#kolacz — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #kolacz, aggregated by home.social.
-
iPhone 17 po pół roku
Gdy w październiku przesiadałem się z iPhone’a 16 Pro na podstawowy model z najnowszej linii 17, nie wiedziałem, że wzbudzi to dość sporą dyskusję wśród moich Słuchaczy i Czytelników. Poświęciłem tej decyzji specjalne wydanie newslettera „Bo czemu nie?” oraz odcinek podcastu, a pomimo tego nadal zdarza mi się dostać pytania o zasadność tej decyzji. Jak wygląda życie z podstawowym flagowcem z Cupertino po pół roku?
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2026
Spokój
Gdybym miał jednym słowem określić ten telefon, to zdecydowanie byłoby to — spokój. To w mojej ocenie najbardziej przewidywalny iPhone w historii i właśnie to cenię sobie w nim po stokroć. Decydując się na model w białym malowaniu, zrobiłem to celowo, po latach prób i eksperymentów z rozmaitymi propozycjami kolorystycznymi Apple. Po części z pewnością jest to związane z faktem, że swoją przygodę z tą firmą zaczynałem w czasach, w których srebrne i białe produkty były właściwie jedynym wyborem, jaki oferowało Apple. Dziś nadal rekomenduję srebrne urządzenia, ale nie tylko z uwagi na sentyment. Anodyzowane aluminium w jego naturalnym odcieniu po prostu lepiej się starzeje i nie widać na nim żadnych mikrorys, czego nie można powiedzieć o sprzętach w ciemniejszych kolorach. Czy to nudny wybór? Dla 90% klientów – tak, ale już dawno przestałem szukać w elektronice użytkowej błyskotek.
Prawdą jest, że już dawno temu przestałem być klientem Apple z segmentu Pro, przynajmniej w kontekście ich telefonów. Możliwości aparatów w podstawowych modelach wystarczają mi w zupełności i w 100% odpowiadają moim potrzebom – zarówno jako twórcy, jak i prywatnie. Problemem przez lata było jednak zbyt wiele kompromisów względem tego, co oferowały słuchawki z dopiskiem Pro. Głównie mam tu na myśli ekran, którego odświeżanie na poziomie 60 Hz pozostawało dla mnie zauważalne – zwłaszcza gdy podstawowym komputerem mobilnym jest dla mnie od lat iPad Pro. To mój intencjonalny wybór, a przeskakiwanie pomiędzy tymi ekranami byłoby męczące dla oczu.
Takich osób jak ja było całkiem sporo, co potwierdziła tylko ostatnia, wrześniowa premiera Apple, podczas której firma zaprezentowała model iPhone’a 17, o którym pisali i mówili właściwie wszyscy. Nie był najlepszy pod względem możliwości, ale nie posiadał już najbardziej problematycznych braków względem swojego odpowiednika w wersji Pro. Do dziś jest najlepiej sprzedającym się iPhone’em po premierach w 2025 roku i zupełnie mnie to nie dziwi. To właśnie na ten spokój czekało wielu klientów Apple. Dla mnie przejście z modelu 16 Pro na podstawową 17-tkę było wręcz oczywiste. Ten sam ekran, te same ramki, najnowszy procesor, wystarczająco mocne kamery i wszystko to, co oferował mi model 16 Pro, a co było dla mnie kluczowe — za mniej. Był jeszcze jeden, kluczowy powód.
Stabilność
Nie należę do grona osób, które jako pierwsze decydują się na zakup urządzeń Apple tuż po ich gruntownej przebudowie. Wyjątek w tym aspekcie stanowił jedynie MacBook Pro z procesorem Apple M1 Pro, z którego nadal korzystam i uważam go za jedną z najlepszych konstrukcji w historii tej firmy. Podobnie jest zresztą z ekranem Tandem OLED w iPadzie Pro M4. Jeżeli zaś chodzi o telefon, czyli urządzenie, z którego korzystamy w tych czasach dosłownie każdego dnia – wybrałem stabilność. Celowo ominąłem nową konstrukcję w modelach 17 Pro, a po czasie i wielu problemach zgłaszanych przez użytkowników (odbarwienia i wgniecenia obudowy 17 Pro, osłabiona trwałość aluminium, które w nich zastosowano) wiem, że podjąłem dla siebie dobrą decyzję.
Nie dość, że iPhone 17 uzupełnił wszystkie braki modelu 16, to jeszcze w wielu miejscach przebił moje oczekiwania i to, co oferował mi model 16 Pro. Nigdy nie byłem fanem tytanu (z uwagi na problemy termalne), a decydując się pół roku temu na zakup iPhone’a 17, dostałem nie tylko sprawdzoną przez lata konstrukcję, ale także najlepsze dostępne w podstawowej linii słuchawek z Cupertino komponenty w historii. Czy dziś podjąłbym tę decyzję w ten sam sposób co końcem września? Dokładnie tak!
Nie mogę nie wspomnieć jeszcze o baterii. iPhone 17 trzyma na jednym ładowaniu od godziny 6:00 rano do 23:00, kończąc dzień z 10-15% baterii przy moim użytkowaniu. W podróży ten wynik wynosi 0% o godzinie 21:00. W przypadku iPhone’a 16 Pro, który miał 100% żywotności akumulatora przez cały okres jego użytkowania przeze mnie – dzień kończyłem odpowiednio z 0% baterii o godzinie 19:00 i pustym akumulatorem w podróży około godziny 17:00. To dla mnie ogromna przepaść! Nie zmieniłem przy tym niczego w sposobie użytkowania telefonu, a nawet przeniosłem lokalną kopię zapasową danych 1:1 z 16 Pro. Mogę wypowiedzieć się jedynie za siebie, ale dla mnie Apple zrobiło ogromny postęp w optymalizacji zużycia baterii pomiędzy modelami z linii 16 a moją podstawową 17-tką.
Czy iPhone’a 17 mogę zatem uznać za najbardziej udany model w historii? Po pół roku odpowiem – tak. I nie dlatego, że jest rewolucyjny, ale dlatego, że jego cena i spokój, który oferuje, są po prostu kwintesencją DNA Apple. Nie zamierzam zmieniać go do roku 2028.
#iPhone17 #Kołacz #recenzja -
Pięć seriali Apple TV, które warto nadrobić w wakacje
Wakacje to jedyna pora roku, kiedy bez wyrzutów sumienia można usiąść wieczorem i bez pośpiechu nadrobić zaległości serialowe. Jeżeli macie subskrypcję Apple TV w ramach Apple One lub osobno, to mam dla was pięć tytułów, które nie tylko warto zobaczyć, ale które – ośmielę się napisać – powinniście zobaczyć. Każdy z innego powodu.
Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2026
Shrinking, czyli rodzinna terapia bez trzymanki
Zaczniemy od serialu, który dosłownie kilka tygodni temu doprowadził mnie do napisania całego wydania newslettera o życiowych bliznach. Bo kiedy finał trzeciego sezonu kończy się sceną, po której przez chwilę nie wiadomo, co zrobić ze sobą na kanapie – to jest znak, że mamy do czynienia z czymś więcej niż z serialową rozrywką.
„Shrinking” to historia psychologa, który po stracie żony postanawia porzucić terapeutyczny protokół i po prostu mówić pacjentom wprost, co myśli. Brzmi jak przepis na katastrofę i tak też to się zaczyna. Jason Segel jest tu świetny, ale sercem całej produkcji jest Harrison Ford jako serialowy Paul – starszy terapeuta i mentor, który sam skrywa więcej, niż komukolwiek zdradza. Jeżeli ktoś mi mówił, że Ford nie potrafi być śmieszny, „Shrinking” skutecznie obala ten mit. A przy okazji – jest to ostatnia rola Forda przed zakończeniem aktorskiej kariery, co on sam potwierdził. Powód wystarczający, żeby nie odkładać tego tytułu na później.
To serial o tym, że uzdrowienie innych i uzdrowienie siebie to bardzo często ta sama droga, tyle że przebyta w odwrotnej kolejności. I że blizny mogą być równie dobrze ozdobą, jak i ciężarem – zależy, co z nimi zrobimy.
Trzy sezony, każdy lepszy od poprzedniego, a zdjęcia do kolejnego właśnie się rozpoczęły.
Ted Lasso, bo na niego zawsze jest dobry moment!
Jest pewna kategoria seriali, które ogląda się po raz drugi lub trzeci i za każdym razem wychodzi się z nich w lepszym nastroju niż przed. „Ted Lasso” należy do niej bezapelacyjnie. Jeżeli jeszcze nie widzieliście – macie prawdziwy skarb przed sobą. Jeżeli widzieliście – wakacje to idealny moment na powrót, ponieważ w duecie ze „Shrinking” te dwa seriale dają więcej wglądu w siebie samego niż niejedna, długa książka o samorozwoju.
Ted Lasso to trener futbolu amerykańskiego z Kansas, który niespodziewanie trafia na fotel trenera angielskiego klubu piłkarskiego AFC Richmond. Nie zna się na piłce nożnej. Za to zna się na ludziach. I na tym – w dużym skrócie – polega cały urok tej historii. Nawet osoby, które kompletnie nie interesują się piłką nożną, po obejrzeniu pierwszego sezonu po prostu nie mogą się oderwać od kolejnych, stwierdzając jednogłośnie, że „to nie jest serial o piłce!”. Lepiej bym tego nie ujął.
„Ted Lasso” wygrał Emmy tyle razy, że już nawet w Apple przestali to chyba liczyć. Ale nie o nagrody tu chodzi! Chodzi o to, że to serial, który w dobie pesymizmu serwowanego nam ze wszystkich stron – jest uparcie optymistyczny. I robi to bez cienia naiwności. Trzy sezony. Czwarty zadebiutuje na platformie w sierpniu, a zanim się pojawi, warto być na bieżąco.
Prehistoric Planet, czyli David Attenborough ma 100 lat
8 maja 2026 roku David Attenborough skończył 100 lat. Świat świętował to zdarzenie jak się należy – koncert w Royal Albert Hall w Londynie, tribute od Hansa Zimmera i Phoebe Waller-Bridge, 100 błękitnych motyli wypuszczonych na wolność, nowy gatunek osy pasożytniczej nazwany na jego cześć. Sto lat i wciąż w doskonałej formie – BBC zapowiedziało, że Attenborough będzie narratorem „Blue Planet III”.
Tymczasem na Apple TV od 2022 roku dostępny jest „Prehistoric Planet” – dokument przyrodniczy, który jest właściwie niemożliwy. Dinozaury odtworzone z pomocą najnowszej wiedzy paleontologicznej i efektów wizualnych na poziomie technologii, do której mają dostęp nieliczni (w tym Apple TV) trudno odróżnić od żywego planu filmowego. A nad tym wszystkim – głos Attenborough. Ten, który towarzyszył nam przy „Planecie Ziemi”, „Błękitnej planecie” i „Naszej planecie” – tu opowiada o świecie sprzed 66 milionów lat z taką samą spokojną precyzją, jakby relacjonował życie żyrafy na sawannie.
Dwa sezony, każdy odcinek to kilkanaście minut czystej przyjemności. Idealny format na wakacyjne wieczory, gdy nie chce się angażować w kolejną wielosezonową historię. A przy okazji – najlepszy sposób, żeby uczcić stulecie człowieka, który przez dekady uczył nas patrzeć na świat z otwartymi oczami.
Severance
Jeżeli jest jeden serial, który w ostatnich latach wywołał więcej rozmów niż cokolwiek innego na Apple TV – to właśnie „Severance”. Drugi sezon wrócił po długiej przerwie i udowodnił, że to nie był przypadek. To jedna z najoryginalniejszych rzeczy, jakie pojawiły się w streamingu w ogóle – nie tylko na Apple TV.
Premia Lumon Industries oferuje swoim pracownikom coś unikalnego: chirurgiczny podział osobowości na tę w pracy i tę poza nią. Twoje „ja” w biurze nie wie nic o twoim życiu prywatnym. I odwrotnie. Brzmi jak korporacyjna utopia – do momentu, gdy jeden z pracowników zaczyna zadawać pytania, których zadawać nie powinien. Produkcja, która pokazuje, że czasami nasze życzenia i starania dotyczące idealnego work-life balance warto zderzyć z konsekwencjami ukrytymi po obu stornach tego mostu.
„Severance” to serial, który ogląda się z uczuciem narastającego niepokoju i jednocześnie nie można się od niego oderwać. Adam Scott, Patricia Arquette, John Turturro i Britt Lower tworzą jeden z lepiej dobranych zespołów aktorskich na małym ekranie ostatnich lat. Dwa sezony do nadrobienia – z tym że, ostrzegam, po ostatnim odcinku każdego z nich będziecie żałować, że nie ma więcej.
Dobrze, że wakacje są długie.
Your Friends & Neighbors
Jon Hamm po „Mad Men” przez lata był aktorem, którego widzowie kojarzyli z Donem Draperem i czekali, aż zagra kogoś równie złożonego. „Your Friends & Neighbors” – w Polsce emitowane pod tym samym angielskim tytułem – jest właśnie tą odpowiedzią.
Coop to finansista, który w jednej chwili traci pracę i żonę. Zamiast szukać nowego etatu, zaczyna okradać bogatych sąsiadów. Nie z biedy – z potrzeby kontroli, adrenaliny i złudnego poczucia, że wciąż jest kimś. Serial zadebiutował w 2025 roku, a drugi sezon pojawił się na Apple TV w kwietniu 2026 – i już zdążył przyciągnąć sporą widownię.
To czarna komedia, dramat i thriller w jednym. Twórca Jonathan Tropper stworzył historię, która z jednej strony jest wciągająca niczym dobry kryminał, z drugiej – zadaje pytania o to, czym tak naprawdę jest status, przynależność i tożsamość w świecie, gdzie wszystko ma cenę. Hamm jest tu znakomity, Amanda Peet i Olivia Munn mu sekundują, a dołączający w drugim sezonie James Marsden tylko podnosi poprzeczkę.
Dwa sezony, łącznie prawie dwadzieścia odcinków. Wejdzie w wakacje jak ulał.
Pięć seriali, pięć różnych powodów, które nie są pustą rozrywką, ale skłaniają do głębszej refleksji. Czasem to jest właśnie to, czego potrzebujemy.
#AppleTV #domowaRozrywka #Kołacz #polecaneSeriale #rozrywka #seriale #vod #wakacje