtownie wzrosła rynkowa wartość samych lekarzy, co jest prostym wynikiem braku konkurencji. A przecież rozległa sieć szpitali powiatowych wymaga utrzymania masy stanowisk, które często nie wiążą się z wielkim nakładem pracy. Stąd pojedynczy medyk może mieć kilka etatów i bez trudu je „obsługiwać”. W sytuacji sztucznie utrzymywanego, stałego deficytu kadrowego, możliwości poprawy działania systemu w praktyce nie istnieją.
Obawy lekarskiego eldorado
Kiedy czyta się stanowiska Naczelnej Izby Lekarskiej na temat kształcenia medyków oraz ich optymalnej liczby, włosy jeżą się na głowie. Argumenty zawsze są te same. Słyszymy o „najwyższej jakości” kształcenia, którą może „docenić” każdy, kto choć raz odwiedził placówkę POZ lub szpital. Straszy się nas wizją „nadpodaży” lekarzy, która rzekomo wyniknie z przywrócenia liczby absolwentów do poziomu z czasów PRL – kiedy to przecież mieliśmy znacznie młodsze społeczeństwo niż dziś. Z tych wszystkich opinii wylewa się tylko jedna, prawdziwa obawa: eldorado może się skończyć. Demokracja jest bowiem systemem, w którym obywatele dają się doić tylko do pewnego stopnia.
Lekcja od prawników
System od nadmiaru lekarzy się nie zawali. Skąd to wiemy? Ponieważ analogiczny eksperyment przeprowadzili już prawnicy. Po 2000 roku wykształcono masę nowych absolwentów prawa. Doprowadziło to zarówno do rozszczelnienia dotychczas szczelnie zaryglowanych korporacji zawodowych, jak i do spadku cen usług. Prawo przez lata stanowiło zamknięty krąg wzajemnie powiązanych rodów „z tradycjami”, generujących dostatek dla wąskiej grupy. Ten układ nie zniknął całkowicie, ale napływ „świeżej krwi” poskutkował chociażby masową pomocą w zakresie kredytów frankowych czy – nomen omen – udanymi pozwami przeciwko samym medykom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Na tym właśnie polega problem podobnych klik. Zamiast jeść małą łyżeczką, w końcu idą wzorem pokątnych złodziejaszków „na wyrwę”, starając się zagarnąć jak największe wypłaty. Wtedy zamiast przysięgi Hipokratesa mamy do czynienia z dobrze znaną rodakom regułą Kalego z Sienkiewiczowskiego W pustyni i w puszczy. Najlepszą systemową metodą walki z takimi monopolami jest ich rozcieńczenie i pozbawienie możliwości samoregulacji. Stąd kolejnym celem reformy politycznej powinien stać się samorząd lekarski. Wystarczy posłuchać jego przedstawicieli, by zrozumieć, że z ideą prawdziwego samorządu ma to niewiele wspólnego, a pod płaszczykiem dbałości o jakość rozgrywa się bezczelna obrona własnych, niezasłużonych przywilejów.
#afera #Varia #zdrowie -
Mafia w kitlach
Ostatnie tygodnie pokazują, że poziom demoralizacji środowiska lekarskiego osiągnął rozmiary uzasadniające rozwiązania radykalne. Pazerność medyków, maskowana fałszywą troską o dobro pacjentów, zagraża stabilności całego systemu. Zarobki polskich lekarzy stały się nie tyle wysokie, co wręcz astronomiczne. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedstawicieli tej profesji. Jednak już od dawna nie mamy do czynienia z lekarzami, którzy narzekają na płace czy warunki pracy. Obecnie funkcjonujemy w systemie wielu prędkości, bezlitośnie dojonym przez lekarską elitę, która postawiła siebie ponad prawem i odpowiedzialnością.
Grzech pierworodny: sztuczny deficyt
Co jest grzechem pierworodnym obecnej sytuacji? Sprawa jest tak oczywista, że z perspektywy czasu wydaje się niemal banalna – zresztą została już dobrze zidentyfikowana przez klasę polityczną. Otóż w porównaniu z PRL-em, III RP obcięła liczbę kształconych lekarzy o połowę, a nawet o dwie trzecie (z 7000 rocznie w PRL do zaledwie 2000 w III RP). Wszystko to motywowano rzekomym spadkiem zapotrzebowania, bo przecież chętnych nigdy nie brakowało.
Sztucznie wygenerowany niedobór wywołał szereg negatywnych efektów wtórnych. Przede wszystkim gwałtownie wzrosła rynkowa wartość samych lekarzy, co jest prostym wynikiem braku konkurencji. A przecież rozległa sieć szpitali powiatowych wymaga utrzymania masy stanowisk, które często nie wiążą się z wielkim nakładem pracy. Stąd pojedynczy medyk może mieć kilka etatów i bez trudu je „obsługiwać”. W sytuacji sztucznie utrzymywanego, stałego deficytu kadrowego, możliwości poprawy działania systemu w praktyce nie istnieją.
Obawy lekarskiego eldorado
Kiedy czyta się stanowiska Naczelnej Izby Lekarskiej na temat kształcenia medyków oraz ich optymalnej liczby, włosy jeżą się na głowie. Argumenty zawsze są te same. Słyszymy o „najwyższej jakości” kształcenia, którą może „docenić” każdy, kto choć raz odwiedził placówkę POZ lub szpital. Straszy się nas wizją „nadpodaży” lekarzy, która rzekomo wyniknie z przywrócenia liczby absolwentów do poziomu z czasów PRL – kiedy to przecież mieliśmy znacznie młodsze społeczeństwo niż dziś. Z tych wszystkich opinii wylewa się tylko jedna, prawdziwa obawa: eldorado może się skończyć. Demokracja jest bowiem systemem, w którym obywatele dają się doić tylko do pewnego stopnia.
Lekcja od prawników
System od nadmiaru lekarzy się nie zawali. Skąd to wiemy? Ponieważ analogiczny eksperyment przeprowadzili już prawnicy. Po 2000 roku wykształcono masę nowych absolwentów prawa. Doprowadziło to zarówno do rozszczelnienia dotychczas szczelnie zaryglowanych korporacji zawodowych, jak i do spadku cen usług. Prawo przez lata stanowiło zamknięty krąg wzajemnie powiązanych rodów „z tradycjami”, generujących dostatek dla wąskiej grupy. Ten układ nie zniknął całkowicie, ale napływ „świeżej krwi” poskutkował chociażby masową pomocą w zakresie kredytów frankowych czy – nomen omen – udanymi pozwami przeciwko samym medykom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Na tym właśnie polega problem podobnych klik. Zamiast jeść małą łyżeczką, w końcu idą wzorem pokątnych złodziejaszków „na wyrwę”, starając się zagarnąć jak największe wypłaty. Wtedy zamiast przysięgi Hipokratesa mamy do czynienia z dobrze znaną rodakom regułą Kalego z Sienkiewiczowskiego W pustyni i w puszczy. Najlepszą systemową metodą walki z takimi monopolami jest ich rozcieńczenie i pozbawienie możliwości samoregulacji. Stąd kolejnym celem reformy politycznej powinien stać się samorząd lekarski. Wystarczy posłuchać jego przedstawicieli, by zrozumieć, że z ideą prawdziwego samorządu ma to niewiele wspólnego, a pod płaszczykiem dbałości o jakość rozgrywa się bezczelna obrona własnych, niezasłużonych przywilejów.
#afera #Varia #zdrowie -
Mafia w kitlach
Ostatnie tygodnie pokazują, że poziom demoralizacji środowiska lekarskiego osiągnął rozmiary uzasadniające rozwiązania radykalne. Pazerność medyków, maskowana fałszywą troską o dobro pacjentów, zagraża stabilności całego systemu. Zarobki polskich lekarzy stały się nie tyle wysokie, co wręcz astronomiczne. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedstawicieli tej profesji. Jednak już od dawna nie mamy do czynienia z lekarzami, którzy narzekają na płace czy warunki pracy. Obecnie funkcjonujemy w systemie wielu prędkości, bezlitośnie dojonym przez lekarską elitę, która postawiła siebie ponad prawem i odpowiedzialnością.
Grzech pierworodny: sztuczny deficyt
Co jest grzechem pierworodnym obecnej sytuacji? Sprawa jest tak oczywista, że z perspektywy czasu wydaje się niemal banalna – zresztą została już dobrze zidentyfikowana przez klasę polityczną. Otóż w porównaniu z PRL-em, III RP obcięła liczbę kształconych lekarzy o połowę, a nawet o dwie trzecie (z 7000 rocznie w PRL do zaledwie 2000 w III RP). Wszystko to motywowano rzekomym spadkiem zapotrzebowania, bo przecież chętnych nigdy nie brakowało.
Sztucznie wygenerowany niedobór wywołał szereg negatywnych efektów wtórnych. Przede wszystkim gwałtownie wzrosła rynkowa wartość samych lekarzy, co jest prostym wynikiem braku konkurencji. A przecież rozległa sieć szpitali powiatowych wymaga utrzymania masy stanowisk, które często nie wiążą się z wielkim nakładem pracy. Stąd pojedynczy medyk może mieć kilka etatów i bez trudu je „obsługiwać”. W sytuacji sztucznie utrzymywanego, stałego deficytu kadrowego, możliwości poprawy działania systemu w praktyce nie istnieją.
Obawy lekarskiego eldorado
Kiedy czyta się stanowiska Naczelnej Izby Lekarskiej na temat kształcenia medyków oraz ich optymalnej liczby, włosy jeżą się na głowie. Argumenty zawsze są te same. Słyszymy o „najwyższej jakości” kształcenia, którą może „docenić” każdy, kto choć raz odwiedził placówkę POZ lub szpital. Straszy się nas wizją „nadpodaży” lekarzy, która rzekomo wyniknie z przywrócenia liczby absolwentów do poziomu z czasów PRL – kiedy to przecież mieliśmy znacznie młodsze społeczeństwo niż dziś. Z tych wszystkich opinii wylewa się tylko jedna, prawdziwa obawa: eldorado może się skończyć. Demokracja jest bowiem systemem, w którym obywatele dają się doić tylko do pewnego stopnia.
Lekcja od prawników
System od nadmiaru lekarzy się nie zawali. Skąd to wiemy? Ponieważ analogiczny eksperyment przeprowadzili już prawnicy. Po 2000 roku wykształcono masę nowych absolwentów prawa. Doprowadziło to zarówno do rozszczelnienia dotychczas szczelnie zaryglowanych korporacji zawodowych, jak i do spadku cen usług. Prawo przez lata stanowiło zamknięty krąg wzajemnie powiązanych rodów „z tradycjami”, generujących dostatek dla wąskiej grupy. Ten układ nie zniknął całkowicie, ale napływ „świeżej krwi” poskutkował chociażby masową pomocą w zakresie kredytów frankowych czy – nomen omen – udanymi pozwami przeciwko samym medykom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Na tym właśnie polega problem podobnych klik. Zamiast jeść małą łyżeczką, w końcu idą wzorem pokątnych złodziejaszków „na wyrwę”, starając się zagarnąć jak największe wypłaty. Wtedy zamiast przysięgi Hipokratesa mamy do czynienia z dobrze znaną rodakom regułą Kalego z Sienkiewiczowskiego W pustyni i w puszczy. Najlepszą systemową metodą walki z takimi monopolami jest ich rozcieńczenie i pozbawienie możliwości samoregulacji. Stąd kolejnym celem reformy politycznej powinien stać się samorząd lekarski. Wystarczy posłuchać jego przedstawicieli, by zrozumieć, że z ideą prawdziwego samorządu ma to niewiele wspólnego, a pod płaszczykiem dbałości o jakość rozgrywa się bezczelna obrona własnych, niezasłużonych przywilejów.
#afera #Varia #zdrowie -
Mafia w kitlach
Ostatnie tygodnie pokazują, że poziom demoralizacji środowiska lekarskiego osiągnął rozmiary uzasadniające rozwiązania radykalne. Pazerność medyków, maskowana fałszywą troską o dobro pacjentów, zagraża stabilności całego systemu. Zarobki polskich lekarzy stały się nie tyle wysokie, co wręcz astronomiczne. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich przedstawicieli tej profesji. Jednak już od dawna nie mamy do czynienia z lekarzami, którzy narzekają na płace czy warunki pracy. Obecnie funkcjonujemy w systemie wielu prędkości, bezlitośnie dojonym przez lekarską elitę, która postawiła siebie ponad prawem i odpowiedzialnością.
Grzech pierworodny: sztuczny deficyt
Co jest grzechem pierworodnym obecnej sytuacji? Sprawa jest tak oczywista, że z perspektywy czasu wydaje się niemal banalna – zresztą została już dobrze zidentyfikowana przez klasę polityczną. Otóż w porównaniu z PRL-em, III RP obcięła liczbę kształconych lekarzy o połowę, a nawet o dwie trzecie (z 7000 rocznie w PRL do zaledwie 2000 w III RP). Wszystko to motywowano rzekomym spadkiem zapotrzebowania, bo przecież chętnych nigdy nie brakowało.
Sztucznie wygenerowany niedobór wywołał szereg negatywnych efektów wtórnych. Przede wszystkim gwałtownie wzrosła rynkowa wartość samych lekarzy, co jest prostym wynikiem braku konkurencji. A przecież rozległa sieć szpitali powiatowych wymaga utrzymania masy stanowisk, które często nie wiążą się z wielkim nakładem pracy. Stąd pojedynczy medyk może mieć kilka etatów i bez trudu je „obsługiwać”. W sytuacji sztucznie utrzymywanego, stałego deficytu kadrowego, możliwości poprawy działania systemu w praktyce nie istnieją.
Obawy lekarskiego eldorado
Kiedy czyta się stanowiska Naczelnej Izby Lekarskiej na temat kształcenia medyków oraz ich optymalnej liczby, włosy jeżą się na głowie. Argumenty zawsze są te same. Słyszymy o „najwyższej jakości” kształcenia, którą może „docenić” każdy, kto choć raz odwiedził placówkę POZ lub szpital. Straszy się nas wizją „nadpodaży” lekarzy, która rzekomo wyniknie z przywrócenia liczby absolwentów do poziomu z czasów PRL – kiedy to przecież mieliśmy znacznie młodsze społeczeństwo niż dziś. Z tych wszystkich opinii wylewa się tylko jedna, prawdziwa obawa: eldorado może się skończyć. Demokracja jest bowiem systemem, w którym obywatele dają się doić tylko do pewnego stopnia.
Lekcja od prawników
System od nadmiaru lekarzy się nie zawali. Skąd to wiemy? Ponieważ analogiczny eksperyment przeprowadzili już prawnicy. Po 2000 roku wykształcono masę nowych absolwentów prawa. Doprowadziło to zarówno do rozszczelnienia dotychczas szczelnie zaryglowanych korporacji zawodowych, jak i do spadku cen usług. Prawo przez lata stanowiło zamknięty krąg wzajemnie powiązanych rodów „z tradycjami”, generujących dostatek dla wąskiej grupy. Ten układ nie zniknął całkowicie, ale napływ „świeżej krwi” poskutkował chociażby masową pomocą w zakresie kredytów frankowych czy – nomen omen – udanymi pozwami przeciwko samym medykom oraz firmom ubezpieczeniowym.
Na tym właśnie polega problem podobnych klik. Zamiast jeść małą łyżeczką, w końcu idą wzorem pokątnych złodziejaszków „na wyrwę”, starając się zagarnąć jak największe wypłaty. Wtedy zamiast przysięgi Hipokratesa mamy do czynienia z dobrze znaną rodakom regułą Kalego z Sienkiewiczowskiego W pustyni i w puszczy. Najlepszą systemową metodą walki z takimi monopolami jest ich rozcieńczenie i pozbawienie możliwości samoregulacji. Stąd kolejnym celem reformy politycznej powinien stać się samorząd lekarski. Wystarczy posłuchać jego przedstawicieli, by zrozumieć, że z ideą prawdziwego samorządu ma to niewiele wspólnego, a pod płaszczykiem dbałości o jakość rozgrywa się bezczelna obrona własnych, niezasłużonych przywilejów.
#afera #Varia #zdrowie -
Pułapka wynajmu tymczasowego
Biznesplan z Pierdziszewa
Weekendowa rozmowa z kolegą. Urodził się w niewielkim miasteczku – dajmy na to: Pierdziszewie Nadmorskim. Już tam nie mieszka, zostali tylko rodzice. Teraz w Pierdziszewie powstają nowe bloki, w których można kupić „apartamenty” za grubo ponad milion złotych za sztukę.
Mój znajomy kalkuluje to tak: załóżmy, że taki apartament wynajmujesz przez 120 dni w roku. To konserwatywne założenie – około 30% czasu. Za dzień kasujesz 500 zł. Dla 4-osobowej rodziny to i tak taniej niż hotel, a ponieważ w mieszkaniu jest kuchnia, to i na wyżywieniu oszczędzą. Z tych 500 złotych 100 idzie na obsługę, czyli pranie i sprzątanie. Kolejne 100 zł to czynsz. Zostaje 300 złotych czystego zysku. W skali roku daje to 36 000 złotych. I to przy bardzo ostrożnych szacunkach.
Lokalna rzeczywistość a wielki kapitał
Alternatywnie mógłbyś przecież wynająć ten „apartament” na stałe – zwykłej rodzinie lub osobie prywatnej. Zakładając wynajem przez 12 miesięcy, miesięczna opłata (bez czynszu) musiałaby wynosić 3 000 zł. Jak się domyślacie, liczba mieszkańców Pierdziszewa, których stać na taki wydatek, jest bardzo ograniczona. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko przy długoterminowym najmie jest zdecydowanie większe niż przy krótkoterminowym. A każdy stracony miesiąc bez lokatora kosztuje znaczną część rocznego zysku.
Oczywiście praca w samym Pierdziszewie dostępna jest głównie w turystyce, a więc ma charakter sezonowy i często opiera się na najniższej krajowej. To nie są dochody, które pozwalają kupić mieszkanie za milion złotych lub wynajmować je za 3 000 zł miesięcznie.
Koniec świata, jaki znamy
Więc przyrost naturalny Pierdziszewa – jak się domyślacie – bije dziś rekordy. Przemysłu tu nie ma, bo mógłby wszak zaszkodzić atrakcyjności turystycznej. Niedługo nie będzie także przedszkoli, potem szkół. Na końcu zabraknie ludzi. Nawet tych do sprzątania wspomnianych „apartamentów”, których właścicielami jest warszawska lub krakowska klasa średnia.
Ta sama, która być może nawet się w tym Pierdziszewie urodziła. Albo i nie.
Morału nie będzie.
#demografia #gospodarka #Polska #turystyka #Varia -
Pułapka wynajmu tymczasowego
Biznesplan z Pierdziszewa
Weekendowa rozmowa z kolegą. Urodził się w niewielkim miasteczku – dajmy na to: Pierdziszewie Nadmorskim. Już tam nie mieszka, zostali tylko rodzice. Teraz w Pierdziszewie powstają nowe bloki, w których można kupić „apartamenty” za grubo ponad milion złotych za sztukę.
Mój znajomy kalkuluje to tak: załóżmy, że taki apartament wynajmujesz przez 120 dni w roku. To konserwatywne założenie – około 30% czasu. Za dzień kasujesz 500 zł. Dla 4-osobowej rodziny to i tak taniej niż hotel, a ponieważ w mieszkaniu jest kuchnia, to i na wyżywieniu oszczędzą. Z tych 500 złotych 100 idzie na obsługę, czyli pranie i sprzątanie. Kolejne 100 zł to czynsz. Zostaje 300 złotych czystego zysku. W skali roku daje to 36 000 złotych. I to przy bardzo ostrożnych szacunkach.
Lokalna rzeczywistość a wielki kapitał
Alternatywnie mógłbyś przecież wynająć ten „apartament” na stałe – zwykłej rodzinie lub osobie prywatnej. Zakładając wynajem przez 12 miesięcy, miesięczna opłata (bez czynszu) musiałaby wynosić 3 000 zł. Jak się domyślacie, liczba mieszkańców Pierdziszewa, których stać na taki wydatek, jest bardzo ograniczona. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko przy długoterminowym najmie jest zdecydowanie większe niż przy krótkoterminowym. A każdy stracony miesiąc bez lokatora kosztuje znaczną część rocznego zysku.
Oczywiście praca w samym Pierdziszewie dostępna jest głównie w turystyce, a więc ma charakter sezonowy i często opiera się na najniższej krajowej. To nie są dochody, które pozwalają kupić mieszkanie za milion złotych lub wynajmować je za 3 000 zł miesięcznie.
Koniec świata, jaki znamy
Więc przyrost naturalny Pierdziszewa – jak się domyślacie – bije dziś rekordy. Przemysłu tu nie ma, bo mógłby wszak zaszkodzić atrakcyjności turystycznej. Niedługo nie będzie także przedszkoli, potem szkół. Na końcu zabraknie ludzi. Nawet tych do sprzątania wspomnianych „apartamentów”, których właścicielami jest warszawska lub krakowska klasa średnia.
Ta sama, która być może nawet się w tym Pierdziszewie urodziła. Albo i nie.
Morału nie będzie.
#demografia #gospodarka #Polska #turystyka #Varia -
Pułapka wynajmu tymczasowego
Biznesplan z Pierdziszewa
Weekendowa rozmowa z kolegą. Urodził się w niewielkim miasteczku – dajmy na to: Pierdziszewie Nadmorskim. Już tam nie mieszka, zostali tylko rodzice. Teraz w Pierdziszewie powstają nowe bloki, w których można kupić „apartamenty” za grubo ponad milion złotych za sztukę.
Mój znajomy kalkuluje to tak: załóżmy, że taki apartament wynajmujesz przez 120 dni w roku. To konserwatywne założenie – około 30% czasu. Za dzień kasujesz 500 zł. Dla 4-osobowej rodziny to i tak taniej niż hotel, a ponieważ w mieszkaniu jest kuchnia, to i na wyżywieniu oszczędzą. Z tych 500 złotych 100 idzie na obsługę, czyli pranie i sprzątanie. Kolejne 100 zł to czynsz. Zostaje 300 złotych czystego zysku. W skali roku daje to 36 000 złotych. I to przy bardzo ostrożnych szacunkach.
Lokalna rzeczywistość a wielki kapitał
Alternatywnie mógłbyś przecież wynająć ten „apartament” na stałe – zwykłej rodzinie lub osobie prywatnej. Zakładając wynajem przez 12 miesięcy, miesięczna opłata (bez czynszu) musiałaby wynosić 3 000 zł. Jak się domyślacie, liczba mieszkańców Pierdziszewa, których stać na taki wydatek, jest bardzo ograniczona. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko przy długoterminowym najmie jest zdecydowanie większe niż przy krótkoterminowym. A każdy stracony miesiąc bez lokatora kosztuje znaczną część rocznego zysku.
Oczywiście praca w samym Pierdziszewie dostępna jest głównie w turystyce, a więc ma charakter sezonowy i często opiera się na najniższej krajowej. To nie są dochody, które pozwalają kupić mieszkanie za milion złotych lub wynajmować je za 3 000 zł miesięcznie.
Koniec świata, jaki znamy
Więc przyrost naturalny Pierdziszewa – jak się domyślacie – bije dziś rekordy. Przemysłu tu nie ma, bo mógłby wszak zaszkodzić atrakcyjności turystycznej. Niedługo nie będzie także przedszkoli, potem szkół. Na końcu zabraknie ludzi. Nawet tych do sprzątania wspomnianych „apartamentów”, których właścicielami jest warszawska lub krakowska klasa średnia.
Ta sama, która być może nawet się w tym Pierdziszewie urodziła. Albo i nie.
Morału nie będzie.
#demografia #gospodarka #Polska #turystyka #Varia -
Pułapka wynajmu tymczasowego
Biznesplan z Pierdziszewa
Weekendowa rozmowa z kolegą. Urodził się w niewielkim miasteczku – dajmy na to: Pierdziszewie Nadmorskim. Już tam nie mieszka, zostali tylko rodzice. Teraz w Pierdziszewie powstają nowe bloki, w których można kupić „apartamenty” za grubo ponad milion złotych za sztukę.
Mój znajomy kalkuluje to tak: załóżmy, że taki apartament wynajmujesz przez 120 dni w roku. To konserwatywne założenie – około 30% czasu. Za dzień kasujesz 500 zł. Dla 4-osobowej rodziny to i tak taniej niż hotel, a ponieważ w mieszkaniu jest kuchnia, to i na wyżywieniu oszczędzą. Z tych 500 złotych 100 idzie na obsługę, czyli pranie i sprzątanie. Kolejne 100 zł to czynsz. Zostaje 300 złotych czystego zysku. W skali roku daje to 36 000 złotych. I to przy bardzo ostrożnych szacunkach.
Lokalna rzeczywistość a wielki kapitał
Alternatywnie mógłbyś przecież wynająć ten „apartament” na stałe – zwykłej rodzinie lub osobie prywatnej. Zakładając wynajem przez 12 miesięcy, miesięczna opłata (bez czynszu) musiałaby wynosić 3 000 zł. Jak się domyślacie, liczba mieszkańców Pierdziszewa, których stać na taki wydatek, jest bardzo ograniczona. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko przy długoterminowym najmie jest zdecydowanie większe niż przy krótkoterminowym. A każdy stracony miesiąc bez lokatora kosztuje znaczną część rocznego zysku.
Oczywiście praca w samym Pierdziszewie dostępna jest głównie w turystyce, a więc ma charakter sezonowy i często opiera się na najniższej krajowej. To nie są dochody, które pozwalają kupić mieszkanie za milion złotych lub wynajmować je za 3 000 zł miesięcznie.
Koniec świata, jaki znamy
Więc przyrost naturalny Pierdziszewa – jak się domyślacie – bije dziś rekordy. Przemysłu tu nie ma, bo mógłby wszak zaszkodzić atrakcyjności turystycznej. Niedługo nie będzie także przedszkoli, potem szkół. Na końcu zabraknie ludzi. Nawet tych do sprzątania wspomnianych „apartamentów”, których właścicielami jest warszawska lub krakowska klasa średnia.
Ta sama, która być może nawet się w tym Pierdziszewie urodziła. Albo i nie.
Morału nie będzie.
#demografia #gospodarka #Polska #turystyka #Varia -
Pułapka wynajmu tymczasowego
Biznesplan z Pierdziszewa
Weekendowa rozmowa z kolegą. Urodził się w niewielkim miasteczku – dajmy na to: Pierdziszewie Nadmorskim. Już tam nie mieszka, zostali tylko rodzice. Teraz w Pierdziszewie powstają nowe bloki, w których można kupić „apartamenty” za grubo ponad milion złotych za sztukę.
Mój znajomy kalkuluje to tak: załóżmy, że taki apartament wynajmujesz przez 120 dni w roku. To konserwatywne założenie – około 30% czasu. Za dzień kasujesz 500 zł. Dla 4-osobowej rodziny to i tak taniej niż hotel, a ponieważ w mieszkaniu jest kuchnia, to i na wyżywieniu oszczędzą. Z tych 500 złotych 100 idzie na obsługę, czyli pranie i sprzątanie. Kolejne 100 zł to czynsz. Zostaje 300 złotych czystego zysku. W skali roku daje to 36 000 złotych. I to przy bardzo ostrożnych szacunkach.
Lokalna rzeczywistość a wielki kapitał
Alternatywnie mógłbyś przecież wynająć ten „apartament” na stałe – zwykłej rodzinie lub osobie prywatnej. Zakładając wynajem przez 12 miesięcy, miesięczna opłata (bez czynszu) musiałaby wynosić 3 000 zł. Jak się domyślacie, liczba mieszkańców Pierdziszewa, których stać na taki wydatek, jest bardzo ograniczona. Nie mówiąc już o tym, że ryzyko przy długoterminowym najmie jest zdecydowanie większe niż przy krótkoterminowym. A każdy stracony miesiąc bez lokatora kosztuje znaczną część rocznego zysku.
Oczywiście praca w samym Pierdziszewie dostępna jest głównie w turystyce, a więc ma charakter sezonowy i często opiera się na najniższej krajowej. To nie są dochody, które pozwalają kupić mieszkanie za milion złotych lub wynajmować je za 3 000 zł miesięcznie.
Koniec świata, jaki znamy
Więc przyrost naturalny Pierdziszewa – jak się domyślacie – bije dziś rekordy. Przemysłu tu nie ma, bo mógłby wszak zaszkodzić atrakcyjności turystycznej. Niedługo nie będzie także przedszkoli, potem szkół. Na końcu zabraknie ludzi. Nawet tych do sprzątania wspomnianych „apartamentów”, których właścicielami jest warszawska lub krakowska klasa średnia.
Ta sama, która być może nawet się w tym Pierdziszewie urodziła. Albo i nie.
Morału nie będzie.
#demografia #gospodarka #Polska #turystyka #Varia -
Maja Chwalińska to nie tylko historia sukcesu, to ostrzeżenie
Sukces polskiej tenisistki w turnieju French Open znakomicie wpisuje się w narrację tzw. underdog story, czyli sukcesu przychodzącego znienacka i bez zapowiedzi. To coś, co łączy Adama Małysza z filmem „Rocky” (a właściwie „Rocky II” dla tych, którzy w ogóle go oglądali). Piękna bajka o ludzkim uporze wbrew okolicznościom i szansom. I tak, takie bajki się zdarzają. Pamiętajmy jednak, że zdarzają się rzadko, a na każdego Kopciuszka w sporcie przypadają setki tych, którzy mimo niemniejszego wysiłku nie wynieśli ze sportowej kariery nic poza zniszczonym zdrowiem i długami. Zawodowy sport to paskudna ścieżka kariery, a zawodowy sport kobiet to ścieżka paskudna w dwójnasób.
Iluzja zza szklanego ekranu
Jako rodzic, a także rodzic sportowca, wiem co nieco o ambicjach rodzicielskich, kosztach sportu olimpijskiego i zyskach, jakie odnoszą z niego dzieci. I zupełnie poważnie napiszę: jeśli macie utalentowane sportowo dziecko na poziomie, który pozwala na myślenie o zawodowej karierze, to naprawdę nie warto. To, co widać w mediach – podczas igrzysk olimpijskich, prestiżowych zawodów czy konferencji prasowych – to tylko wierzchołek góry lodowej. To, co jest ukryte pod powierzchnią, bywa dużo gorsze niż krew, pot i łzy. To dziesiątki zmarnowanych życiorysów, niewykorzystanych potencjałów i zrujnowane zdrowie.
Dlaczego tak się dzieje? Z kilku powodów.
Średni inżynier przeżyje, średni sportowiec nie
Podstawowym problemem jest to, że bardzo niewiele osób osiąga sukces. To prawda w każdej dziedzinie, ale w sporcie ta zasada urasta do n-tej potęgi. Różnica polega na tym, że można nieźle żyć, będąc średnim inżynierem czy prawnikiem. Z nielicznymi wyjątkami bycie średnim sportowcem nie da ci absolutnie niczego. Kariera trwa krótko (co samo w sobie nie byłoby tragiczne), ale zużywa lata najcenniejsze dla rozwoju zawodowego. Kiedy rówieśnicy zdobywają umiejętności i dyplomy, sportowcy trenują wąską i sztuczną dziedzinę. Ta biegłość jest w zasadzie nieprzydatna w normalnym życiu „po sporcie”.
Jedna sekunda od kalectwa
Drugi problem to ryzyko. Duża część dyscyplin niesie ze sobą poważne kontuzje. Słowo „kontuzja” brzmi niewinnie, ale wiele z nich sprawia, że niesamowicie sprawni nastolatkowie lub dwudziestokilkulatkowie lądują z trwałym kalectwem. I to nie jest mały procent. Zaskakująco dużo znanych mi osób zakończyło przygodę ze sportem przez zerwane ścięgna, uszkodzone stawy czy zdemolowane kości. Pytanie, czy warto latami poświęcać setki godzin na doskonalenie zdolności, które mogą zostać odebrane w jednej chwili przez lekkomyślność przeciwnika lub po prostu przez zmęczenie organizmu.
Stosy medali warte mniej niż klocki LEGO
Trzeci problem: w sporcie, poza nielicznymi, acz spektakularnymi wyjątkami, nie ma pieniędzy. A tam, gdzie one są, wbrew pozorom bywa jeszcze gorzej, bo wielkie pieniądze to ogromna presja. Presja z kolei nieuchronnie prowadzi do wypalenia, depresji i załamań.
Koszty uprawiania większości dyscyplin (sprzęt, wyjazdy na zawody) są ogromne i rosną wraz z wiekiem oraz postępami dziecka. Chwała Mai, że dość otwarcie o tym mówi. Przecież tenis to jeden z nielicznych sportów, w których w ogóle występują jakieś finansowe benefity. W przypadku kobiet – realnie chyba jedyny. Reszta dyscyplin wiąże się z tym, że o ile nie osiągnie się sukcesu na igrzyskach, nasze stosy medali z mistrzostw świata i Europy mogą być warte mniej niż kolekcja LEGO.
Edukacja vs machanie rakietą
Podsumowując: sport jest wspaniałą formą zdobywania przez potomstwo umiejętności współzawodniczenia i radzenia sobie ze stresem, nie mówiąc o ogólnej sprawności fizycznej. Ale nie powinien być niczym więcej. Twardy rachunek zysków i strat wskazuje, że ten sam wysiłek zainwestowany w edukację przyniesie wielokrotnie wyższe i pewniejsze zyski niż machanie rakietą.
To od rodziców zależy, kiedy odbędzie się taka rozmowa z synem lub córką. I czy w ogóle do niej dojdzie. Historii takich jak ta z Paryża jest niewiele. Tych tragicznych – znacznie więcej. Warto się nad tym zastanowić.
#młodzież #sport #Varia -
Maja Chwalińska to nie tylko historia sukcesu, to ostrzeżenie
Sukces polskiej tenisistki w turnieju French Open znakomicie wpisuje się w narrację tzw. underdog story, czyli sukcesu przychodzącego znienacka i bez zapowiedzi. To coś, co łączy Adama Małysza z filmem „Rocky” (a właściwie „Rocky II” dla tych, którzy w ogóle go oglądali). Piękna bajka o ludzkim uporze wbrew okolicznościom i szansom. I tak, takie bajki się zdarzają. Pamiętajmy jednak, że zdarzają się rzadko, a na każdego Kopciuszka w sporcie przypadają setki tych, którzy mimo niemniejszego wysiłku nie wynieśli ze sportowej kariery nic poza zniszczonym zdrowiem i długami. Zawodowy sport to paskudna ścieżka kariery, a zawodowy sport kobiet to ścieżka paskudna w dwójnasób.
Iluzja zza szklanego ekranu
Jako rodzic, a także rodzic sportowca, wiem co nieco o ambicjach rodzicielskich, kosztach sportu olimpijskiego i zyskach, jakie odnoszą z niego dzieci. I zupełnie poważnie napiszę: jeśli macie utalentowane sportowo dziecko na poziomie, który pozwala na myślenie o zawodowej karierze, to naprawdę nie warto. To, co widać w mediach – podczas igrzysk olimpijskich, prestiżowych zawodów czy konferencji prasowych – to tylko wierzchołek góry lodowej. To, co jest ukryte pod powierzchnią, bywa dużo gorsze niż krew, pot i łzy. To dziesiątki zmarnowanych życiorysów, niewykorzystanych potencjałów i zrujnowane zdrowie.
Dlaczego tak się dzieje? Z kilku powodów.
Średni inżynier przeżyje, średni sportowiec nie
Podstawowym problemem jest to, że bardzo niewiele osób osiąga sukces. To prawda w każdej dziedzinie, ale w sporcie ta zasada urasta do n-tej potęgi. Różnica polega na tym, że można nieźle żyć, będąc średnim inżynierem czy prawnikiem. Z nielicznymi wyjątkami bycie średnim sportowcem nie da ci absolutnie niczego. Kariera trwa krótko (co samo w sobie nie byłoby tragiczne), ale zużywa lata najcenniejsze dla rozwoju zawodowego. Kiedy rówieśnicy zdobywają umiejętności i dyplomy, sportowcy trenują wąską i sztuczną dziedzinę. Ta biegłość jest w zasadzie nieprzydatna w normalnym życiu „po sporcie”.
Jedna sekunda od kalectwa
Drugi problem to ryzyko. Duża część dyscyplin niesie ze sobą poważne kontuzje. Słowo „kontuzja” brzmi niewinnie, ale wiele z nich sprawia, że niesamowicie sprawni nastolatkowie lub dwudziestokilkulatkowie lądują z trwałym kalectwem. I to nie jest mały procent. Zaskakująco dużo znanych mi osób zakończyło przygodę ze sportem przez zerwane ścięgna, uszkodzone stawy czy zdemolowane kości. Pytanie, czy warto latami poświęcać setki godzin na doskonalenie zdolności, które mogą zostać odebrane w jednej chwili przez lekkomyślność przeciwnika lub po prostu przez zmęczenie organizmu.
Stosy medali warte mniej niż klocki LEGO
Trzeci problem: w sporcie, poza nielicznymi, acz spektakularnymi wyjątkami, nie ma pieniędzy. A tam, gdzie one są, wbrew pozorom bywa jeszcze gorzej, bo wielkie pieniądze to ogromna presja. Presja z kolei nieuchronnie prowadzi do wypalenia, depresji i załamań.
Koszty uprawiania większości dyscyplin (sprzęt, wyjazdy na zawody) są ogromne i rosną wraz z wiekiem oraz postępami dziecka. Chwała Mai, że dość otwarcie o tym mówi. Przecież tenis to jeden z nielicznych sportów, w których w ogóle występują jakieś finansowe benefity. W przypadku kobiet – realnie chyba jedyny. Reszta dyscyplin wiąże się z tym, że o ile nie osiągnie się sukcesu na igrzyskach, nasze stosy medali z mistrzostw świata i Europy mogą być warte mniej niż kolekcja LEGO.
Edukacja vs machanie rakietą
Podsumowując: sport jest wspaniałą formą zdobywania przez potomstwo umiejętności współzawodniczenia i radzenia sobie ze stresem, nie mówiąc o ogólnej sprawności fizycznej. Ale nie powinien być niczym więcej. Twardy rachunek zysków i strat wskazuje, że ten sam wysiłek zainwestowany w edukację przyniesie wielokrotnie wyższe i pewniejsze zyski niż machanie rakietą.
To od rodziców zależy, kiedy odbędzie się taka rozmowa z synem lub córką. I czy w ogóle do niej dojdzie. Historii takich jak ta z Paryża jest niewiele. Tych tragicznych – znacznie więcej. Warto się nad tym zastanowić.
#młodzież #sport #Varia -
Maja Chwalińska to nie tylko historia sukcesu, to ostrzeżenie
Sukces polskiej tenisistki w turnieju French Open znakomicie wpisuje się w narrację tzw. underdog story, czyli sukcesu przychodzącego znienacka i bez zapowiedzi. To coś, co łączy Adama Małysza z filmem „Rocky” (a właściwie „Rocky II” dla tych, którzy w ogóle go oglądali). Piękna bajka o ludzkim uporze wbrew okolicznościom i szansom. I tak, takie bajki się zdarzają. Pamiętajmy jednak, że zdarzają się rzadko, a na każdego Kopciuszka w sporcie przypadają setki tych, którzy mimo niemniejszego wysiłku nie wynieśli ze sportowej kariery nic poza zniszczonym zdrowiem i długami. Zawodowy sport to paskudna ścieżka kariery, a zawodowy sport kobiet to ścieżka paskudna w dwójnasób.
Iluzja zza szklanego ekranu
Jako rodzic, a także rodzic sportowca, wiem co nieco o ambicjach rodzicielskich, kosztach sportu olimpijskiego i zyskach, jakie odnoszą z niego dzieci. I zupełnie poważnie napiszę: jeśli macie utalentowane sportowo dziecko na poziomie, który pozwala na myślenie o zawodowej karierze, to naprawdę nie warto. To, co widać w mediach – podczas igrzysk olimpijskich, prestiżowych zawodów czy konferencji prasowych – to tylko wierzchołek góry lodowej. To, co jest ukryte pod powierzchnią, bywa dużo gorsze niż krew, pot i łzy. To dziesiątki zmarnowanych życiorysów, niewykorzystanych potencjałów i zrujnowane zdrowie.
Dlaczego tak się dzieje? Z kilku powodów.
Średni inżynier przeżyje, średni sportowiec nie
Podstawowym problemem jest to, że bardzo niewiele osób osiąga sukces. To prawda w każdej dziedzinie, ale w sporcie ta zasada urasta do n-tej potęgi. Różnica polega na tym, że można nieźle żyć, będąc średnim inżynierem czy prawnikiem. Z nielicznymi wyjątkami bycie średnim sportowcem nie da ci absolutnie niczego. Kariera trwa krótko (co samo w sobie nie byłoby tragiczne), ale zużywa lata najcenniejsze dla rozwoju zawodowego. Kiedy rówieśnicy zdobywają umiejętności i dyplomy, sportowcy trenują wąską i sztuczną dziedzinę. Ta biegłość jest w zasadzie nieprzydatna w normalnym życiu „po sporcie”.
Jedna sekunda od kalectwa
Drugi problem to ryzyko. Duża część dyscyplin niesie ze sobą poważne kontuzje. Słowo „kontuzja” brzmi niewinnie, ale wiele z nich sprawia, że niesamowicie sprawni nastolatkowie lub dwudziestokilkulatkowie lądują z trwałym kalectwem. I to nie jest mały procent. Zaskakująco dużo znanych mi osób zakończyło przygodę ze sportem przez zerwane ścięgna, uszkodzone stawy czy zdemolowane kości. Pytanie, czy warto latami poświęcać setki godzin na doskonalenie zdolności, które mogą zostać odebrane w jednej chwili przez lekkomyślność przeciwnika lub po prostu przez zmęczenie organizmu.
Stosy medali warte mniej niż klocki LEGO
Trzeci problem: w sporcie, poza nielicznymi, acz spektakularnymi wyjątkami, nie ma pieniędzy. A tam, gdzie one są, wbrew pozorom bywa jeszcze gorzej, bo wielkie pieniądze to ogromna presja. Presja z kolei nieuchronnie prowadzi do wypalenia, depresji i załamań.
Koszty uprawiania większości dyscyplin (sprzęt, wyjazdy na zawody) są ogromne i rosną wraz z wiekiem oraz postępami dziecka. Chwała Mai, że dość otwarcie o tym mówi. Przecież tenis to jeden z nielicznych sportów, w których w ogóle występują jakieś finansowe benefity. W przypadku kobiet – realnie chyba jedyny. Reszta dyscyplin wiąże się z tym, że o ile nie osiągnie się sukcesu na igrzyskach, nasze stosy medali z mistrzostw świata i Europy mogą być warte mniej niż kolekcja LEGO.
Edukacja vs machanie rakietą
Podsumowując: sport jest wspaniałą formą zdobywania przez potomstwo umiejętności współzawodniczenia i radzenia sobie ze stresem, nie mówiąc o ogólnej sprawności fizycznej. Ale nie powinien być niczym więcej. Twardy rachunek zysków i strat wskazuje, że ten sam wysiłek zainwestowany w edukację przyniesie wielokrotnie wyższe i pewniejsze zyski niż machanie rakietą.
To od rodziców zależy, kiedy odbędzie się taka rozmowa z synem lub córką. I czy w ogóle do niej dojdzie. Historii takich jak ta z Paryża jest niewiele. Tych tragicznych – znacznie więcej. Warto się nad tym zastanowić.
#młodzież #sport #Varia -
Maja Chwalińska to nie tylko historia sukcesu, to ostrzeżenie
Sukces polskiej tenisistki w turnieju French Open znakomicie wpisuje się w narrację tzw. underdog story, czyli sukcesu przychodzącego znienacka i bez zapowiedzi. To coś, co łączy Adama Małysza z filmem „Rocky” (a właściwie „Rocky II” dla tych, którzy w ogóle go oglądali). Piękna bajka o ludzkim uporze wbrew okolicznościom i szansom. I tak, takie bajki się zdarzają. Pamiętajmy jednak, że zdarzają się rzadko, a na każdego Kopciuszka w sporcie przypadają setki tych, którzy mimo niemniejszego wysiłku nie wynieśli ze sportowej kariery nic poza zniszczonym zdrowiem i długami. Zawodowy sport to paskudna ścieżka kariery, a zawodowy sport kobiet to ścieżka paskudna w dwójnasób.
Iluzja zza szklanego ekranu
Jako rodzic, a także rodzic sportowca, wiem co nieco o ambicjach rodzicielskich, kosztach sportu olimpijskiego i zyskach, jakie odnoszą z niego dzieci. I zupełnie poważnie napiszę: jeśli macie utalentowane sportowo dziecko na poziomie, który pozwala na myślenie o zawodowej karierze, to naprawdę nie warto. To, co widać w mediach – podczas igrzysk olimpijskich, prestiżowych zawodów czy konferencji prasowych – to tylko wierzchołek góry lodowej. To, co jest ukryte pod powierzchnią, bywa dużo gorsze niż krew, pot i łzy. To dziesiątki zmarnowanych życiorysów, niewykorzystanych potencjałów i zrujnowane zdrowie.
Dlaczego tak się dzieje? Z kilku powodów.
Średni inżynier przeżyje, średni sportowiec nie
Podstawowym problemem jest to, że bardzo niewiele osób osiąga sukces. To prawda w każdej dziedzinie, ale w sporcie ta zasada urasta do n-tej potęgi. Różnica polega na tym, że można nieźle żyć, będąc średnim inżynierem czy prawnikiem. Z nielicznymi wyjątkami bycie średnim sportowcem nie da ci absolutnie niczego. Kariera trwa krótko (co samo w sobie nie byłoby tragiczne), ale zużywa lata najcenniejsze dla rozwoju zawodowego. Kiedy rówieśnicy zdobywają umiejętności i dyplomy, sportowcy trenują wąską i sztuczną dziedzinę. Ta biegłość jest w zasadzie nieprzydatna w normalnym życiu „po sporcie”.
Jedna sekunda od kalectwa
Drugi problem to ryzyko. Duża część dyscyplin niesie ze sobą poważne kontuzje. Słowo „kontuzja” brzmi niewinnie, ale wiele z nich sprawia, że niesamowicie sprawni nastolatkowie lub dwudziestokilkulatkowie lądują z trwałym kalectwem. I to nie jest mały procent. Zaskakująco dużo znanych mi osób zakończyło przygodę ze sportem przez zerwane ścięgna, uszkodzone stawy czy zdemolowane kości. Pytanie, czy warto latami poświęcać setki godzin na doskonalenie zdolności, które mogą zostać odebrane w jednej chwili przez lekkomyślność przeciwnika lub po prostu przez zmęczenie organizmu.
Stosy medali warte mniej niż klocki LEGO
Trzeci problem: w sporcie, poza nielicznymi, acz spektakularnymi wyjątkami, nie ma pieniędzy. A tam, gdzie one są, wbrew pozorom bywa jeszcze gorzej, bo wielkie pieniądze to ogromna presja. Presja z kolei nieuchronnie prowadzi do wypalenia, depresji i załamań.
Koszty uprawiania większości dyscyplin (sprzęt, wyjazdy na zawody) są ogromne i rosną wraz z wiekiem oraz postępami dziecka. Chwała Mai, że dość otwarcie o tym mówi. Przecież tenis to jeden z nielicznych sportów, w których w ogóle występują jakieś finansowe benefity. W przypadku kobiet – realnie chyba jedyny. Reszta dyscyplin wiąże się z tym, że o ile nie osiągnie się sukcesu na igrzyskach, nasze stosy medali z mistrzostw świata i Europy mogą być warte mniej niż kolekcja LEGO.
Edukacja vs machanie rakietą
Podsumowując: sport jest wspaniałą formą zdobywania przez potomstwo umiejętności współzawodniczenia i radzenia sobie ze stresem, nie mówiąc o ogólnej sprawności fizycznej. Ale nie powinien być niczym więcej. Twardy rachunek zysków i strat wskazuje, że ten sam wysiłek zainwestowany w edukację przyniesie wielokrotnie wyższe i pewniejsze zyski niż machanie rakietą.
To od rodziców zależy, kiedy odbędzie się taka rozmowa z synem lub córką. I czy w ogóle do niej dojdzie. Historii takich jak ta z Paryża jest niewiele. Tych tragicznych – znacznie więcej. Warto się nad tym zastanowić.
#młodzież #sport #Varia -
Maja Chwalińska to nie tylko historia sukcesu, to ostrzeżenie
Sukces polskiej tenisistki w turnieju French Open znakomicie wpisuje się w narrację tzw. underdog story, czyli sukcesu przychodzącego znienacka i bez zapowiedzi. To coś, co łączy Adama Małysza z filmem „Rocky” (a właściwie „Rocky II” dla tych, którzy w ogóle go oglądali). Piękna bajka o ludzkim uporze wbrew okolicznościom i szansom. I tak, takie bajki się zdarzają. Pamiętajmy jednak, że zdarzają się rzadko, a na każdego Kopciuszka w sporcie przypadają setki tych, którzy mimo niemniejszego wysiłku nie wynieśli ze sportowej kariery nic poza zniszczonym zdrowiem i długami. Zawodowy sport to paskudna ścieżka kariery, a zawodowy sport kobiet to ścieżka paskudna w dwójnasób.
Iluzja zza szklanego ekranu
Jako rodzic, a także rodzic sportowca, wiem co nieco o ambicjach rodzicielskich, kosztach sportu olimpijskiego i zyskach, jakie odnoszą z niego dzieci. I zupełnie poważnie napiszę: jeśli macie utalentowane sportowo dziecko na poziomie, który pozwala na myślenie o zawodowej karierze, to naprawdę nie warto. To, co widać w mediach – podczas igrzysk olimpijskich, prestiżowych zawodów czy konferencji prasowych – to tylko wierzchołek góry lodowej. To, co jest ukryte pod powierzchnią, bywa dużo gorsze niż krew, pot i łzy. To dziesiątki zmarnowanych życiorysów, niewykorzystanych potencjałów i zrujnowane zdrowie.
Dlaczego tak się dzieje? Z kilku powodów.
Średni inżynier przeżyje, średni sportowiec nie
Podstawowym problemem jest to, że bardzo niewiele osób osiąga sukces. To prawda w każdej dziedzinie, ale w sporcie ta zasada urasta do n-tej potęgi. Różnica polega na tym, że można nieźle żyć, będąc średnim inżynierem czy prawnikiem. Z nielicznymi wyjątkami bycie średnim sportowcem nie da ci absolutnie niczego. Kariera trwa krótko (co samo w sobie nie byłoby tragiczne), ale zużywa lata najcenniejsze dla rozwoju zawodowego. Kiedy rówieśnicy zdobywają umiejętności i dyplomy, sportowcy trenują wąską i sztuczną dziedzinę. Ta biegłość jest w zasadzie nieprzydatna w normalnym życiu „po sporcie”.
Jedna sekunda od kalectwa
Drugi problem to ryzyko. Duża część dyscyplin niesie ze sobą poważne kontuzje. Słowo „kontuzja” brzmi niewinnie, ale wiele z nich sprawia, że niesamowicie sprawni nastolatkowie lub dwudziestokilkulatkowie lądują z trwałym kalectwem. I to nie jest mały procent. Zaskakująco dużo znanych mi osób zakończyło przygodę ze sportem przez zerwane ścięgna, uszkodzone stawy czy zdemolowane kości. Pytanie, czy warto latami poświęcać setki godzin na doskonalenie zdolności, które mogą zostać odebrane w jednej chwili przez lekkomyślność przeciwnika lub po prostu przez zmęczenie organizmu.
Stosy medali warte mniej niż klocki LEGO
Trzeci problem: w sporcie, poza nielicznymi, acz spektakularnymi wyjątkami, nie ma pieniędzy. A tam, gdzie one są, wbrew pozorom bywa jeszcze gorzej, bo wielkie pieniądze to ogromna presja. Presja z kolei nieuchronnie prowadzi do wypalenia, depresji i załamań.
Koszty uprawiania większości dyscyplin (sprzęt, wyjazdy na zawody) są ogromne i rosną wraz z wiekiem oraz postępami dziecka. Chwała Mai, że dość otwarcie o tym mówi. Przecież tenis to jeden z nielicznych sportów, w których w ogóle występują jakieś finansowe benefity. W przypadku kobiet – realnie chyba jedyny. Reszta dyscyplin wiąże się z tym, że o ile nie osiągnie się sukcesu na igrzyskach, nasze stosy medali z mistrzostw świata i Europy mogą być warte mniej niż kolekcja LEGO.
Edukacja vs machanie rakietą
Podsumowując: sport jest wspaniałą formą zdobywania przez potomstwo umiejętności współzawodniczenia i radzenia sobie ze stresem, nie mówiąc o ogólnej sprawności fizycznej. Ale nie powinien być niczym więcej. Twardy rachunek zysków i strat wskazuje, że ten sam wysiłek zainwestowany w edukację przyniesie wielokrotnie wyższe i pewniejsze zyski niż machanie rakietą.
To od rodziców zależy, kiedy odbędzie się taka rozmowa z synem lub córką. I czy w ogóle do niej dojdzie. Historii takich jak ta z Paryża jest niewiele. Tych tragicznych – znacznie więcej. Warto się nad tym zastanowić.
#młodzież #sport #Varia -
Äh, yay?
"Die Sichtbarkeit des Lichts wurde von 1,6 km auf 2 km erhöht."
(Schwurbel für: "Wir haben die Helligkeit hochgedreht.")
Garmin-Radar jetzt mit USB-C-Port.
Wichtigste Neuerung: Der Akku ist tauschbar!
https://futurezone.at/produkte/garmin-varia-rearvue-820-test-review-preis-funktionen/403159634
-
Äh, yay?
"Die Sichtbarkeit des Lichts wurde von 1,6 km auf 2 km erhöht."
(Schwurbel für: "Wir haben die Helligkeit hochgedreht.")
Garmin-Radar jetzt mit USB-C-Port.
Wichtigste Neuerung: Der Akku ist tauschbar!
https://futurezone.at/produkte/garmin-varia-rearvue-820-test-review-preis-funktionen/403159634
-
Äh, yay?
"Die Sichtbarkeit des Lichts wurde von 1,6 km auf 2 km erhöht."
(Schwurbel für: "Wir haben die Helligkeit hochgedreht.")
Garmin-Radar jetzt mit USB-C-Port.
Wichtigste Neuerung: Der Akku ist tauschbar!
https://futurezone.at/produkte/garmin-varia-rearvue-820-test-review-preis-funktionen/403159634
-
Äh, yay?
"Die Sichtbarkeit des Lichts wurde von 1,6 km auf 2 km erhöht."
(Schwurbel für: "Wir haben die Helligkeit hochgedreht.")
Garmin-Radar jetzt mit USB-C-Port.
Wichtigste Neuerung: Der Akku ist tauschbar!
https://futurezone.at/produkte/garmin-varia-rearvue-820-test-review-preis-funktionen/403159634
-
Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia -
Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia -
Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia -
Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia -
Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia -
AI: Bańka czy rewolucja? A może coś pośrodku?
Osoby dojrzałe wiekiem i stażem pamiętają jeszcze czasy, które później nazwano „bańką dotcomową” (dot-com bubble). To były początki globalnej sieci – moment, w którym ogromny kapitał płynął w stronę technologii, o której niewielu miało pojęcie. Wchodziliśmy wtedy do sieci za pomocą modemu i telefonu, ale wszyscy już wiedzieli, że to przyszłość.
W Polsce masowo powstawały portale – to było wtedy słowo-klucz. Problemem był jednak brak konkretnego pomysłu na to, po co właściwie istnieją. Potrzeba było całych dekad rozwoju infrastruktury, sprzętu i logistyki, aby umożliwić rzeczywistość, którą mamy dzisiaj. Tymczasem bańka pękła na początku lat 2000., pociągając za sobą masę startupów, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej kusiły inwestorów cyfrowym „bling-bling”.
Deja vu w erze algorytmów
Dzisiaj mamy do czynienia z niemałym déjà vu. Obietnice związane z modelami tzw. sztucznej inteligencji (AI) są równie ogromne, co te związane z internetem w latach 90. I mają zostać spełnione równie gwałtownie, jeśli nie szybciej. Wieszczy się, że połowa miejsc pracy po prostu zniknie. AI ma kierować samochodami, rozliczać podatki, pisać powieści i zakładać firmy.
Co prawda „na razie” (słowo-klucz) jeszcze tego nie robi, ale przecież „już jutro” (kolejne słowo-klucz) nadejdzie ów „nowy wspaniały świat”. Panuje przekonanie, że tylko głupcy nie inwestują w AI. Korporacje, jak np. Oracle, mimo rekordowych zysków, potrafią zwalniać tysiące pracowników pod pretekstem zastąpienia ich algorytmami. Choć póki co w codziennym użytku mamy głównie generowanie filmików, muzyki i obrazków, to przekonuje się nas, że upragniona przyszłość czeka tuż za rogiem.
Gdy technologia zjada własny ogon
Rzeczywistość, jak zwykle, okazuje się jednak bardziej złożona, a podobieństwa do lat 90, są aż nadto widoczne. Internet zalewa fala „AI slopu” o wątpliwej jakości. Modele zaczynają zjadać własny ogon, ucząc się na tym samym cyfrowym śmieciu, który same wcześniej wygenerowały. Fachowcy od AI szkolą się w pisaniu promptów w sposób, który niebezpiecznie przypomina naukę… języka programowania, co miało przecież odejść do lamusa.
Ceny podzespołów komputerowych, wykupywanych hurtowo na potrzeby centrów danych, które dopiero mają powstać, sięgają sufitu. Wyceny spółek technologicznych stają się absurdalne, a wszystko to dzieje się bez konkretnego, łatwego do zidentyfikowania wyniku biznesowego. Dochodzimy do ściany podobnej do tej, w którą uderzyły inwestycje internetowe na początku milenium. Bańka zaczyna trzeszczeć, a jak pamiętamy – jej pęknięcie bywa bolesne.
Ewolucja zamiast eksplozji
Czy więc AI to wydmuszka? Nie – tak samo jak nie był nią internet. Sztuczna inteligencja zoptymalizuje dużą część naszej rzeczywistości, ale stanie się to na przestrzeni dekad, a nie miesięcy. Wpływ na rynek pracy będzie prawdopodobnie znacznie mniejszy, niż dzisiaj wieszczą nagłówki gazet.
Poważnym problemem pozostaje „informacjożerność” nowej technologii oraz zagrożenia, których na tym etapie nie potrafimy ani właściwie zaadresować, ani im przeciwdziałać. Do tego dochodzi międzynarodowy wyścig zbrojeń w dziedzinie AI i spór o regulacje na linii USA – Europa. Często wskazuje się, że Unia Europejska traci przez nie konkurencyjność, choć myślę, że skala tego zjawiska jest mniejsza, niż sugerowałby to powszechny hype. Przed nami nieuchronna korekta i przebicie „bańki”. A to, jak uczy historia, rzadko bywa przyjemnym doświadczeniem.
#AI #gospodarka #technologia #UE #USA #Varia -
@lehtimaeki The biggest issue with Garmin Varia is it doesn't detect one car immediately behind another car approaching you from the rear.
This can add a danger to the cyclist if the cyclist were to trust Varia alone, and without an additional quick look over the shoulder, move further out into the road, which increases the chance of collision with the second car.
In short, Varia cannot be a replacement for checking over your shoulder to see what's behind you.
-
@lehtimaeki The biggest issue with Garmin Varia is it doesn't detect one car immediately behind another car approaching you from the rear.
This can add a danger to the cyclist if the cyclist were to trust Varia alone, and without an additional quick look over the shoulder, move further out into the road, which increases the chance of collision with the second car.
In short, Varia cannot be a replacement for checking over your shoulder to see what's behind you.
-
@lehtimaeki The biggest issue with Garmin Varia is it doesn't detect one car immediately behind another car approaching you from the rear.
This can add a danger to the cyclist if the cyclist were to trust Varia alone, and without an additional quick look over the shoulder, move further out into the road, which increases the chance of collision with the second car.
In short, Varia cannot be a replacement for checking over your shoulder to see what's behind you.
-
@lehtimaeki The biggest issue with Garmin Varia is it doesn't detect one car immediately behind another car approaching you from the rear.
This can add a danger to the cyclist if the cyclist were to trust Varia alone, and without an additional quick look over the shoulder, move further out into the road, which increases the chance of collision with the second car.
In short, Varia cannot be a replacement for checking over your shoulder to see what's behind you.
-
@lehtimaeki The biggest issue with Garmin Varia is it doesn't detect one car immediately behind another car approaching you from the rear.
This can add a danger to the cyclist if the cyclist were to trust Varia alone, and without an additional quick look over the shoulder, move further out into the road, which increases the chance of collision with the second car.
In short, Varia cannot be a replacement for checking over your shoulder to see what's behind you.
-
https://www.europesays.com/it/336470/ perché il nuovo radar Garmin è diverso #accessori #Ciclismo #Cycling #GarminRadar #IT #Italia #Italy #Rearvue820 #sicurezza #Sport #Sports #varia
-
CW: Artificial text - On few occasion it's also funny. Meow
Introducing VariaVault! Securely store your varia in a personalized, miniature vault shaped like your favorite fruit. Finally, peace of mind for all those stray buttons and bottle caps! 🍇🍓🍎 #varia #storage #collection
#BusinessIdea #Business #Ai #Llm #LlaMA2 -
CW: Artificial text - On few occasion it's also funny. Meow
Introducing VariaVault! Securely store your varia in a personalized, miniature vault shaped like your favorite fruit. Finally, peace of mind for all those stray buttons and bottle caps! 🍇🍓🍎 #varia #storage #collection
#BusinessIdea #Business #Ai #Llm #LlaMA2 -
Cycling with the Varia RTL 515
Reading Time: 3 minutes
A few days ago I went on a group ride. I noticed that a high percentage of bikes had bike radars so I checked to see the price of these devices once again. For a year or two I have considered getting a bike radar but didn't because I found that the price was too high. I believe that recently either the price went down or the offer of cheaper alternatives improved.
When you're cycling you listen, and when you hear a car you turn around and make eye contact, and then you continue cycling, and you check again, to see how fast it is approaching. Sometimes if you're tired you don't notice until they skim by you.
I have found that by looking back, multiple times, cars see you looking back, and they usually overtake you with more care and attention than if you just stare ahead, without any concern.
With the varia 515 cars are detected as soon as they appear from beyond the visible horizon. You hear an initial beep to say car detected, and then as it gets closer you see the dot move closer and closer, until it overtakes. That's when you get the green all clear.
If several cars are overtaking then you're also made aware that there are several cars behind you, via several dots. You might think "but a mirror does the same thing, for a lower price, and you'd be right. I still like for car drivers to see that I have seen them. I like for car drivers to know that I know about them. I also suspect that they see me as a human, as I looked back, rather than as a 'cyclist'.
I believe that turning back to see cars behind is a show of respect. I believe that by acknowledging their existence they feel more empathetic towards us in turn.
Group Rides
During a group ridess you often have people in front of you, and behind. It's easy to look back, when you expect it to matter, but every so often you don't look back and you can be surprised by the rider behind you. The radar, in the right circumstances, does detect that cyclists are behind and warns you.
Without the radar you have to check behind you constantly. With the radar, in theory, you can check when the radar warns you to be attentive. You should always be attentive, like when you're driving a car.
The Light
The light has day flash, night flash, solid and peloton modes. The peoloton mode is good to avoid blinding people behind you during a group ride and the day mode is good for allowing cars to know of your presence nice and early.
Battery Life
I found that for most rides the battery has lasted well. It did not last so well during a nine hour ride. It's rated for between 6-16 hours and I need to experiment with it.
If you stop for half an hour or more then it could be interesting to top up the charge so that the battery lasts until the end of the ride. I cycled from Geneva towards Nyon and Gland with a dead battery.
Saddnle Bag
If you keep your spare inner tubes, tools and more in a saddle bag you will need to think of a new storage solution. You want the cycle computer to have a clear rear view, and if it is too low then the bike tyre gets in the way. I have to rethink storage.
And Finally
For 92 CHF you get the radar version and for 304 CHF you get the radar version with the tail light and video camera At the mid point you get a tail light and radar. I like having a warning as soon as a car is behind me so that I can look back and check. I also like knowing, with a glimpse that the car I see has another car behind it.
When you cycle in a group someone will yell "car back" and you will check. With the radar you know before someone yells car back, so you can be the person passing on the warning.
-
Cycling with the Varia RTL 515
Reading Time: 3 minutes
A few days ago I went on a group ride. I noticed that a high percentage of bikes had bike radars so I checked to see the price of these devices once again. For a year or two I have considered getting a bike radar but didn't because I found that the price was too high. I believe that recently either the price went down or the offer of cheaper alternatives improved.
When you're cycling you listen, and when you hear a car you turn around and make eye contact, and then you continue cycling, and you check again, to see how fast it is approaching. Sometimes if you're tired you don't notice until they skim by you.
I have found that by looking back, multiple times, cars see you looking back, and they usually overtake you with more care and attention than if you just stare ahead, without any concern.
With the varia 515 cars are detected as soon as they appear from beyond the visible horizon. You hear an initial beep to say car detected, and then as it gets closer you see the dot move closer and closer, until it overtakes. That's when you get the green all clear.
If several cars are overtaking then you're also made aware that there are several cars behind you, via several dots. You might think "but a mirror does the same thing, for a lower price, and you'd be right. I still like for car drivers to see that I have seen them. I like for car drivers to know that I know about them. I also suspect that they see me as a human, as I looked back, rather than as a 'cyclist'.
I believe that turning back to see cars behind is a show of respect. I believe that by acknowledging their existence they feel more empathetic towards us in turn.
Group Rides
During a group ridess you often have people in front of you, and behind. It's easy to look back, when you expect it to matter, but every so often you don't look back and you can be surprised by the rider behind you. The radar, in the right circumstances, does detect that cyclists are behind and warns you.
Without the radar you have to check behind you constantly. With the radar, in theory, you can check when the radar warns you to be attentive. You should always be attentive, like when you're driving a car.
The Light
The light has day flash, night flash, solid and peloton modes. The peoloton mode is good to avoid blinding people behind you during a group ride and the day mode is good for allowing cars to know of your presence nice and early.
Battery Life
I found that for most rides the battery has lasted well. It did not last so well during a nine hour ride. It's rated for between 6-16 hours and I need to experiment with it.
If you stop for half an hour or more then it could be interesting to top up the charge so that the battery lasts until the end of the ride. I cycled from Geneva towards Nyon and Gland with a dead battery.
Saddnle Bag
If you keep your spare inner tubes, tools and more in a saddle bag you will need to think of a new storage solution. You want the cycle computer to have a clear rear view, and if it is too low then the bike tyre gets in the way. I have to rethink storage.
And Finally
For 92 CHF you get the radar version and for 304 CHF you get the radar version with the tail light and video camera At the mid point you get a tail light and radar. I like having a warning as soon as a car is behind me so that I can look back and check. I also like knowing, with a glimpse that the car I see has another car behind it.
When you cycle in a group someone will yell "car back" and you will check. With the radar you know before someone yells car back, so you can be the person passing on the warning.
-
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Varia, Saturday, May 24 at 07:30 PM GMT+2
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Date: 2025/05/24 19:30 - 2025/05/24 23:30
Location: Varia (Gouwstraat 3, Rotterdam)
Entree: 0/3/5/7/10 euro (pay wat you can)
The Platform For Extratonality invites you to an evening full of cozy drones to sink into. We provide the ideal setting: pillows, blankets, sleeping mats and four long concerts by various extratonal drone artists.With:
Łukasz Moroz is a sound artist and composer based in The Hague. He will be presenting his works for modular synthesis and SuperCollider, which explore a systematic approach to the study of harmony, algorithmic techniques, and the meditative potential of suspended sound in revealing its physical properties. https://soundcloud.com/lukaszmoroz
Fionnuala Bloem Doran brings us a symphony of fragility and dissonance, a prayer of subversion, where the boundaries of the self dissolve in requited vibrations. Exploring the cyclical nature of feedback loops through sacred noise. https://on.soundcloud.com/4GKNh1JfStD3u1Xe7
Marlotte Nugteren uses her ceramic flutes and carefully collected instruments in combination with her voice to create mysterious compositions around themes such as decay, inner turmoil and boredom. Driven by playful curiosity, she embraces intuitive play and experimentation. https://operator-radio.com/artists/lotti
Ardore (Riccardo Santalucia) is a multimedia artist performing live computer music. With his set Esplapira, he is developing a noise-ambient quest toward a maximalist jungle of modulations: it sounds as whales from the deep seas of foreign planets, broadcasted through the technologies of rumbling DIY spacecrafts. https://riccardosantalucia.bandcamp.com/album/paesaggi-da-palombaro
This event is made possible with the kind support of Popunie Rotterdam, Fonds Podiumkunsten, Gemeente Rotterdam and Stimuleringsfonds Creatieve Industrie.
http://calendar.klank.school/event/extratonal-infrastructure-19-the-cozy-drone
-
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Varia, Saturday, May 24 at 07:30 PM GMT+2
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Date: 2025/05/24 19:30 - 2025/05/24 23:30
Location: Varia (Gouwstraat 3, Rotterdam)
Entree: 0/3/5/7/10 euro (pay wat you can)
The Platform For Extratonality invites you to an evening full of cozy drones to sink into. We provide the ideal setting: pillows, blankets, sleeping mats and four long concerts by various extratonal drone artists.With:
Łukasz Moroz is a sound artist and composer based in The Hague. He will be presenting his works for modular synthesis and SuperCollider, which explore a systematic approach to the study of harmony, algorithmic techniques, and the meditative potential of suspended sound in revealing its physical properties. https://soundcloud.com/lukaszmoroz
Fionnuala Bloem Doran brings us a symphony of fragility and dissonance, a prayer of subversion, where the boundaries of the self dissolve in requited vibrations. Exploring the cyclical nature of feedback loops through sacred noise. https://on.soundcloud.com/4GKNh1JfStD3u1Xe7
Marlotte Nugteren uses her ceramic flutes and carefully collected instruments in combination with her voice to create mysterious compositions around themes such as decay, inner turmoil and boredom. Driven by playful curiosity, she embraces intuitive play and experimentation. https://operator-radio.com/artists/lotti
Ardore (Riccardo Santalucia) is a multimedia artist performing live computer music. With his set Esplapira, he is developing a noise-ambient quest toward a maximalist jungle of modulations: it sounds as whales from the deep seas of foreign planets, broadcasted through the technologies of rumbling DIY spacecrafts. https://riccardosantalucia.bandcamp.com/album/paesaggi-da-palombaro
This event is made possible with the kind support of Popunie Rotterdam, Fonds Podiumkunsten, Gemeente Rotterdam and Stimuleringsfonds Creatieve Industrie.
http://calendar.klank.school/event/extratonal-infrastructure-19-the-cozy-drone
-
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Varia, Saturday, May 24 at 07:30 PM GMT+2
Extratonal Infrastructure #19 - The Cozy Drone
Date: 2025/05/24 19:30 - 2025/05/24 23:30
Location: Varia (Gouwstraat 3, Rotterdam)
Entree: 0/3/5/7/10 euro (pay wat you can)
The Platform For Extratonality invites you to an evening full of cozy drones to sink into. We provide the ideal setting: pillows, blankets, sleeping mats and four long concerts by various extratonal drone artists.With:
Łukasz Moroz is a sound artist and composer based in The Hague. He will be presenting his works for modular synthesis and SuperCollider, which explore a systematic approach to the study of harmony, algorithmic techniques, and the meditative potential of suspended sound in revealing its physical properties. https://soundcloud.com/lukaszmoroz
Fionnuala Bloem Doran brings us a symphony of fragility and dissonance, a prayer of subversion, where the boundaries of the self dissolve in requited vibrations. Exploring the cyclical nature of feedback loops through sacred noise. https://on.soundcloud.com/4GKNh1JfStD3u1Xe7
Marlotte Nugteren uses her ceramic flutes and carefully collected instruments in combination with her voice to create mysterious compositions around themes such as decay, inner turmoil and boredom. Driven by playful curiosity, she embraces intuitive play and experimentation. https://operator-radio.com/artists/lotti
Ardore (Riccardo Santalucia) is a multimedia artist performing live computer music. With his set Esplapira, he is developing a noise-ambient quest toward a maximalist jungle of modulations: it sounds as whales from the deep seas of foreign planets, broadcasted through the technologies of rumbling DIY spacecrafts. https://riccardosantalucia.bandcamp.com/album/paesaggi-da-palombaro
This event is made possible with the kind support of Popunie Rotterdam, Fonds Podiumkunsten, Gemeente Rotterdam and Stimuleringsfonds Creatieve Industrie.
http://calendar.klank.school/event/extratonal-infrastructure-19-the-cozy-drone