home.social

#emigracja — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #emigracja, aggregated by home.social.

fetched live
  1. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Druga lewa ręka…

    Jak już wielokrotnie pisałem, staram się odchodzić od krytykowania i opisywania lewicy. Jak pokazuje moja poprzednia polecajka, wciąż uważam, że lewica ma do pokazania wiele, a jej recepty mają w wielu przypadkach udowodnioną skuteczność. Ale cóż ja mogę, skoro gdy tylko znajdę jednego lewicowca, który wreszcie wydaje się wychodzić poza zagrodę wyznaczoną przez konglomerat aktualnie modnych ideowych trendów, natychmiast pojawia się drugi, powielający najgorsze kalki?

    I tak chwalony w poprzedniej notce Giezłak ma podcastowego kolegę, Dymka. Jest on lewicowcem wpisującym się w nurt – nazwijmy go, kierując się jego wykształceniem – „kulturoznawczy”. Cóż to oznacza? Specyficzną wizję rzeczywistości, w której firmy funkcjonują z powodów innych niż zysk, a samo dążenie do zarobku niesie ze sobą pewną moralną naganność.

    Mit ideologicznego czyszczenia rynku

    Pan Dymek walnął popularną w razemkowych kręgach tezą: jeśli firma, aby przetrwać, musi szukać tańszych pracowników – obniżać koszty pracy, sprowadzając i eksploatując migrantów zarobkowych – to nie powinna w ogóle istnieć.

    Teza wydaje się pozornie oczywista i prawdziwa. W pewnym obszarze wręcz kapitalistyczna: eliminacja najsłabszych ogniw wzmocni rynek jako całość i pozwoli innowacyjnym podmiotom kwitnąć. Ach, gdybyż rzeczywistość była równie prosta, jak w świecie lewicowego kulturoznawcy lub prawicowego paleoliberała! Ale nie jest.

    Presja kosztowa a polska rzeczywistość

    Model konkurencyjności opartej na cenie produktu lub usługi jest najpopularniejszy – i nie bez powodu. Niska cena jest wskaźnikiem optymalnej alokacji zasobów, ale nie bierze się znikąd. Najczęściej stoi za nią niski poziom kosztów, a największym z nich od lat pozostają ludzie.

    W takim kraju jak Polska, gdzie w wyniku oczekiwanego wzrostu dobrobytu gwałtownie rosną koszty pracy, firmy stają przed koniecznością ich zrekompensowania tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływało to na cenę finalną. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – zwłaszcza kiedy sytuacja demograficzna wywołuje znaczną presję płacową.

    Automatyzacja to nie czarodziejska różdżka

    Część firm wybiera automatyzację. W usługach oznacza to wdrożenie AI, w produkcji – robotyzację. Jednak sprawa nigdy nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim automatyzacja jest opłacalna w przypadku dużych i jasno zdefiniowanych procesów. Mniejsze firmy są znacznie elastyczniejsze organizacyjnie, co sprawia, że zastąpienie ludzi maszynami jest w nich bez porównania trudniejsze.

    Do tego dochodzi coś, co można nazwać kosztem społecznym: automatyzacja oznacza zazwyczaj zwolnienia wśród najniżej wykwalifikowanej kadry.

    Imigracja jako „hospicjum” dla prowincji

    Pozostałe firmy muszą po prostu szukać tańszej siły roboczej, czyli sięgać po migrantów. Logiczne więc, że stanowią oni konkurencję dla polskich pracowników, prawda? Może dekadę temu tak było. Dziś demografia sprawia, że popyt na pracę w wielu miejscach przewyższa podaż. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie lokalny „Januszex” pozostaje jedynym pracodawcą.

    Tam nie ma prostego wyboru. Upadłość takiej firmy zdewastuje nie tylko jej właściciela, ale całe otoczenie społeczne. I owszem – kapitalistyczny krwiopijca splajtuje, ale na jego miejsce wcale nie czeka kolejka inwestorów oferujących nowe miejsca pracy. Imigracja niskopłatnej siły roboczej to niejednokrotnie jedyny sposób na humanitarne wygaszenie prowincji i przedłużenie agonii w warunkach „hospicyjnych”, a nie paleokapitalistyczny strzał w tył głowy.

    Zresztą, wbrew pozorom, rynek doskonale radzi sobie z wyplenianiem firm, w których głównym zajęciem właściciela jest wymiana auta na nowsze.

    Generalizacja to zła ścieżka

    A czasami niektóre z tych przedsiębiorstw dają radę nie tylko powoli dogorywać, ale też zbudować coś lokalnie: awansować na drabinie konkurencyjności, podnosić jakość i rozwinąć produkty. I nawet wtedy będą sięgać po migrantów.

    To nie jest system idealny, ale nie jest to też system niewolniczej eksploatacji. Owszem, bywają patologie, co jednak nie oznacza, że kulturoznawca Dymek ma prawo do uogólnień. Przecież nie każdy kulturoznawca to rozpieszczony głąb, który poszedł na studia tylko dlatego, że były łatwe egzaminy i dużo się piło.

    #emigracja #gospodarka #lewica
  2. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Druga lewa ręka…

    Jak już wielokrotnie pisałem, staram się odchodzić od krytykowania i opisywania lewicy. Jak pokazuje moja poprzednia polecajka, wciąż uważam, że lewica ma do pokazania wiele, a jej recepty mają w wielu przypadkach udowodnioną skuteczność. Ale cóż ja mogę, skoro gdy tylko znajdę jednego lewicowca, który wreszcie wydaje się wychodzić poza zagrodę wyznaczoną przez konglomerat aktualnie modnych ideowych trendów, natychmiast pojawia się drugi, powielający najgorsze kalki?

    I tak chwalony w poprzedniej notce Giezłak ma podcastowego kolegę, Dymka. Jest on lewicowcem wpisującym się w nurt – nazwijmy go, kierując się jego wykształceniem – „kulturoznawczy”. Cóż to oznacza? Specyficzną wizję rzeczywistości, w której firmy funkcjonują z powodów innych niż zysk, a samo dążenie do zarobku niesie ze sobą pewną moralną naganność.

    Mit ideologicznego czyszczenia rynku

    Pan Dymek walnął popularną w razemkowych kręgach tezą: jeśli firma, aby przetrwać, musi szukać tańszych pracowników – obniżać koszty pracy, sprowadzając i eksploatując migrantów zarobkowych – to nie powinna w ogóle istnieć.

    Teza wydaje się pozornie oczywista i prawdziwa. W pewnym obszarze wręcz kapitalistyczna: eliminacja najsłabszych ogniw wzmocni rynek jako całość i pozwoli innowacyjnym podmiotom kwitnąć. Ach, gdybyż rzeczywistość była równie prosta, jak w świecie lewicowego kulturoznawcy lub prawicowego paleoliberała! Ale nie jest.

    Presja kosztowa a polska rzeczywistość

    Model konkurencyjności opartej na cenie produktu lub usługi jest najpopularniejszy – i nie bez powodu. Niska cena jest wskaźnikiem optymalnej alokacji zasobów, ale nie bierze się znikąd. Najczęściej stoi za nią niski poziom kosztów, a największym z nich od lat pozostają ludzie.

    W takim kraju jak Polska, gdzie w wyniku oczekiwanego wzrostu dobrobytu gwałtownie rosną koszty pracy, firmy stają przed koniecznością ich zrekompensowania tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływało to na cenę finalną. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – zwłaszcza kiedy sytuacja demograficzna wywołuje znaczną presję płacową.

    Automatyzacja to nie czarodziejska różdżka

    Część firm wybiera automatyzację. W usługach oznacza to wdrożenie AI, w produkcji – robotyzację. Jednak sprawa nigdy nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim automatyzacja jest opłacalna w przypadku dużych i jasno zdefiniowanych procesów. Mniejsze firmy są znacznie elastyczniejsze organizacyjnie, co sprawia, że zastąpienie ludzi maszynami jest w nich bez porównania trudniejsze.

    Do tego dochodzi coś, co można nazwać kosztem społecznym: automatyzacja oznacza zazwyczaj zwolnienia wśród najniżej wykwalifikowanej kadry.

    Imigracja jako „hospicjum” dla prowincji

    Pozostałe firmy muszą po prostu szukać tańszej siły roboczej, czyli sięgać po migrantów. Logiczne więc, że stanowią oni konkurencję dla polskich pracowników, prawda? Może dekadę temu tak było. Dziś demografia sprawia, że popyt na pracę w wielu miejscach przewyższa podaż. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie lokalny „Januszex” pozostaje jedynym pracodawcą.

    Tam nie ma prostego wyboru. Upadłość takiej firmy zdewastuje nie tylko jej właściciela, ale całe otoczenie społeczne. I owszem – kapitalistyczny krwiopijca splajtuje, ale na jego miejsce wcale nie czeka kolejka inwestorów oferujących nowe miejsca pracy. Imigracja niskopłatnej siły roboczej to niejednokrotnie jedyny sposób na humanitarne wygaszenie prowincji i przedłużenie agonii w warunkach „hospicyjnych”, a nie paleokapitalistyczny strzał w tył głowy.

    Zresztą, wbrew pozorom, rynek doskonale radzi sobie z wyplenianiem firm, w których głównym zajęciem właściciela jest wymiana auta na nowsze.

    Generalizacja to zła ścieżka

    A czasami niektóre z tych przedsiębiorstw dają radę nie tylko powoli dogorywać, ale też zbudować coś lokalnie: awansować na drabinie konkurencyjności, podnosić jakość i rozwinąć produkty. I nawet wtedy będą sięgać po migrantów.

    To nie jest system idealny, ale nie jest to też system niewolniczej eksploatacji. Owszem, bywają patologie, co jednak nie oznacza, że kulturoznawca Dymek ma prawo do uogólnień. Przecież nie każdy kulturoznawca to rozpieszczony głąb, który poszedł na studia tylko dlatego, że były łatwe egzaminy i dużo się piło.

    #emigracja #gospodarka #lewica
  3. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Druga lewa ręka…

    Jak już wielokrotnie pisałem, staram się odchodzić od krytykowania i opisywania lewicy. Jak pokazuje moja poprzednia polecajka, wciąż uważam, że lewica ma do pokazania wiele, a jej recepty mają w wielu przypadkach udowodnioną skuteczność. Ale cóż ja mogę, skoro gdy tylko znajdę jednego lewicowca, który wreszcie wydaje się wychodzić poza zagrodę wyznaczoną przez konglomerat aktualnie modnych ideowych trendów, natychmiast pojawia się drugi, powielający najgorsze kalki?

    I tak chwalony w poprzedniej notce Giezłak ma podcastowego kolegę, Dymka. Jest on lewicowcem wpisującym się w nurt – nazwijmy go, kierując się jego wykształceniem – „kulturoznawczy”. Cóż to oznacza? Specyficzną wizję rzeczywistości, w której firmy funkcjonują z powodów innych niż zysk, a samo dążenie do zarobku niesie ze sobą pewną moralną naganność.

    Mit ideologicznego czyszczenia rynku

    Pan Dymek walnął popularną w razemkowych kręgach tezą: jeśli firma, aby przetrwać, musi szukać tańszych pracowników – obniżać koszty pracy, sprowadzając i eksploatując migrantów zarobkowych – to nie powinna w ogóle istnieć.

    Teza wydaje się pozornie oczywista i prawdziwa. W pewnym obszarze wręcz kapitalistyczna: eliminacja najsłabszych ogniw wzmocni rynek jako całość i pozwoli innowacyjnym podmiotom kwitnąć. Ach, gdybyż rzeczywistość była równie prosta, jak w świecie lewicowego kulturoznawcy lub prawicowego paleoliberała! Ale nie jest.

    Presja kosztowa a polska rzeczywistość

    Model konkurencyjności opartej na cenie produktu lub usługi jest najpopularniejszy – i nie bez powodu. Niska cena jest wskaźnikiem optymalnej alokacji zasobów, ale nie bierze się znikąd. Najczęściej stoi za nią niski poziom kosztów, a największym z nich od lat pozostają ludzie.

    W takim kraju jak Polska, gdzie w wyniku oczekiwanego wzrostu dobrobytu gwałtownie rosną koszty pracy, firmy stają przed koniecznością ich zrekompensowania tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływało to na cenę finalną. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – zwłaszcza kiedy sytuacja demograficzna wywołuje znaczną presję płacową.

    Automatyzacja to nie czarodziejska różdżka

    Część firm wybiera automatyzację. W usługach oznacza to wdrożenie AI, w produkcji – robotyzację. Jednak sprawa nigdy nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim automatyzacja jest opłacalna w przypadku dużych i jasno zdefiniowanych procesów. Mniejsze firmy są znacznie elastyczniejsze organizacyjnie, co sprawia, że zastąpienie ludzi maszynami jest w nich bez porównania trudniejsze.

    Do tego dochodzi coś, co można nazwać kosztem społecznym: automatyzacja oznacza zazwyczaj zwolnienia wśród najniżej wykwalifikowanej kadry.

    Imigracja jako „hospicjum” dla prowincji

    Pozostałe firmy muszą po prostu szukać tańszej siły roboczej, czyli sięgać po migrantów. Logiczne więc, że stanowią oni konkurencję dla polskich pracowników, prawda? Może dekadę temu tak było. Dziś demografia sprawia, że popyt na pracę w wielu miejscach przewyższa podaż. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie lokalny „Januszex” pozostaje jedynym pracodawcą.

    Tam nie ma prostego wyboru. Upadłość takiej firmy zdewastuje nie tylko jej właściciela, ale całe otoczenie społeczne. I owszem – kapitalistyczny krwiopijca splajtuje, ale na jego miejsce wcale nie czeka kolejka inwestorów oferujących nowe miejsca pracy. Imigracja niskopłatnej siły roboczej to niejednokrotnie jedyny sposób na humanitarne wygaszenie prowincji i przedłużenie agonii w warunkach „hospicyjnych”, a nie paleokapitalistyczny strzał w tył głowy.

    Zresztą, wbrew pozorom, rynek doskonale radzi sobie z wyplenianiem firm, w których głównym zajęciem właściciela jest wymiana auta na nowsze.

    Generalizacja to zła ścieżka

    A czasami niektóre z tych przedsiębiorstw dają radę nie tylko powoli dogorywać, ale też zbudować coś lokalnie: awansować na drabinie konkurencyjności, podnosić jakość i rozwinąć produkty. I nawet wtedy będą sięgać po migrantów.

    To nie jest system idealny, ale nie jest to też system niewolniczej eksploatacji. Owszem, bywają patologie, co jednak nie oznacza, że kulturoznawca Dymek ma prawo do uogólnień. Przecież nie każdy kulturoznawca to rozpieszczony głąb, który poszedł na studia tylko dlatego, że były łatwe egzaminy i dużo się piło.

    #emigracja #gospodarka #lewica
  4. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Druga lewa ręka…

    Jak już wielokrotnie pisałem, staram się odchodzić od krytykowania i opisywania lewicy. Jak pokazuje moja poprzednia polecajka, wciąż uważam, że lewica ma do pokazania wiele, a jej recepty mają w wielu przypadkach udowodnioną skuteczność. Ale cóż ja mogę, skoro gdy tylko znajdę jednego lewicowca, który wreszcie wydaje się wychodzić poza zagrodę wyznaczoną przez konglomerat aktualnie modnych ideowych trendów, natychmiast pojawia się drugi, powielający najgorsze kalki?

    I tak chwalony w poprzedniej notce Giezłak ma podcastowego kolegę, Dymka. Jest on lewicowcem wpisującym się w nurt – nazwijmy go, kierując się jego wykształceniem – „kulturoznawczy”. Cóż to oznacza? Specyficzną wizję rzeczywistości, w której firmy funkcjonują z powodów innych niż zysk, a samo dążenie do zarobku niesie ze sobą pewną moralną naganność.

    Mit ideologicznego czyszczenia rynku

    Pan Dymek walnął popularną w razemkowych kręgach tezą: jeśli firma, aby przetrwać, musi szukać tańszych pracowników – obniżać koszty pracy, sprowadzając i eksploatując migrantów zarobkowych – to nie powinna w ogóle istnieć.

    Teza wydaje się pozornie oczywista i prawdziwa. W pewnym obszarze wręcz kapitalistyczna: eliminacja najsłabszych ogniw wzmocni rynek jako całość i pozwoli innowacyjnym podmiotom kwitnąć. Ach, gdybyż rzeczywistość była równie prosta, jak w świecie lewicowego kulturoznawcy lub prawicowego paleoliberała! Ale nie jest.

    Presja kosztowa a polska rzeczywistość

    Model konkurencyjności opartej na cenie produktu lub usługi jest najpopularniejszy – i nie bez powodu. Niska cena jest wskaźnikiem optymalnej alokacji zasobów, ale nie bierze się znikąd. Najczęściej stoi za nią niski poziom kosztów, a największym z nich od lat pozostają ludzie.

    W takim kraju jak Polska, gdzie w wyniku oczekiwanego wzrostu dobrobytu gwałtownie rosną koszty pracy, firmy stają przed koniecznością ich zrekompensowania tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływało to na cenę finalną. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – zwłaszcza kiedy sytuacja demograficzna wywołuje znaczną presję płacową.

    Automatyzacja to nie czarodziejska różdżka

    Część firm wybiera automatyzację. W usługach oznacza to wdrożenie AI, w produkcji – robotyzację. Jednak sprawa nigdy nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim automatyzacja jest opłacalna w przypadku dużych i jasno zdefiniowanych procesów. Mniejsze firmy są znacznie elastyczniejsze organizacyjnie, co sprawia, że zastąpienie ludzi maszynami jest w nich bez porównania trudniejsze.

    Do tego dochodzi coś, co można nazwać kosztem społecznym: automatyzacja oznacza zazwyczaj zwolnienia wśród najniżej wykwalifikowanej kadry.

    Imigracja jako „hospicjum” dla prowincji

    Pozostałe firmy muszą po prostu szukać tańszej siły roboczej, czyli sięgać po migrantów. Logiczne więc, że stanowią oni konkurencję dla polskich pracowników, prawda? Może dekadę temu tak było. Dziś demografia sprawia, że popyt na pracę w wielu miejscach przewyższa podaż. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie lokalny „Januszex” pozostaje jedynym pracodawcą.

    Tam nie ma prostego wyboru. Upadłość takiej firmy zdewastuje nie tylko jej właściciela, ale całe otoczenie społeczne. I owszem – kapitalistyczny krwiopijca splajtuje, ale na jego miejsce wcale nie czeka kolejka inwestorów oferujących nowe miejsca pracy. Imigracja niskopłatnej siły roboczej to niejednokrotnie jedyny sposób na humanitarne wygaszenie prowincji i przedłużenie agonii w warunkach „hospicyjnych”, a nie paleokapitalistyczny strzał w tył głowy.

    Zresztą, wbrew pozorom, rynek doskonale radzi sobie z wyplenianiem firm, w których głównym zajęciem właściciela jest wymiana auta na nowsze.

    Generalizacja to zła ścieżka

    A czasami niektóre z tych przedsiębiorstw dają radę nie tylko powoli dogorywać, ale też zbudować coś lokalnie: awansować na drabinie konkurencyjności, podnosić jakość i rozwinąć produkty. I nawet wtedy będą sięgać po migrantów.

    To nie jest system idealny, ale nie jest to też system niewolniczej eksploatacji. Owszem, bywają patologie, co jednak nie oznacza, że kulturoznawca Dymek ma prawo do uogólnień. Przecież nie każdy kulturoznawca to rozpieszczony głąb, który poszedł na studia tylko dlatego, że były łatwe egzaminy i dużo się piło.

    #emigracja #gospodarka #lewica
  5. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Druga lewa ręka…

    Jak już wielokrotnie pisałem, staram się odchodzić od krytykowania i opisywania lewicy. Jak pokazuje moja poprzednia polecajka, wciąż uważam, że lewica ma do pokazania wiele, a jej recepty mają w wielu przypadkach udowodnioną skuteczność. Ale cóż ja mogę, skoro gdy tylko znajdę jednego lewicowca, który wreszcie wydaje się wychodzić poza zagrodę wyznaczoną przez konglomerat aktualnie modnych ideowych trendów, natychmiast pojawia się drugi, powielający najgorsze kalki?

    I tak chwalony w poprzedniej notce Giezłak ma podcastowego kolegę, Dymka. Jest on lewicowcem wpisującym się w nurt – nazwijmy go, kierując się jego wykształceniem – „kulturoznawczy”. Cóż to oznacza? Specyficzną wizję rzeczywistości, w której firmy funkcjonują z powodów innych niż zysk, a samo dążenie do zarobku niesie ze sobą pewną moralną naganność.

    Mit ideologicznego czyszczenia rynku

    Pan Dymek walnął popularną w razemkowych kręgach tezą: jeśli firma, aby przetrwać, musi szukać tańszych pracowników – obniżać koszty pracy, sprowadzając i eksploatując migrantów zarobkowych – to nie powinna w ogóle istnieć.

    Teza wydaje się pozornie oczywista i prawdziwa. W pewnym obszarze wręcz kapitalistyczna: eliminacja najsłabszych ogniw wzmocni rynek jako całość i pozwoli innowacyjnym podmiotom kwitnąć. Ach, gdybyż rzeczywistość była równie prosta, jak w świecie lewicowego kulturoznawcy lub prawicowego paleoliberała! Ale nie jest.

    Presja kosztowa a polska rzeczywistość

    Model konkurencyjności opartej na cenie produktu lub usługi jest najpopularniejszy – i nie bez powodu. Niska cena jest wskaźnikiem optymalnej alokacji zasobów, ale nie bierze się znikąd. Najczęściej stoi za nią niski poziom kosztów, a największym z nich od lat pozostają ludzie.

    W takim kraju jak Polska, gdzie w wyniku oczekiwanego wzrostu dobrobytu gwałtownie rosną koszty pracy, firmy stają przed koniecznością ich zrekompensowania tak, aby w jak najmniejszym stopniu wpływało to na cenę finalną. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić – zwłaszcza kiedy sytuacja demograficzna wywołuje znaczną presję płacową.

    Automatyzacja to nie czarodziejska różdżka

    Część firm wybiera automatyzację. W usługach oznacza to wdrożenie AI, w produkcji – robotyzację. Jednak sprawa nigdy nie jest tak prosta, jak się wydaje. Przede wszystkim automatyzacja jest opłacalna w przypadku dużych i jasno zdefiniowanych procesów. Mniejsze firmy są znacznie elastyczniejsze organizacyjnie, co sprawia, że zastąpienie ludzi maszynami jest w nich bez porównania trudniejsze.

    Do tego dochodzi coś, co można nazwać kosztem społecznym: automatyzacja oznacza zazwyczaj zwolnienia wśród najniżej wykwalifikowanej kadry.

    Imigracja jako „hospicjum” dla prowincji

    Pozostałe firmy muszą po prostu szukać tańszej siły roboczej, czyli sięgać po migrantów. Logiczne więc, że stanowią oni konkurencję dla polskich pracowników, prawda? Może dekadę temu tak było. Dziś demografia sprawia, że popyt na pracę w wielu miejscach przewyższa podaż. Zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie lokalny „Januszex” pozostaje jedynym pracodawcą.

    Tam nie ma prostego wyboru. Upadłość takiej firmy zdewastuje nie tylko jej właściciela, ale całe otoczenie społeczne. I owszem – kapitalistyczny krwiopijca splajtuje, ale na jego miejsce wcale nie czeka kolejka inwestorów oferujących nowe miejsca pracy. Imigracja niskopłatnej siły roboczej to niejednokrotnie jedyny sposób na humanitarne wygaszenie prowincji i przedłużenie agonii w warunkach „hospicyjnych”, a nie paleokapitalistyczny strzał w tył głowy.

    Zresztą, wbrew pozorom, rynek doskonale radzi sobie z wyplenianiem firm, w których głównym zajęciem właściciela jest wymiana auta na nowsze.

    Generalizacja to zła ścieżka

    A czasami niektóre z tych przedsiębiorstw dają radę nie tylko powoli dogorywać, ale też zbudować coś lokalnie: awansować na drabinie konkurencyjności, podnosić jakość i rozwinąć produkty. I nawet wtedy będą sięgać po migrantów.

    To nie jest system idealny, ale nie jest to też system niewolniczej eksploatacji. Owszem, bywają patologie, co jednak nie oznacza, że kulturoznawca Dymek ma prawo do uogólnień. Przecież nie każdy kulturoznawca to rozpieszczony głąb, który poszedł na studia tylko dlatego, że były łatwe egzaminy i dużo się piło.

    #emigracja #gospodarka #lewica
  6. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Urok chłopskiego rozumu

    Obserwując rosnącą popularność ugrupowań populistycznych i radykalnych – szczególnie wśród młodzieży, choć przecież nie tylko – warto zwrócić uwagę na pewne wspólne mechanizmy, które łączą zarówno liderów tej sceny, jak i ich zachodnich odpowiedników. Warto także zauważyć całe szeregi prawicujących pracowników mediów, pełniących funkcję internetowych komentatorów. Skrótowo ich strategię można scharakteryzować jako skrajny redukcjonizm, a więc sprowadzanie skomplikowanych i wielowymiarowych problemów do pojedynczych haseł i łatwych do przyswojenia sloganów.

    Koniec bezpiecznej izolacji od nastrojów ludu

    Cóż nowego powiecie? Polityka przecież funkcjonuje tak od zawsze. To jednak tylko pozorna prawda. Republikański system rządów i demokracja przedstawicielska z wyborami odbywającymi się periodycznie przez długi czas stanowiły dość bezpieczną izolację od ulotnych kaprysów ludu i zmiennych nastrojów. Do czasu.

    Pierwszy wyłom zaczęły robić sondaże, trwale sprzęgając zachowania polityków z doraźną i niedokładną miarą społecznego poparcia. Prawdziwy cios wyprowadziły jednak media społecznościowe, ze szczególnym uwzględnieniem platform stawiających na skrajną skrótowość. W ciągłej konkurencji o uwagę algorytmów wygrywa ten, kto wygeneruje najbardziej angażującą i kontrowersyjną treść.

    Syndrom „wujka z wesela”

    Trzeba przyznać, że specyficzną formułą, jaką często przyjmuje zwłaszcza postkorwinowska prawica, jest coś, co można by nazwać logiką „wujka z wesela” lub po prostu „chłopskim rozumem”. Mamy tu do czynienia ze szczególnym podejściem, które każdy problem ma spłaszczyć (np. twierdzeniem, że imigranci nie wnoszą nic pozytywnego do kraju), skupić na pojedynczej sprawie (dostęp imigrantów do opieki zdrowotnej), uczynić wyraźne rozróżnienie między dobrymi a złymi (rodak kontra obcy) i na koniec opatrzyć etykietą.

    W ten sposób tworzy się specyficzną logikę, która – co istotne – w początkowym punkcie wyjścia bywa podparta jakimś jednostkowym faktem. Kiedy mowa o przestępczości imigrantów, unika się statystyk, a koncentruje na jednym głośnym morderstwie. Gdy mowa o zarobkowaniu, wspomina się o tych, którzy żebrzą na ulicach, a nie o tych, którzy uczciwie pracują i płacą podatki.

    Algorytmy karmią nasze bańki

    To wszystko pięknie zamyka się w kilkuminutowym filmiku z mnóstwem retorycznych pytań. Taki przekaz ma niesamowitą zdolność wgryzania się w ludzkie umysły. Większość odbiorców nie będzie się zastanawiać, jak funkcjonuje państwo, ale z radością zareaguje na sugestię, że podatków zasadniczo mogłoby nie być. Edukację czy opiekę zdrowotną? Jakoś sami sobie zorganizujemy. Emerytury? Przecież po latach ciężkiej pracy należy się odpoczynek. A to, że po 30 latach pracy mamy do czynienia z kolejnymi 30 latami życia na emeryturze, czego żaden system nie udźwignie, wykracza już poza ramy „chłopskiego rozumu”.

    Ów „chłopski rozum” zawsze rezonuje z wieloma efektami psychologicznymi i socjologicznymi, znakomicie wspomaganymi przez algorytmy sieci społecznościowych. Nasze zestawy prostych prawd nie znoszą przecież konfrontacji z faktami. Szukamy więc tylko tych informacji, które wzmacniają nasze przekonania (zjawisko tzw. komory echowej) i odrzucamy te, które są z nimi sprzeczne. W ten sposób tworzymy własną bańkę. Stajemy się elektoratem idealnym – tym bardziej, że w świecie odizolowanych baniek większą rolę odgrywa osobisty autorytet ulubionego trybuna ludowego niż jakiekolwiek zweryfikowane źródło informacji.

    Jak grać, gdy reguły są złe?

    Co robić i jak żyć? Systemowo i na dłuższą metę media społecznościowe trzeba ucywilizować, a przynajmniej ograniczyć ich destrukcyjny wpływ. Pierwsze kroki w postaci powolnego ograniczania dostępu dzieciom do smartfonów są już czynione (choć zdecydowanie zbyt wolno).

    Na krótką metę trzeba jednak grać w tę grę, która toczy się tu i teraz. Odpowiadać własnym, mądrym redukcjonizmem. Niestety żyjemy w czasach, kiedy komunikat dłuższy niż trzy zdania bywa dla masowego elektoratu nieprzyswajalny. Tak, to zjawisko negatywne. Ale rolą kapitana nie jest obrażanie się na stan morza. Jego zadaniem jest odpowiednie ustawienie żagla.

    #Braun #emigracja #internet #Mentzen #populizm #wybory
  7. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Urok chłopskiego rozumu

    Obserwując rosnącą popularność ugrupowań populistycznych i radykalnych – szczególnie wśród młodzieży, choć przecież nie tylko – warto zwrócić uwagę na pewne wspólne mechanizmy, które łączą zarówno liderów tej sceny, jak i ich zachodnich odpowiedników. Warto także zauważyć całe szeregi prawicujących pracowników mediów, pełniących funkcję internetowych komentatorów. Skrótowo ich strategię można scharakteryzować jako skrajny redukcjonizm, a więc sprowadzanie skomplikowanych i wielowymiarowych problemów do pojedynczych haseł i łatwych do przyswojenia sloganów.

    Koniec bezpiecznej izolacji od nastrojów ludu

    Cóż nowego powiecie? Polityka przecież funkcjonuje tak od zawsze. To jednak tylko pozorna prawda. Republikański system rządów i demokracja przedstawicielska z wyborami odbywającymi się periodycznie przez długi czas stanowiły dość bezpieczną izolację od ulotnych kaprysów ludu i zmiennych nastrojów. Do czasu.

    Pierwszy wyłom zaczęły robić sondaże, trwale sprzęgając zachowania polityków z doraźną i niedokładną miarą społecznego poparcia. Prawdziwy cios wyprowadziły jednak media społecznościowe, ze szczególnym uwzględnieniem platform stawiających na skrajną skrótowość. W ciągłej konkurencji o uwagę algorytmów wygrywa ten, kto wygeneruje najbardziej angażującą i kontrowersyjną treść.

    Syndrom „wujka z wesela”

    Trzeba przyznać, że specyficzną formułą, jaką często przyjmuje zwłaszcza postkorwinowska prawica, jest coś, co można by nazwać logiką „wujka z wesela” lub po prostu „chłopskim rozumem”. Mamy tu do czynienia ze szczególnym podejściem, które każdy problem ma spłaszczyć (np. twierdzeniem, że imigranci nie wnoszą nic pozytywnego do kraju), skupić na pojedynczej sprawie (dostęp imigrantów do opieki zdrowotnej), uczynić wyraźne rozróżnienie między dobrymi a złymi (rodak kontra obcy) i na koniec opatrzyć etykietą.

    W ten sposób tworzy się specyficzną logikę, która – co istotne – w początkowym punkcie wyjścia bywa podparta jakimś jednostkowym faktem. Kiedy mowa o przestępczości imigrantów, unika się statystyk, a koncentruje na jednym głośnym morderstwie. Gdy mowa o zarobkowaniu, wspomina się o tych, którzy żebrzą na ulicach, a nie o tych, którzy uczciwie pracują i płacą podatki.

    Algorytmy karmią nasze bańki

    To wszystko pięknie zamyka się w kilkuminutowym filmiku z mnóstwem retorycznych pytań. Taki przekaz ma niesamowitą zdolność wgryzania się w ludzkie umysły. Większość odbiorców nie będzie się zastanawiać, jak funkcjonuje państwo, ale z radością zareaguje na sugestię, że podatków zasadniczo mogłoby nie być. Edukację czy opiekę zdrowotną? Jakoś sami sobie zorganizujemy. Emerytury? Przecież po latach ciężkiej pracy należy się odpoczynek. A to, że po 30 latach pracy mamy do czynienia z kolejnymi 30 latami życia na emeryturze, czego żaden system nie udźwignie, wykracza już poza ramy „chłopskiego rozumu”.

    Ów „chłopski rozum” zawsze rezonuje z wieloma efektami psychologicznymi i socjologicznymi, znakomicie wspomaganymi przez algorytmy sieci społecznościowych. Nasze zestawy prostych prawd nie znoszą przecież konfrontacji z faktami. Szukamy więc tylko tych informacji, które wzmacniają nasze przekonania (zjawisko tzw. komory echowej) i odrzucamy te, które są z nimi sprzeczne. W ten sposób tworzymy własną bańkę. Stajemy się elektoratem idealnym – tym bardziej, że w świecie odizolowanych baniek większą rolę odgrywa osobisty autorytet ulubionego trybuna ludowego niż jakiekolwiek zweryfikowane źródło informacji.

    Jak grać, gdy reguły są złe?

    Co robić i jak żyć? Systemowo i na dłuższą metę media społecznościowe trzeba ucywilizować, a przynajmniej ograniczyć ich destrukcyjny wpływ. Pierwsze kroki w postaci powolnego ograniczania dostępu dzieciom do smartfonów są już czynione (choć zdecydowanie zbyt wolno).

    Na krótką metę trzeba jednak grać w tę grę, która toczy się tu i teraz. Odpowiadać własnym, mądrym redukcjonizmem. Niestety żyjemy w czasach, kiedy komunikat dłuższy niż trzy zdania bywa dla masowego elektoratu nieprzyswajalny. Tak, to zjawisko negatywne. Ale rolą kapitana nie jest obrażanie się na stan morza. Jego zadaniem jest odpowiednie ustawienie żagla.

    #Braun #emigracja #internet #Mentzen #populizm #wybory
  8. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Urok chłopskiego rozumu

    Obserwując rosnącą popularność ugrupowań populistycznych i radykalnych – szczególnie wśród młodzieży, choć przecież nie tylko – warto zwrócić uwagę na pewne wspólne mechanizmy, które łączą zarówno liderów tej sceny, jak i ich zachodnich odpowiedników. Warto także zauważyć całe szeregi prawicujących pracowników mediów, pełniących funkcję internetowych komentatorów. Skrótowo ich strategię można scharakteryzować jako skrajny redukcjonizm, a więc sprowadzanie skomplikowanych i wielowymiarowych problemów do pojedynczych haseł i łatwych do przyswojenia sloganów.

    Koniec bezpiecznej izolacji od nastrojów ludu

    Cóż nowego powiecie? Polityka przecież funkcjonuje tak od zawsze. To jednak tylko pozorna prawda. Republikański system rządów i demokracja przedstawicielska z wyborami odbywającymi się periodycznie przez długi czas stanowiły dość bezpieczną izolację od ulotnych kaprysów ludu i zmiennych nastrojów. Do czasu.

    Pierwszy wyłom zaczęły robić sondaże, trwale sprzęgając zachowania polityków z doraźną i niedokładną miarą społecznego poparcia. Prawdziwy cios wyprowadziły jednak media społecznościowe, ze szczególnym uwzględnieniem platform stawiających na skrajną skrótowość. W ciągłej konkurencji o uwagę algorytmów wygrywa ten, kto wygeneruje najbardziej angażującą i kontrowersyjną treść.

    Syndrom „wujka z wesela”

    Trzeba przyznać, że specyficzną formułą, jaką często przyjmuje zwłaszcza postkorwinowska prawica, jest coś, co można by nazwać logiką „wujka z wesela” lub po prostu „chłopskim rozumem”. Mamy tu do czynienia ze szczególnym podejściem, które każdy problem ma spłaszczyć (np. twierdzeniem, że imigranci nie wnoszą nic pozytywnego do kraju), skupić na pojedynczej sprawie (dostęp imigrantów do opieki zdrowotnej), uczynić wyraźne rozróżnienie między dobrymi a złymi (rodak kontra obcy) i na koniec opatrzyć etykietą.

    W ten sposób tworzy się specyficzną logikę, która – co istotne – w początkowym punkcie wyjścia bywa podparta jakimś jednostkowym faktem. Kiedy mowa o przestępczości imigrantów, unika się statystyk, a koncentruje na jednym głośnym morderstwie. Gdy mowa o zarobkowaniu, wspomina się o tych, którzy żebrzą na ulicach, a nie o tych, którzy uczciwie pracują i płacą podatki.

    Algorytmy karmią nasze bańki

    To wszystko pięknie zamyka się w kilkuminutowym filmiku z mnóstwem retorycznych pytań. Taki przekaz ma niesamowitą zdolność wgryzania się w ludzkie umysły. Większość odbiorców nie będzie się zastanawiać, jak funkcjonuje państwo, ale z radością zareaguje na sugestię, że podatków zasadniczo mogłoby nie być. Edukację czy opiekę zdrowotną? Jakoś sami sobie zorganizujemy. Emerytury? Przecież po latach ciężkiej pracy należy się odpoczynek. A to, że po 30 latach pracy mamy do czynienia z kolejnymi 30 latami życia na emeryturze, czego żaden system nie udźwignie, wykracza już poza ramy „chłopskiego rozumu”.

    Ów „chłopski rozum” zawsze rezonuje z wieloma efektami psychologicznymi i socjologicznymi, znakomicie wspomaganymi przez algorytmy sieci społecznościowych. Nasze zestawy prostych prawd nie znoszą przecież konfrontacji z faktami. Szukamy więc tylko tych informacji, które wzmacniają nasze przekonania (zjawisko tzw. komory echowej) i odrzucamy te, które są z nimi sprzeczne. W ten sposób tworzymy własną bańkę. Stajemy się elektoratem idealnym – tym bardziej, że w świecie odizolowanych baniek większą rolę odgrywa osobisty autorytet ulubionego trybuna ludowego niż jakiekolwiek zweryfikowane źródło informacji.

    Jak grać, gdy reguły są złe?

    Co robić i jak żyć? Systemowo i na dłuższą metę media społecznościowe trzeba ucywilizować, a przynajmniej ograniczyć ich destrukcyjny wpływ. Pierwsze kroki w postaci powolnego ograniczania dostępu dzieciom do smartfonów są już czynione (choć zdecydowanie zbyt wolno).

    Na krótką metę trzeba jednak grać w tę grę, która toczy się tu i teraz. Odpowiadać własnym, mądrym redukcjonizmem. Niestety żyjemy w czasach, kiedy komunikat dłuższy niż trzy zdania bywa dla masowego elektoratu nieprzyswajalny. Tak, to zjawisko negatywne. Ale rolą kapitana nie jest obrażanie się na stan morza. Jego zadaniem jest odpowiednie ustawienie żagla.

    #Braun #emigracja #internet #Mentzen #populizm #wybory
  9. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Urok chłopskiego rozumu

    Obserwując rosnącą popularność ugrupowań populistycznych i radykalnych – szczególnie wśród młodzieży, choć przecież nie tylko – warto zwrócić uwagę na pewne wspólne mechanizmy, które łączą zarówno liderów tej sceny, jak i ich zachodnich odpowiedników. Warto także zauważyć całe szeregi prawicujących pracowników mediów, pełniących funkcję internetowych komentatorów. Skrótowo ich strategię można scharakteryzować jako skrajny redukcjonizm, a więc sprowadzanie skomplikowanych i wielowymiarowych problemów do pojedynczych haseł i łatwych do przyswojenia sloganów.

    Koniec bezpiecznej izolacji od nastrojów ludu

    Cóż nowego powiecie? Polityka przecież funkcjonuje tak od zawsze. To jednak tylko pozorna prawda. Republikański system rządów i demokracja przedstawicielska z wyborami odbywającymi się periodycznie przez długi czas stanowiły dość bezpieczną izolację od ulotnych kaprysów ludu i zmiennych nastrojów. Do czasu.

    Pierwszy wyłom zaczęły robić sondaże, trwale sprzęgając zachowania polityków z doraźną i niedokładną miarą społecznego poparcia. Prawdziwy cios wyprowadziły jednak media społecznościowe, ze szczególnym uwzględnieniem platform stawiających na skrajną skrótowość. W ciągłej konkurencji o uwagę algorytmów wygrywa ten, kto wygeneruje najbardziej angażującą i kontrowersyjną treść.

    Syndrom „wujka z wesela”

    Trzeba przyznać, że specyficzną formułą, jaką często przyjmuje zwłaszcza postkorwinowska prawica, jest coś, co można by nazwać logiką „wujka z wesela” lub po prostu „chłopskim rozumem”. Mamy tu do czynienia ze szczególnym podejściem, które każdy problem ma spłaszczyć (np. twierdzeniem, że imigranci nie wnoszą nic pozytywnego do kraju), skupić na pojedynczej sprawie (dostęp imigrantów do opieki zdrowotnej), uczynić wyraźne rozróżnienie między dobrymi a złymi (rodak kontra obcy) i na koniec opatrzyć etykietą.

    W ten sposób tworzy się specyficzną logikę, która – co istotne – w początkowym punkcie wyjścia bywa podparta jakimś jednostkowym faktem. Kiedy mowa o przestępczości imigrantów, unika się statystyk, a koncentruje na jednym głośnym morderstwie. Gdy mowa o zarobkowaniu, wspomina się o tych, którzy żebrzą na ulicach, a nie o tych, którzy uczciwie pracują i płacą podatki.

    Algorytmy karmią nasze bańki

    To wszystko pięknie zamyka się w kilkuminutowym filmiku z mnóstwem retorycznych pytań. Taki przekaz ma niesamowitą zdolność wgryzania się w ludzkie umysły. Większość odbiorców nie będzie się zastanawiać, jak funkcjonuje państwo, ale z radością zareaguje na sugestię, że podatków zasadniczo mogłoby nie być. Edukację czy opiekę zdrowotną? Jakoś sami sobie zorganizujemy. Emerytury? Przecież po latach ciężkiej pracy należy się odpoczynek. A to, że po 30 latach pracy mamy do czynienia z kolejnymi 30 latami życia na emeryturze, czego żaden system nie udźwignie, wykracza już poza ramy „chłopskiego rozumu”.

    Ów „chłopski rozum” zawsze rezonuje z wieloma efektami psychologicznymi i socjologicznymi, znakomicie wspomaganymi przez algorytmy sieci społecznościowych. Nasze zestawy prostych prawd nie znoszą przecież konfrontacji z faktami. Szukamy więc tylko tych informacji, które wzmacniają nasze przekonania (zjawisko tzw. komory echowej) i odrzucamy te, które są z nimi sprzeczne. W ten sposób tworzymy własną bańkę. Stajemy się elektoratem idealnym – tym bardziej, że w świecie odizolowanych baniek większą rolę odgrywa osobisty autorytet ulubionego trybuna ludowego niż jakiekolwiek zweryfikowane źródło informacji.

    Jak grać, gdy reguły są złe?

    Co robić i jak żyć? Systemowo i na dłuższą metę media społecznościowe trzeba ucywilizować, a przynajmniej ograniczyć ich destrukcyjny wpływ. Pierwsze kroki w postaci powolnego ograniczania dostępu dzieciom do smartfonów są już czynione (choć zdecydowanie zbyt wolno).

    Na krótką metę trzeba jednak grać w tę grę, która toczy się tu i teraz. Odpowiadać własnym, mądrym redukcjonizmem. Niestety żyjemy w czasach, kiedy komunikat dłuższy niż trzy zdania bywa dla masowego elektoratu nieprzyswajalny. Tak, to zjawisko negatywne. Ale rolą kapitana nie jest obrażanie się na stan morza. Jego zadaniem jest odpowiednie ustawienie żagla.

    #Braun #emigracja #internet #Mentzen #populizm #wybory
  10. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    Urok chłopskiego rozumu

    Obserwując rosnącą popularność ugrupowań populistycznych i radykalnych – szczególnie wśród młodzieży, choć przecież nie tylko – warto zwrócić uwagę na pewne wspólne mechanizmy, które łączą zarówno liderów tej sceny, jak i ich zachodnich odpowiedników. Warto także zauważyć całe szeregi prawicujących pracowników mediów, pełniących funkcję internetowych komentatorów. Skrótowo ich strategię można scharakteryzować jako skrajny redukcjonizm, a więc sprowadzanie skomplikowanych i wielowymiarowych problemów do pojedynczych haseł i łatwych do przyswojenia sloganów.

    Koniec bezpiecznej izolacji od nastrojów ludu

    Cóż nowego powiecie? Polityka przecież funkcjonuje tak od zawsze. To jednak tylko pozorna prawda. Republikański system rządów i demokracja przedstawicielska z wyborami odbywającymi się periodycznie przez długi czas stanowiły dość bezpieczną izolację od ulotnych kaprysów ludu i zmiennych nastrojów. Do czasu.

    Pierwszy wyłom zaczęły robić sondaże, trwale sprzęgając zachowania polityków z doraźną i niedokładną miarą społecznego poparcia. Prawdziwy cios wyprowadziły jednak media społecznościowe, ze szczególnym uwzględnieniem platform stawiających na skrajną skrótowość. W ciągłej konkurencji o uwagę algorytmów wygrywa ten, kto wygeneruje najbardziej angażującą i kontrowersyjną treść.

    Syndrom „wujka z wesela”

    Trzeba przyznać, że specyficzną formułą, jaką często przyjmuje zwłaszcza postkorwinowska prawica, jest coś, co można by nazwać logiką „wujka z wesela” lub po prostu „chłopskim rozumem”. Mamy tu do czynienia ze szczególnym podejściem, które każdy problem ma spłaszczyć (np. twierdzeniem, że imigranci nie wnoszą nic pozytywnego do kraju), skupić na pojedynczej sprawie (dostęp imigrantów do opieki zdrowotnej), uczynić wyraźne rozróżnienie między dobrymi a złymi (rodak kontra obcy) i na koniec opatrzyć etykietą.

    W ten sposób tworzy się specyficzną logikę, która – co istotne – w początkowym punkcie wyjścia bywa podparta jakimś jednostkowym faktem. Kiedy mowa o przestępczości imigrantów, unika się statystyk, a koncentruje na jednym głośnym morderstwie. Gdy mowa o zarobkowaniu, wspomina się o tych, którzy żebrzą na ulicach, a nie o tych, którzy uczciwie pracują i płacą podatki.

    Algorytmy karmią nasze bańki

    To wszystko pięknie zamyka się w kilkuminutowym filmiku z mnóstwem retorycznych pytań. Taki przekaz ma niesamowitą zdolność wgryzania się w ludzkie umysły. Większość odbiorców nie będzie się zastanawiać, jak funkcjonuje państwo, ale z radością zareaguje na sugestię, że podatków zasadniczo mogłoby nie być. Edukację czy opiekę zdrowotną? Jakoś sami sobie zorganizujemy. Emerytury? Przecież po latach ciężkiej pracy należy się odpoczynek. A to, że po 30 latach pracy mamy do czynienia z kolejnymi 30 latami życia na emeryturze, czego żaden system nie udźwignie, wykracza już poza ramy „chłopskiego rozumu”.

    Ów „chłopski rozum” zawsze rezonuje z wieloma efektami psychologicznymi i socjologicznymi, znakomicie wspomaganymi przez algorytmy sieci społecznościowych. Nasze zestawy prostych prawd nie znoszą przecież konfrontacji z faktami. Szukamy więc tylko tych informacji, które wzmacniają nasze przekonania (zjawisko tzw. komory echowej) i odrzucamy te, które są z nimi sprzeczne. W ten sposób tworzymy własną bańkę. Stajemy się elektoratem idealnym – tym bardziej, że w świecie odizolowanych baniek większą rolę odgrywa osobisty autorytet ulubionego trybuna ludowego niż jakiekolwiek zweryfikowane źródło informacji.

    Jak grać, gdy reguły są złe?

    Co robić i jak żyć? Systemowo i na dłuższą metę media społecznościowe trzeba ucywilizować, a przynajmniej ograniczyć ich destrukcyjny wpływ. Pierwsze kroki w postaci powolnego ograniczania dostępu dzieciom do smartfonów są już czynione (choć zdecydowanie zbyt wolno).

    Na krótką metę trzeba jednak grać w tę grę, która toczy się tu i teraz. Odpowiadać własnym, mądrym redukcjonizmem. Niestety żyjemy w czasach, kiedy komunikat dłuższy niż trzy zdania bywa dla masowego elektoratu nieprzyswajalny. Tak, to zjawisko negatywne. Ale rolą kapitana nie jest obrażanie się na stan morza. Jego zadaniem jest odpowiednie ustawienie żagla.

    #Braun #emigracja #internet #Mentzen #populizm #wybory
  11. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    UK tonie (znowu), czyli brytyjskie „meh”

    Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii zakończyły się bez zaskoczeń. Partia Pracy, zaledwie dwa lata po potężnym wyborczym triumfie, równie szybko traci poparcie, naśladując w ten sposób losy Partii Konserwatywnej. Triumfatorką jest brytyjska odpowiedniczka polskiej Konfederacji, czyli Reform UK. Ofiarą padł natomiast Keir Starmer – premier grzęznący w kolejnych falach politycznych skandali i borykający się z postbrexitową gospodarką. Otwarte pozostaje pytanie, czy przetrwa następne miesiące, tym bardziej że rzędy lojalnych dotąd partyjnych towarzyszy, wyposażonych w „długie noże” i żądzę władzy, ruszyły już do rozliczeń. Starmer wydaje się dość odporny na kolejne ciosy, co jednak nie zmienia faktu, że pomysłu na Zjednoczone Królestwo nie ma obecnie żadna z aspirujących czy rządzących partii.

    Sto lat żałoby i sueski kac

    Na czym polega problem? W uproszczeniu można powiedzieć, że to ponad 100 lat żałoby po Imperium, ostatecznie dobitym przez kryzys sueski w 1956 roku. Ekonomia UK, silnie niegdyś związana z zamorskimi dominiami, od dekad walczy o wytworzenie samodzielnych motorów wzrostu – i tę walkę przegrywa. Posiadając równolegle relatywnie szczodre programy socjalne i bardzo przyjazne imigrantom (zwłaszcza azylowym) podejście na tle pozostałych krajów europejskich, kraj ten ugrzązł w stagnacji. Ta mieszanka od lat gwarantuje polityczny i gospodarczy paraliż. Kolejno aplikowane recepty nie działają, a gospodarka, która przecież potrafi wytwarzać zaawansowane technologicznie produkty znakomitej jakości, pozostaje w tyle za resztą Europy. Jest to o tyle frapujące, że trudno znaleźć obszary, w których Brytyjczycy nie posiadaliby przewag w zakresie technologii, nauki czy zasobów finansowych. To wszystko jednak nie przekłada się na rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i oczekiwań.

    Mistrzowie marnowania okazji

    Wielka Brytania jest mistrzynią świata w marnowaniu własnych możliwości. To Brytyjczycy nauczyli Azjatów budować samochody, a dziś posiadają jedynie resztki przemysłu motoryzacyjnego, w dodatku w większości pod obcym zarządem. To oni rozpoczęli naftowy boom na Morzu Północnym, ale podczas gdy Norwegowie stworzyli fundusz na ciężkie czasy, hołubiona przez wielu Margaret Thatcher wydała zyski na nieskuteczne obniżki podatków i brutalną deindustrializację kraju. Posiadali niemal monopol na finansową obsługę kapitału w UE, więc postanowili z tej Unii wyjść. Takich strzałów we własną stopę było więcej – wymieniam tylko te najistotniejsze. Co najgorsze, nie wydaje się, aby ów cykl miał ulec zakończeniu. Gospodarcze recepty Reform UK to thatcheryzm w wersji ekstremalnej, który z tak marnym skutkiem próbowała zaimplementować Liz Truss podczas swojego krótkiego premierowania. Wiara w magiczne właściwości „gospodarki skapywania” i krzywej Laffera jest wśród elit równie silna, co system klasowy i miłość do rodziny królewskiej.

    Między młotem a kowadłem deglobalizacji

    Brytania nie jest pod tym względem odosobniona, ponieważ ekstrema polityczne są obecnie w natarciu w całej Europie. Co prawda nie „dowożą” one wyników tak ekstremalnie, jak obiecują, ale w erze mediów społecznościowych obietnice liczą się bardziej niż rezultaty. Skutkiem jest coraz krótszy cykl polityczny i narastająca niemożność przezwyciężenia impasu. Nawet proeuropejski zwrot, który w erze Trumpa i post-Trumpa wydaje się nieunikniony, będzie zapewne kwestionowany. Czy jednak w relacjach z USA jest przyszłość? Powątpiewam – zwłaszcza w realiach deglobalizującego się świata i rosnących napięć na linii USA – Unia Europejska. Obawiam się, że w tym starciu UK, jako „piąta kolumna” jankeskiej ekstremy, może tylko stracić.

    Mitologia kontra rzeczywistość

    Tym bardziej że podstawowym problemem od lat wydaje się niekontrolowana migracja. Wyjście z UE (Brexit) paradoksalnie zwiększyło jej zakres. Postkolonialna przeszłość sprawia, że Wyspy stają się dogodnym obszarem osiedlania się dla ludności dawnych azjatyckich i afrykańskich kolonii. Ciągły napływ jest obciążeniem zarówno dla systemu opieki socjalnej, jak i dla porządku oraz bezpieczeństwa publicznego. W rezultacie ekstrema niemające do zaoferowania niczego oprócz słabo ukrywanego rasizmu i żądzy odwetu, zaczynają dyrygować polityką wewnętrzną i zagraniczną. Wyjścia z matni nie widać, bo póki co nie uznano jeszcze bankructwa systemu wsparcia socjalnego ani polityki azylowej. Ten moment zbliża się jednak wielkimi krokami.

    A mnie mimo wszystko trochę żal tego mitycznego i nieistniejącego UK Monty Pythona i Czarnej Żmii. Londynu ze Slow Horses i Jersey z Bergeraca. Pewnie już nie dam rady tam pojechać, choćby jako turysta. Był sobie kraj…

    #brexit #DonaldTrump #emigracja #geopolityka #UE #UK #USA #WielkaBrytania
  12. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    UK tonie (znowu), czyli brytyjskie „meh”

    Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii zakończyły się bez zaskoczeń. Partia Pracy, zaledwie dwa lata po potężnym wyborczym triumfie, równie szybko traci poparcie, naśladując w ten sposób losy Partii Konserwatywnej. Triumfatorką jest brytyjska odpowiedniczka polskiej Konfederacji, czyli Reform UK. Ofiarą padł natomiast Keir Starmer – premier grzęznący w kolejnych falach politycznych skandali i borykający się z postbrexitową gospodarką. Otwarte pozostaje pytanie, czy przetrwa następne miesiące, tym bardziej że rzędy lojalnych dotąd partyjnych towarzyszy, wyposażonych w „długie noże” i żądzę władzy, ruszyły już do rozliczeń. Starmer wydaje się dość odporny na kolejne ciosy, co jednak nie zmienia faktu, że pomysłu na Zjednoczone Królestwo nie ma obecnie żadna z aspirujących czy rządzących partii.

    Sto lat żałoby i sueski kac

    Na czym polega problem? W uproszczeniu można powiedzieć, że to ponad 100 lat żałoby po Imperium, ostatecznie dobitym przez kryzys sueski w 1956 roku. Ekonomia UK, silnie niegdyś związana z zamorskimi dominiami, od dekad walczy o wytworzenie samodzielnych motorów wzrostu – i tę walkę przegrywa. Posiadając równolegle relatywnie szczodre programy socjalne i bardzo przyjazne imigrantom (zwłaszcza azylowym) podejście na tle pozostałych krajów europejskich, kraj ten ugrzązł w stagnacji. Ta mieszanka od lat gwarantuje polityczny i gospodarczy paraliż. Kolejno aplikowane recepty nie działają, a gospodarka, która przecież potrafi wytwarzać zaawansowane technologicznie produkty znakomitej jakości, pozostaje w tyle za resztą Europy. Jest to o tyle frapujące, że trudno znaleźć obszary, w których Brytyjczycy nie posiadaliby przewag w zakresie technologii, nauki czy zasobów finansowych. To wszystko jednak nie przekłada się na rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i oczekiwań.

    Mistrzowie marnowania okazji

    Wielka Brytania jest mistrzynią świata w marnowaniu własnych możliwości. To Brytyjczycy nauczyli Azjatów budować samochody, a dziś posiadają jedynie resztki przemysłu motoryzacyjnego, w dodatku w większości pod obcym zarządem. To oni rozpoczęli naftowy boom na Morzu Północnym, ale podczas gdy Norwegowie stworzyli fundusz na ciężkie czasy, hołubiona przez wielu Margaret Thatcher wydała zyski na nieskuteczne obniżki podatków i brutalną deindustrializację kraju. Posiadali niemal monopol na finansową obsługę kapitału w UE, więc postanowili z tej Unii wyjść. Takich strzałów we własną stopę było więcej – wymieniam tylko te najistotniejsze. Co najgorsze, nie wydaje się, aby ów cykl miał ulec zakończeniu. Gospodarcze recepty Reform UK to thatcheryzm w wersji ekstremalnej, który z tak marnym skutkiem próbowała zaimplementować Liz Truss podczas swojego krótkiego premierowania. Wiara w magiczne właściwości „gospodarki skapywania” i krzywej Laffera jest wśród elit równie silna, co system klasowy i miłość do rodziny królewskiej.

    Między młotem a kowadłem deglobalizacji

    Brytania nie jest pod tym względem odosobniona, ponieważ ekstrema polityczne są obecnie w natarciu w całej Europie. Co prawda nie „dowożą” one wyników tak ekstremalnie, jak obiecują, ale w erze mediów społecznościowych obietnice liczą się bardziej niż rezultaty. Skutkiem jest coraz krótszy cykl polityczny i narastająca niemożność przezwyciężenia impasu. Nawet proeuropejski zwrot, który w erze Trumpa i post-Trumpa wydaje się nieunikniony, będzie zapewne kwestionowany. Czy jednak w relacjach z USA jest przyszłość? Powątpiewam – zwłaszcza w realiach deglobalizującego się świata i rosnących napięć na linii USA – Unia Europejska. Obawiam się, że w tym starciu UK, jako „piąta kolumna” jankeskiej ekstremy, może tylko stracić.

    Mitologia kontra rzeczywistość

    Tym bardziej że podstawowym problemem od lat wydaje się niekontrolowana migracja. Wyjście z UE (Brexit) paradoksalnie zwiększyło jej zakres. Postkolonialna przeszłość sprawia, że Wyspy stają się dogodnym obszarem osiedlania się dla ludności dawnych azjatyckich i afrykańskich kolonii. Ciągły napływ jest obciążeniem zarówno dla systemu opieki socjalnej, jak i dla porządku oraz bezpieczeństwa publicznego. W rezultacie ekstrema niemające do zaoferowania niczego oprócz słabo ukrywanego rasizmu i żądzy odwetu, zaczynają dyrygować polityką wewnętrzną i zagraniczną. Wyjścia z matni nie widać, bo póki co nie uznano jeszcze bankructwa systemu wsparcia socjalnego ani polityki azylowej. Ten moment zbliża się jednak wielkimi krokami.

    A mnie mimo wszystko trochę żal tego mitycznego i nieistniejącego UK Monty Pythona i Czarnej Żmii. Londynu ze Slow Horses i Jersey z Bergeraca. Pewnie już nie dam rady tam pojechać, choćby jako turysta. Był sobie kraj…

    #brexit #DonaldTrump #emigracja #geopolityka #UE #UK #USA #WielkaBrytania
  13. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    UK tonie (znowu), czyli brytyjskie „meh”

    Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii zakończyły się bez zaskoczeń. Partia Pracy, zaledwie dwa lata po potężnym wyborczym triumfie, równie szybko traci poparcie, naśladując w ten sposób losy Partii Konserwatywnej. Triumfatorką jest brytyjska odpowiedniczka polskiej Konfederacji, czyli Reform UK. Ofiarą padł natomiast Keir Starmer – premier grzęznący w kolejnych falach politycznych skandali i borykający się z postbrexitową gospodarką. Otwarte pozostaje pytanie, czy przetrwa następne miesiące, tym bardziej że rzędy lojalnych dotąd partyjnych towarzyszy, wyposażonych w „długie noże” i żądzę władzy, ruszyły już do rozliczeń. Starmer wydaje się dość odporny na kolejne ciosy, co jednak nie zmienia faktu, że pomysłu na Zjednoczone Królestwo nie ma obecnie żadna z aspirujących czy rządzących partii.

    Sto lat żałoby i sueski kac

    Na czym polega problem? W uproszczeniu można powiedzieć, że to ponad 100 lat żałoby po Imperium, ostatecznie dobitym przez kryzys sueski w 1956 roku. Ekonomia UK, silnie niegdyś związana z zamorskimi dominiami, od dekad walczy o wytworzenie samodzielnych motorów wzrostu – i tę walkę przegrywa. Posiadając równolegle relatywnie szczodre programy socjalne i bardzo przyjazne imigrantom (zwłaszcza azylowym) podejście na tle pozostałych krajów europejskich, kraj ten ugrzązł w stagnacji. Ta mieszanka od lat gwarantuje polityczny i gospodarczy paraliż. Kolejno aplikowane recepty nie działają, a gospodarka, która przecież potrafi wytwarzać zaawansowane technologicznie produkty znakomitej jakości, pozostaje w tyle za resztą Europy. Jest to o tyle frapujące, że trudno znaleźć obszary, w których Brytyjczycy nie posiadaliby przewag w zakresie technologii, nauki czy zasobów finansowych. To wszystko jednak nie przekłada się na rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i oczekiwań.

    Mistrzowie marnowania okazji

    Wielka Brytania jest mistrzynią świata w marnowaniu własnych możliwości. To Brytyjczycy nauczyli Azjatów budować samochody, a dziś posiadają jedynie resztki przemysłu motoryzacyjnego, w dodatku w większości pod obcym zarządem. To oni rozpoczęli naftowy boom na Morzu Północnym, ale podczas gdy Norwegowie stworzyli fundusz na ciężkie czasy, hołubiona przez wielu Margaret Thatcher wydała zyski na nieskuteczne obniżki podatków i brutalną deindustrializację kraju. Posiadali niemal monopol na finansową obsługę kapitału w UE, więc postanowili z tej Unii wyjść. Takich strzałów we własną stopę było więcej – wymieniam tylko te najistotniejsze. Co najgorsze, nie wydaje się, aby ów cykl miał ulec zakończeniu. Gospodarcze recepty Reform UK to thatcheryzm w wersji ekstremalnej, który z tak marnym skutkiem próbowała zaimplementować Liz Truss podczas swojego krótkiego premierowania. Wiara w magiczne właściwości „gospodarki skapywania” i krzywej Laffera jest wśród elit równie silna, co system klasowy i miłość do rodziny królewskiej.

    Między młotem a kowadłem deglobalizacji

    Brytania nie jest pod tym względem odosobniona, ponieważ ekstrema polityczne są obecnie w natarciu w całej Europie. Co prawda nie „dowożą” one wyników tak ekstremalnie, jak obiecują, ale w erze mediów społecznościowych obietnice liczą się bardziej niż rezultaty. Skutkiem jest coraz krótszy cykl polityczny i narastająca niemożność przezwyciężenia impasu. Nawet proeuropejski zwrot, który w erze Trumpa i post-Trumpa wydaje się nieunikniony, będzie zapewne kwestionowany. Czy jednak w relacjach z USA jest przyszłość? Powątpiewam – zwłaszcza w realiach deglobalizującego się świata i rosnących napięć na linii USA – Unia Europejska. Obawiam się, że w tym starciu UK, jako „piąta kolumna” jankeskiej ekstremy, może tylko stracić.

    Mitologia kontra rzeczywistość

    Tym bardziej że podstawowym problemem od lat wydaje się niekontrolowana migracja. Wyjście z UE (Brexit) paradoksalnie zwiększyło jej zakres. Postkolonialna przeszłość sprawia, że Wyspy stają się dogodnym obszarem osiedlania się dla ludności dawnych azjatyckich i afrykańskich kolonii. Ciągły napływ jest obciążeniem zarówno dla systemu opieki socjalnej, jak i dla porządku oraz bezpieczeństwa publicznego. W rezultacie ekstrema niemające do zaoferowania niczego oprócz słabo ukrywanego rasizmu i żądzy odwetu, zaczynają dyrygować polityką wewnętrzną i zagraniczną. Wyjścia z matni nie widać, bo póki co nie uznano jeszcze bankructwa systemu wsparcia socjalnego ani polityki azylowej. Ten moment zbliża się jednak wielkimi krokami.

    A mnie mimo wszystko trochę żal tego mitycznego i nieistniejącego UK Monty Pythona i Czarnej Żmii. Londynu ze Slow Horses i Jersey z Bergeraca. Pewnie już nie dam rady tam pojechać, choćby jako turysta. Był sobie kraj…

    #brexit #DonaldTrump #emigracja #geopolityka #UE #UK #USA #WielkaBrytania
  14. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    UK tonie (znowu), czyli brytyjskie „meh”

    Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii zakończyły się bez zaskoczeń. Partia Pracy, zaledwie dwa lata po potężnym wyborczym triumfie, równie szybko traci poparcie, naśladując w ten sposób losy Partii Konserwatywnej. Triumfatorką jest brytyjska odpowiedniczka polskiej Konfederacji, czyli Reform UK. Ofiarą padł natomiast Keir Starmer – premier grzęznący w kolejnych falach politycznych skandali i borykający się z postbrexitową gospodarką. Otwarte pozostaje pytanie, czy przetrwa następne miesiące, tym bardziej że rzędy lojalnych dotąd partyjnych towarzyszy, wyposażonych w „długie noże” i żądzę władzy, ruszyły już do rozliczeń. Starmer wydaje się dość odporny na kolejne ciosy, co jednak nie zmienia faktu, że pomysłu na Zjednoczone Królestwo nie ma obecnie żadna z aspirujących czy rządzących partii.

    Sto lat żałoby i sueski kac

    Na czym polega problem? W uproszczeniu można powiedzieć, że to ponad 100 lat żałoby po Imperium, ostatecznie dobitym przez kryzys sueski w 1956 roku. Ekonomia UK, silnie niegdyś związana z zamorskimi dominiami, od dekad walczy o wytworzenie samodzielnych motorów wzrostu – i tę walkę przegrywa. Posiadając równolegle relatywnie szczodre programy socjalne i bardzo przyjazne imigrantom (zwłaszcza azylowym) podejście na tle pozostałych krajów europejskich, kraj ten ugrzązł w stagnacji. Ta mieszanka od lat gwarantuje polityczny i gospodarczy paraliż. Kolejno aplikowane recepty nie działają, a gospodarka, która przecież potrafi wytwarzać zaawansowane technologicznie produkty znakomitej jakości, pozostaje w tyle za resztą Europy. Jest to o tyle frapujące, że trudno znaleźć obszary, w których Brytyjczycy nie posiadaliby przewag w zakresie technologii, nauki czy zasobów finansowych. To wszystko jednak nie przekłada się na rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i oczekiwań.

    Mistrzowie marnowania okazji

    Wielka Brytania jest mistrzynią świata w marnowaniu własnych możliwości. To Brytyjczycy nauczyli Azjatów budować samochody, a dziś posiadają jedynie resztki przemysłu motoryzacyjnego, w dodatku w większości pod obcym zarządem. To oni rozpoczęli naftowy boom na Morzu Północnym, ale podczas gdy Norwegowie stworzyli fundusz na ciężkie czasy, hołubiona przez wielu Margaret Thatcher wydała zyski na nieskuteczne obniżki podatków i brutalną deindustrializację kraju. Posiadali niemal monopol na finansową obsługę kapitału w UE, więc postanowili z tej Unii wyjść. Takich strzałów we własną stopę było więcej – wymieniam tylko te najistotniejsze. Co najgorsze, nie wydaje się, aby ów cykl miał ulec zakończeniu. Gospodarcze recepty Reform UK to thatcheryzm w wersji ekstremalnej, który z tak marnym skutkiem próbowała zaimplementować Liz Truss podczas swojego krótkiego premierowania. Wiara w magiczne właściwości „gospodarki skapywania” i krzywej Laffera jest wśród elit równie silna, co system klasowy i miłość do rodziny królewskiej.

    Między młotem a kowadłem deglobalizacji

    Brytania nie jest pod tym względem odosobniona, ponieważ ekstrema polityczne są obecnie w natarciu w całej Europie. Co prawda nie „dowożą” one wyników tak ekstremalnie, jak obiecują, ale w erze mediów społecznościowych obietnice liczą się bardziej niż rezultaty. Skutkiem jest coraz krótszy cykl polityczny i narastająca niemożność przezwyciężenia impasu. Nawet proeuropejski zwrot, który w erze Trumpa i post-Trumpa wydaje się nieunikniony, będzie zapewne kwestionowany. Czy jednak w relacjach z USA jest przyszłość? Powątpiewam – zwłaszcza w realiach deglobalizującego się świata i rosnących napięć na linii USA – Unia Europejska. Obawiam się, że w tym starciu UK, jako „piąta kolumna” jankeskiej ekstremy, może tylko stracić.

    Mitologia kontra rzeczywistość

    Tym bardziej że podstawowym problemem od lat wydaje się niekontrolowana migracja. Wyjście z UE (Brexit) paradoksalnie zwiększyło jej zakres. Postkolonialna przeszłość sprawia, że Wyspy stają się dogodnym obszarem osiedlania się dla ludności dawnych azjatyckich i afrykańskich kolonii. Ciągły napływ jest obciążeniem zarówno dla systemu opieki socjalnej, jak i dla porządku oraz bezpieczeństwa publicznego. W rezultacie ekstrema niemające do zaoferowania niczego oprócz słabo ukrywanego rasizmu i żądzy odwetu, zaczynają dyrygować polityką wewnętrzną i zagraniczną. Wyjścia z matni nie widać, bo póki co nie uznano jeszcze bankructwa systemu wsparcia socjalnego ani polityki azylowej. Ten moment zbliża się jednak wielkimi krokami.

    A mnie mimo wszystko trochę żal tego mitycznego i nieistniejącego UK Monty Pythona i Czarnej Żmii. Londynu ze Slow Horses i Jersey z Bergeraca. Pewnie już nie dam rady tam pojechać, choćby jako turysta. Był sobie kraj…

    #brexit #DonaldTrump #emigracja #geopolityka #UE #UK #USA #WielkaBrytania
  15. zoonpolitikon @zoonpolitikonmigrated.wordpress.com@zoonpolitikonmigrated.wordpress.com ·

    UK tonie (znowu), czyli brytyjskie „meh”

    Wybory lokalne w Wielkiej Brytanii zakończyły się bez zaskoczeń. Partia Pracy, zaledwie dwa lata po potężnym wyborczym triumfie, równie szybko traci poparcie, naśladując w ten sposób losy Partii Konserwatywnej. Triumfatorką jest brytyjska odpowiedniczka polskiej Konfederacji, czyli Reform UK. Ofiarą padł natomiast Keir Starmer – premier grzęznący w kolejnych falach politycznych skandali i borykający się z postbrexitową gospodarką. Otwarte pozostaje pytanie, czy przetrwa następne miesiące, tym bardziej że rzędy lojalnych dotąd partyjnych towarzyszy, wyposażonych w „długie noże” i żądzę władzy, ruszyły już do rozliczeń. Starmer wydaje się dość odporny na kolejne ciosy, co jednak nie zmienia faktu, że pomysłu na Zjednoczone Królestwo nie ma obecnie żadna z aspirujących czy rządzących partii.

    Sto lat żałoby i sueski kac

    Na czym polega problem? W uproszczeniu można powiedzieć, że to ponad 100 lat żałoby po Imperium, ostatecznie dobitym przez kryzys sueski w 1956 roku. Ekonomia UK, silnie niegdyś związana z zamorskimi dominiami, od dekad walczy o wytworzenie samodzielnych motorów wzrostu – i tę walkę przegrywa. Posiadając równolegle relatywnie szczodre programy socjalne i bardzo przyjazne imigrantom (zwłaszcza azylowym) podejście na tle pozostałych krajów europejskich, kraj ten ugrzązł w stagnacji. Ta mieszanka od lat gwarantuje polityczny i gospodarczy paraliż. Kolejno aplikowane recepty nie działają, a gospodarka, która przecież potrafi wytwarzać zaawansowane technologicznie produkty znakomitej jakości, pozostaje w tyle za resztą Europy. Jest to o tyle frapujące, że trudno znaleźć obszary, w których Brytyjczycy nie posiadaliby przewag w zakresie technologii, nauki czy zasobów finansowych. To wszystko jednak nie przekłada się na rozwój gospodarczy na miarę ich ambicji i oczekiwań.

    Mistrzowie marnowania okazji

    Wielka Brytania jest mistrzynią świata w marnowaniu własnych możliwości. To Brytyjczycy nauczyli Azjatów budować samochody, a dziś posiadają jedynie resztki przemysłu motoryzacyjnego, w dodatku w większości pod obcym zarządem. To oni rozpoczęli naftowy boom na Morzu Północnym, ale podczas gdy Norwegowie stworzyli fundusz na ciężkie czasy, hołubiona przez wielu Margaret Thatcher wydała zyski na nieskuteczne obniżki podatków i brutalną deindustrializację kraju. Posiadali niemal monopol na finansową obsługę kapitału w UE, więc postanowili z tej Unii wyjść. Takich strzałów we własną stopę było więcej – wymieniam tylko te najistotniejsze. Co najgorsze, nie wydaje się, aby ów cykl miał ulec zakończeniu. Gospodarcze recepty Reform UK to thatcheryzm w wersji ekstremalnej, który z tak marnym skutkiem próbowała zaimplementować Liz Truss podczas swojego krótkiego premierowania. Wiara w magiczne właściwości „gospodarki skapywania” i krzywej Laffera jest wśród elit równie silna, co system klasowy i miłość do rodziny królewskiej.

    Między młotem a kowadłem deglobalizacji

    Brytania nie jest pod tym względem odosobniona, ponieważ ekstrema polityczne są obecnie w natarciu w całej Europie. Co prawda nie „dowożą” one wyników tak ekstremalnie, jak obiecują, ale w erze mediów społecznościowych obietnice liczą się bardziej niż rezultaty. Skutkiem jest coraz krótszy cykl polityczny i narastająca niemożność przezwyciężenia impasu. Nawet proeuropejski zwrot, który w erze Trumpa i post-Trumpa wydaje się nieunikniony, będzie zapewne kwestionowany. Czy jednak w relacjach z USA jest przyszłość? Powątpiewam – zwłaszcza w realiach deglobalizującego się świata i rosnących napięć na linii USA – Unia Europejska. Obawiam się, że w tym starciu UK, jako „piąta kolumna” jankeskiej ekstremy, może tylko stracić.

    Mitologia kontra rzeczywistość

    Tym bardziej że podstawowym problemem od lat wydaje się niekontrolowana migracja. Wyjście z UE (Brexit) paradoksalnie zwiększyło jej zakres. Postkolonialna przeszłość sprawia, że Wyspy stają się dogodnym obszarem osiedlania się dla ludności dawnych azjatyckich i afrykańskich kolonii. Ciągły napływ jest obciążeniem zarówno dla systemu opieki socjalnej, jak i dla porządku oraz bezpieczeństwa publicznego. W rezultacie ekstrema niemające do zaoferowania niczego oprócz słabo ukrywanego rasizmu i żądzy odwetu, zaczynają dyrygować polityką wewnętrzną i zagraniczną. Wyjścia z matni nie widać, bo póki co nie uznano jeszcze bankructwa systemu wsparcia socjalnego ani polityki azylowej. Ten moment zbliża się jednak wielkimi krokami.

    A mnie mimo wszystko trochę żal tego mitycznego i nieistniejącego UK Monty Pythona i Czarnej Żmii. Londynu ze Slow Horses i Jersey z Bergeraca. Pewnie już nie dam rady tam pojechać, choćby jako turysta. Był sobie kraj…

    #brexit #DonaldTrump #emigracja #geopolityka #UE #UK #USA #WielkaBrytania
  16. Sporo dziś (wczoraj?) wpisów o przekonywaniu znajomych z fb do innych środków komunikacji. Dzielę się tym, co wstawiłem na swój profil, zanim porzuciłem fb.

    Zrobiłem to w arkuszu kalkulacyjnym, zrobiłem zrzut ekranu, zapisał, udostępniłem. Kto chce, niech się częstuje.

    #exitt #deface #emigracja

  17. Sporo dziś (wczoraj?) wpisów o przekonywaniu znajomych z fb do innych środków komunikacji. Dzielę się tym, co wstawiłem na swój profil, zanim porzuciłem fb.

    Zrobiłem to w arkuszu kalkulacyjnym, zrobiłem zrzut ekranu, zapisał, udostępniłem. Kto chce, niech się częstuje.

    #exitt #deface #emigracja

  18. Sporo dziś (wczoraj?) wpisów o przekonywaniu znajomych z fb do innych środków komunikacji. Dzielę się tym, co wstawiłem na swój profil, zanim porzuciłem fb.

    Zrobiłem to w arkuszu kalkulacyjnym, zrobiłem zrzut ekranu, zapisał, udostępniłem. Kto chce, niech się częstuje.

    #exitt #deface #emigracja

  19. Sporo dziś (wczoraj?) wpisów o przekonywaniu znajomych z fb do innych środków komunikacji. Dzielę się tym, co wstawiłem na swój profil, zanim porzuciłem fb.

    Zrobiłem to w arkuszu kalkulacyjnym, zrobiłem zrzut ekranu, zapisał, udostępniłem. Kto chce, niech się częstuje.

    #exitt #deface #emigracja

  20. Sporo dziś (wczoraj?) wpisów o przekonywaniu znajomych z fb do innych środków komunikacji. Dzielę się tym, co wstawiłem na swój profil, zanim porzuciłem fb.

    Zrobiłem to w arkuszu kalkulacyjnym, zrobiłem zrzut ekranu, zapisał, udostępniłem. Kto chce, niech się częstuje.

    #exitt #deface #emigracja

  21. CW: polityka

    Kurcze nie wiem, ale mam straszne obiekcie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich. Widzę polaryzację na linii Trzaskowski <> Mentzen i niestety dominuje przewaga Sławka. Przydałaby się jakaś analiza programowa ww. panów, ale obawiam się, że to będzie czysty populizm.

    jest jeszcze jedna kwestia: emigranci i rzekomo rosnąca liczba wyznawców Islamu na polskich ulicach. Oczywiście, wiem to od starszej osoby, która regularnie ogląda republikę. Wiem głupio zabrzmi, ale faktycznie to już taki realny problem? czy mylimy pojęcia / zdarzenia z wizami, które za bezcen zostały rozdane za poprzedniego rządu ? #polityka #emigracja #wybory

  22. CW: polityka

    Kurcze nie wiem, ale mam straszne obiekcie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich. Widzę polaryzację na linii Trzaskowski <> Mentzen i niestety dominuje przewaga Sławka. Przydałaby się jakaś analiza programowa ww. panów, ale obawiam się, że to będzie czysty populizm.

    jest jeszcze jedna kwestia: emigranci i rzekomo rosnąca liczba wyznawców Islamu na polskich ulicach. Oczywiście, wiem to od starszej osoby, która regularnie ogląda republikę. Wiem głupio zabrzmi, ale faktycznie to już taki realny problem? czy mylimy pojęcia / zdarzenia z wizami, które za bezcen zostały rozdane za poprzedniego rządu ? #polityka #emigracja #wybory

  23. CW: polityka

    Kurcze nie wiem, ale mam straszne obiekcie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich. Widzę polaryzację na linii Trzaskowski <> Mentzen i niestety dominuje przewaga Sławka. Przydałaby się jakaś analiza programowa ww. panów, ale obawiam się, że to będzie czysty populizm.

    jest jeszcze jedna kwestia: emigranci i rzekomo rosnąca liczba wyznawców Islamu na polskich ulicach. Oczywiście, wiem to od starszej osoby, która regularnie ogląda republikę. Wiem głupio zabrzmi, ale faktycznie to już taki realny problem? czy mylimy pojęcia / zdarzenia z wizami, które za bezcen zostały rozdane za poprzedniego rządu ? #polityka #emigracja #wybory

  24. CW: polityka

    Kurcze nie wiem, ale mam straszne obiekcie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich. Widzę polaryzację na linii Trzaskowski <> Mentzen i niestety dominuje przewaga Sławka. Przydałaby się jakaś analiza programowa ww. panów, ale obawiam się, że to będzie czysty populizm.

    jest jeszcze jedna kwestia: emigranci i rzekomo rosnąca liczba wyznawców Islamu na polskich ulicach. Oczywiście, wiem to od starszej osoby, która regularnie ogląda republikę. Wiem głupio zabrzmi, ale faktycznie to już taki realny problem? czy mylimy pojęcia / zdarzenia z wizami, które za bezcen zostały rozdane za poprzedniego rządu ? #polityka #emigracja #wybory

  25. CW: polityka

    Kurcze nie wiem, ale mam straszne obiekcie na temat nadchodzących wyborów prezydenckich. Widzę polaryzację na linii Trzaskowski <> Mentzen i niestety dominuje przewaga Sławka. Przydałaby się jakaś analiza programowa ww. panów, ale obawiam się, że to będzie czysty populizm.

    jest jeszcze jedna kwestia: emigranci i rzekomo rosnąca liczba wyznawców Islamu na polskich ulicach. Oczywiście, wiem to od starszej osoby, która regularnie ogląda republikę. Wiem głupio zabrzmi, ale faktycznie to już taki realny problem? czy mylimy pojęcia / zdarzenia z wizami, które za bezcen zostały rozdane za poprzedniego rządu ? #polityka #emigracja #wybory

  26. 📺 #Czaban:

    "Pochodzi z Erytrei - państwa, gdzie od lat trwa konflikt zbrojny, ludzie są prześladowani. Senait Cieplińska mieszka w Polsce już od dwudziestu lat. Nie zapomina o tych, którzy wciąż szukają bezpiecznego schronienia i muszą uciekać ze swoich ojczyzn oraz o tych, którzy ratują ich w polskich lasach.
    Rozmawiałem z nią podczas gali Fundacji dla Migrantów Dobry Start."

    youtube.com/watch?v=jiCr5DsV6Z

    #społeczeństwo #migracja #emigracja #prawaczlowieka

  27. 📺 #Czaban:

    "Pochodzi z Erytrei - państwa, gdzie od lat trwa konflikt zbrojny, ludzie są prześladowani. Senait Cieplińska mieszka w Polsce już od dwudziestu lat. Nie zapomina o tych, którzy wciąż szukają bezpiecznego schronienia i muszą uciekać ze swoich ojczyzn oraz o tych, którzy ratują ich w polskich lasach.
    Rozmawiałem z nią podczas gali Fundacji dla Migrantów Dobry Start."

    youtube.com/watch?v=jiCr5DsV6Z

    #społeczeństwo #migracja #emigracja #prawaczlowieka

  28. 📺 #Czaban:

    "Pochodzi z Erytrei - państwa, gdzie od lat trwa konflikt zbrojny, ludzie są prześladowani. Senait Cieplińska mieszka w Polsce już od dwudziestu lat. Nie zapomina o tych, którzy wciąż szukają bezpiecznego schronienia i muszą uciekać ze swoich ojczyzn oraz o tych, którzy ratują ich w polskich lasach.
    Rozmawiałem z nią podczas gali Fundacji dla Migrantów Dobry Start."

    youtube.com/watch?v=jiCr5DsV6Z

    #społeczeństwo #migracja #emigracja #prawaczlowieka

  29. 📺 #Czaban:

    "Pochodzi z Erytrei - państwa, gdzie od lat trwa konflikt zbrojny, ludzie są prześladowani. Senait Cieplińska mieszka w Polsce już od dwudziestu lat. Nie zapomina o tych, którzy wciąż szukają bezpiecznego schronienia i muszą uciekać ze swoich ojczyzn oraz o tych, którzy ratują ich w polskich lasach.
    Rozmawiałem z nią podczas gali Fundacji dla Migrantów Dobry Start."

    youtube.com/watch?v=jiCr5DsV6Z

    #społeczeństwo #migracja #emigracja #prawaczlowieka

  30. 📺 #Czaban:

    "Pochodzi z Erytrei - państwa, gdzie od lat trwa konflikt zbrojny, ludzie są prześladowani. Senait Cieplińska mieszka w Polsce już od dwudziestu lat. Nie zapomina o tych, którzy wciąż szukają bezpiecznego schronienia i muszą uciekać ze swoich ojczyzn oraz o tych, którzy ratują ich w polskich lasach.
    Rozmawiałem z nią podczas gali Fundacji dla Migrantów Dobry Start."

    youtube.com/watch?v=jiCr5DsV6Z

    #społeczeństwo #migracja #emigracja #prawaczlowieka

  31. Jacek Dehnel rezygnuje z Berlina. "Słysząc polszczyznę, robią jakieś dzikie miny" | Newsweek

    archive.ph/fCQcT

    #Berlin #emigracja

  32. Jacek Dehnel rezygnuje z Berlina. "Słysząc polszczyznę, robią jakieś dzikie miny" | Newsweek

    archive.ph/fCQcT

  33. Nie wiem jak rozwijają się tu obrazki ale domyślam się że trzeba kliknąć żeby zobaczyć całość.

    #emigracja #komiks

  34. Nie wiem jak rozwijają się tu obrazki ale domyślam się że trzeba kliknąć żeby zobaczyć całość.

    #emigracja #komiks

  35. Nie wiem jak rozwijają się tu obrazki ale domyślam się że trzeba kliknąć żeby zobaczyć całość.

    #emigracja #komiks

  36. 13,3 % Polaków rozważa emigrację w najbliższym roku.
    Głównym powodem nadal są czynniki finansowe (63,4%), lepszy standard życia i warunki socjalne za granicą (40,9%) oraz brak odpowiedniej pracy w Polsce (30,1%).

    #emigracja #PrzyczynyEmigracjiPolaków

    tvn24.pl/biznes/z-kraju/tylu-p

  37. Proszę Państwa, dzisiaj jest Canada Day. I wiecie co? To dobry moment, żeby opowiedzieć wam trochę o tym dziwnym kraju i o tym, jak się w nim żyje. Bo po 2 latach mogę powiedzieć jedno — tu jest zajebiście mi dobrze i będę starał się z żoną o stały pobyt.

    Zacznijmy może od zabawnego faktu — Kanada jest w pełni niepodległym państwem od 1982 roku. Wcześniej mniej lub bardziej była zależna od Wielkiej Brytanii. Mimo uzyskania niepodległości zostało nam trochę naleciałości — wciąż mamy króla jako formalnego władcę, ale zasadniczo nikt się nim nie przejmuje.

    To, co mnie urzeka w Kanadzie, jak dużo praw tutaj skonstruowanych jest przeciwko dyskryminacji i widać to na każdym kroku. Przykład? Jeśli aplikujesz o pracę i składasz CV (w zasadzie resume, ale mniejsza), nie powinno ono zawierać twojej daty urodzenia, płci, zdjęcia. Dlaczego? Bo te informacje mogą być powodem dyskryminacji. Nikt tego nie chce, prawda?

    Kanada to kraj pełen emigrantów — słychać to bardzo często. W 2023 w Kanadzie prawie 500 tysięcy osób dostało stały pobyt. Emigrowanie do Kanady jest o wiele łatwiejsze, niż do USA, chociaż oczywiście nie pobije tego co mamy w UE jako członkowie UE. Ale przede wszystkim, Polacy do wjazdu do Kanady nie potrzebują wizy, wystarczy nam eTA, którą uzyskuje się w kilka chwil. Na tej podstawie w Kanadzie można przebywać do 6 miesięcy, ale bez pozwolenia na pracę. Ja mogę przebywać w Kanadzie do końca maja przyszłego roku, jeśli nie przedłużę swojego pozwolenia na pracę albo nie zamienię go na stały pobyt.

    Kanada jest ogromna, jednak większość ludzi mieszka na terenach przygranicznych z USA. Miejsce, w którym ja mieszkam, jest najbardziej wysuniętym na południe terytorium Kanady — do granicy z USA w Detroit mamy jakieś dwie drogi jazdy. No i oczywiście jest jezioro Erie, które oddziela moją prowincję od stanu Ohio. Na wschodzie moja prowincja graniczy też ze stanem Nowy Jork.

    Zimy są zimne, lata są ciepłe. Klimat, który panuje u mnie, podobny jest do tego w Polsce, chociaż wysokość geograficzna mojego Fałszywego Londynu bliżej ma do Barcelony, niż do Warszawy. Osobiście narzekam tylko na zimy, ale to kwestia tego, że moje osiedle jest oddalone od cywilizacji i niestety w zimie ciężko się tu spaceruje.

    Bo niestety, amerykańskie osiedla mają swoje minusy — to, na którym mieszkam, jest mocno dostosowane pod samochody. Do przystanku autobusowego mam 1,3 km - co przekłada się na spacer w dobrych warunkach na 20 minut. Do apteki mam już dwa kilometry, a do najbliższego marketu mam już prawie 4 kilometry. Na szczęście, istnieje Instacart, który bardzo dobrze sobie radzi z dostawami zakupów do domu.

    Co jeszcze? Pewnie bardzo dużo. Ale powiem wam jedno - w tym kraju naprawdę fajnie się żyje i widać to, że ludzie obok dbają o siebie. I właśnie zdałem sobie sprawę, że nie mam żadnego patriotycznego merchu na dzień Kanady. Za rok nadrobię!

    #canada #polaknaemigracji #emigrant #emigracja

  38. 📰 " Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim Zamiejscowy Wydział Karny w Siemiatyczach uniewinnił czworo aktywistów. Sąd uznał, że rozporządzenia Wojewody nie mogą stanowić podstawy odpowiedzialności w ramach wykroczenia, o którym mowa w art. 54 Kodeksu wykroczeń. Przepis ten pozwala na karanie za naruszenie przepisów porządkowych regulujących zachowanie się w miejscach publicznych. Sąd wskazał, że rozporządzenia Wojewody nie są przepisami porządkowymi dotyczącymi zachowania się w miejscach publicznych.

    Dodatkowo sąd stwierdził, że w rzeczywistości osoby nie złamały zakazu przekazywania przedmiotów przez linię granicy z Białorusią. Sąd ustalił, że mur nie stoi dokładnie w linii granicy, ale został wybudowany po stronie polskiej, około 1-2 metry od granicy. Natomiast osoby przekładały rzeczy przez płot i kładły je tuż za nim, czyli jeszcze na pasie ziemi, który stanowi terytorium RP."

    Całość:
    rp.pl/prawo-dla-ciebie/art3946

    #migracja #granica #sąd #emigracja

  39. 📰 " Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim Zamiejscowy Wydział Karny w Siemiatyczach uniewinnił czworo aktywistów. Sąd uznał, że rozporządzenia Wojewody nie mogą stanowić podstawy odpowiedzialności w ramach wykroczenia, o którym mowa w art. 54 Kodeksu wykroczeń. Przepis ten pozwala na karanie za naruszenie przepisów porządkowych regulujących zachowanie się w miejscach publicznych. Sąd wskazał, że rozporządzenia Wojewody nie są przepisami porządkowymi dotyczącymi zachowania się w miejscach publicznych.

    Dodatkowo sąd stwierdził, że w rzeczywistości osoby nie złamały zakazu przekazywania przedmiotów przez linię granicy z Białorusią. Sąd ustalił, że mur nie stoi dokładnie w linii granicy, ale został wybudowany po stronie polskiej, około 1-2 metry od granicy. Natomiast osoby przekładały rzeczy przez płot i kładły je tuż za nim, czyli jeszcze na pasie ziemi, który stanowi terytorium RP."

    Całość:
    rp.pl/prawo-dla-ciebie/art3946

    #migracja #granica #sąd #emigracja

  40. 📰 " Sąd Rejonowy w Bielsku Podlaskim Zamiejscowy Wydział Karny w Siemiatyczach uniewinnił czworo aktywistów. Sąd uznał, że rozporządzenia Wojewody nie mogą stanowić podstawy odpowiedzialności w ramach wykroczenia, o którym mowa w art. 54 Kodeksu wykroczeń. Przepis ten pozwala na karanie za naruszenie przepisów porządkowych regulujących zachowanie się w miejscach publicznych. Sąd wskazał, że rozporządzenia Wojewody nie są przepisami porządkowymi dotyczącymi zachowania się w miejscach publicznych.

    Dodatkowo sąd stwierdził, że w rzeczywistości osoby nie złamały zakazu przekazywania przedmiotów przez linię granicy z Białorusią. Sąd ustalił, że mur nie stoi dokładnie w linii granicy, ale został wybudowany po stronie polskiej, około 1-2 metry od granicy. Natomiast osoby przekładały rzeczy przez płot i kładły je tuż za nim, czyli jeszcze na pasie ziemi, który stanowi terytorium RP."

    Całość:
    rp.pl/prawo-dla-ciebie/art3946

    #migracja #granica #sąd #emigracja