#lancuch-dostaw-apple — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #lancuch-dostaw-apple, aggregated by home.social.
-
Amerykański sen Apple pod lupą. Gigant pokazał, jak topi skały i produkuje chipy w Teksasie
Firma Tima Cooka słynie z pilnego strzeżenia swoich tajemnic przemysłowych.
Tym razem jednak Apple zrobiło wyjątek i zaprosiło dziennikarzy „The Wall Street Journal” na unikalną wycieczkę po swoich amerykańskich fabrykach. Cel jest jasny: pokazać politykom i rynkowi, że uniezależnianie się od azjatyckich łańcuchów dostaw staje się faktem. Jak ten proces wygląda od kuchni?
Gigant z Cupertino zadeklarował inwestycje w amerykańską produkcję na poziomie 600 miliardów dolarów. Ma to związek z rosnącym napięciem geopolitycznym na linii USA–Chiny–Tajwan oraz naciskami administracji prezydenckiej, która groziła nałożeniem 25-procentowych ceł na elektronikę produkowaną za granicą. Aby udowodnić, że obietnice są realizowane, firma uchyliła rąbka tajemnicy przed reporterem „WSJ”, Rolfem Winklerem.
Od roztopionej skały po tranzystor
Łańcuch dostaw amerykańskich procesorów rozpoczyna się w obiekcie GlobalWafers America w Sherman w stanie Teksas. To tam oczyszczone skały krzemowe topione są w potężnych maszynach w temperaturze blisko 1370 stopni Celsjusza (2500 stopni Fahrenheita). Z tej płynnej masy „hodowane” są idealne, ważące setki kilogramów cylindryczne kryształy, które następnie tnie się za pomocą pił drutowych na 12-calowe wafle.
Kolejny przystanek to słynna fabryka TSMC w Arizonie. To tam na przygotowanych waflach nadrukowuje się biliony tranzystorów, używając do tego potężnych maszyn litograficznych (EUV), z których każda kosztuje nawet 400 milionów dolarów. Jak obrazowo opisuje to dziennikarz „WSJ”, światło lasera uderza w stopioną cynę, a następnie odbija się od niezwykle gładkich luster. Urządzenia te pracują z taką precyzją, że gdyby rzeczone lustra powiększyć do rozmiarów całych Stanów Zjednoczonych, ich największe nierówności nie byłyby grubsze od ludzkiego włosa.
Wafle krzemowe transportowane są między maszynami w specjalnych kapsułach poruszających się po rozbudowanym systemie torów podwieszonych pod sufitem fabryki – przypominającym zminiaturyzowane, zautomatyzowane metro.
Mac mini z nadrukiem „Assembled in USA”
Finałowym etapem amerykańskiej podróży sprzętu Apple są zakłady w Houston (również w Teksasie), należące do wieloletniego partnera firmy, korporacji Foxconn. To tam dochodzi do montażu końcowego, testowania i pakowania (proces znany w branży jako FATP).
O ile obecnie w Houston składane są głównie serwery dla sztucznej inteligencji, Apple oficjalnie potwierdziło, że w najbliższych miesiącach potężna hala o powierzchni 20 tysięcy metrów kwadratowych zostanie w pełni zaadaptowana pod produkcję najmniejszych komputerów w ofercie – Maców mini.
Gdzie ci wszyscy robotnicy?
Wizyta w fabrykach obnażyła również niewygodną prawdę dla amerykańskich polityków, którzy liczyli, że powrót produkcji do USA wygeneruje setki tysięcy miejsc pracy dla klasy robotniczej. Dziennikarz „WSJ” zauważył, że na halach produkcyjnych praktycznie nie ma ludzi.
Współczesna produkcja półprzewodników i elektroniki użytkowej jest zautomatyzowana do absolutnych granic możliwości. Przenoszenie fabryk z Azji do Stanów Zjednoczonych nie ma na celu walki z bezrobociem – to czysto strategiczny ruch, który ma zabezpieczyć krytyczne dostawy technologii w przypadku ewentualnego paraliżu Tajwanu.
#AppleFabrykiUSA #FoxconnHouston #GlobalWafersTeksas #łańcuchDostawApple #MacMiniProdukcjaUSA #procesoryAppleSiliconProdukcja #TSMCArizonaMapy Apple to teraz obowiązkowa aplikacja dla fanów Formuły 1. Prześwietlisz każdy zakręt
-
Trump kontra Apple, runda kolejna. Chaos celny w USA to zła wiadomość dla cen sprzętu na całym świecie
Amerykańskie wojny celne to z pozoru problem wyłącznie tamtejszych konsumentów. Nic bardziej mylnego.
Kiedy technologiczny gigant z Cupertino z dnia na dzień staje w obliczu potężnego chaosu i niepewności co do kosztów importu, odczuwa to cały globalny rynek. Widmo gigantycznych podatków znów zawisło nad Apple, a rachunek za tę polityczną przepychankę mogą zapłacić klienci na całym świecie.
Ostatnie dni w relacjach na linii Dolina Krzemowa – Biały Dom przypominają prawdziwy polityczny roller-coaster. Sąd Najwyższy USA właśnie unieważnił ubiegłoroczne, drakońskie cła nałożone przez administrację Donalda Trumpa na towary importowane z Chin. Sąd orzekł, że prezydent nie miał prawa do wprowadzania takich obciążeń bez zgody Kongresu. Wydawałoby się, że to powód do otwierania szampana w siedzibie Apple. Ulga trwała jednak zaledwie 24 godziny.
Sąd swoje, prezydent swoje
Biały Dom natychmiast znalazł prawną lukę. Dzień po wyroku, powołując się na zupełnie inną ustawę, administracja Trumpa ogłosiła wprowadzenie nowego, powszechnego cła w wysokości 10% na wszystkie towary ze wszystkich krajów, by jeszcze tego samego dnia zapowiedzieć podniesienie tej stawki do 15%.
Dla Apple to scenariusz pełen pułapek. W zeszłym roku, po intensywnym lobbingu Tima Cooka, niemal wszystkie kluczowe produkty firmy zostały z poprzednich ceł wyłączone. Teraz, ponieważ nowe rozporządzenie ma charakter „powszechny”, komputery Mac i iPhone’y znów znalazły się na prawnym celowniku. Nie jest jeszcze jasne, czy te nowe, naprędce ogłoszone cła przetrwają kolejne batalie prawne i ostatecznie wejdą w życie. Ale z biznesowego punktu widzenia, mleko już się rozlało.
Dlaczego ten chaos to problem dla klienta w Europie?
Można by wzruszyć ramionami i stwierdzić, że podatki w USA to zmartwienie Amerykanów. W globalnej gospodarce naczynia są jednak połączone.
Apple produkuje ogromną większość swojego sprzętu poza granicami USA. Kiedy nad największym rynkiem firmy wisi groźba drastycznego wzrostu kosztów importu, uderza to w stabilność całej globalnej polityki cenowej giganta. Korporacje nie znoszą niepewności. Jeśli Apple ostatecznie będzie zmuszone zrekompensować sobie wielomiliardowe straty w Stanach Zjednoczonych (gdzie przerzucenie całego cła na klienta mogłoby drastycznie obniżyć sprzedaż), może zacząć szukać wyższych marż na rynkach zewnętrznych – w tym w Europie.
Po drugie, ta sytuacja to gigantyczny problem operacyjny. Brak przewidywalności kosztów produkcji sprawia, że Apple prawdopodobnie jeszcze mocniej przyspieszy proces dywersyfikacji swojego łańcucha dostaw i ucieczki z chińskich fabryk m.in. do Indii czy Wietnamu. A każda taka gwałtowna zmiana logistyczna niesie ze sobą ryzyko problemów z dostępnością urządzeń na półkach sklepowych.
Prawnicy największych amerykańskich korporacji z pewnością już szykują pozwy, a Tim Cook prawdopodobnie znowu będzie musiał wybrać się na negocjacje do Waszyngtonu (być może z kolejnym „złotym prezentem”). Prawdziwym problemem dla Apple nie jest dziś to, że na pewno zapłaci miliardy dolarów. Problemem jest to, że znów nie ma pojęcia, ile będzie kosztować wyprodukowanie iPhone’a w przyszłym miesiącu. A za biznesową niepewność na końcu zawsze płaci klient.
#cenyIPhone #cłaNaApple #DonaldTrumpTimCook #importZChinApple #łańcuchDostawApple #SądNajwyższyUSA #wojnaHandlowaUSAZłota statuetka dla Trumpa i haracz od czipów. Jak Big Tech przetrwał rok wojny handlowej [ANALIZA]