home.social

Search

2 results for “Dziadek”

  1. 🕹️ Stare Atari 2600 – nowe gry cudeńka… Jak to możliwe?


    Nowe życie legendy: Jak współcześni programiści wyciskają siódme poty z Atari 2600

    Atari 2600, znane również jako VCS (Video Computer System), to konsola, która dla wielu jest synonimem początków domowej rozrywki. Choć jej premiera miała miejsce w 1977 roku, a ograniczenia sprzętowe – takie jak zaledwie 128 bajtów pamięci RAM czy brak bufora ramki – wydają się dziś wręcz abstrakcyjne, scena homebrew udowadnia, że ten „dziadek” nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W Muzeum Gry i Komputery Minionej Ery, Frabi i Borg z ekipy Retrogralnia postanowili sprawdzić, jak na oryginalnym, starym sprzęcie prezentują się najnowsze produkcje.

    Efekt? Gry, które w latach 80. uznano by za magię lub technologię z innej planety.

    Nowoczesny warsztat na starym krzemie

    Zanim przejdziemy do samych gier, warto zwrócić uwagę na paradoks współczesnego tworzenia na Atari. Kiedyś programiści musieli walczyć z ogromnymi kosztami pamięci ROM i prymitywnymi zestawami deweloperskimi. Dziś, dzięki emulatorom, szybkiemu testowaniu na PC i braku restrykcji co do wielkości kartridża, twórcy mogą pozwolić sobie na znacznie więcej.

    Ciekawym akcentem podczas testów było wykorzystanie współczesnych, bezprzewodowych kontrolerów od Atari, które bezproblemowo współpracują ze starym sprzętem, oferując precyzję, o jakiej użytkownicy oryginalnych dżojstików „pytaków” mogli tylko pomarzyć.

    Donkey Kong BCS: Rehabilitacja klasyka

    Pierwszym tytułem na warsztacie był Donkey Kong BCS (wersja 1.0) autorstwa Andreasa Ditra. Każdy, kto pamięta oficjalny port tej gry na Atari 2600 z lat 80., wie, że był on – delikatnie mówiąc – rozczarowujący. Wersja BCS to jednak zupełnie inna liga.

    • Oprawa wizualna: Gra wita nas animowanym ekranem tytułowym i napisami, co na VCS jest rzadkością.
    • Technologia: Twórca zastosował zaawansowane techniki migotania (flickering), dzięki czemu na ekranie może pojawić się więcej obiektów bez drastycznego spadku wydajności. Na ekranach CRT efekty te są niemal niezauważalne, dając złudzenie stabilnej, bogatej grafiki.
    • Scrolling: W przeciwieństwie do oryginału, tutaj ekran potrafi się płynnie przewijać, co pozwala na wierniejsze odwzorowanie pionowej architektury poziomów znanych z automatów.

    To doskonały przykład na to, że słabość oryginalnych gier często nie wynikała z ograniczeń procesora 6507, ale z presji czasu i małej ilości dostępnej pamięci ROM.

    Frosty: Fizyka i bezwładność

    Kolejna propozycja, Frosty, to platformówka z unikalną mechaniką. Wcielamy się w bałwana, który musi gasić płomienie, ale robiąc to… stopniowo się roztapia.

    Z technicznego punktu widzenia, gra imponuje systemem bezwładności. Programowanie płynnego ruchu, który przypomina fizykę z serii Super Mario Bros., jest na Atari wyzwaniem. Sterowanie jest responsywne, a postać reaguje na pęd w sposób naturalny. Dodatkowo, gra implementuje prosty, ale skuteczny system cząsteczkowy – bałwan zostawia za sobą ślad, a jego model zmienia się (zmniejsza) wraz z postępem roztapiania. To subtelne detale, które budują nowoczesny „feel” na sprzęcie sprzed pół wieku.

    Carrot Kingdom: Królicze skoki w 60 klatkach

    Carrot Kingdom (znane też pod roboczą nazwą Zz) to próba stworzenia klasycznej, scrollowanej platformówki. Choć gra zmaga się z pewnymi problemami z paletą kolorów (różnice między systemami NTSC a PAL sprawiają, że niektóre elementy bywają zbyt ciemne lub mają inne barwy), technicznie jest to majstersztyk.

    Największe wrażenie robi płynność scrollingu. Atari 2600 nie posiada sprzętowego wsparcia dla przewijania tła w taki sposób, jak robił to np. NES. Tutaj każdy piksel przesunięcia musi być precyzyjnie wyliczony przez procesor w czasie rysowania linii obrazu. Gra posiada również walki z bossami (np. wielki kot/sfinks), co wymaga zarządzania dużymi obiektami graficznymi, które normalnie nie mieszczą się w rejestrach dusz (spritów) konsoli.

    Princess Rescue: „Super Mario” na sterydach

    Daniem głównym prezentacji był tytuł Princess Rescue. Nie da się ukryć inspiracji największym hitem Nintendo, ale to, co udało się osiągnąć autorowi, przekracza granice wyobraźni fanów retro.

    To prawdopodobnie najbardziej zaawansowana technicznie gra na Atari 2600, jaką kiedykolwiek stworzono. Znajdziemy tu wszystko:

    1. Dwukierunkowy scrolling: Możliwość cofania się w poziomie, co wczesne gry na VCS niemal całkowicie wykluczały.
    2. Mechanika power-upów: Zbieranie bonusów zmienia rozmiar postaci i daje nowe umiejętności (np. strzelanie), dokładnie tak jak w pierwowzorze.
    3. Złożona interakcja obiektów: Żółwie, których skorupy po naskoczeniu lecą i eliminują innych przeciwników, wymagają zaawansowanej detekcji kolizji i zarządzania wieloma ruchomymi obiektami jednocześnie.
    4. Dźwięk: Muzyka w Princess Rescue brzmi czysto i melodyjnie, co jest rzadkością na układzie TIA, znanym raczej z „pierdzących” i nieczystych brzmień.

    Mimo nieco innej bezwładności niż w oryginale z NES-a, gra jest w pełni grywalna i oferuje wyzwanie na poziomie komercyjnych hitów z lat 90. Pojawiają się w niej nawet punkty kontrolne (checkpoints) oraz zaawansowane walki z bossami, które wykraczają poza schemat „przeskocz i unikaj”.

    Podsumowanie: Czy warto wracać do VCS?

    Oglądając te produkcje, trudno nie ulec wrażeniu, że Atari 2600 przeżywa swoją drugą młodość. Gry takie jak Princess Rescue czy Donkey Kong BCS udowadniają, że programowanie „blisko metalu” (bare-metal programming) w połączeniu ze współczesną wiedzą o architekturze układów pozwala na obejście niemal każdego ograniczenia.

    Dla fanów technologii to fascynująca lekcja optymalizacji. Dla graczy – dowód na to, że dobra rozgrywka obroni się nawet na 128 bajtach RAM-u. Jeśli macie w piwnicy stare Atari, najwyższy czas je odkurzyć i sprawdzić, co przygotowała dla was scena homebrew. Okazuje się bowiem, że najlepsze gry na tę konsolę powstają właśnie teraz, kilkadziesiąt lat po jej rzekomej „śmierci”.

    #RetroGaming #TheGameIsNotOver
  2. Dlaczego wracamy do retro rzeczy

    Podczas gdy dookoła sporo mówi się o tym, że dziejąca się na naszych oczach rewolucja AI całkowicie zmienia nasz sposób używania elektroniki użytkowej, w bańce technologicznej od dobrych pięciu lat obserwuję, jak ochoczo szukamy tego, co z elektroniką ma niewiele wspólnego.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 2/2026

    Moda na retro czy retro ratunek?

    Jak zaczęła się wasza przygoda ze światem komputerów? Albo szerzej – elektroniki? Pamiętacie jeszcze swoje pierwsze gadżety? Ten retro zryw jest chyba jednym z najlepszych dowodów na to, jak bardzo mamy dość komplikowania sobie cyfrowego życia.

    „Kiedyś było inaczej” – cytując słowa hip-hopowej piosenki sprzed dekad. I jasne, można stwierdzić, że moda na retro graty, retro wspomnienia i retro życie to nic innego jak efekt znudzenia ludzi po trzydziestce czy w kryzysie wieku średniego. Albo fatalny pomysł na starzenie się w stylu dziadersów. Ja wolę zapytać o powody tego zjawiska, ponieważ gdy ich poszukamy, sytuacja i perspektywa zmieniają się dość znacznie. Zresztą po przeprowadzeniu dziesiątek rozmów z moimi SłuchaczamiCzytelnikami dochodzę do wniosku, że wszystko z nami w porządku. Po dekadach życia w rytmie znaczących technologicznych przełomów (internet, telefonia komórkowa i słynna Nokia, o której przecież chętnie czytamy materiały takie jak ten, potem iPod, iPhone, płatności zbliżeniowe, asystenci głosowi, AirPods i w końcu AI), mówimy: stop. Gdy ten ostatni przełom, a więc generatywna sztuczna inteligencja, okazał się największy i pochłonął właściwie wszystkie poprzednie, tworząc początek nowego świata – reagujemy. Wiecie, dlaczego tak chętnie słuchamy i czytamy o początkach internetu w Polsce, choć obiektywnie nic przyjemnego w liczeniu impulsów Neostrady nie było?

    Dlatego, że tamte czasy pamiętamy jako okres, w którym posiadaliśmy jako taką kontrolę nad technologią.

    Wstawało się z kanapy, brało do ręki pilot i włączało wieżę stereo. Jak chciałeś konkretny album, musiałeś jeszcze włożyć kasetę lub płytę. Jak chciałaś posłuchać radia, to wybierałaś ulubione, prawda? Gdy pojawił się iPod, dał nam kontrolę nad muzyką – tysiącem piosenek w kieszeni, ale piosenek wybieranych przez nas. Playlist układanych przez nas, jak dawniej składanki na płytach dla ukochanej osoby. To właśnie ten sentyment prowadzi nas do eksperymentów z odstawieniem streamingu na jakiś czas, o czym wspominałem przed tygodniem. iPhone połączył iPoda, internet i telefon, przenosząc komputer do kieszeni. Ten komputer dał nam sieci społecznościowe zamknięte pod jedną ikoną aplikacji. Instagram w swojej pradawnej formie był miejscem, gdzie robiliśmy jedną rzecz: podziwialiśmy swoje zdjęcia. Na Twitterze pisaliśmy o tym, co u nas słychać i co jedliśmy na śniadanie, ponieważ niepojęte wydawało się, że ktoś z drugiego końca Ziemi może to przeczytać w tej samej chwili, gdy wciśniemy „Opublikuj”. I odpowiedzieć. Potem Facebook, który połączył nas i naszych znajomych w ramach internetowej społeczności, pozwolił nawiązywać kontakty o wiele szybsze niż te z internetowych forów tematycznych, ale też o wiele mniej trwałe.

    A potem efekt cyfrowej kuli śniegowej rozpędził się tak bardzo, że właściwie dopiero teraz zaczynamy zastanawiać się, kiedy ta pędząca, elektronowa kula zdążyła wchłonąć tamten telewizor, prostą konsolę, magnetofon, kasety, płyty, przewody od telefonów, umawianie się na pogaduchy na ławce pod blokiem w sobotę o 12:00, listy, pocztówki, treningi bez Stravy i pomiaru każdego parametru naszego organizmu, spacery dla spacerów, zdjęcia dla zdjęć, a nie dla algorytmów.

    Jutro będzie inaczej

    Nostalgiczne wspomnienia fanów technologii – albo szerzej – nas – współczesnych ludzi w tych technologii po uszy zanurzonych, biorą się stąd, że chcemy wspomnianą kontrolę odzyskać. Choć trochę. I wy, i ja. Choć każdy z nas zapewne w nieco innym obszarze. Próbujemy i będziemy próbowali – czy to usuwając konta w serwisach, w których obecność była dla nas jeszcze pięć lat temu tak oczywista i obowiązkowa jak kawa w poniedziałek rano. Usuwamy, omijamy i otwarcie o tym mówimy, a zaraz przestaniemy w ogóle informować innych, że już nas nie znajdą w tym czy innym cyfrowym miejscu. Dlaczego? Bo coraz lepiej jako społeczeństwo pamiętające komputerową i internetową rewolucję zdajemy sobie sprawę z faktu, iż mało kogo to obchodzi. Wracamy (i to widać!) do spotkań w domach, dążymy do utrzymywania jakościowych, a nie ilościowych przyjaźni i relacji, a nawet o nich marzymy. Tak, marzymy o człowieku. I słyszę to coraz częściej – wy też, prawda? Takim żywym, przed wami. Na kanapie. I jasne, że niewielu chciałoby wrócić do czasów wspomnianej Neostrady czy telefonów z przewodami, co jest normalne! Z technologii chcemy nauczyć się na nowo korzystać, a nie porzucać ją na dobre – i ten kierunek dla mnie jest właśnie innym jutrem.

    Innym, ponieważ będziemy musieli nauczyć się oczywiście żyć wespół ze sztuczną inteligencją (tą prawdziwą, nawet nie AGI, ale jeszcze piętro wyżej) w codzienności, przy czym dla mnie ta codzienność będzie miała o wiele wyraźniejsze granice, niż dziś myślimy. Nie znajdziemy takiej wizji w prospektach inwestycyjnych start-upów, a właśnie ona jest kluczowa. Zapewne to głos mojego i poprzedniego pokolenia, który jest przeterminowany już na starcie w 2026 roku, niemniej trochę jeszcze te nasze retro pokolenia na świecie pożyją. Między innymi dlatego, gdy widzę kolejny artykuł z nagłówkiem „AI zmieni życie wszystkich!”, coraz częściej uśmiecham się pod nosem, biorę łyk własnoręcznie zmielonej i zaparzonej w dripperze kawy, siadam na kanapie i biorę do ręki książkę albo papierowy dziennik. Odkładam ekran. Idę pobiegać bez podcastu czy muzyki.

    Jestem.

    To „bycie” doceniam każdego dnia, uważnie obserwując, co się dookoła dzieje. Nie wypieram zmian, ale wybieram te zmiany. Moje zmiany. O nich piszę na bieżąco tutaj.

    Wy spróbujcie ze swoimi. Warto!

    #balans #felieton #Kołacz #Retro #slow #slowLife #stareSprzęty #vintage #zdrowiePsychiczne