Jak myślicie, jakie znaczenie ma dla pracodawcy/współpracowników wasza diagnoza? Otóż dokładnie takie samo, jak w 1975 diagnoza wpisana w orzeczenie o zdolności do obowiązków szkolnych. Żadne.
To nie jest widoczna niepełnosprawność. Inni się tak nie zachowują. Pipsztycka też ma diagnozę i zobacz, jak sobie dobrze radzi. Musisz to kontrolować.
Nikt nie wierzy, że komunikatywny, bystry, funkcjonujący w miarę normalnie człowiek może sobie nie radzić i pewnych zachowań nie kontrolować.
Zostało mi 2,5 roku do emerytury...
I ciągle co jakiś czas jestem wzywana na rozmowy dyscyplinujące, bo komuś nie odpisałam wystarczająco uniżenie przed obliczem przełożonego, wyglądu nie mam lichego i durnowatego albo kalambur, który wymknął mi się podczas rozmowy o świetle i ciemności, był nie najlepszej próby. I nigdy nie komunikują bezpośrednio, że się coś nie spodobało, tylko chodzą skarżyć. I ci biedni, odpowiedzialni za mnie i moją pracę, korporacyjni menedżerowie muszą mi potem tłumaczyć, żebym się zachowywała.
Nie wiem czy bardziej mnie to wkurwia czy rozczula. Staram się możliwie delikatnie im powiedzieć, że od 50. lat się staram, tyle mniej więcej ile żyją ich rodzice, więc raczej nie daję sobie dużych szans na sukces akurat teraz.
Nie chce mi się tłumaczyć, że neuroatypowość, którą niosę w genach, to nie tylko zabawne roleczki i urocze roztrzepanie, ale też to, że jestem impulsywna, bezpośrednia i nadmiernie prawdomówna. A co za tym idzie – niegrzeczna. I nie, nie umiem tego kontrolować. Hahaha, znaczy umiem. Bo w na większość przypadków mam dokument w GDocsach "Maile, których nie wysłałam". I jak widać niewiele to daje.