home.social

#platyna — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #platyna, aggregated by home.social.

  1. Lost Records: Bloom & Rage to zeszłoroczna produkcja twórców Life Is Strange, przy czym warto zaznaczyć: mam tu na myśli dwie pierwsze odsłony tej serii, a nie Before the Storm, True Colors czy Double Exposure, za które odpowiadało studio Deck Nine. Z kolei Don't Nod długo szukało drogi powrotnej do nowoczesnych, angażujących emocjonalnie przygodówek, ale mam wrażenie, że w końcu ją odnalazło.

    Więcej na ten temat rozpisałem się na Backloggdzie: backloggd.com/u/elrajmundo/rev

    #giereczkowo #LifeIsStrange #LostRecords #platyna i oznaczam @Narwana_Games zgodnie z prośbą 😀

  2. Lost Records: Bloom & Rage to zeszłoroczna produkcja twórców Life Is Strange, przy czym warto zaznaczyć: mam tu na myśli dwie pierwsze odsłony tej serii, a nie Before the Storm, True Colors czy Double Exposure, za które odpowiadało studio Deck Nine. Z kolei Don't Nod długo szukało drogi powrotnej do nowoczesnych, angażujących emocjonalnie przygodówek, ale mam wrażenie, że w końcu ją odnalazło.

    Więcej na ten temat rozpisałem się na Backloggdzie: backloggd.com/u/elrajmundo/rev

    #giereczkowo #LifeIsStrange #LostRecords #platyna i oznaczam @Narwana_Games zgodnie z prośbą 😀

  3. No i kolejne marzenie spełnione w tym roku! Wreszcie wbiłem setną platynę na PlayStation 🏆

    Rok temu wymyśliłem sobie, że na tę specjalną okazję wybiorę równie specjalną dla mnie grę: Silent Hilla 2 - ale nie zeszłoroczny remake (w którym platyna jest banalna), lecz fatalny port HD z PS3. Pucharek ten słynie z tego, jak koszmarnie trudno go zdobyć, ale uparłem się... i nawet nie wiem, gdzie zacząć.

    Największy problem polega na tym, że musimy zdobyć Hyper Spray, który dostajemy po przejściu gry z oceną 10/10. Aby tego dokonać, trzeba uprzednio odblokować wszystkie pozostałe zakończenia, następnie zacząć NG+ na najwyższym poziomie zarówno skomplikowania łamigłówek, jak i trudności walk, zebrać ponad 150 przedmiotów i pozbawić życia 150 przeciwników (po 75 bronią białą oraz palną), ale nie odnosząc przy tym więcej niż 500 punktów obrażeń. Do tego przepłynąć Toluca Lake w mniej niż 80 sekund, a wszystko to w mniej niż 3 godziny i przy użyciu nie więcej niż 2 sejwów.

    Przeszedłem tę grę przez ostatnie 20 lat wielokrotnie, wydawało mi się, że znam ją bardzo dobrze, ale jak bardzo się myliłem! Zdecydowanie najtrudniejsze okazało się zmieszczenie w limicie 500 pkt. obrażeń - niestety zebrałem ich trochę w tzw. międzyczasie, przez co ostatni segment (w tym najcięższego bossa) musiałem wyćwiczyć do tego stopnia, by przechodzić je hitless. Sytuacji nie ułatwia fakt, że port na PS3 słynie z tego, jak bardzo jest skopany, a to jeszcze bardzo utrudnia wszelkie pojedynki (np. za sprawą ok. 2-sekundowego laga po wychodzeniu z inventory, pomijaniu filmików itp.).

    Masakra. Kiedyś chyba napiszę książkę o tym wyczynie, tymczasem dawno nie czułem takiej satysfakcji, no i ulgi 🙃

    #giereczkowo #gry #SilentHill #PlayStation #platyna

  4. Nie ma to jak raz na jakiś czas zagrać sobie w jakąś oldschoolową przygodówkę. Szczególnie jeśli łączy wątki cyberpunkowe z bagiennym klimatem południowych Stanów Zjednoczonych, tak jak robi to #Norco.

    Norco opowiada historię Kay Madere, która wraca po latach do tytułowej mieściny w Luizjanie. Niedawno zmarła jej matka, a wiecznie sprawiający problemy brat - zaginął. Została tylko androidka Million, by przybliżyć nam ostatnie wydarzenia w rodzinnych stronach. A te skrywają znacznie więcej sekretów, niż początkowo się spodziewamy... Norco było wielokrotnie nagradzane za to, jak świetnie napisano jego fabułę, dialogi i cały setting - mogę się do tych pochwał tylko przychylić. Pod względem zniszczonego luizjańskiego zadupia kojarzyło mi się z 1. sezonem "True Detective". Przede wszystkim jednak od początku intryguje światem przedstawionym i wciąga losami zaprezentowanych nam postaci.

    Co jeszcze ważniejsze, przy tak pieczołowicie ukształtowanej narracji nie rozczarowuje wcale jako gra. Mamy tu "mapę umysłu", całkiem podobną do tej z Alana Wake'a 2, gdzie na podstawie przeprowadzonych rozmów odblokowujemy kolejne przemyślenia. To skuteczny mechanizm eliminujący tak powszechny w klasycznych przygodówkach problem, kiedy nie wiemy, co robić dalej. Norco nie nuży również kombinowaniem ze zbieranymi przedmiotami czy absurdalnymi łamigłówkami. Te nieliczne są naturalnie wplecione w historię, a rozgrywkę co chwila urozmaica np. pływanie małym stateczkiem po mapie luizjańskiego bagna czy prosty system walk turowych.

    Twórca gry, niejaki Yuts, wychował się w prawdziwym Norco i stworzył grę na podstawie własnego dokumentu, w którym prezentował wpływ huraganu Katrina na Luizjanę. To tłumaczy, czemu historia ma tak osobisty charakter i potrafi poruszyć najtwardszego gracza, a w budowaniu świata czuć mnóstwo włożonego researchu. Dodajmy do tego piękną, pixelartową oprawę graficzną i odpowiednio klimatyczną muzykę, a w efekcie wyjdzie gra, którą mogę tylko gorąco polecić.

    #giereczkowo #gry #cyberpunk #southerngothic #platyna

  5. Nie ma to jak raz na jakiś czas zagrać sobie w jakąś oldschoolową przygodówkę. Szczególnie jeśli łączy wątki cyberpunkowe z bagiennym klimatem południowych Stanów Zjednoczonych, tak jak robi to #Norco.

    Norco opowiada historię Kay Madere, która wraca po latach do tytułowej mieściny w Luizjanie. Niedawno zmarła jej matka, a wiecznie sprawiający problemy brat - zaginął. Została tylko androidka Million, by przybliżyć nam ostatnie wydarzenia w rodzinnych stronach. A te skrywają znacznie więcej sekretów, niż początkowo się spodziewamy... Norco było wielokrotnie nagradzane za to, jak świetnie napisano jego fabułę, dialogi i cały setting - mogę się do tych pochwał tylko przychylić. Pod względem zniszczonego luizjańskiego zadupia kojarzyło mi się z 1. sezonem "True Detective". Przede wszystkim jednak od początku intryguje światem przedstawionym i wciąga losami zaprezentowanych nam postaci.

    Co jeszcze ważniejsze, przy tak pieczołowicie ukształtowanej narracji nie rozczarowuje wcale jako gra. Mamy tu "mapę umysłu", całkiem podobną do tej z Alana Wake'a 2, gdzie na podstawie przeprowadzonych rozmów odblokowujemy kolejne przemyślenia. To skuteczny mechanizm eliminujący tak powszechny w klasycznych przygodówkach problem, kiedy nie wiemy, co robić dalej. Norco nie nuży również kombinowaniem ze zbieranymi przedmiotami czy absurdalnymi łamigłówkami. Te nieliczne są naturalnie wplecione w historię, a rozgrywkę co chwila urozmaica np. pływanie małym stateczkiem po mapie luizjańskiego bagna czy prosty system walk turowych.

    Twórca gry, niejaki Yuts, wychował się w prawdziwym Norco i stworzył grę na podstawie własnego dokumentu, w którym prezentował wpływ huraganu Katrina na Luizjanę. To tłumaczy, czemu historia ma tak osobisty charakter i potrafi poruszyć najtwardszego gracza, a w budowaniu świata czuć mnóstwo włożonego researchu. Dodajmy do tego piękną, pixelartową oprawę graficzną i odpowiednio klimatyczną muzykę, a w efekcie wyjdzie gra, którą mogę tylko gorąco polecić.

    #giereczkowo #gry #cyberpunk #southerngothic #platyna

  6. Nie ma to jak raz na jakiś czas zagrać sobie w jakąś oldschoolową przygodówkę. Szczególnie jeśli łączy wątki cyberpunkowe z bagiennym klimatem południowych Stanów Zjednoczonych, tak jak robi to #Norco.

    Norco opowiada historię Kay Madere, która wraca po latach do tytułowej mieściny w Luizjanie. Niedawno zmarła jej matka, a wiecznie sprawiający problemy brat - zaginął. Została tylko androidka Million, by przybliżyć nam ostatnie wydarzenia w rodzinnych stronach. A te skrywają znacznie więcej sekretów, niż początkowo się spodziewamy... Norco było wielokrotnie nagradzane za to, jak świetnie napisano jego fabułę, dialogi i cały setting - mogę się do tych pochwał tylko przychylić. Pod względem zniszczonego luizjańskiego zadupia kojarzyło mi się z 1. sezonem "True Detective". Przede wszystkim jednak od początku intryguje światem przedstawionym i wciąga losami zaprezentowanych nam postaci.

    Co jeszcze ważniejsze, przy tak pieczołowicie ukształtowanej narracji nie rozczarowuje wcale jako gra. Mamy tu "mapę umysłu", całkiem podobną do tej z Alana Wake'a 2, gdzie na podstawie przeprowadzonych rozmów odblokowujemy kolejne przemyślenia. To skuteczny mechanizm eliminujący tak powszechny w klasycznych przygodówkach problem, kiedy nie wiemy, co robić dalej. Norco nie nuży również kombinowaniem ze zbieranymi przedmiotami czy absurdalnymi łamigłówkami. Te nieliczne są naturalnie wplecione w historię, a rozgrywkę co chwila urozmaica np. pływanie małym stateczkiem po mapie luizjańskiego bagna czy prosty system walk turowych.

    Twórca gry, niejaki Yuts, wychował się w prawdziwym Norco i stworzył grę na podstawie własnego dokumentu, w którym prezentował wpływ huraganu Katrina na Luizjanę. To tłumaczy, czemu historia ma tak osobisty charakter i potrafi poruszyć najtwardszego gracza, a w budowaniu świata czuć mnóstwo włożonego researchu. Dodajmy do tego piękną, pixelartową oprawę graficzną i odpowiednio klimatyczną muzykę, a w efekcie wyjdzie gra, którą mogę tylko gorąco polecić.

    #giereczkowo #gry #cyberpunk #southerngothic #platyna

  7. Nie ma to jak raz na jakiś czas zagrać sobie w jakąś oldschoolową przygodówkę. Szczególnie jeśli łączy wątki cyberpunkowe z bagiennym klimatem południowych Stanów Zjednoczonych, tak jak robi to #Norco.

    Norco opowiada historię Kay Madere, która wraca po latach do tytułowej mieściny w Luizjanie. Niedawno zmarła jej matka, a wiecznie sprawiający problemy brat - zaginął. Została tylko androidka Million, by przybliżyć nam ostatnie wydarzenia w rodzinnych stronach. A te skrywają znacznie więcej sekretów, niż początkowo się spodziewamy... Norco było wielokrotnie nagradzane za to, jak świetnie napisano jego fabułę, dialogi i cały setting - mogę się do tych pochwał tylko przychylić. Pod względem zniszczonego luizjańskiego zadupia kojarzyło mi się z 1. sezonem "True Detective". Przede wszystkim jednak od początku intryguje światem przedstawionym i wciąga losami zaprezentowanych nam postaci.

    Co jeszcze ważniejsze, przy tak pieczołowicie ukształtowanej narracji nie rozczarowuje wcale jako gra. Mamy tu "mapę umysłu", całkiem podobną do tej z Alana Wake'a 2, gdzie na podstawie przeprowadzonych rozmów odblokowujemy kolejne przemyślenia. To skuteczny mechanizm eliminujący tak powszechny w klasycznych przygodówkach problem, kiedy nie wiemy, co robić dalej. Norco nie nuży również kombinowaniem ze zbieranymi przedmiotami czy absurdalnymi łamigłówkami. Te nieliczne są naturalnie wplecione w historię, a rozgrywkę co chwila urozmaica np. pływanie małym stateczkiem po mapie luizjańskiego bagna czy prosty system walk turowych.

    Twórca gry, niejaki Yuts, wychował się w prawdziwym Norco i stworzył grę na podstawie własnego dokumentu, w którym prezentował wpływ huraganu Katrina na Luizjanę. To tłumaczy, czemu historia ma tak osobisty charakter i potrafi poruszyć najtwardszego gracza, a w budowaniu świata czuć mnóstwo włożonego researchu. Dodajmy do tego piękną, pixelartową oprawę graficzną i odpowiednio klimatyczną muzykę, a w efekcie wyjdzie gra, którą mogę tylko gorąco polecić.

    #giereczkowo #gry #cyberpunk #southerngothic #platyna

  8. Jakieś 10 lat temu zachwyciłem się Shadowrunem: światem, w którym cyberpunkowe korporacje i wirtualna rzeczywistość łączą się z trollami czy magią rodem z fantasy. Takie mieszanki intrygowały mnie już od czasów Arcanum.

    Ostatnio wróciłem do Shadowrun Returns, pierwszej odsłony późniejszej trylogii. Na papierze to spełnienie marzeń fana oldschoolowych izometrycznych erpegów z turowym systemem walki wymagającym odrobiny taktyki. I w praktyce też działa to całkiem nieźle, choć trudno oprzeć się wrażeniu, że Shadowrun Returns to zaledwie przygrywka, nieśmiałe testowanie rozwiązań, które na pełną skalę zostaną rozwinięte w dwóch późniejszych odsłonach.

    Punktem wyjścia jest zabójstwo pewnego hakera i naszego dawnego kompana, który zleca nam wyjaśnienie swojej śmierci (oczywiście za sowitą opłatą). Szybko okazuje się, że to, co wygląda w pierwszej chwili na sprawkę lokalnego seryjnego mordercy, to w rzeczywistości intryga zakrojona na szerszą skalę...

    Historia nie jest zła, ale w pewnym momencie zaczyna się dłużyć i daleko jej do opowieści z Shadowrun: Dragonfall. Postaci odgrywają tu jakąś rolę, ale chyba tylko złowieszcza siostra naszego zmarłego kolegi została mi w pamięci na dłużej - w odróżnieniu do fenomenalnych bohaterów Dragonfalla, których do dziś pamiętam z imienia. I tak jest w zasadzie ze wszystkim: misje są ok, choć niewiele z nich rozbudowano, ich tereny pozwalają na niewielką swobodę, a statystyki protagonisty nie odgrywają aż takiej roli, jak w kolejnych grach.

    Ale przynajmniej Shadowrun Returns to w miarę niedługa, kompaktowa przygoda. Dragonfall - a szczególnie Hong Kong! - to już znacznie dłuższe kolosy, które często z gry taktycznej zamieniają się w niekończącego się ebooka.

    Aha, nie polecam portu na PS5 - sterowanie jest niewygodne, co jakiś czas dokuczają bugi, a do tego utwory ścieżki dźwiękowej nakładają się na siebie, tworząc jakąś kakofonię. To ostatnie szczególnie boli, bo soundtracki ze wszystkich Shadowrunów to mistrzostwo świata!

    #giereczkowo #Shadowrun #platyna #rpg #cyberpunk

  9. Dobra, #Prodeus - kilka osób mówiło mi, że fajne i żebym sobie kiedyś zagrał, ale tu trzeba dosadnie: rzućcie wszystko, co właśnie robicie, i idźcie grać w Prodeusa. Przynajmniej jeśli wychowaliście się na klasycznych Doomach.

    Bo to właśnie mógłby być prawdziwy Doom 3. Z jednej strony mamy nowoczesne systemy dynamicznego oświetlenia i efektów cząsteczkowych, z drugiej: dwuwymiarowe sprite'y zombie marines, demonów i innych maszkar z piekła rodem, które od razu przywołują na myśl potwory z gier id Software. Wszystkie przerobimy na piękną, rozpikselowaną kupę krwi i mięcha dzięki zróżnicowanemu asortymentowi broni. Widać, że twórcy przyłożyli się do ich projektowania i każda zapewnia czystą radość rozwałki, czy to klasyczny shotgun, czy wyrzutnia rakiet, czy też pistolety maszynowe. Ponadto każda broń ma 2 tryby strzelania, a niektóre nawet po kilka dodatkowych wariantów.

    Prodeus może pochwalić się wspaniałymi projektami poziomów (tak, jak lubię najbardziej: dużo nieprzesadnie wielkich plansz najeżonych sekretami), do tego wygląda i brzmi znakomicie, ale przede wszystkim zapewnia zmiksowaną dawkę frajdy i adrenaliny w dokładnie takich proporcjach, jak klasyczne Doomy. Do tego dochodzi ogromne wsparcie społeczności: nawet na konsolach dostajemy edytor poziomów ze wszystkimi możliwościami, do jakich mieli dostęp twórcy gry, dzięki czemu gracze zapewniają stały dopływ nowych kampanii. Jak nietrudno było się spodziewać, są już próby odwzorowania oryginalnego Dooma czy Quake'a. Mamy też tryby multiplayer, więc o nudę nie musimy się martwić.

    Krótko mówiąc: gorąco polecam. W moim rankingu to ścisła topka boomer shooterów ostatnich lat, a wbijanie platyny było czystą przyjemnością.

    #giereczkowo #boomershooter #fps #platyna

  10. Dobra, #Prodeus - kilka osób mówiło mi, że fajne i żebym sobie kiedyś zagrał, ale tu trzeba dosadnie: rzućcie wszystko, co właśnie robicie, i idźcie grać w Prodeusa. Przynajmniej jeśli wychowaliście się na klasycznych Doomach.

    Bo to właśnie mógłby być prawdziwy Doom 3. Z jednej strony mamy nowoczesne systemy dynamicznego oświetlenia i efektów cząsteczkowych, z drugiej: dwuwymiarowe sprite'y zombie marines, demonów i innych maszkar z piekła rodem, które od razu przywołują na myśl potwory z gier id Software. Wszystkie przerobimy na piękną, rozpikselowaną kupę krwi i mięcha dzięki zróżnicowanemu asortymentowi broni. Widać, że twórcy przyłożyli się do ich projektowania i każda zapewnia czystą radość rozwałki, czy to klasyczny shotgun, czy wyrzutnia rakiet, czy też pistolety maszynowe. Ponadto każda broń ma 2 tryby strzelania, a niektóre nawet po kilka dodatkowych wariantów.

    Prodeus może pochwalić się wspaniałymi projektami poziomów (tak, jak lubię najbardziej: dużo nieprzesadnie wielkich plansz najeżonych sekretami), do tego wygląda i brzmi znakomicie, ale przede wszystkim zapewnia zmiksowaną dawkę frajdy i adrenaliny w dokładnie takich proporcjach, jak klasyczne Doomy. Do tego dochodzi ogromne wsparcie społeczności: nawet na konsolach dostajemy edytor poziomów ze wszystkimi możliwościami, do jakich mieli dostęp twórcy gry, dzięki czemu gracze zapewniają stały dopływ nowych kampanii. Jak nietrudno było się spodziewać, są już próby odwzorowania oryginalnego Dooma czy Quake'a. Mamy też tryby multiplayer, więc o nudę nie musimy się martwić.

    Krótko mówiąc: gorąco polecam. W moim rankingu to ścisła topka boomer shooterów ostatnich lat, a wbijanie platyny było czystą przyjemnością.

    #giereczkowo #boomershooter #fps #platyna

  11. Pod choinkę dostałem Tiny Tina's Wonderlands, więc wreszcie mogłem nadrobić spin-off jednej z moich ulubionych serii, który jakoś dotąd przelatywał mi koło nosa. Borderlands 3 miało wiele niezaprzeczalnych zalet, ale w moich wspomnieniach nie dorównuje genialnej "dwójce". I #Wonderlands wreszcie uświadomiło mi, czego tam brakowało.

    SZALEŃSTWO! ABSURDALNY HUMOR! EKSPLOZJE! Mimo że uwielbiam założenia tej serii, nie spieszyło mi się sięgać po Wonderlands, bo czułem już trochę przesyt taką formułą. Teraz widzę, że to był błąd, bo powrót do erpegowej sesji Tiny Tiny (sic!) całkiem nieźle odświeża borderlandsowe uniwersum. Wszystko oczywiście wciąż oparte jest na mechanice looter shootera, ale mamy choćby przepełniony sekretami i przypadkowymi walkami świat gry, który przemierzamy w widoku z lotu ptaka. Znowu bawiłem się jak głupi przy sidequestach toczących bekę z serii Monkey Island (Bones Three-wood to doskonałe imię dla szkieletu) czy The Ditcher... sami dobierzcie rym i zgadnijcie, do czego nawiązywał.

    Pod tym wszystkim jest nawet jakaś warstwa poważniejszych tematów, ale daleko im do tego, co prezentował pamiętny Assault on Dragon Keep. No i właśnie: co chwila wracamy do Borderlands 2 i chyba już zawsze cała seria będzie tkwiła w cieniu tamtej odsłony. Wonderlands walczy z wtórnością na wielu polach i momentami udaje mu się całkiem nieźle. Wciąż jednak nie rozpatrywałbym go w kategorii czegoś więcej niż jednorazowego, całkiem sympatycznego odskoku w bok, który nie przytłacza ogromem świata jak mogłoby dziś uczynić Borderlands 3 z kompletem dodatków.

    Podobno Gearbox już rozwija równolegle zarówno Borderlands 4, jak i Wonderlands 2. Nie jestem przekonany co do tego, czy to aby na pewno taki dobry pomysł, by czynić z opowieści Tiny Tiny osobną markę. Co by tam jednak nie było obecnie w produkcji, życzę ekipie Randy'ego Pitchforda, by bez wahania odpięła wrotki i zaszalała tym razem po całości.

    PS No i jest pierwsza #platyna w tym roku.

    #Borderlands #TinyTinasWonderlands #giereczkowo

  12. Wiedziałem, że #Stray mnie zachwyci, bo to w końcu #cyberpunk i #koty w jednym.

    Urzekł mnie oczywiście główny bohater i zamieszkałe przez starożytne roboty miasto, które tylko zachęca do wertykalnej eksploracji. Ale tego się spodziewałem. Nie przewidziałem natomiast, jak przemyślany będzie tu każdy trybik. Łatwo byłoby rozwałkować tę fabułę niczym w GoW: Ragnarok albo przesadzić z łamigłówkami. A wszystko zostało idealnie wyważone. Piękna gra.

    No i jest pierwsza #platyna w 2023.

    #giereczkowo