#uwolnione — Public Fediverse posts
Live and recent posts from across the Fediverse tagged #uwolnione, aggregated by home.social.
-
#DzmytryHalko, #uwolnione z #FB
MŁODZI. NIE DAJCIE SOBIE WCISNĄĆ STAREGO GÓWNA JAKO BUNTU. Bo ostatnio ktoś próbuje wam sprzedać bardzo stary produkt w nowym opakowaniu. Że nienawiść jest odważna. Że pogarda jest bezczelna. Że „wypierdalaj do siebie” brzmi ulicznie. Że polowanie na obcych to jakiś bunt przeciw systemowi. Nie. To nie jest żaden bunt. To jest wujek przy grillu, tylko z TikTokiem. Cały ten pakiet ludzkość już przerabiała: obcy zabierają pracę, obcy gwałcą, obcy mają za dużo dzieci, obcy mają za mało dzieci, obcy nie chcą się integrować, obcy integrują się podejrzanie szybko, obcy mają dziwne nazwiska, dziwny akcent, dziwną mordę. Ten sam gówniany playlist odpalany od stuleci. Tylko okładkę zmieniają. Naprawdę chcecie być pokoleniem, które dostało AI, drony, CRISPR, roboty, prywatne rakiety, teleskop Webba, Cyberpunka, GTA VI i pół ludzkiej wiedzy w kieszeni… i wykorzystało ten moment dziejów, żeby krzyczeć do Ukrainki w tramwaju: „Mów po polsku”? Kurwa, ale cyberpunk. Johnny Silverhand właśnie spadł z krzesła. Chcesz być niegrzeczny? To bądź niegrzeczny wobec przyszłości. Zbuduj coś, czego jeszcze nie ma. Nagraj kawałek, po którym komuś zagotuje się Spotify. Zrób grę lepszą od Cyberpunka. Naucz robota chodzić. Naucz AI mówić po śląsku. Zrób startup, który za pięć lat będzie wkurwiał Google. Znajdź lek. Zbuduj drona. Odkryj planetę. Leć na nią. Zrób z Polski miejsce tak ciekawe, że ludzie będą się tu pchać nie dlatego, że muszą uciekać przed wojną, tylko dlatego, że tu się, kurwa, dzieje przyszłość. To jest ambicja. A nie sprawdzanie, czy pani z wózkiem w autobusie ma wystarczająco polski akcent. Chcesz adrenaliny? Też świetnie. Świat naprawdę nie cierpi na brak przeciwników. Jest obok nas wielki, uzbrojony po zęby skurwiel, który napada na państwa, porywa dzieci, bombarduje miasta i grozi połowie świata atomem. Oto przeciwnik. Trochę trudniejszy niż białoruski student. Jeśli potrzebujesz jeszcze większego bossa, proszę bardzo: rak. Alzheimer. Katastrofa klimatyczna. Głód. Dyktatury. Kosmos. Śmierć. Sam Wszechświat jest gigantycznym trybem survival i najwyraźniej próbuje nas zabić od momentu narodzin. Naprawdę nie musisz szukać final bossa w Żabce. Największym przekrętem jest wmówienie młodemu człowiekowi, że patrzenie wstecz jest radykalne. Nie jest. „Czysty naród”. „Prawdziwi Polacy”. „Obcy precz”. „Każdy u siebie”. Stary, to wszystko ma brodę dłuższą niż historia Internetu. To nie jest punk. To nawet nie jest dobry remake. To kolejny sezon serialu, który powinien zostać skasowany sto lat temu. Punk jest gdzie indziej. Punk to powiedzieć: nie będę żył według lęków jakiegoś wujka, który całe życie boi się, że ktoś mu zabierze Polskę. Nie zabierze. Zrobimy większą. Nie terytorialnie. W głowie. Ciekawszą. Silniejszą. Dziwniejszą. Bogatszą. Taką, która nie dostaje ataku paniki, kiedy w autobusie usłyszy inne „r”. Masz 18, 20, 25 lat. Być może dożyjesz świata, w którym człowiek stanie na Marsie. Być może zobaczysz koniec Putina. Być może będziesz pracował z maszyną inteligentniejszą od siebie. Być może ktoś z twojego pokolenia znajdzie życie poza Ziemią. Być może ktoś właśnie siedzi w akademiku w Krakowie, Warszawie, Charkowie albo Mińsku i wymyśla rzecz, która za dwadzieścia lat zmieni życie miliardów ludzi. I może mieć na imię Kuba. Może Sasza. Może Minh. Może Fatima. Kogo to, kurwa, obchodzi? Zapytaj go, co buduje. Bo można spędzić młodość na pilnowaniu świata, który już był. Albo budować taki, którego jeszcze nie było. Można odziedziczyć cudze lęki. Albo zostawić po sobie cudzą odwagę. Można być kolejnym pokoleniem, które dostało od starszych listę ludzi do nienawidzenia. Albo pierwszym, które odpowie: Dzięki. Nie potrzebujemy. Mamy ciekawsze rzeczy do roboty. Patrzcie do przodu. Tam jest cała zabawa. P.S. Nie mam X, Instagrama, TikToka, Threadsa ani, cholera wie, gdzie jeszcze teraz siedzą młodzi ludzie. Jestem więc w tej sprawie technologicznie bezradny. Jeśli ten tekst ma dotrzeć do swoich prawdziwych adresatów, potrzebuję waszej pomocy. Bierzcie go, kopiujcie, wrzucajcie, wysyłajcie dalej. Niech się rozejdzie tak daleko, aż w końcu trafi tam, gdzie powinien.
-
#Orangutan w stanie wolnym żywi się przede wszystkim liśćmi oraz owocami, ale czasami przekąsi też korę, owada albo jakieś pechowe mięsko, które wpadnie mu w wielkie łapy.
Samice żyją w małych grupach, ale samce często wybierają samotność. Przemierzają gęstwiny lasów deszczowych, nawołując głośno, żeby inne orangutany wiedziały, że nadchodzą, i zdążyły się w porę ulotnić. W tym samym celu wymyślono przyśpiewki kibolskie oraz hymn Stanów Zjednoczonych.
#Uwolnione z FB
-
#ZenobiaŻaczek #Uwolnione z FB
Ludzie zagłosują za tym, by zlikwidować ZUS i "pogonić darmozjadów co chcą mieszkać na cudzym". A jak już ich własne okrucieństwo obróci się przeciw nim, gdy będą umierać w kolejce do lekarza i gdy od prywatnego ubezpieczyciela dowiedzą się o wyroku śmierci, gdy wylądują na bruku z myślą "nie wiedziałem, że to spotka kogoś takiego jak ja, przecież nie jestem pijakiem i nierobem", gdy cały ciężar ich bezmyślności wreszcie ich przygniecie, będą szukali winnych. Powiedzą, że mieszkania zabrali im Żydzi, Ukraińcy, Muzułmanie i LGBTy. Ale nie, kochani. Wasza bieda ma tylko jedną przyczynę: waszą własną głupotę i okrucieństwo.
-
#Uwolnione z FB #TomNicholson #TheAtlantic #Tłumaczenie #PawełPotoroczyn #USA #Rosja #Ukraina #Trump #JDVance #MarcoRubio #Zelenski
Tom Nichols dla The Atlantic
TO BYŁA PUŁAPKA
Piątek, 28 lutego 2025 – dzień, który przejdzie do historii jako jedna z najczarniejszych kart amerykańskiej dyplomacji.
Pomijając na moment kompletny brak klasy, z jakim Donald Trump i jego wiceprezydent J.D. Vance potraktowali Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu, warto skupić się na szerszym kontekście tego wydarzenia. To nie była zwykła polityczna konfrontacja – to była zdrada lojalnego sojusznika, przygotowana najpewniej po to, by Trump mógł później dogadać się z Władimirem Putinem i sprzedać Ukrainę w zamian za „pokój” na rosyjskich warunkach.
Doradcy prezydenta już ogłosili spotkanie sukcesem, twierdząc, że „przede wszystkim postawili Amerykę na pierwszym miejscu”. Zwolennicy Trumpa będą zapewne próbować tłumaczyć ten spektakl jako „szczerą wymianę zdań”, ale każdy, kto oglądał spotkanie, widział coś innego: przemyślaną pułapkę. Trump zarzucał Zełenskiemu powtarzane przez Kreml tezy – że Ukraina rzekomo prowokuje wojnę światową – a wszystko po to, by na oczach Amerykanów upokorzyć ukraińskiego prezydenta i znaleźć pretekst do tego, co od dawna planuje: zakończenia wojny na warunkach Rosji.
Trump, jak podają źródła, poważnie rozważa natychmiastowe wstrzymanie całej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Powód? Rzekoma „nieustępliwość” Zełenskiego podczas spotkania.
Obecność J.D. Vance’a w Białym Domu również nie była przypadkowa. Wiceprezydent zazwyczaj pozostaje w cieniu, zajmując się jedynie podsycaniem kontrowersji na prawicowych portalach społecznościowych. Tym razem jednak odegrał rolę głównego prowokatora, który miał nie tylko atakować Zełenskiego, ale i upewnić się, że Trump nie pozostanie bez wsparcia.
Marco Rubio, teoretycznie najwyższy rangą dyplomata w administracji, siedział w milczeniu, podczas gdy Vance perorował jak nadgorliwy student pierwszego roku politologii. W pewnym momencie wiceprezydent skrytykował Zełenskiego za rzekomy brak wdzięczności wobec Trumpa. Następnie, w skrajnej hipokryzji, oburzył się, że Zełenski „próbuje rozgrywać tę sprawę w amerykańskich mediach”. Tyle, że to było dokładnie to, na co liczyli Trump i Vance. Wkrótce obaj wrzeszczeli na Zełenskiego, a Trump powiedział wprost: „To będzie świetna telewizja”.
Podczas spotkania amerykański prezydent brzmiał chwilami jak mafijny boss – „Nie masz kart do gry”, „Jesteś pogrzebany” – ale w końcu zabrzmiał jak nikt inny, tylko sam Putin, oskarżając Zełenskiego o „igranie z III wojną światową”. Jakby to Zełenski, a nie Rosja, rozpętał największy konflikt w Europie od czasów II wojny światowej.
Po spotkaniu Trump wydał oświadczenie, które można by równie dobrze opublikować w Moskwie:
„Uznałem, że prezydent Zełenski nie jest gotowy na pokój, jeśli bierze w nim udział Ameryka, bo sądzi, że daje mu to przewagę negocjacyjną. Ja nie chcę przewagi – chcę POKOJU. On okazał brak szacunku wobec Stanów Zjednoczonych w ich ukochanym Gabinecie Owalnym. Może wrócić, gdy będzie gotowy na pokój.”
Zełenski nie miał szans na uczciwą rozmowę. Kiedy pokazał Trumpowi zdjęcia okaleczonych ukraińskich żołnierzy, amerykański prezydent wzruszył ramionami: „Ciężka sprawa”. Wydaje się, że ktoś podpowiedział Zełenskiemu, że Trump reaguje lepiej na obrazy niż na słowa – ale tym razem Trump konsekwentnie trzymał się wcześniej ustalonej narracji.
Vance natomiast odegrał rolę nadgorliwego pomagiera, który dbał o to, by Trump miał wystarczające wsparcie, jednocześnie atakując gościa. Wiceprezydent to człowiek, który nie ma nic do powiedzenia w poważnych kwestiach, ale uwielbia wciskać się w poważne sytuacje. Tym razem jednak stawką nie była zwykła polityczna kłótnia, lecz przyszłość Zachodu.
Dzisiejsze spotkanie oraz haniebne głosowanie USA w ONZ potwierdziły jedno: Ameryka jest teraz po stronie Rosji, przeciwko Ukrainie, Europie i reszcie wolnego świata. Trudno było patrzeć, jak prezydent USA poniża odważnego sojusznika, zachowując się jak sfrustrowany starzec, który krzyczy na telewizor.
Zełenski przeżył tragedie i ryzykował życie w sposób, którego ludzie tacy jak Trump czy Vance nigdy nie doświadczyli. (Vance był oficerem PR w najpotężniejszej armii świata – nigdy nie musiał siedzieć w bunkrze podczas rosyjskiego ostrzału). Nawet jeśli Kongres nadal będzie wspierał Ukrainę, nie da się cofnąć hańby, którą dziś sprowadzono na Amerykę.
Nie można jednak ignorować strategicznych konsekwencji tego spotkania. To katastrofa – dla Stanów Zjednoczonych, dla ich sojuszy i dla całego wolnego świata. Trump otwarcie zdradza wartości, których Ameryka broniła od 80 lat. Globalny ład oparty na pokoju i bezpieczeństwie właśnie się rozpada. Rosyjscy autokraci, po trzech latach rzezi, patrzą na świat z nadzieją, że zamiast trafić przed trybunał za zbrodnie wojenne, będą mogli bezkarnie świętować zdobycze.
Krótko po tym, jak Trump wyrzucił Zełenskiego z Białego Domu, rosyjski propagandzista Dmitrij Miedwiediew zamieścił triumfalny wpis: „Bezczelna świnia w końcu dostała porządną nauczkę w Gabinecie Owalnym.”
Piątek, 28 lutego 2025 roku, zapisze się na kartach historii jako jeden z najbardziej ponurych dni w amerykańskiej dyplomacji – początek długoterminowej katastrofy, którą będzie musiał znosić każdy Amerykanin, każdy sojusznik USA i każdy, komu zależy na przyszłości demokracji. Po miesiącu autorytarnego chaosu w Ameryce, zdrada Ukrainy przez Biały Dom stała się jego zwieńczeniem.
Putin, wraz z innymi dyktatorami na świecie, może w końcu spojrzeć na Trumpa z pewnością i pomyśleć: jeden z nas. -
#MikołajSusujew #Uwolnione z FB #Ukraina #Rosja #USA #Trump #Zelenski #Putin
Drodzy Państwo, przestańcie, proszę, bombardować mnie wypowiedziami Kraśko i podobnymi do tej analiz sytuacji. Ja nie widzę dla siebie nic wartościowego w tego typu ocenach poza potwierdzeniem tego co pisałem w poprzednim tekście.
--- Po pierwsze, oczywiście mąż stanu musi czasem trzymać język za zębami i uciszyć swoje ego w sytuacji kiedy od jego zachowania zależą losy jego kraju. ALE TO ABSOLUTNIE NIE JEST TEN WYPADEK. Wymagania Ukrainy w tej sytuacji są bardzo skromne i absolutnie racjonalne. Ukraińcy już nie proszą o gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA w postaci wojsk, nie proszą o dołączenie do NATO, godzą się na kontrolę Rosji nad terenami okupowanymi. Ale absolutnie racjonalne minimum i czerwona linia dla Ukrainy - to zabezpieczenie jej własnej armii by mogła dalej trzymać tą linię frontu i mieć szansę dalej się bronić. Bez tego żadne porozumienie amerykańsko-rosyjskie nad ich głowami nie ma zupełnie sensu dla Ukrainy. Bo ono nie daje żadnych szans na przetrwanie Ukrainie. Żadnych.
I ja pisałem wcześniej iż ta umowa o zasobach pokaże realne intencje Amerykanów. I żadne propozycje dozbrojenia Ukrainy w zamian za zasoby tam się nie pojawiły. I mimo to Ukraina nadal ugięła się i zgodziła. Więc czy trzeba się narazić na upokorzenie i uciszyć swoje ego dla dobra kraju jak mówi Kraśko? Tak. Ale Amerykanie żądają posłuszeństwa i błagania na kolanach NIE DAJĄC W ZAMIAN NIC. To nie jest nawet traktowanie drugiej strony jak wasala tylko jako kolonii. Posiadłości, którą można przehandlować za coś w rozmowach z innym mocarstwem.
---- Po drugie. Ciężko mnie oskarżyć o to, że jestem naiwny i nie wiem o tym jak skorumpowana jest Ukraina. Napisałem swego czasu serię długich tekstów o nazwie "Anatomia ukraińskiej korupcji" gdzie opisałem fundamenty na których trzyma się ukraiński system korupcyjny i oligarchiczny. Dla zainteresowanych, link w komentarzu. W Polsce tak wielu mówi o korupcji na Ukrainie jednocześnie tak mało na ten temat wiedząc i tak mało się nim interesując. Moje teksty na ten temat okazały się być najmniej popularnymi z tych które napisałem.
Dlaczego o tym mówię, - dlatego iż mając pełną świadomość tego jak wygląda w rzeczywistości korupcja na Ukrainie, ja stwierdzam jednoznacznie iż narracja MAGA o rozkradaniu amerykańskiej pomocy na Ukrainie JEST TYLKO I WYŁĄCZNIE NARZĘDZIEM NACISKU I USPRAWIEDLIWIENIEM DLA PRZERWANIA POMOCY. Nic poza tym. To jest związane z tym jak wygląda realna struktura tej pomocy, jak są wydawane te pieniądze i również z tym, że w rzeczywistości amerykańska strona cały czas monitorowała to jak pieniądze są wydawane. Nie mówiąc już o mniej oczywistych faktach, takich jak to na przykład, że USA mają ogromny wpływ na to jak się formuje ukraińskie struktury antykorupcyjne.
---- Po trzecie. Źródło problemu tej sytuacji dla mnie jest to że USA chcą i mieć ciastko i zjeść ciastko. Czyli USA chcą wmówić wszystkim, że to oni ponosili wszystkie koszty, a świat zarabiał tylko pod ich protekcją okradając USA i dlatego przyszedł ich czas żądać rekompensaty. Na tej podstawie USA zaczynają żądać i wymuszać na swoich sojusznikach haracze. Ale dla mnie - to jest kłamstwo. USA sami stworzyli system w którym dolar stała się walutą światowego handlu i POTĘŻNIE NA TYM KORZYSTAŁY. Bronili tego systemu nie z dobroci, tylko z korzyści. Sami, własnymi rękoma z chciwości wyhodowały na wschodzie wielkiego smoka, który im teraz zagraża i walą z tego powodu swój własny system. Ale walą go nie w całości. Nadal chcą czerpać korzyści z niego, chcą siłą swoich byłych sojuszników zamienić w wasali, by je wyzyskiwać ekonomicznie i zarazem NIE CHCĄ JUŻ PŁACIĆ ZA TO SWOJĄ PROTEKCJĄ MILITARNĄ.
Ale tak to nie działa. Jeżeli ty jesteś królem i masz wasala, to masz wobec niego również obowiązki. Napadnięty i zagrożony wasal ma prawo domagać się twojej ochrony. A jeżeli nie chce tobie jej udzielić, to nie ma prawa niczego od ciebie wymagać, ograniczać twojej suwerenności i decydować o twoim losie ponad twoją głową.
To co robi w tej chwili Ukraina - mówi "sprawdzam"! Jak chcecie decydować za nas to dajcie cokolwiek w zamian. A jeżeli nie chcecie dać nic zupełnie i nic nie gwarantujecie i żadnych kosztów nie zamierzacie ponosić, niczym ryzykować, to czemu macie za nas decydować o naszym losie?
I ja zadam pytanie o Polsce. Jeżeli Trump pozostawia Ukrainę własnemu losowi, to jest to oczywiste, że wystawia Polskę na konflikt z Rosją w ten sposób. Nie ważne jaki mamy stosunek do Zeleńskiego i Ukrainy. To jest kwestia polskiego bezpieczeństwa, a nie Ukrainy. Bo Rosja do Polski ma swoje własne pretensje. Jedyną reakcją polskich polityków w tej sytuacji jest próba pokazania USA, że jesteśmy bezwzględnie wierni Amerykanom. A ja chcę zapytać, w zamian za co jesteśmy im tak wierni? Jeżeli nas potencjalnie wystawia się pod presję rosyjską, jeżeli USA sami poddają wątpliwości artykuł 5, czym też wręcz zapraszają Rosji do testowania NATO, to co Polsce daje ta służalczość? Może USA zwiększyli swoją obecność w Polsce? Przerzucili tutaj swoją broń jądrową? A może jakieś preferencje ekonomiczne i handlowe? Nie? Bo jeżeli uważamy, że to nam są potrzebne USA, a dla nich nie jesteśmy cenni poza tym że kupujemy ich broń, no to mam dla was złe wiadomości ... ta miłość nie zostanie odwzajemniona.
i jeszcze dodam kilka drobnych rzeczy o których zapomniałem.
-- Zeleński nie ustąpi. Teraz jest to niemal niemożliwe. On nie jest dyktatorem, on rządzi krajem z bardzo aktywnym społeczeństwem, które cały czas naciska na niego w różnych sprawach. On nie przeprowadził wybory w 2024 ze względu na sprzeciw wewnątrz Ukrainy. W tej chwili w wyniku tego co się stało on nie ustąpi bo społeczeństwo taki ruch odbierze bardzo negatywnie. I armia również.
-- Dzień wcześniej 27 lutego oglądałem konferencję prasową Zeleńskiego w sprawie umowy surowcowej. Wyglądał na spokojnego i zadowolonego. Odpowiadając na pytania ukraińskich dziennikarzy z satysfakcją opisał "kompromisową" wersję umowy, która jego zdaniem miała bardziej partnerski charakter. Dziękował ekipie, która była w stanie te warunki wynegocjować. Był krytykowany za to że nie ma w umowie żadnych gwarancji bezpieczeństwa lub dostaw uzbrojenia. Bronił tego mówiąc, że to otworzy drogę dla negocjacji w tej sprawie w przyszłości. Jawnie przekonywał dziennikarzy pełnych wątpliwości, że z jego punktu widzenia to jest coś pozytywnego dla Ukrainy.
Nie mam wątpliwości, że nie tylko nie planował awantury, ale i nie oczekiwał jej zupełnie. Jawnie zakładał, że ta wizyta będzie przełomowa w pozytywną stronę i będzie sukcesem. I to samo w sobie rodzi pytania do kompetencji jego ekipy dyplomatycznej, która takiej możliwości rozwoju sytuacji nie przewidziała i nie przygotowała go na taką ewentualność.
Więcej: Patronite - Frontiersman
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
17 stycznia 1569 r. niejaka Agnes Bowker, lat 27, służąca z zawodu, urodziła w Harborough kota. Czarnego i – jak wynika ze współczesnego portretu – niezbyt przyjacielskiego. Martwego, na szczęście. Ale nawet martwy wywołał straszliwe zamieszanie.
Agnes pochodziła z Harborough i znano ją tam dobrze, choć od lat wędrowała za służbą. Jej ojciec wprawdzie już nie żył, lecz kota urodziła w obecności swojej matki, położnej oraz kilku innych kobiet, które – jak potem twierdziły – nie wiedziały dokładnie, co się stało, ale były przerażone. Poród trwał bowiem bardzo długo, parę dni, a Agnes opowiadała różne historie, wzmagając ich panikę. Niektóre nawet usiłowały uciekać, kiedy dziecko się rodziło, lecz położna zatrzymała je i dodała im otuchy modlitwą. Nie, żadna z nich nie widziała, jak kot wychodzi z łona Agnes. W izbie było ciemno, a kiedy jedna z nich zapaliła świeczkę, ten potworek, to dziecko Agnes, już leżało na ziemi, martwe.
I naprawdę wyglądało jak obdarty ze skóry kot. Miało nawet ogon.
Teraz sprawy wzięli w swoje ręce mężczyźni, a mianowicie miejscowy wikariusz, Christopher Pollard, rzeźnik, oberżysta i kilku innych zacnych obywateli Harborough, mniej łatwowierni od niewiast i bezpowrotnie już skażeni metodą naukową. W poszukiwaniu prawdy bez najmniejszego szacunku rozkroili dziecko Agnes, czyli kota. W jego żołądku znaleźli źdźbła trawy, zbite mięso i kawałek bekonu.Znaczy, nie powodziło się temu kotu źle, oczywiście póki Agnes Bowker go nie urodziła, bo to mu ewidentnie nie wyszło na zdrowie.
Sąsiedzi Agnes, ludzie trzeźwi i ewidentnie z empirycznym zacięciem, doszli więc do wniosku, że nie mają do czynienia z żadnym potworkiem, tylko, cóż tu kryć, zwyczajnym kotem. Poza tym słyszeli, że Agnes usiłowała od sąsiada pożyczyć kota. A potem ten kot zaginął.
Sami więc rozumiecie, paskudna z niej oszustka. I pomysłowa.
Tymczasem Agnes leżała w połogu, jak to kobieta w połogu, przyjmując gości i robiąc za lokalną znakomitość. Odwiedzały ją żony właścicieli ziemskich oraz sąsiadki, ona zaś cieszyła się swoją chwilą sławy i opowiadała im różności. Bo, widzicie, kot nie stanowił w tej sprawie jedynej zagadki. Jeszcze bardziej tajemniczy był ojciec dziecka.Gdyż Agnes, dość niefortunnie, pozostawała panną.
Wobec powyższego 27 stycznia przesłuchano ją przed sądem kościelnym. Zeznała, że w zeszłym roku miała romans z Randalem Dowleyem, sługą, choć o dziwo nie diabła, tylko pana Edwarda Gryffina. Kiedy zaszła w ciążę, Randal się zmył i nie chciał mieć z nią do czynienia. Agnes, jak twierdziła przed sądem, była tak zdruzgotana jego dezercją, że poszła do lasu, żeby się powiesić, ale pasek jej pękł. Kiedy się potem, oszołomiona, włóczyła po drogach, spotkała bestię przypominającą niedźwiedzia. Bestia weszła do jeziora, a Agnes hyc za nią. Ale kiedy była już po pas w wodzie, ludzie ją wyciągnęli.Natomiast położnej, Elizabeth Harrison, wyjawiła, że owszem, ojcem jej dziecka był Randal Downey, ale też przychodziło do niej nocami stworzenie, które czasami wyglądało jak niedźwiedź, czasami jak pies, a czasami jak człowiek. No i zaszła w ciążę, sami rozumiecie, tak bywa. Kiedy brzemienna wędrowała po kraju, spotkała jakąś holenderską kobietę, wróżkę albo mądrą niewiastę, kto wie. I ta wróżka powiedziała jej, że nie nosi ani dziecka mężczyzny, ani dziecka kobiety, tylko potworka.
W sądzie Agnes opowiedziała jeszcze inną barwną historię, jak to była na służbie u niejakiego Hugha Brady’ego, który był złym człowiekiem i cudzołożył ze swoimi służącymi. Agnes wyjawiła te paskudne sprawki jego nieszczęsnej żonie, on zaś zemścił się na Agnes, życząc jej złego, tak że wkrótce zaczęła cierpieć na epilepsję. Potem jednak się spotkali. Hugh dał jej dwa szylingi, oczywiście wykorzystał ją cieleśnie, ale obiecał, że da jej syna, a wtedy opuści ją choroba, a on będzie się nią opiekował, tyle że musi, bagatela, się wyrzec Boga i zacząć czcić diabła. A, i jeszcze nocami będzie do niej przychodził elegancki mężczyzna.
Trzeba przyznać, że Agnes umiała opowiadać historie. Czasami mówiła też, że urodziła wcześniej dziecko i oddała jej mamce. Czasami, że dziecko umarło. A co się tyczy kota, to Agnes nie była pewna, czy go urodziła, ale tak powiedziała położna, więc pewnie tak.
Dobrzy ludzie z Harborough sami już nie pojmowali, co się wydarzyło – czy Agnes była łatwowierną idiotką, czy może patologiczną kłamczuchą, czy cwaną dzieciobójczynią. Natomiast, o dziwo, pomimo tych wszystkich dziwnych nocnych kochanków, przepowiedni i zaklęć, nie przyszło im do głowy, że jest czarownicą.W międzyczasie sprawa stawała się głośna, bo ostatecznie kobiety nieczęsto rodzą koty. Po okolicy zaczęła krążyć jakaś drukowana broszura. Potem ułożono balladę.
Sąd usiłował dociec prawdy, ale miał kłopot. Spragnieni prawdy obywatele Harborough zafundowali bowiem potworkowi Agnes niefachową sekcję, zanim w śledztwo włączyły się władze i teraz niewiele dało się już z truchła dowiedzieć. Ale pełnomocnik biskupa, Anthony Anderson, postanowił przeprowadzić własny eksperyment. Nakazał złapać i zabić innego kota, a następnie obedrzeć ze skóry. Jak przekazał swoim przełożonym, zamordowany kot wyglądał zupełnie tak samo, jak potworek rzekomo urodzony przez Agnes. Tylko oczy potworek miał ciemniejsze. Ale przedsiębiorczy Anthony kazał zanurzać swojego oskórowanego kota we wrzątku. Po obgotowaniu oczy obu kotów stały się zupełnie takie same.
Ale nie myślcie sobie, że to już koniec.
18 lutego sprawę przekazano hrabiemu Huntington. Anthony Anderson nie napisał tego wprost, lecz zdaje się podejrzewać, że matka pospołu z położną podłożyły kota. Niby wszystko wydawało się proste, ale hrabia Huntington nie zamierzał się samodzielnie zajmować coraz bardziej kłopotliwym kotem.
W międzyczasie bowiem kot stał się sprawą polityczną.
Widzicie, w tamtych czasach wszyscy wiedzieli, że narodziny monstrów zapowiadają rozliczne straszliwe wydarzenia, klęski, wojny, przelew krwi i upadek monarchii. A panowanie Królowej Dziewicy nie było aż tak zupełnie spokojne i wolne od kontrowersji, zwłaszcza z 1569 r., czyli niedługo po tym, jak Maria, królowa Szkotów schroniła się, biedulka, w Anglii, podsuwając północnym panom różne niemądre pomysły. Na dodatek wszędzie czaili się ci straszni katolicy – kto to wie, może sprzymierzeni z kotami? Może Agnes Bowker nie wydała na świat tego kocura tak zupełnie bez powodu?
Można powiedzieć, że los Agnes, kota oraz królestwa się ze sobą splątały.
Ostatecznie sprawą musiał się zająć sam William Cecil i to z pomocą biskupa Londynu. Tak, ten Cecil. Kanclerz i doradca królowej.
Niby jeden mały czarny kot i jedna gadatliwa służąca, a tyle ambarasu.
Ale nawet jemu nie udało się ustalić prawdy.Agnes opowiadała tak wiele różnych historii, że nikt już nie miał pewności, co się naprawdę zdarzyło – kiedy zaszła w ciąże, bo wedle jej opowieści była w niej ponad 50 tygodni, co się zwykle kobietom nie zdarza. Nie wiadomo, kiedy urodziła, bo zaczęła rodzić na tydzień przed tym, jak pojawił się kot. Byli natomiast przekonani, że potworek został spreparowany.
Nie wiadomo też, co się ostatecznie stało z wygadaną panną Bowker. Możliwe, że Cecil, człek rozważny, kazał jej cichaczem skręcić kark lub ją gdzieś litościwie zamknął, żeby nie podkopywała kotem autorytetu monarchii.
Raczej z dala od Marii Stuart.
Ilustracja: Opis i rysunek kota sporządzony przez archidiakona Anthony’ego Andersona i przesłany do hrabiego Huntington
Za: David Cressy, Travesties and Transgressions in Tudor and Stuart England. Tales of Discord and Dissension, Oxford: Oxford Univ. Press, 2000.Scena po napisach: Wbrew pozorom to nie jest wesoła opowieść. Nie dowiemy się, czy Agnes była mitomanką czy osobą zaburzoną, czy świadomie kłamała czy może jednak wierzyła w swoje opowieści. Na pewno jednak widzimy spiralny upadek młodej, nieuprzywilejowanej służącej, zwodzonej i zawodzonej przez kolejnych kochanków, samotnej, pozbawionej wsparcia i coraz bardziej zdesperowanej. Ale nie jest tu jedyną ofiarą. Bo wszyscy się zgadzali, że Agnes jednak była w ciąży. Może urodziła martwe dziecko. Kot mógł odwracać uwagę od czegoś znacznie paskudniejszego niż nocne schadzki z niedźwiedziem – dzieciobójstwa. Możliwe jednak, że opowiadając te wszystkie przedziwne historie Agnes usiłowała odzyskać kontrolę - choćby na chwilę i choćby w fikcji - nad własnym życiem.
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W 1584 r. Camilla Greghetta Erculiani, żona aptekarza z Padwy, opublikowała w Krakowie, w oficynie Jana Januszowskiego, „Lettere di philosophia naturale”, czyli “Listy o filozofii naturalnej”, dedykując je go królowej Annie Jagiellonce. W tamtych czasach wiele kobiet interesowało się naukami przyrodniczymi, lecz dzięki tej publikacji Camilla została jedyną znaną nam ówczesną niewiastą, która opublikowała pracę o filozofii naturalnej, zawierającą nowe i jej własne teorie naukowe.
Konkretnie spekulowała, że biblijny potop należy przypisać czynnikom naturalnym, nie boskiej interwencji.
Erculiani pochodziła z całkiem zwyczajnej rodziny padewskiego handlarza, potem kupca korzennego. Dobrze im powodziło. Ojciec miał kilka domów, które wynajmował. Jeden z braci skończył na miejscowej wszechnicy prawo.
Camillę wydano za mąż za Alvise Stella, właściciela apteki położonej przy uniwersytecie. Jakoś pomiędzy 1568 i 1572 r. została wdową z małym synem. Niebawem ponownie wyszła za mąż, także za aptekarza – Giacomo Erculani, który wraz z bratem prowadził inną aptekę, również nieopodal uniwersytetu. Po ślubie Erculani prowadził aptekę żony, która jako Tre Stelle była znana wśród studentów padewskiego uniwersytetu.
W tamtych czasach w aptekach spotykali się bardzo różni ludzie. Wymieniano poglądy i dzielono się wiedzą, nie zawsze całkowicie ortodoksyjną, bo zakazane druki z drugiego obiegu potrafiły stanowić znaczną część aptecznego asortymentu, a w pobliskiej Wenecji sporo aptekarzy oskarżono o herezję. Czytano tu pamflety, książki i druki ulotne, wymieniano plotki, słuchano muzyki, grano w szachy, przybijano zakłady. Oczywiście nabywano też lekarstwa, lekarze często praktykowali w aptekach, a studenci medycyny czy botaniki urządzali w nich debaty.
Camilla żyła więc w intelektualnie bardzo inspirującym środowisku i jej horyzont nie ograniczał się do spraw rodzinnych, choć z obowiązków żony też wywiązywała się rzetelnie: w drugim małżeństwie urodziła jeszcze 2 córki i 3 synów. Nigdy nie została członkinią cechu aptekarzy – zresztą w Padwie akurat żadna kobieta nią nie została od 1380 r. – ale wytwarzała lekarstwa, bo w jednym z listów pisała, że studiuje Galena, by produkować jak najlepszy teriak, czyli cudowne, znane od antyku panaceum na żmijowe ukąszenia, produkowane w bardzo skomplikowanym procesie z kilkudziesięciu składników. Camilla twierdziła, że zamierza napisać traktat o jego produkcji – co samo w sobie jest fascynujące i świadczy o świetnej orientacji w tym, co dzisiaj nazwalibyśmy stanem badań, bo teriak stanowił jeden z najbardziej dyskutowanych tematów wśród ówczesnych lekarzy. Większość jej korespondencji niestety nie przetrwała, ale jest oczywiste, że miała szeroką wiedzę i była świetnie oczytana; z innego listu wiemy, że czytywała na przykład dialogi Platona we włoskim przekładzie.
W „Lettere” napisała, że „kobiety są, jak mężczyźni, uzdolnione we wszelkich dziedzinach wiedzy”. Sama z pewnością była nie tylko uzdolniona, ale i intelektualnie odważna. Na dodatek nie ograniczyła się – jak wiele innych kobiet – do korespondencji, tylko opublikowała swoją pracę drukiem, ewidentnie czując potrzebę włączenia się we współczesną debatę naukową i podania swoich teorii pod ocenę innych.
Trudno ocenić, dlaczego jej praca została opublikowana w Krakowie. Zapewne wśród studentów odwiedzających aptekę Tre Stelle było wielu Polaków, stanowiących znaczny tłumek na padewskiej wszechnicy. Mógł jej pomóc Márton Berzeviczy, węgierski szlachcic w służbie Stefana Batorego, z którym korespondowała i który studiował w Padwie od 1568 do 1574 r. Zresztą jej polski wydawca też rezydował w Padwie w latach 1570-1572. Musiała mieć przyjaciół Polaków. Ale zapewne nie bez znaczenia była też legendarna intelektualna swoboda w Krakowie.
Trudno bowiem ukryć, że teorie padewskiej aptekarki były, cóż, prowokacyjnie materialistyczne.
Camilla Erculiani napisała bezwstydnie, że biblijny potop został spowodowany przez ludzi.
Jej zdaniem świat składał się z czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i ognia. W Biblii zapisano – twierdziła Camilla – że ludzie zostali stworzeni z gliny, więc składają się głównie z ziemi, choć dusza, dodawała ostrożnie, jeśli jest nieśmiertelna, musi być zbudowana z czegoś innego. W czasach przed potopem – wywodziła z Biblii, której fragmenty notabene przetłumaczyła na włoski albo samodzielnie, albo z czyjąś pomocą – ludzie żyli bardzo długo, stali się bardzo liczni i byli wśród nich giganci, co naruszyło równowagę żywiołów: coraz liczniejsi ludzie zawierali coraz więcej ziemi, więc ubywało jej w otoczeniu. Wobec tego żywioł wody, dążąc do równowagi, wezbrał i wytopił tych nadmiarowych ludzi, gdyż świat skłania się ku równowadze i harmonii. Co więcej, pisała Erculiani, nawet gdyby Adam nie popełnił grzechu pierworodnego, ludzie i tak nie mogliby żyć w nieskończoność, bo w pewnym momencie ich materia – żywioł ziemi – musiałaby jednak zacząć do ziemi wracać, by niedobór nie doprowadził do jakiejś katastrofy.
Innymi słowy, Camilla Erculiani wymyśliła w XVI wieku antropocen.
Ale też mimochodem, gdzieś pomiędzy kręceniem pigułek i ucieraniem czopków, ta stateczna padewska matrona, matka sześciorga dzieci, w filozoficznym wywodzie i wychodząc od teorii humorów, powszechnie wówczas akceptowanej, przekonująco podważyła ideę śmierci jako konsekwencji grzechu pierworodnego oraz ideę mściwego Jahwe unoszącego się nad grzeszną ludzkością niczym naostrzony topór.
To niesamowite.
Napisała też traktat o duszy i traktat o grzechu, ale niestety się nie zachowały. Szkoda, bo strasznie jestem ciekawa, co za herezje tam nawypisywała.
Niemniej samych "Lettere" wystarczyło, by Camilla Erculiani została jedyną znaną nam ówczesną filozofką naturalną, której teoriami zainteresowała się inkwizycja.
Podczas postępowania inkwizycyjnego hardo obstawała przy swojej libertas philosophandi, wolności filozofowania. Twierdziła też, że mówiąc filozoficznie, człowiek nigdy nie może rozstrzygnąć, czy coś jest prawdą. Upierała się, że może filozoficznie rozważać idee, których sama nie uważa za prawdziwe. Wytłumaczyłam – oznajmiła podczas drugiego przesłuchania – że powódź może być zarówno uniwersalna i naturalna, jak i zarazem cudowna.
To też jest niesamowite.
Prawdopodobnie zeznawała zgodnie ze wskazówkami swojego prawnika Giacomo Menochio. Argumentował on, że pani Erculiani jest dobrą katoliczką i w żaden sposób nie oddaliła się od Świętej Matki Kościoła, a jej spekulacje należą całkowicie do dziedziny filozofii, nie teologii. Poza tym prawnik konsekwentnie nazywał jej dzieło „książeczką”, ewidentnie umniejszając jej znaczenie i przypominając, że kobiety, jak się naczytają zbyt wiele, cóż, czasami popełniają błędy.
Słowem, odwoływał się do przekonania o intelektualnej słabości kobiet, by wybronić kobietę, która akurat dokonała niezmiernie intelektualnie śmiałej, bardzo materialistycznej i nader indywidualnej interpretacji wszechświata.
To również jest niesamowite i na dodatek niesamowicie bezczelne.
I wiecie co? Chyba mu się udało ją wybronić. W każdym razie nie zachowały się żadne informacje o sankcjach wobec naszej aptekarki czy zbieraniu chrustu. Zważywszy, że opisała potop jako katastrofę ekologiczną i obwiniła o nią człowieka, doprawdy cud, że jej nie spalili.
Już za chwileczkę, już za momencik nauki przyrodnicze miały się stać znacznie bardziej niebezpieczne.
Ilustracja: Strona tytułowa Camilla Erculiani, Lettere di philosophia naturale
Źródło:
Camilla Erculani, Letters on Natural Philosophy, ed. Eleonora Carinci, trans. Hannah Marcus, foreword Paula Findlen, NY&Toronto: Iter Press, 2021.
Literatura:
Paula Findlen, Aristotle in Pharmacy: The Ambitions of Camilla Erculani in Sixteenth-Century Padua, [in:] Letters on Natural Philosophy, ed. Eleonora Carinci, trans. Hannah Marcus, foreword Paula Findlen, NY&Toronto: Iter Press, 2021, pp. 1-50.
Meredith K. Ray, Daughters od Alchemy. Women and Scientific Culture in Early Modern Italy, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 2015.
Meredith K. Ray, Twenty-Five Women Who Shaped the Italian Renaissance, London&NY, Routledge, 2024. -
TW: Opis przemocy wobec dziecka
https://petroskowo.pl/display/810fc51c-9867-626e-d447-e84774274195
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB #MarcinPolak #KronikiMartyniańskie
Ponieważ znajomość dziejów papieży i cesarzy, a także innych im współczesnych ludzi, jest rzeczą przydatną, między innymi wśród teologów i prawników… - tak się zaczyna największy średniowieczny bestseller napisany przez polskiego autora. Do naszych czasów dotrwało aż 400 kopii, nie wszystkie kompletne, ale też na pewno nie wszystkie już wygrzebano z archiwów. To kosmos. Kopiowano go, przerabiano, fałszowano i tłumaczono na języki narodowe. Na przełomie średniowiecza i renesansu imię autora stało się synonimem historyka.
Poznajcie Marcina Polaka.
Ilu z Was o nim słyszało?
Był śląskim dominikaninem. Przed 1261 r. prowadził we Wrocławiu działalność duszpasterską i pełnił funkcję spowiednika mieszczanina, niejakiego Hugona de Cirngov. Możliwe, że studiował w Paryżu. Potem związał się z kurią papieską. Zrobił karierę w Rzymie i został kapelanem papieża, z czego zgodnie z ówczesnym zwyczajem korzystał, protegując krewnych na kościelne posady. Wystarał się na przykład dla pewnego Gosława o archidiakonat kaliski. W 1278 r. mianowano go arcybiskupem gnieźnieńskim, lecz zmarł w podróży do Polski i pochowano go w Bolonii. Wedle tradycji urodził się w Opawie.
W zasadzie niewiele więcej o nim wiemy.
Gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że Czesi przypisują mu czeskie pochodzenie, ale nie będziemy się tym tutaj przejmować. W każdym razie w 30 lat po śmierci pojawił się z przydomkiem „Polak” u Ptolemeusza z Lukki, dominikanina i ucznia św. Tomasza z Akwinu.
Marcin Polak na pewno napisał trzy dzieła, wszystkie bardzo popularne: „Kronikę papieży i cesarzy”, „Perłę Dekretu” – słownik terminów prawniczych świadczący o ogromnej wiedzy teologicznej i tak popularny, że do końca XV w. dorobił się 24 edycji drukiem oraz zbiór wzorcowych kazań, zachowany w 82 rękopisach, a więc będący najmniej popularnym dziełem Marcina Polaka.
Dla porównania: kronika mistrza Wincentego Kadłubka zachowała się w autografie i 24 rękopisach.
Dlaczego wiec nie uczymy się o Marcinie Polaku w szkole?
Otóż zamiast dziejów polskich popełnił kosmopolityczną kronikę uniwersalną, jak wielu innych twórców dzieł tego rodzaju porządkując i wiążąc w niej historiografię antyczną z tradycją biblijną. Nie jest to dzieło oryginalne. Przeciwnie, jego siłą jest prostota i zwięzłość wywodu, uporządkowana, lecz prosta struktura i kompilacyjna natura całości.
Tłumacząc na nasze: Marcin Polak pisał schematyczną literaturę gatunkową. Nie dla koneserów, tylko masowego czytelnika. Można powiedzieć, że popularyzował wiedzę. W całkiem poręcznej objętości, jak na dzieje świata. Na dodatek okazał się w tym gatunku mistrzem i stworzył wzorzec kroniki uniwersalnej.
Potem dzieła tego rodzaju od jego imienia nazywano po prostu kronikami martyniańskimi.
Niewielu rodaków odniosło sukces na taką skalę.
A potem nowa epoka wywróciła na nice stare hierarchie, dowartościowała oryginalność i oryginalną antyczną literaturę. Świat przestał cenić kompilatorów. Sic transit i tak dalej.
Ale średniowiecze go kochało.
Często patrzymy na przeszłość głównie przez pryzmat dzieł wybitnych i oryginalnych, autorstwa wyrafinowanych stylistów i subtelnych filozofów. To oczywiście pułapka i zniekształcenie poznawcze. Przeszłość miała swoje własne priorytety oraz preferencje, niekiedy zupełnie odmienne od późniejszych.
I tak się składa, że średniowieczna publika spoglądała na przeszłość oczyma Marcina Polaka.
Pierwszego Polaka, który robił w literaturze popularnej.
Która, co zabawne, już w średniowieczu była naszym najlepszym towarem eksportowym.Źródło: Marcin Polak, Kronika papieży i cesarzy, Kęty: Wydawnictwo Marek Derewiecki, 2008.
Ilustracja: Piszący mnich, manuskrypt z późnego XIII w., Durham. -
#RosaParks #Uwolnione z FB #ClaudetteColvin #1955
A shout out to #Milwaukee County Transit System for placing a rose 🌹 and a "reserved" sign on the buses today to honor the life and courage of Rosa Parks, Claudette Colvin, and all who made a seat available for everyone. On this date in 1955, Sister Rosa refused to give up her seat.
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB #Kaos #Bogowie #Ludie #Mity
Zanim porządnie obejrzałam „Kaos”, Netflix zdążył go skasować (Edit: czyli nie będzie 2 sezonu, 1. nadal można spokojnie oglądać), co mnie nie dziwi, bo losy „Firefly”, „Rzymu” oraz jogurtów cytrynowych – czy jestem jedyną osobą w tym kraju, która lubi porządnie kwaśne jogurt cytrynowy? – zaświadczają, że świat nie podziela mojego gustu. Szkoda. „Kaosu” też szkoda.
Cała zabawa w tym serialu polega na tym, że jesteśmy na Krecie wkrótce po zakończeniu wojny trojańskiej, ale technologicznie jakoś w końcówce XX wieku. Pod rządami króla Minosa, upozowanego na szefa wojskowej dyktatury, ale tak naprawdę pod butem olimpijskich bogów. Prawdziwych, nie wyobrażonych. Ale spoglądamy na olimpijski panteon szeroko rozwartymi ze zdumienia oczętami widza z XXI wieku, czyli bez tych wszystkich filtrów, nałożonych na opowieści o barbarzyńskich Achajach przez niezliczone dzieła kultury, które przyzwyczaiły nas, że tak to już jest, że Zeus folguje sobie z nie zawsze chętnymi śmiertelniczkami, i zobojętniły na ich los, kiedy już wpadną w łapy zazdrosnej Hery.
W „Kaosie” nie ma toposów literackich o obłych krawędziach. Na pierwszy plan wydobyto ostre jak brzytwa, konstytutywne okrucieństwo greckiej mitologii. Jak mówi jeden z bohaterów, bogowie zrywają wszelkie więzi i niszczą wszelką miłość.
No więc to jest serial o miłości i o wolności. Oraz ich braku.
W „Kaosie” władza bogów jest szersza niż w oryginalnej greckiej mitologii. Rozciąga się nad życiem, śmiercią i samą materią mitu. Razem napisaliśmy mity i reguły obowiązujące we wszechświecie – mówi do Zeusa jego siostra-małżonka Hera. Oni stworzyli ten świat. I wraz z Prometeuszem spętali całą ludzkość.
Nie zawsze za postępkami olimpijczyków stoi jakaś wyrafinowana kalkulacja. Nie wszyscy są zresztą do niej zdolni. W zasadzie w mitologicznej familii „Kaosu” intelektem dysponują głównie boginie, Persefona – która podkreśla, że nie została porwana przez Hadesa, tylko się w nim zakochała, na granaty ma alergię i wszystko to zostało wymyślone – i Hera, przy czym w przypadku Hery nie jest to komplement. Zeus, brawurowo zagrany przez Jeffa Goldbluma, jest z kolei durniem. Megalomanem, który na podobieństwo oligarchy-multimiliardera z naszych czasów jest przekonany o własnej wyższości, zasłużonej oczywiście, wygłasza idiotyczne frazesy, terroryzuje wszystkich, nawet własną rodzinę, by zaraz potem zarzucać bliskim niewdzięczność i snuje się w dresach i szlafrokach po ociekających złotem i bezguściem pałacowych wnętrzach. Zeus nie zmusza się do głębokich refleksji. Coś tam czasami pojękuje o trudnym dzieciństwie. Generalnie jednak preferuje proste rozrywki. Na przykład kiedy jest sfrustrowany, morduje personel w swojej posiadłości.
Każe im skakać i strzela do nich jak do rzutków.
Nie da się od okrucieństwa bogów „Kaosu” zdystansować prostymi mantrami w rodzaju „takie to były straszne czasy”, bo czasy są prawie współczesne. Technologia istnieje i przyjemnie działa, lecz nie niesie ocalenia. Media, owszem, zmieniają świat, ale chyba na lepsze, skoro dzięki nim bogowie mogą obserwować mordy, wygodnie rozparci na kanapie przed telwizorem. Popkultura jest bezwzględna, wszak Mojry – boginie losu, cudownie przekoszone w podejrzanym barze – mają własny reality show, pozwalający na bieżąco śledzić losy Orfeusza, kiedy ten usiłuje wydobyć z zaświatów Eurydykę. Zbiurokratyzowane, kapitalistyczne przedsiębiorstwo, jakim jest Hades, drapieżnie eksploatuje cały świat i wysysa z niego (niemetaforycznie) dusze, nieuchronnie popychając wszystko ku zagładzie, a jego kadra, jak długo się da, ignoruje i ukrywa prawdę.
Oczywiście Zeus wcale nie chce o słuchać o katastrofie. Zresztą kto by chciał?
Dla równowagi ludzie nie chcą słuchać Kasandry.
Tak czy inaczej Zeus i reszta olimpijskiej ferajny realnie panują nad ludźmi. Bariera pomiędzy nieśmiertelnymi i śmiertelnikami jest nie do przebycia. Bogowie nie krwawią, nie umierają i nie kochają słabszych od siebie. Baw się z ludźmi, jedz z nimi, kochaj się, zaplataj im warkoczyki i rób co chcesz, ale pamiętaj, że nie jesteś jednym z nich, dobrze? – przestrzega Zeus swojego syna Dionizosa.
Notabene, Dionizos, uroczo i po młodzieńczemu nierozgarnięty, zdaniem taty ma w sobie nieco za dużo z człowieka. Przywiązuje się do kociaka i chciałby się zakochać. Sami rozumiecie, w tym świecie to kłopot. Ale cóż, synowie nieuchronnie buntują się przeciwko ojcom. Kto jak kto, ale Zeus powinien o tym wiedzieć.
Natomiast poddani króla Minosa niezbyt chętnie przeciwstawiają się bogom. Ostatecznie wojna trojańska się skończyła, na Krecie panuje spokój i dobrobyt, po prostu od czasu do czasu trzeba złożyć ofiarę z człowieka. Albo zabić własne dziecko. Ale co oni, biedni, mogą? Nie podejmujesz decyzji, bo ja mówię, co masz robić – tłumaczy królowi Minosowi Posejdon. Cóż za ulga. Większość śmiertelników zatem całkiem wygodnie mości się w tym świecie. Chodzą na zakupy do supermarketów i na koncerty rockowe, bo Orfeusz jest przecież gwiazdą popu. No, może uciekinierzy z Troi nie pałają zadowoleniem, bo oni są akurat traktowani jak uchodźcy.
Znaczy, jak podludzie.
Aż raptem grupka smarkatych niedobitków z Troi pod przywództwem królewicza Astyanaksa – wbrew pogłoskom nie został zrzucony z murów Troi – wpada na szczeniacki pomysł, żeby zamanifestować swoje niezadowolenie i stertą gówna popsuć podniosłe święto Olimpii.
A Zeus nie ma poczucia humoru.
W rzeczywistości jednak boska wszechmoc jest pozorna. Światem rządzi bowiem fatum ubrane w szaty przepowiedni. Każdy, bóg czy człowiek, ma własną przepowiednię i nie jest w stanie od niej uciec.
Choć oczywiście wielu próbuje.
Zeus na przykład usiłuje powstrzymać przepowiednię obiecującą upadek bogów i nadejście chaosu, co relacjonuje nam Prometeusz, zazwyczaj wprawdzie rzetelnie przykuty do swojej skały, ale okazjonalnie uwalniany przez Zeusa na pogawędkę i udzielający mu pokrzepiających, acz fałszywych porad. Zanim jednak bogowie upadną, przepowiednia rujnuje życie jeszcze paru ludzi. Przede wszystkim Eurydyki i Kajneusa. Po trochu także Ariadny i Orfeusza.
Wychowywałam się na mitologii greckiej, czytano mi Homera, zanim nauczyłam się składać litery, więc czułam się w „Kaosie” jak wśród starych przyjaciół. Trudno mi ocenić, czy niektóre z serialowych wątków są zarysowane w wystarczająco wyraźny sposób. Nie chodzi mi o takie drobiazgi, jak Dionizos, na widok Ariadny na ekranie telewizora mówiący: „Zakochałem się!”, czy Hera dzwoniąca z przydrożnego aparatu telefonicznego do synka z poleceniem, by zbierał wojska. Można się bez tego obejść. Ale na przykład tło dramatu Kajneusa vel Kajnis w społeczności Amazonek wydało mi się potraktowane nieco zbyt pobieżnie. Może ten świat z założenia miał być fragmentaryczny – stąd nieobecność całej masy bogów – i odsłaniany stopniowo, w kolejnych sezonach.
Tym bardziej szkoda, że ich nie będzie. Tymczasem jednak im więcej wiecie o mitologii, tym lepiej będziecie się bawili.
I wiecie, nie porwały mnie odniesienia do naszego świata. Zachwyciła mnie zabawa mitologią, żonglowanie motywami, przekształcanie ich, osadzanie w nowym kontekście i dodawanie elementów, o których się starożytnym Grekom nie śniło. Na przykład przemysłowe zabawy duszami. Albo tacytki, niema służba bezpieczeństwa Hery.
Choć bohaterowie też mi się podobali. Także ludzie. Nawet narcystyczny Orfeusz i łajzowata Eurydyka, swoją drogą warci siebie. Ich mit też „Kaos” wywraca na nice, pozwalając obydwojgu bohaterów jednej z najstarszych opowieści o miłości silniejszej niż śmierć odkryć, że w gruncie rzeczy nie definiuje ich miłość.
To zaskakujące, ale są w tym serialu prawdziwe emocje. Rozpacz i – jakże nieoczekiwanie – nadzieja. Bo Orfeusz ratuje i traci Eurydykę w najpiękniejszy możliwy sposób. Dając jej wolność.
Bardzo przyjemny, inteligentnie zrobiony serial.
Aż się prosił, żeby go skasować.
-
Język naszą bronią. Nie dajmy go przekuć w kajdany.
#Uwolnione z FB #PawełLęcki #edukacja #Polszczyzna #Wolność #Niewola- Uczniowie nie rozumieją już prostych słów. - Potrzebują tłumaczenia na angielski albo porównań, nagłówkuje Radio Zet.
- Magda, nauczycielka biologii, ostatnio na lekcji tłumaczyła klasie, co znaczy słowo peryferie. Marcin, nauczyciel historii i WOS-u, widząc, że młodzież nie zna pojęcia rebelia, przetłumaczył na angielski i wszystko było jasne. - Uczniowie nie rozumieją podstawowych słów. Coś co jeszcze kilka lat temu było oczywiste dla dzieci, dziś jest zupełnie niezrozumiałe. I nie mówimy tu o terminach naukowych - stwierdzają z przerażeniem nauczyciele, pisze Aleksandra Pucułek na stronie rozgłośni.
- Z sytuacją, o której opowiadają nauczyciele, wiąże się wiele innych problemów. - Największy kłopot sprawia im język w użyciu, czyli np. napisanie notatki syntetyzującej. Trzeba tu najpierw zrozumieć dłuższy tekst, skrócić go, napisać swoimi słowami i nie daj Boże jeszcze porównać z innym - wylicza polonistka. Jeśli polecenie jest bardziej rozbudowane, czyli np. należy odwołać się do tekstu A i B, albo wskazać podobieństwa i różnice między dwoma utworami to uczniowie często zatrzymują się w połowie polecenia i opisują tylko podobieństwa. - Nie czytają ze zrozumieniem, spieszą się. Ten rok jest wyjątkowo bogaty w takie sytuacje. Jeszcze się z czymś takim nie spotkałam - mówi Karolina Szymczyk, czytamy na stronie rozgłośni.
No cóż. Od dłuższego czasu próbuję zwrócić uwagę na postępujący kryzys związany z zanikiem umiejętności posługiwania się w miarę poprawnym językiem polskim. Każdy, kto na przykład sprawdzał egzaminy z języka polskiego, siłą rzeczy musiał zauważyć rozkład składni, ubożenie leksyki. Ekonomia języka jest zjawiskiem naturalnym, ale w obecnej sytuacji mamy do czynienia z czymś bardzo niepokojącym.
Zanikanie struktur językowych powiązane jest z myśleniem o rzeczywistości. Młodzi ludzie mają problem z nazywaniem uczuć, emocji, stanów, w jakich się znajdują. Często nie potrafią wyciągać wniosków, porównywać. Przekłada się to nie tylko na najmniej w tym przypadku istotne wyniki egzaminacyjne, ale na odbiór świata, innych ludzi, szeroko pojętych tekstów kultury, zjawisk społecznych. Oczywiście, nie wszyscy młodzi ludzie tak mają, ale niewątpliwie mamy problem, wobec którego pozostajemy zaskakująco bierni. Rozumienie tekstów, zadań, a w zasadzie brak rozumienia, to zjawisko interdyscyplinarne, które obejmuje całe spektrum zjawisk oświatowych.
Jakie wnioski płyną z tej sytuacji dla polskiej edukacji? -
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W 1481 r. Katerina z Eschenau została poinformowana przez radę miasta Norymbergi, że z pocałowaniem w rękę otrzyma prawa miejskie i wiążące się z tym przywileje, jeśli tylko się przeprowadzi wraz z mężem do ich pięknego frankońskiego grodu. A skąd ta łaskawość władz miejskich? Bo pani Katerina była położną.
Tak, to jest wpis polityczny.
Spośród średniowiecznych niemieckich miast Norymberga stworzyła najlepiej zorganizowany system publicznej opieki medycznej nad położnicami i noworodkami. Stanowił on obiekt podziwu i zazdrości. Norymberskie położne były słynne i tak cenione, że ościenni władcy i inne miasta uprzejmie prosili magistrat o ich użyczenie na czas połogów ukochanych małżonek. W źródłach jako odrębna profesja położne pojawiają się w XIV w., a w 1417 r. są wymienione wśród innych grup zawodowych, zobowiązanych co roku składać przysięgę przed radą miejską.
Tłumacząc na nasze, stały się zawodem zaufania publicznego. Jak notariusze.
W 1522 r. władze Norymbergi wydały pierwsze zarządzenie regulujące całościowo pracę położnych. Zobowiązano je, by wszystkich, bogatych i biednych, traktowały tak samo. W szczególności zakazano im porzucania w trakcie porodu biednej kobiety, by asystować przy porodzie bogatszej, która więcej zapłaci. Nie mogły przyspieszać porodu. Jeśli trwał długo i położna się zmęczyła, zobowiązano ją do wezwania innej zaprzysiężonej położnej, nie zaś po prostu swojej uczennicy. Za porzucenie obywatelki miasta Norymbergi w potrzebie położne mogły być obciążone grzywną w wysokości 5 florenów i stracić prawo do wykonywania zawodu.
Poza tym w Norymberdze część z nich – nie wszystkie – zatrudniało miasto. Tłumacząc na nasze, pracowały w budżetówce.
Certyfikowane miejskie położne zarabiały znacznie mniej niż balwierze/chirurdzy, bo ich też miasto zatrudniało: one dostawały 2-8 guldenów rocznie, oni 10-25. Nie były zadowolone z pensji. Zwracały się do magistratu z prośbami o podwyżki i to niespecjalnie pokornie, twierdząc, że proszą o to „co im się należy.” Miasto podwyżek raczej nie dawało, za to oferowało im za darmo drewno, zboże czy ulgi podatkowe, zaznaczając przy tym, że czyni to nie z przymusu, tylko dobroci serca. Aha, bo i tak zaraz jakiś cwaniak zada to pytanie – zarabiały mniej więcej tyle, co czeladnik albo wyzwolony rzemieślnik, ale nie dostawały zakwaterowania i wyżywienia.
Tłumacząc na nasze, płace w sektorze publicznym już wówczas były nędzne.
Pomimo to władze starały się pozyskiwać fachowe służby medyczne i nakłaniały położne do osiedlenia się w Norymberdze, ofertując im – jak Katerinie z Eschenau – prawa miejskie bez związanych z tym opłat. Zachęcano je również do kształcenia kolejnych akuszerek, mogły więc liczyć na wysokie bonusy za wzięcie uczennic (w 1483 r. od 2 do 3 florenów, w 1484 r. – 5 florenów). Dostawały też dodatkowe wynagrodzenie od rodzin bogatych położnic. Na przykład w 1534 r. Sebastian Welser, bogaty sukiennik i członek rady miejskiej, zapłacił położnej 1,5 florena za poród żony i kolejnego florena za opiekę nad żoną podczas 3 miesięcy po porodzie. Ale władzom zależało, by miejskie położne nie faworyzowały patrycjatu, stąd tak surowe kary za porzucenie biednej położnicy.
By zapobiec nadużyciom i błędom w sztuce, Norymberga stworzyła cały system kształcenia i nadzorowania pracy położnych. Świecki, podczas gdy np. we Francji położne były pod nadzorem Kościoła.
Zarządzenia miejskie nakazywały, by położne były statecznie i uczyły się fachu u boku doświadczonej położnej aż przez 4 lata, podczas gdy w wielu miejscach był to tylko rok. Dopiero po roku asystowania uczennicom pozwalano odbierać porody i to wyłącznie proste, u wieloródek. Potem były egzaminowane przez lekarzy miejskich, uzyskiwały – lub nie – prawo do wykonywania zawodu.
Ponadto w 1463 r. rada miejska powołała instytucję Ehrbare Frauen, czyli patrycjuszek, które nadzorowały pracę położnych i raz do roku – po Wielkanocy – składały radzie miejskiej raport z ich pracy. W Norymberdze nie dostawały wynagrodzenia, choć w innych miastach to się zdarzało. Nie odbierały porodów – przynajmniej w teorii, bo położne skarżyły się magistratowi, że pokątnie to robią, więc powinny też zdawać egzamin – ale kontrolowały pracę miejskich położnych, wizytowały matki w połogu, wysłuchiwały skarg, służyły radą, wsparciem i pomocą.
Współpraca nie zawsze układała się najlepiej, skoro w 1549 r. położne zażądały od rady miejskiej wyznaczenia innych osób do nadzorowania ich pracy, ponieważ, jak twierdziły, damy z patrycjatu nie chciały zajmować się biednymi kobietami i ignorowały prośby położnych. Zażądały, by do nadzorowania wyznaczono zwyczajne żony i wdowy po rzemieślnikach. W ten sposób powołano instytucję Geschworene Weiber, w której zatrudniano – na drobną opłatą – żony i wdowy po rzemieślnikach i skromniejszych urzędnikach, które miały wspierać położne i pomagać przy najtrudniejszych porodach.
Tłumacząc na nasze, służby medyczne artykułowały swoje oczekiwania i władze starały się wypracować konsensus, który poprawi działanie systemu.
Liczba tych wszystkich kobiet w systemie opieki nad położnicami wahała się od 16 położnych do 65 w 1530 r. Potem ustabilizowała się na poziomie 40-50 kobiet, z czego położne stanowiły ok. 1/3. Oczywiście nie były to wszystkie niewiasty w municypalnych służbach medycznych. Wiele pracowało w szpitalach, także położne, które przyjmowały tam porody ubogich kobiet spoza miasta (nieposiadających obywatelstwa), w ramach zinstytucjonalizowanego miejskiego miłosierdzia. Inne w instytucjach charytatywnych, zwanych Seekhaus, opiekowały się zakaźnie chorymi i przygotowywały zmarłych do pochówku. Badacze szacują, że było ich w tym świeckim systemie municypalnej opieki medycznej więcej niż mężczyzn.
Oprócz odbierania porodów położne pełniły w Norymberdze – i innych średniowiecznych oraz wczesnonowożytnych miastach – jeszcze inne funkcje. Mogły samodzielnie podawać lekarstwa położnicom – te najprostsze, sporządzane przez aptekarzy bez zlecenia przez lekarza – przy czym jeśli położnica nie była w stanie zapłacić za medykamenty, rachunek u aptekarza pokrywano z kasy miejskiej. Zapewniały opiekę poporodową matce i dziecku, w razie potrzeby chrzciły, występowały w sądach jako ekspertki, informowały władze o przestępstwach związanych z seksualnością i naruszeniach obyczajności, instruowały szczęśliwych rodziców w sprawie praw przeciwko zbytkowi (czyli np. ile maksymalnie osób mogą zaprosić na chrzciny). Czasami ojcowie miasta mieli dość zabawne pomysły. Wprawdzie nie w Norymberdze, ale w Strasburgu w początkach XVII w. położnym nakazano, by – jeśli asystowały przy narodzinach dziecka nieślubnego – informowały władze, czyje imię wykrzykiwała w bólach rodząca, bo a nuż ujawniała w ten sposób niecnego tatusia-cudzołożnika.
To jest system południowoniemiecki i nie, nie odnotowano tam procesów położnych oskarżonych o czary, choć w innych regionach cesarstwa się trafiały. Ale tu rządzili kupcy. Rozumieli znaczenie słowa „inwestycja” i nie puszczali inwestycji z dymem ani nie pokrzykiwali: „Niech wyjeżdżają!”.
Wśród historyków toczy się zajadłą dyskusja na temat zmian, jakie na przełomie średniowiecza przyniosła profesjonalizacja medycyny i jak dalece wypchnęła kobiety z praktykowania medycyny. Otóż w południowoniemieckich miastach nie wypchnęła. Najwyraźniej system był tak skuteczny, że przetrwał szczęśliwie aż do XVIII w.
Wypracowano go na przełomie średniowiecza. Epoce, kiedy społeczeństwo było fundamentalnie zhierarchizowane, a pochodzenie przesądzało w ogromnym stopniu o dalszym losie człowieka. Właśnie wtedy miasta takie, jak Norymberga – ale też Ratyzbona, Monachium, Stuttgart czy Frankfurt – zorganizowały świecką, jednolitą i publiczną opiekę zdrowotną dla obywatelek w ciąży i małych obywateli, których kolejne pokolenia postanowiono jak najbezpieczniej sprowadzać na świat. Certyfikowały i zatrudniały położne, by służyły wszystkim obywatelom, bogatym i biednym. W tym samym podstawowym standardzie.
Za kasę z podatków.
I tak, wiem, że cesarskie miasto Norymberga należało do najbogatszych i – wraz z Kolonią i Augsburgiem – największych niemieckich miast. Ale te miasta, zarządzane przez zachłannych patrycjuszy, bogatych kupców, bankierów i wyspecjalizowanych, nowatorskich rzemieślników, miały silną tożsamość i municypalny etos, którego wyrazem były m.in. działające służby publiczne, podatki i prawa zapewniające żonie ubogiego łatacza trzewików tę samą podstawową opiekę zdrowotną, co żonie Sebastiana Welsera, który, bądźmy szczerzy, mógł sobie zapewnić tuzin położnych na miesiąc. Dlaczego tego nie robił? Bo ładując kasę – z podatków – w system publiczny, szlifując wykształcenie i kontrolę nad służbami medycznymi, doprowadzono do takiej ekscentrycznej sytuacji, że władcy – mogący sobie pozwolić na wszystko, co się da kupić za pieniądze – zabiegali o wypożyczenie miejskiej położonej. Publiczne było lepsze niż prywatne. Taki mały frankoński cud nad Pegnitz.
I racjonalna inwestycja w przyszłość miasta.
Mamy w rządzie historyków. Jest nim na przykład premier. Wprawdzie ze specjalizacją z legendy Piłsudskiego, czyli bajek z mchu i paproci, ale to i tak lepiej niż poprzednik, który też jest historykiem i bronił się jeszcze bardziej egzotycznie, z Solidarności Walczącej. Tak, wiem, historycy to plaga.
Może niech mu ktoś zalinkuje ten tekst i szepnie, jak ci straszliwi Niemcy to robili już w zacofanym średniowieczu?
Bo tak, to jest wpis polityczny.
Literatura:
Judith P. Aikin, Welfare of Pregnant and Birthing Women as Concern for Male and Female Rulers: A Case Study, - Sixteenth Century Journal, 35, 1 (2004): 9-41.
Green, Monica H. “Gendering the History of Women’s Healthcare.” Gender & History, 20, 3 (2008): 487–518.
Annemarie Kinzelbach, Women and Healthcare in Early Modern German Towns, - Renaissance Studies, 28, 4 (2014): 619-638.
Alison Rowlands, Monstrous Deception: Midwifery, Fraud and Gender in Early Modern Rothenburg ob. Der Tauber, [in:] Gender in Early Modern German History, ed. Ulinka Rublack, Cambridge: Cambridge Univ. Press, 2002, pp. 71-101.
Steven Ozment, When Fathers Ruled. Family Life in Reformation Europe, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1983.
Tiffany D. Vann Sprecher, Ruth Mazo Karras, The Midwife and the Church: Eccsiastical Reglation of Midwives in Brie, 1499-1504, - Bulletin of the History of Medicine, 85, 2 (2011): 171-192.
Merry E. Wiesner, Early Modern Widwifery: A Case Study, Women and Work in Preindustrial Europe, ed. Barbara A. Hanawalt, Bloomington: Indiana Univ. Press, 1986, pp. 94-113.
Merry E. Wiesner, The Midwives of South Germany and the Public/Private Dichotomy [in:] The Art of Midwifery. Early Modern Midwives in Europe, ed. Hilary Marland, London&NY: Routledge, 2006, pp. 77-94.
Heide Wunder, He Is the Sun, She Is the Moon. Women in Early Modern Germany, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1998.
Ilustracja: Albrecht Dürer, Narodziny Maryi, ok. 1500
Scena po napisach: W renesansowych polskich miastach również były certyfikowane położne, np. w Gdańsku składały taką przysięgę: Przysięgam, że będę odwiedzać potrzebujące mojej pomocy ciężarne, rodzące i położnice o każdej porze dnia i nocy, będę im służyła radą i pomocą niezależnie od ich stanu majątkowego, aby ocalić życie i zachować zdrowie matki i dziecka. Będę zwracać pilną uwagę na to, aby nie doszło do zamiany dziecka, nie dopuszczę do obumarcia i spędzenia płodu. W przypadkach ciężkich i w niebezpieczeństwie życia będę dokładnie wypełniać zalecenie duchownych, lekarzy i chirurgów i nie zapomnę dokonać chrztu dziecka. W razie wezwania mnie przez władze do więzienia będę spełniała swe obowiązki bezpłatnie. Będę zgłaszała władzom wszystkie porody przedwczesne i odbywające się w podejrzanych okolicznościach, do których będę wezwana. (Za: Bożena Zaborowska, Pomoc przy porodach w Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej w świetle zielników i poradników medycznych [w:] Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, red. Andrzej Karpiński, Warszawa: Instytut Historyczny UW, wydawnictwo DiG, 2009, ss. 279-312.). -
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W 1548 r., gdy na sejmie piotrkowskim debatowano nad skandalicznym małżeństwem króla Zygmunta Augusta z, jak to szlachta elegancko ujmowała, z litewską ladacznicą, w domu Weinsberga, kolońskiego kupca winnego, również debatowano nad ożenkiem. Rodzice chcieli wreszcie wyswatać swego pierworodnego syna Hermanna. Choć trzeba zaznaczyć, że w przeciwieństwie do Radziwiłłówny Hermann był dobrą partią.
Dzisiaj opowiem Wam o kimś, kogo najtrudniej w źródłach zobaczyć. O zwyczajnym człowieku wiodącym zwyczajne życie.
Hermann liczył lat 30, pochodził z zacnej kupieckiej rodziny, był absolwentem miejscowego uniwersytetu i prawnikiem robiącym karierę w radzie miejskiej. Rodzice raili mu sąsiadkę, wdowę Weisgin Rigpin, właścicielkę sklepu sukiennego. Weisgin, jak Barbara, też miała pewien feler. Była mianowicie o 16 lat starsza od Hermanna.
Ale – i tu pierwsza niespodzianka – Hermannowi to nie przeszkadzało. W dobrym małżeństwie nie chodziło wówczas o jędrną, pozbawioną zmarszczek skórę. Kiedy Zygmunt August samowolnie, bez wiedzy i zgody ojca, poślubił litewską ślicznotkę, która w posagu wniosła mu głównie własną urodę, współcześni byli tak zszokowani, że podejrzewali czary.Na szczęście Hermann był utoczony z zupełnie innej gliny niż Zygmunt August.
Ponieważ wy, ojcze, i matka, tak mi radzicie, oznajmił, i ponieważ dobrze znam Weisgin oraz ufam Bogu, będę szczęśliwym człowiekiem, jeśli ta kobieta także mnie zapragnie. Myślałem, zwierzył się później, że małżeństwo będzie lepsze, jeśli maż będzie młodszy od żony, do którego to wniosku doszedłem na podstawie mojej własnej sytuacji oraz przysłowia, by żenić się z osobą doświadczoną z sąsiedztwa. Hermann w młodości cierpiał bowiem na przepuklinę, przez co nieco obawiał się kobiet, zwłaszcza młodszych.
Następnego dnia ojciec Hermanna zagadnął więc Weisgin pod kościołem, ta zaś oznajmiła, że słyszała plotki i spodziewała się tej propozycji, a jeśli stoi za nią wola Boża i jeśli jej rodzina ją zaaprobuje, ona także nie będzie się sprzeciwiać. W rzeczywistości nad związkiem naradzały się nawet trzy rodziny: w negocjacjach brali udział krewni jej zmarłego męża. Spisano kontrakt małżeński, uwzględniający prawa do spadku zarówno dwóch synów Weisgin z pierwszego małżeństwa, jak i dzieci, które mogła urodzić Hermannowi.Zwróćcie uwagę, że małżeństwo Hermanna było sprawą rodzinną, związkiem społeczno-gospodarczym dwóch rodzin, nie zwieńczeniem namiętności mężczyzny i kobiety. Weisgin, stateczna wdowa, nie strzelała oczami i nie spotykała się pokątnie z narzeczonym. Wszystko działo się statecznie, na oczach wszystkich. Bez pokątnych spotkań w litewskich zameczkach ani sekretnego ożenku w środku nocy.
A potem nieoczekiwanie wyszło na jaw – bo nawet zupełnie zwykli ludzie miewają swoją przeszłość – że w 1546 r. Greitkin Olup, służąca państwa Weinsbergów, urodziła Hermannowi córkę, którą ten uznał i utrzymywał. Ojciec Greitkin przydreptał do księdza i oznajmił, że Hermann nie może poślubić Weisgin, ponieważ wcześniej obiecał małżeństwo jego córce. Przeszkoda zatem jest do tego nowego małżeństwa, ot co. Ale Greitkin nie potwierdziła pod przysięgą, że wymieniła z Hermannem małżeńską obietnicę. Potem zaś do jej ojca wybrał się patriarcha rodu Weinsbergów z gromadą krewnych. I przeszkoda gwałtownie ustała.
Ale w niedzielę, kiedy Hermann i Weisgin składali w kościele przysięgę małżeńską, Weinsberg senior pilnował drzwi. Tak na wszelki wypadek.I wiecie co? To było udane małżeństwo. Weisgin, twierdził Hermann, miała piękną twarz, była raczej wysoka, tęga, cnotliwa, pracowita, wesoła, bogobojna i zgodna. Cenił jej rady, zresztą w ogóle nie uważał kobiet za idiotki, cenił też opinię własnej matki i siostry Katarzyny. Lubił spędzać z żoną czas: opisał, jak pomagał jej robić konfitury z wiśni. Trochę się posprzeczali, kiedy po śmierci jednego z jej synów Hermann uznał, że Weisgin – a nie zapominajcie, że ona była niezależna finansowo i wniosła do tego małżeństwa duży majątek – powinna spisać testament. Ale negocjowali kolejne wersje i dogadali się.
Prowadzili zwyczajne życie. Solenne, pracowite i pozbawione skandali. Takie, jakiego nie zobaczycie w dokumentach sądowych.
Weisgin umarła w maju 1557 r. wskutek bardzo bolesnej choroby dróg rodnych. Podobnie jak Radziwiłłówna. Tyle że tym razem nikt nie ględził o karze boskiej za bezbożność i cudzołóstwo.Hermann rozpaczał. Szczerze. Ale w przeciągu 4 miesięcy od jej śmierci dostał 3 oferty małżeństwa i przeżył romansik z młodą wdową. Życie szło swoim torem.
W lutym 1558 r., namówiony przez siostrę, poślubił kolejną wdowę, Drutgin Bars. Bogatą. Z dziećmi. 10 lat starszą.
Ale Drutgin nie przypominała Weisgin, oj nie.
Drutgin miała charakterek i była zazdrosna. Kiedy w parę miesięcy po ślubie dowiedziała się, że mąż przed ślubem miał romans, zrobiła piekielną awanturę i usiłowała uciec z domu. Hermann ją zatrzymał siłą. Kiedy mu nadal ubliżała, pobił ją i zwyzywał, choć na pierwszą żonę, jak twierdził, nigdy nie podniósł ręki. Dwa dni później Drutgin mu oznajmiła, że poroniła i pokazała mu w nocniku zakrwawiony płód. Hermann był zszokowany, bo dotychczas Drutgin utrzymywała, że nie może mieć dzieci. Niebawem jednak zorientował się, że płód był w rzeczywistości zakrwawioną grudką z papieru – a w każdym razie tak postanowił wierzyć.
Małżeństwo okazało się burzliwe.
Rozstawali się i wracali do siebie. Drutgin groziła, że się zabije, Hermann – że opowie wszystkim, co ona wyprawia i jak nierozsądnie jest zazdrosna. Drutgin zarzucała mu, że się szlaja i łajdaczy. Na dodatek chodziła na skargi do księdza, przyjaciół, dzieci i krewnych. Skarżyła się też, że każe jej chodzić na targ i planować posiłki. Zupełnie jakbym była służącą, utyskiwała. Na próżno Hermann ją przekonywał, że są to zwykłe obowiązki pani domu. Kiedyś sam musiał przez 2 tygodnie je wykonywać, co było srogim ciosem i to nie wyłącznie z powodów prestiżowych. Małżeństwo pozostawało wówczas przede wszystkim jednostką gospodarczą, maleńkim przedsiębiorstwem, w którym żona zwykle pełniła funkcję mniejszego, ale jednak niezbędnego wspólnika.
Po prostu trudno było prowadzić dom i interesy bez współpracy z własną żoną.
Drutgin była wspólnikiem narowistym i nieobliczalnym. Zmusiła go nawet, żeby zrezygnował ze stanowiska w radzie miejskiej.
Nie mieli dzieci. Może i dobrze.
Ale kiedy w 1573 r. Drutgin umierała na puchlinę wodną, Hermann płakał długo i gorzko. Bo z czasem nauczył się doceniać lojalność Drutgin, która w tajemnicy przez wiele lat spłacała długi swojego pierwszego męża. Po paru latach pożycia pisał, że znalazł w tym małżeństwie spokój i szczęście.Potem przez lata procesował się z jej dziećmi o spadek.
Owdowiawszy dwukrotnie, Hermann wprowadził się z powrotem do rodzinnego domu. Znów go swatano, lecz oznajmił, że z kobiet wystarczy mu matka. Odsłużyłem światu ćwierć wieku jako małżonek i dosyć, skonstatował.
Poza tym Drutgin nie chciała, żeby się znów ożenił, a wiadomo, jaka była zazdrosna. Dokądkolwiek trafiła po śmierci, zanotował sarkastycznie, jeśli pozostała taka, jaka była za życia, na pewno byłaby zadowolona wiedząc, że po jej śmierci nie dotknąłem żadnej innej niewiasty, nie licząc uprzejmego pocałunku i tańca.
Przeżył samotnie jeszcze 26 lat, skrupulatnie odnotowując w pamiętniku kwoty, jakie wydawał na msze, wypominki i świece dla swoich zmarłych żon.Narzekacie tu czasami, że opisuję same przestępstwa, wyjątki i sytuacje graniczne, ale cóż, taka jest natura źródeł sądowych. Na szczęście Hermann von Weinsberg prowadził pamiętnik. Był synem swoich czasów, to jasne. Uprzywilejowanym z racji płci. Ale wedle jego świadectwa jego żony miały niezależność finansową, doświadczenie, siatkę rodzinnych powiązań i negocjowały – na różne sposoby – swoją pozycję w małżeństwie. Nie były słabe ani bezbronne, a w każdym razie nie w oczach własnego męża.
Choć oczywiście nie wiemy, jak one opowiedziałyby tę historię.Źródło: Pełna współczesna trzyksięgowa edycja pamiętników jest on-line.
Historia małżeństw Hermanna za: Steven Ozment, When Fathers Ruled. Family Life in Reformation Europe, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1983.
Ilustracja: Pieter Breugel, Taniec weselny, 1566 r. -
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W VII w. św. Fruktuoz z Bragi spisał swoją „Regułę mnichów”. Fruktuoz pochodził ze znamienitej wizygockiej rodziny i po śmierci ojca został mnichem, potem biskupem. Wędrował po swoich rozległych rodzinnych posiadłościach w północnej Hiszpanii, jak to uczony mnich, ciągając za sobą po górach i dolinach nieszczęśliwego osła obładowanego sakwami pełnymi manuskryptów. Chciał się nawet wybrać na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, ale król zatrzymał go i wyłajał, że tak szlachetne światło pobożności nie może opuścić Iberii i rozświetlać obcych stron. Rozświetlał więc własne, czyli zakładał tzw. klasztory podwójne, do których przyjmowano całe rodziny, wraz z małymi dziećmi.
To nie był unikatowy pomysł. Od samego zarania monastycyzmu pojawiały się wspólnoty mnichów i mniszek żyjących wspólnie pod tym samym dachem i przywództwem tego samego przełożonego lub przełożonej, bo i tak się zdarzało. Ale – być może właśnie ze względu na obecność całych rodzin pod klasztornym dachem – bezprecedensowy jest zakres ochrony dzieci, jaki przewidział w swojej regule św. Fruktuoz.Każdy mnich – głosi reguła św. Fruktuoza – który jest zanadto zainteresowany chłopcami lub młodzieńcami, albo został schwytany na pocałunku czy powłóczystych spojrzeniach lub jakiejkolwiek innej lubieżności, a jego wina zostanie dowiedziona, ma zostać publicznie obity, jego tonsura usunięta i ma zostać postawiony w publicznym miejscu, ogolony na łyso, znosząc pogardliwą hańbę, opluwany i znieważany przez wszystkich. Powinien zostać uwięziony, zakuty w żelazne łańcuchy na 6 miesięcy, a przez kolejne 3 lata każdego tygodnia powinien pościć na jak najmniejszej ilości jęczmiennego chleba, wydzielanego mu raz dziennie, na wieczór. Potem ma się znaleźć pod nadzorem duchownego i zostać oddzielony od innych oraz odesłany do pracy na roli. Powinien nieustannie być zaprzątnięty modlitwą i prosić o wybaczenie z pokutnym lamentem. W klasztorze zawsze ma chodzić pod nadzorem i pieczą 2 duchownych braci, i nigdy nie dopuszczać się dłuższej prywatnej rozmowy albo zażyłości z młodymi.
Kara wymierzana w klasztorach św. Fruktuoza mnichom krzywdzącym chłopców i młodzieńców jest niezwykle surowa. Dla porównania: mnisi, którzy kłamią, kradną i posuwają się do rękoczynów lub krzywoprzysięgają w sposób niegodny sług Chrystusowych zgodnie z tą regułą mają być najpierw napominani przez starszych, następnie trzykrotnie przyprowadzeni przed braci i przestrzegani, a dopiero potem wysmagani i zamknięci w celi na trzymiesięczną pokutę.
Zwróćcie też uwagę, że kara jest wymierzana publicznie. To niezwykle znaczące. Nikt nie peroruje, że grzech popełniony sekretnie należy sekretnie odpokutować, by nie gorszyć świeckich, nie spekuluje, co powinny zrobić małoletnie ofiary oraz jak stanowczo powinny przeciwstawiać się sprawcy. Przeciwnie. Tu odpowiedzialność jest jasno nałożona na dorosłych agresorów.
Niezwykłe jest jeszcze coś.
Z ustawodawstwa kościelnego wynika, że dość wcześnie zaczęto się niepokoić duchownymi deprawującymi chłopców (sturpatores puerorum – za synodem w Elwirze, pocz. IV w.). Pedofilia nie pojawiła się bowiem znienacka w XX w. wskutek rewolucji seksualnej i paskudnego rozpasania naszych czasów, a w każdym razie nie sądzę, by dało się o tym przekonać tych wszystkich czcigodnych średniowiecznych mężów, który ją dostrzegali w kościelnych instytucjach.
Zwykle ówczesne kościelne ustawodawstwo nie miało na celu ochrony dzieci, tylko potępienie i ukaranie grzechu, zwanego grzechem sodomskim czy grzechem przeciwko naturze albo niewypowiedzianym grzechem. Wiek osób w tenże grzech – zresztą nie tylko ten – zamieszanych czy nawet dobrowolność uczestnictwa nie były kluczowe. Lecz – co podkreślam – świeckie ustawodawstwo także nie stawało jakoś szczególnie w obronie niewinności dzieci, a praktyka bywała nader parszywa, o czym tu wielokrotnie pisałam.
Św. Fruktuoz żył na długo przed wynalezieniem rodzicielstwa bliskości i dzieciństwa, jakie znamy. W czasach, kiedy dzieciństwo trwało krótko, a jego granicę umieszczano w okolicach dojrzałości płciowej. W czasach, kiedy przemoc była wszechobecna, a dzieci stanowiły de facto własność rodziców. W czasach, kiedy autorytety się spierały, czy dzieci są złe z natury i jak z nich tę przykrą przypadłość wykrzewić wychowaniem. W czasach, kiedy dalece nie wszyscy podążali za św. Izydorem z Sewilli, łącząc wiek chłopięcy z niewinnością, wielu zaś sądziło, że życie monastyczne jest najdoskonalszą ścieżką ku zbawieniu i należy je chronić przed wszelkimi zagrożeniami i za wszelką cenę.
Pomimo to św. Fruktuoz potrafił zobaczyć w dzieciach nie źródła pokusy, zgorszenia czy współwinnego zasługującego na karę, tylko ofiary, które należy chronić. I izolował sprawców.
14 wieków temu!
Nie znam żadnego innego średniowiecznego tekstu, który robi to w równie dobitny sposób.
Notabene, ten unikatowy fragment reguły św. Fruktuoza okazał się nader żywotny. Znal go Regino z Prüm, IX-wieczny opat klasztoru benedyktynów, potem – błędnie przypisany św. Bazylemu Wielkiemu – trafił do „Dekretu” Burcharda, biskupa Wormacji, bardzo wpływowego XI-wiecznego zbioru prawa kanonicznego. W przebraniu Pseudo-Bazylego zawędrował też do innych XI-wiecznych autorów. Ale już nie do XII-wiecznego „Dekretu” Gracjana, będącego podstawą późniejszych zbiorów prawa kanonicznego.
Tradycja i prawo potoczyły się inną koleiną.Mam świadomość, że ten wpis będzie czytany we współczesnym kontekście i długo zastanawiałam się, w jaki sposób go napisać, by nie sprowokować wyłącznie rytualnej wymiany ciosów w komentarzach. Właściwie nie wierzę, że historia jest nauczycielką życia. Nie wierzę, że historia czy tradycja narzucają nam jakiś sposób reagowania na zło. Nie potrzebujemy tekstów sprzed 14 wieków, by zachowywać się przyzwoicie i bronić ofiar, nie oprawców.
Ale czasami chciałabym, żeby tego św. Fruktuoza czytał ktoś oprócz mediewistów.
Źródło:
The Fathers of the Church. Iberian Fathers, vol. 2, ed. Roy Joseph Deferrai et al., Washington: Catholic Univ. of America Press, 1969, choć lepiej byłoby: Zachodnie reguły monastyczne, Tyniec: Wydawnictwo Benedyktynów, 2013, ale akurat nie mam pod ręką.Literatura:
- Elizabeth Archibald, Incest between Adults and Children in the Medieval Wold, [in:] Children and Sexuality. From the Greeks to the Great War, ed. George Rousseau, Basingstoke&NE: Palgrave Macmillan, 2007, pp.. 85-102.
- James Brundage, Law, Sex and Christian Society in Medieval Europe, Chicago: University of Chicago Press, 1987.
- Bogdan Czyżewski, Zadania opata określone w prawodawstwie monastycznym kręgu św. Fruktuoza z Bragi, - Vox Patrum, 75 (2020): 67-88.
- Dyan Elliott, The Corrupter of Boys. Sodomy, Scandal, and the Medieval Clergy, Philadelphia: Univ. of Pennsylvania Press, 2020.Ilustracja: Miniatura z Códice Emilianense, X w., dwóch biskupów, obaj śliczni.
-
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
Pod koniec pierwszej dekady XVI w. stało się jasne, że mały Thomas Platter – dla najbliższych Tomilin – nie nadaje się do pasterstwa. Z początku pasał kozy, lecz a to zgubił buty, a to – co gorsza – postradał kozy. Powierzono mu więc zwierzęta łagodniejsze w obejściu i mniej rącze w ucieczce, czyli do krowy. Niestety jako pasterz krów Tomilin również się nie sprawdził. Zważywszy że był ubogim szwajcarskim dzieciakiem z górskiego kantonu Valais, odumarłym przez ojca i podrzuconym przez matkę krewnym na wychowanie, wyczerpał tym samym możliwości zawodowego sukcesu w rodzinnych stronach.
Zmartwieni krewni postanowili więc go przeznaczyć do zadań łatwiejszych. Do nauki i kariery akademickiej mianowicie. Trudno. Nie wszyscy się nadają do pasania kóz.
Bo dzisiaj historia na początek nowego roku akademickiego. Oszałamiająca!Ubi sunt, qui ante nos, in mundo fuere?
Niebawem do rodzinnej okolicy zawitał jego starszy kuzyn Paulus, wędrowny uczeń bywały w świecie. Zgodził się zabrać Tomilina ze sobą. Na naukę, choć raczej życia niż łaciny. Bo nie mając żadnego majątku i nie mogąc liczyć na wsparci rodziny, młodzi żaczkowie musieli się sami utrzymać podczas naukowych peregrynacji. Kradli więc, zarabiali śpiewem po karczmach albo żebrali, by nie umrzeć z głodu. Starsi bezwzględnie wykorzystywali młodszych. Rychło wyszło na jaw, że Tomilin ma w zamian za – iluzoryczną – opiekę zdobywać dla kuzyna pożywienie.
Vadite ad superos, transute ad inferos.
Thomas i Paulus wędrowali od miasta do miasta, od szkoły do szkoły, coraz dalej i dalej. Ok. 1515-1518 r. trafili do Wrocławia, by pobierać edukację w cieszącej się dobrą opinią szkole św. Elżbiety. Teoretycznie. Bo Tomilin, musząc wyżywić Paulusa, na naukę nie miał zbyt wiele czasu.
Było w mieście – pisał w swojej autobiografii Thomas – kilka tysięcy studentów i żaczków, żyjących z jałmużny. Niektórzy, jak powiadano, przebywali tu od 20, czy nawet 30 lat, mając swoich żaczków, którzy ich utrzymywali. Ja swojemu bachantowi (czyli Paulusowi) przynosiłem często po sześć razy na wieczór różności do szkoły, gdzie mieszkał. Dawano mi chętnie, gdyż byłem mały i Szwajcar z rodu. W owym czasie, po bitwie pod Marignano, gdzie Szwajcarzy ucierpieli bardzo, tracąc zarazem nimb niezwyciężalności, cieszyliśmy się sympatią wielką. (…)
W lecie chodziłem często nad Odrę, prałem koszulinę, wieszałem na drzewie, by wyschła, potem zaś obierałem kaftan ze wszy, robiłem dołek, wkładałem weń robactwo i przysypawszy piaskiem, stawiałem krzyżyk. W porze zimowej spali żaczki w szkole na ziemi, zaś bachanci w izdebkach, których u św. Elżbiety było około stu. Latem podczas upałów nocowaliśmy na cmentarzu, podesławszy siana zebranego z ulicy, bowiem w sobotę wysypywano je przed domami miasta. Leżeliśmy sobie tedy wygodnie, niby świnie w mierzwie. Gdy deszcz padał, uciekaliśmy do szkoły, a w czasie burzy śpiewaliśmy przez całą nieraz noc z zastępcą kantora responsoria i inne pieśni.
Latem po wieczerzy chodziliśmy czasem do szynków, żebrać o piwo, a podpici chłopi polscy raczyli nas hojnie, tak że nieraz nie mogłem trafić do szkoły, chociaż była odległa zaledwie o rzut kamieniem. W rezultacie jedzenia było w bród, ale nauki bardzo mało.Vivat nostra civitas, maecenatum caritas.
Quae nos hic protegit, quae nos hic protegit.Nie jestem pewna, czy dzisiejsi wrocławscy studenci poczują się w tym opisie wygodnie jak świnie w mierzwie, ale Tomilin wspominał Wrocław – i gościnnych polskich chłopów – z rozrzewnieniem. Przynajmniej dzięki miejskiej jałmużnie najadał się do syta.
Potem powędrowali z Paulusem dalej. Wciąż przymierał głodem. Czasu na naukę nie przybywało. W Bazylei pomagał robić mydło byłemu mistrzowi uniwersytetu wiedeńskiego i chodził z nim po wioskach, kupując popiół. W Ulm żebrał. W Sélestat wreszcie trafił do dobrej szkoły; jak wyznał w swoich wspomnieniach, nie umiał wówczas nic. Miał już 18 lat.
Vita nostra brevis est, brevi finietur.
W Zurichu usiadłem w kącie nieopodal katedry, napisał potem, i poprzysiągłem sobie, że będę się uczył lub umrę.
Venit mors velociter, rapit nos atrociter,
Nemini parcetur, nemini parcetur!I wtedy jego los wreszcie się odmienił. Spotkał mistrza. Uczył się i imał różnych zajęć, by przetrwać. Skręcał sznury, zadowolony, że dało się przy tej robocie czytać. Został nauczycielem domowym. Studiował jednocześnie łacinę, grekę i hebrajski, choć czasami był tak zmęczony, że zasypiał podczas lekcji. Potem pracował w drukarni. Zaczął uczyć w szkołach. Założył własną drukarnię. Wydał Institutio christianae religionis Kalwina. Został obywatelem Bazylei. Potem wykładowcą i wreszcie rektorem tamtejszej szkoły miejskiej.
Vivat Academia, vivant professores!
Vivat membrum quodlibet, vivant membra quaelibet.
Semper sint in flore, semper sint in flore!Takie to były dziwne czasy, że mały żebrak został rektorem.
Wspomnienia spisał u końca życia dla starszego z synów, Feliksa. Felix Platter został słynnym lekarzem, jednym z pionierów anatomii oraz psychiatrii, bo nietypowo w tamtych czasach uważał za przyczynę chorób psychicznych zmiany w mózgu, nie złe moce. Drugiego syna, Thomasa, Tomilin również wychował na lekarza.Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus!
Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus!I nie, to nie jest wpis o tym, że świat schodzi na psy, a młodym kiedyś było trudniej niż dzisiaj. Studiowanie w każdej epoce jest pełne wyzwań, trudów, cudownej wiedzy i nikczemnych przyjemności. Nadal musimy dokonywać wyborów, niektórych paskudnych. I czasami bywamy chłopakiem, który siedzi nieopodal katedry, poprzysięgając sobie, że będzie się uczył lub umrze.
Kolejnego wspaniałego roku wszystkim, studentkom i studentom, wykładowczyniom i wykładowcom, w wędrówce tym starym, dobrze wydeptanym traktem! Cudownych przygód, moi drodzy!
Gaudeamus igitur, iuvenes dum sumus!
Cytat z autobiografii Thomasa Plattera za: Źródła do Historii wychowania, wyd. Stanisław Kot, T. 1, Warszawa, Kraków, Lublin, Łódź, Paryż, Poznań, Wilno, Zakopane: Gebethner i Wolff, etc., 1929.
Literatury o Platterach jest w bród, ale moja ulubiona książka to: Emmanuel Le Roy Ladurie, The Beggar and the Professor. A Sixteenth-Century Family Saga, tr. Arthur Goldhammer, Chicago&London: Univ. of Chicago Press, 1997. – I tak, to ten od Montaillou, wioski heretyków.
Po polsku: Jacek Wójcik, Relacja Thomasa Plattera jako źródło do życia codziennego uczniów wrocławskich szkół na początku XVI wieku, - Biuletyn Historii Wychowania, 35 (2016): 7-19.
Ilustracja: Albrecht Dürer.
-
#PokolenieIkea #Uwolnione z FB #paraolimpiada
MÓWCIE, CO CHCECIE, ALE MNIE TA HISTORIA ROZWALIŁA
Dobra, urwało mi d….tak że z z trudem się na zawiasach trzyma.
Pamiętacie tych wszystkich ziomeczków, którzy jadą na olimpiadę, dostają komplet kluczy nasadowych i ogórki gruntowe, do obierania na czas, a później wracają lekuchno nadęci i mówią, że nie wyszło, ale przecież liczy się tylko udział?To dzisiaj kończy się paraolimpiada. Polska ekipa zdobyła 23 medale, w tym osiem złotych.
W klasyfikacji medalowej mamy na razie miejsce 15, ale z szansą na poprawę.
Tak tylko przypomnę, że kilka tygodni wcześniej na normalnej olimpiadzie, tych medali było dziesięć, jeden złoty, miejsce w klasyfikacji medalowej 42.
Niech będzie, że jestem złośliwym bucem, ale kto tutaj bawi się sportem, a kto ma wyniki?
Oczywiście pies z kulawą nogą paraolimpiady nie ogląda, zawsze są w cieniu, wiec dzisiaj będzie jedna historia.Jedna kobieta: Barbara Bieganowska-Zając.
Co robi pani Zając? Zajebiście trudna zagadka.
Oczywiście biega.Właśnie pyknęła kolejny złoty medal na 1500 metrów. Jak zwykle zaczęła wolno, a później odjechała rywalkom, niczym TGV. Albo jak kto woli szybciej niż w F1 zmieniają koła.
43 lata. Mistrzyni paraolimpijska z Sydney, Londynu, Rio, Tokio i teraz Paryża.
Zawsze lubiła biegać.Jak jej rodzeństwo, jechało na rowerach nad jezioro, to ich goniła. Na nogach.
Brat na motocyklu WSK (duma całej wsi) obiecywał, że jak go dogoni, to ją przewiezie. Więc popierdzielała za nim jak struś pędziwiatr.Pierwsze duże zawody? Mistrzostwa województwa w Lasocicach. Przyjechała trochę zagubiona. Trener kazał jej zrobić rozgrzewkę. Potruchtała, porozciągała się jak pozostałe dzieciaki.
- Nagle zobaczyłam dziewczyny przygotowujące się do startu. Nie wiem skąd, ale pomyślałam, że to jest mój start. I choć nie widziałam mojego wuefisty, nie chcąc przegapić mojego startu, ustawiłam się w tej grupie.
Padł strzał, ruszyliśmy. Do mety dobiegłam pierwsza z dużą przewagą, ale okazało się, że wzięłam udział w starcie z dziewczynami o rok starszymi na dłuższym o kilometr dystansie.
Kiedy sędzia zobaczył mnie, uśmiechnął się pobłażliwie i powiedział "Dziecko, to nie był twój bieg. Twój start będzie dopiero za 10 minut". Ja mówię: "Jak to nie mój bieg... A tam, pobiegnę zaraz następny".
I pobiegłam. Znów na mecie pojawiłam się z dużą przewagą. Wszyscy zaczęli się wtedy zastanawiać, kim jest ta dziewczynka – opowiadała w wywiadzie dla nyskiego portalu.
Mąż, dwie córki.
- Karmiłam córkę, a jak już spała, szłam na trening. Czasem musiałam odpuścić wyjazd na szkolenie, robiłam za to treningi w domu dwa razy dziennie. Kiedy wyjeżdżałam na zgrupowania, płakałam. Robiłyśmy kalendarzyki, córki wykreślały dni, za ile znowu będę w domu.
Pieniądze?
Żeby zorganizować komunię dla córki, pojechała na saksy do Holandii.
- Widziałam na zgrupowaniach koleżanki, które biegały w butach za 500–600 zł, miały kolce za 1000 zł, rolery, sprzęt do odnowy biologicznej. Było mi przykro, że mnie na to nie stać. Inni sportowcy mieli odżywki sportowe, ja kupowałam w aptece witaminy za 30 zł, żeby się jakoś wspomóc.
Jest niepełnosprawna intelektualnie.
- Od dzieciństwa miałam problemy z nauką, zapamiętywaniem. Trudno mi skupić uwagę przez dłuższy czas, nie rozumiem pewnych słów. Ale przestałam czytać nieprzychylne komentarze i się nimi przejmować – mówi.
Ludzie są zwyczajnie zazdrośni, że odnosi sukcesy. A przecież każdy może zrobić coś, żeby mu było w życiu lepiej.
Z powodu swojej niepełnosprawności ćwiczy dużo więcej niż powinna. Ćwiczy wpędzając się w kontuzje.
Miała silną depresję kilka lat temu.
Wyszła z niej po długiej walce.
- Dziś chcę mówić do kobiet w podobnej sytuacji: „dziewczyny, walczcie o siebie, podnieście się, pokażcie, tym wszystkim, którzy wpędzili was w depresję, którzy chcieliby was zamknąć w domach, że się nie poddacie.
Przed Paryżem zafarbowała włosy na srebrno.
- To mój naturalny kolor włosów. Tak, są już siwe i postanowiłam tego nie ukrywać. Takie geny. Mam już 43 lata, ale wiek to tylko liczba, którą się nie przejmuję. Chcę siwymi włosami powiedzieć innym kobietom po 40. – to nie tak, że w tym wieku coś się kończy. Nadal możecie robić to co kochacie i odnosić w tym sukcesy – powiedziała dziennikarzowi Michałowi Polowi.
Kolejny cel to paraolimpiada w Los Angeles.
- Nigdy się nie poddaję, kiedy upadam, wstaję i idę, a raczej biegnę dalej – twierdzi.
Czego i wam w pytę życzę. -
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
A jeśli chcecie zrozumieć, co napędzało Rewolucjonistę znad Górnego Renu i podobnych jemu, a nie macie chęci tropić milenarystycznych buntowników i mistycznych anarchistów średniowiecza razem z prof. Normanem Cohnem – którego zresztą polecam, bo czyta się go jak powieść – to sięgnijcie po „Wojnę biedaków” Érika Vuillarda, książeczkę maleńką, lecz cudną.
Autor niby śledzi losy Tomasza Münzera, teologa protestanckiego, kaznodziei i przywódcy chłopskiego powstania z początków XVI wieku, czyli jednego z tych bezbronnych proroków, którzy, zanim zostaną zamordowani, usiłują stworzyć ziemski raj, lecz wyznawców prowadzą do niego poprzez morze krwi.
Lecz ani fabuła ani bohater nie są osią tej prozy – i jeśli ich oczekujecie, łatwo tutaj o zawód – tylko marzenie o świecie sprawiedliwym, wędrujące poprzez średniowiecze i wczesną nowożytność wraz z gromadami głodnego, zrewoltowanego plebsu, przekraczające z ludowymi kaznodziejami i samozwańczymi mesjaszami granice, przesączające się spod okładek manuskryptów, kłapiące szczękami drukarskich pras.
Marzenie, które łączy niedosyt ewangelii, ukrywanej przez duchownych pod płaszczem skamieniałej, niepojętej dla ludu łaciny, z głodem całkowicie ziemskim i skręcającym trzewia. I to marzenie przez wieki nie daje się zdławić i nieustannie morfuje, raz obrasta ewangelicznymi frazami, raz podszywa się pod Słowo Boże, a raz wybucha gwałtownością pamfletów nawołujących do rzezi.
Równie zmienna i trudna do określenia jest proza Vuillarda, który z ogromną swobodą przerzuca się pomiędzy gatunkami, od eseju przechodzi do fikcji, ukrywa się bądź wynurza na powierzchnię własnej prozy, na przemian oddala się lub ogniskuje na szczegółach. Jednocześnie ta chłodna, oszczędna narracja ma niesamowity ładunek emocjonalny i – paradoksalnie – ponieważ jest fikcją, odsłania sensy, które niezmiernie trudno zwięźle pokazać w tekście naukowym.
Zresztą zobaczcie sami:
Pięćdziesiąt lat wcześniej popłynęły strumienie gorącej masy, spływały z Moguncji na całą Europę, płynęły między pagórkami wszystkich miast, między literami każdej nazwy, spływały rynnami, płynęły meandrami każdej myśli – i każda litera, każda cząstka koncepcji, każdy znak przestankowy zastygały w kawałeczkach metalu. Umieszczano je w drewnianej szufladzie. Ludzkie dłonie wybierały jeden po drugim i układały słowa, wersy, stronice. Posmarowano je tuszem i potężna siła powoli odciskała litery na papierze. Powtarzano to dziesiątki razy, po czym poskładano arkusze na cztery, na osiem, na szesnaście. Ułożono jedne na drugich, sklejono, pozszywano, oprawiono w skórę. Powstała księga. Biblia.
Tak tedy w ciągu trzech lat wykonano sto osiemdziesiąt sztuk, podczas gdy pojedynczy zakonnik sporządziłby w tym samym czasie tylko jedną kopię Pisma Świętego. I księgi zaczęły się mnożyć jak robactwo w ciele.
Oto więc mały Tomasz Münzer czytał Biblię, dorastał wraz z Ezechielem, Ozjaszem, Danielem, był to wszakże Ezechiel Gutenbergowy, Ozjasz Gutenbergowy i takiż Daniel – i kiedy chłopak zamykał za sobą koślawe, szorujące po ziemi drzwi, tkwił jeszcze długo na dole, w starej kuchni, i przecierał oczy. Nie widział, co widzi ani co powinien widzieć. Był samotny niczym złodziej i niewinny.
Nawet jeśli się zna wszystkie te monografie, począwszy od Elizabeth L. Eisenstein, o wczesnonowożytnej rewolucji druku, trzy krótkie akapity „Wojny biedaków” uderzają z niezwykłą siłą, ponieważ w cudownie obrazowy sposób przypominają, że druk nie był jedynie nowinką technologiczną, że za sprawą Gutenberga wydarzyło się coś wstrząsającego i obrazoburczego zarazem: Oto bowiem Słowo Boże zamknięto w metalu i poddano obróbce brudnymi rękoma drukarskich czeladników, rękoma, które nie dotykały na ołtarzu eucharystii, by mogło wzrastać i potężnieć w językach narodowych. Co Vuillard puentuje cudownie plebejską metaforą robactwa, które – jak przecież świetnie wiemy, odkąd Carlo Ginzburg opisał teogonię według pewnego heretyckiego młynarza – w wyobraźni ludowej bywa powiązane nie tylko z gniciem, ale i ze stwarzaniem i stworzeniem.
Wśród tego wszystkiego, w kuchni, gdzie miesi się ciasto i szlachtuje zwierzęta, mały chłopiec dorasta wśród biblijnych duchów, i na razie wciąż jest niewinny, lecz już staje się złodziejem Słowa, a za chwilę, gdy dorośnie, spróbuje wykraść swojemu Panu i jego ziemskim namiestnikom historię upadku i zbawienia.
Vuillard to mistrz, nic się nie dzieje w jego prozie przypadkowo.
Macie w tych paru pierwszych akapitach książki zapowiedź wszystkiego, co się zaraz wydarzy. Słowo i słuchacza. Chleb i nóż. Żywe robaki i martwe ciało.
I wszystkie chrystologiczne konotacje, które się pomiędzy nimi zawierają i rollercoasterem skojarzeń oraz metafor prowadzą nas w głąb średniowiecznej duchowości.Dawno, dawno temu, kiedy młoda Ania bogobojnie studiowała na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, historii średniowiecza uczył ją Leszek Wojciechowski, wówczas jeszcze nie profesor, tylko doktor, mocno już okrzepnięty w sobie, wciąż jednak chudy jak postny kiełbik i równie pryncypialny. W kolejnych blokach chronologiczno-tematycznych dawał nam do przeczytania wielkie ławice źródeł i opracowań, a nieobowiązkowo także literaturę piękną; swoją drogą ciekawa jestem, czy inni wykładowcy również tak robią, czy też to heretyckie podejście do kultury akademickiej.
Podsunął nam mnóstwo oczywistych i nieoczywistych lektur, ale najbardziej jestem wdzięczna za „Ognistego anioła” Walerego Briusowa.
Bo czasami fikcja sięga tam, dokąd nie doprowadzi nas naukowe opracowanie.
Tyle o Vuillardzie.
-
#trans-people #zwami #Uwolnione z FB #RelataRefero
Prosty tekst o transseksualizmie.
To, co Ci napiszę, będzie moim własnym, małym wkładem w edukację seksualną dorosłych, zwłaszcza tych, którzy mają dzieci. Być może uda się odmienić los choć jednego dziecka, które jest takie, jakim byłem ja. Być może dzięki niemu choć jedno dziecko będzie szczęśliwsze i niepozbawione nadziei. Bo najgorsze, co można zrobić, to pozbawić człowieka nadziei. Człowiek, który nie ma nadziei, po prostu nie chce żyć. Tym bardziej, kiedy jest dzieckiem.
Dzieckiem transseksualnym.
Byłem dzieckiem transseksualnym. Urodziłem się, posiadając zewnętrzne cechy płciowe żeńskie. Nie miałem siusiaka. Przez pewien czas, nie będąc do końca świadomym różnic między chłopcami a dziewczynkami, byłem przekonany, że siusiak mi wyrośnie. Sam z siebie. Bo przecież każdy chłopczyk ma siusiaka, a ja jestem chłopczykiem, to oczywiste.
Rozumiesz: na razie mam inne imię i wszyscy mówią do mnie, jak do dziewczynki, ale to po prostu taki etap, a potem, już za chwilę wszystko się zmieni i wszystko będzie normalnie. Rodzice dadzą mi nowe imię (może nawet zapytają mnie, jak chciałbym mieć na imię?), zaczną mnie normalnie ubierać i wszystko będzie dobrze. Z czasem jednak zaczęło mnie niepokoić, że nic się nie dzieje i wciąż nie mam siusiaka, więc zacząłem drążyć temat w rozmowach z mamą.
Mama odpowiedziała informacją kompletnie niedorzeczną, mówiąc, że nic mi nie wyrośnie, bo jestem dziewczynką i tak już pozostanie. I tak w wieku kilku lat, moje życie w zasadzie skończyło się na bardzo długo. Dopytałem jeszcze, czy może można to jakoś zmienić, mama odparła, że nie. Wiesz, to było bardzo dawno temu i nie mówiło się o tym w mediach. Zresztą co to były za media... Uznałem, że ktoś tu zwariował, a mama chyba jest niedoinformowana i coś jej się myli, albo o czymś nie wie, bo przecież ponad wszelką wątpliwość jestem chłopczykiem. Kompletnie nie bawią mnie lalki, za to bardzo kręcą auta i pistolety, chcę zostać marynarzem, a dziewczynki są głupie i nudne.
Szczytem jakiegoś schizoidalnego wariactwa były próby ubrania mnie w sukienkę. Czułem się po prostu torturowany, myślę, że podobnie czują się ofiary znęcania. Czułem się krzywdzony, nierozumiany, czułem, że mama mnie nie kocha, przebiera mnie, jak pajaca, chce mnie ośmieszyć, upokorzyć, zrobić ze mnie idiotę. Nienawidziłem jej wtedy i nie wiedziałem, za co mi to robi. Byłem pewien, że i ona mnie nienawidzi.
Kiedy rodziców nie było w pobliżu, przedstawiałem się obcym ludziom jako Jacek albo Adaś, a mój wygląd nie pozostawiał im żadnych wątpliwości, ponieważ już w zapuszczanie włosów i warkoczyki nie dałem się wrobić. To mi się, na szczęście udało.
Mając jakieś 6 lat, zacząłem myśleć o tym, żeby się jakoś zabić, bo uznałem, że moje życie to pomyłka i że jak mam żyć w takiej postaci, w jakiej jestem, w takim wariactwie, to w ogóle nie ma sensu żyć. Tak, jako sześcioletnie dziecko, pamiętam to doskonale, patrzyłem przez płot przedszkola na przejeżdżające samochody i marzyłem o tym, że kiedyś ucieknę i wpadnę pod samochód.Taki się urodziłem. Nikt nie podał mi żadnej tabletki, ale gdybym wtedy usłyszał o istnieniu ludzi, którzy takie tabletki rozdają, poszedłbym ich szukać do samego piekła i marzyłbym o spotkaniu z takimi ludźmi.
Musicie to zrozumieć: niezależnie od Waszej wiary, światopoglądu, człowiek RODZI SIĘ transseksualny. Naprawdę. Nauka potwierdziła, że przypadłość ta powstaje we wczesnej fazie życia płodowego. Nie wiadomo dlaczego. Nie da się tego odkręcić, ani wyleczyć.
Transseksualny człowiek ma mózg i pewne elementy ośrodkowego układ nerwowego typowe dla płci przeciwnej do cech wewnętrznych. Mam absolutnie męski mózg i większość mojego ośrodkowego układu nerwowego jest męska.
W wieku lat 19-20 trafiłem do lekarza. Do właściwego lekarza. Wykonano mi pierdylion testów, żeby wykluczyć wszelkie zaburzenia psychiczne. Jeśli znacie kogoś transseksualnego, to możecie być pewni, że to psychicznie najzdrowszy człowiek na świecie, prześwietlony i przetestowany na wszystkie możliwe sposoby. Mam specyficzny zapis EEG. Zrobiono mi mnóstwo badań: mózgu, hormonów, przysadki, nadnerczy, tarczycy. Wykonano wreszcie badanie chromatyny płciowej. To bardzo ważne, kluczowe badanie, które — w zestawieniu z pozostałymi badaniami — potwierdziło jasno, czarno na białym, że jestem mężczyzną: nie posiadam ciałka Barra. Posiadają je wyłącznie kobiety, no, czasem mężczyźni, kiedy nie są zdrowymi mężczyznami i co wpływa na występowanie u nich pewnych cech żeńskich. Ale mózg mają nadal męski, więc są mężczyznami.
Mam męski mózg i nie mam ciałka Barra.
Od urodzenia. Od urodzenia jestem mężczyzną i moja męskość jest nieuleczalna. Nie da się przeszczepić mózgu, ani sztucznie wytworzyć ciałka Barra. Przeszedłem zabiegi chirurgiczne, mającej na celu dostosowanie mojego ciała do mojego mózgu, ośrodkowego układu nerwowego i do mojej chromatyny płciowej. Nie, nie zmieniłem płci. Bo nie zmieniłem mózgu, ani chromatyny. Ja nawet jej nie "skorygowałem". Ja dostosowałem ciało do swojej płci rzeczywistej.
Wiem, że są jeszcze w tym kraju, w XXI wieku ludzie, którzy jedyny dymorfizm płciowy, jaki znają, to posiadanie fiuta albo cycków. To dziwne, bo tak naprawdę chromosomy, czy budowa mózgu, to wiedza na poziomie szkoły średniej, w sumie żadna wielka filozofia.
Robienie z dziecka transseksualnego na siłę dziewczynki albo chłopca, bo nie ma/bo ma siusiaka, jest fundowaniem dziecku niewyobrażalnego koszmaru. Dlatego za moich czasów (1999) współczynnik samobójstw w tej grupie wynosił niemal 100% (a nadal jest przygnębiająco wysoki). To "niemal" to wręcz granica błędu statystycznego.
Dziś, już od wielu lat jestem mężczyzną. Nikt, kto mnie spotyka, nie ma pojęcia o mojej przeszłości. Jeśli opowiada bzdury o tym, że "jeśli ktoś CZUJE SIĘ psem, to się go nie zmienia w psa, tylko leczy psychiatrycznie", to czasem uśmiecham się pod wąsem, a czasem, jak mi się chce, to opowiadam o sobie i obserwuję, jak mu wariują synapsy. I dopiero po chwili taki ktoś ZAWSZE doznaje olśnienia i stwierdza rozkosznie, że "o kurwa, jesteś normalny!" No jestem. I wtedy okazuje się, że naprawdę łatwo zmienić poglądy w sekundę. Serio. Człowiek transseksualny nikim się nie CZUJE, to nie jest kwestia czucia. To jest kwestia jego wewnętrznej budowy i chromatyny płciowej. Ani CZUCIE SIĘ, ani WIDZIMISIĘ nie ma tu nic do rzeczy. Nikt normalny nie podda się takim zabiegom (niekiedy bardzo bolesnym) dla samego "widzimisię". Gwarantuje, że wymiękłby po kilku pierwszych zastrzykach, najdalej po pierwszym zabiegu.
Nie torturujcie dzieci. Jeśli popełnią samobójstwo — ich krew będzie na Waszych rękach.
Ja miałem jednak pewne szczęście, bo miałem na tyle mądrych rodziców, że kiedy postawiłem sprawę jasno — ogarnęli temat i okazali mi mnóstwo wsparcia. Mam mądrą i kochającą rodzinę i mądrych przyjaciół. I dopiero kiedy wszystko się dokonało i stałem się sobą — uwierzyłem w to, że Bóg jednak istnieje. I do dziś mocno w Niego wierzę."
-
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W początkach XII w. Teodoryk, opat z flamandzkiego Saint-Thrond, stracił psa o imieniu Pitulus. Nie porządnego molosa albo szlachetnego charta, tylko maleńkiego pokojowego psiaka, nie większego – jak pisał – od myszy, za to o wielkim rozumie i wesołych czarnych oczach w białej mordce. Pitulus nie miał wiele siły. Czemu więc służył? Jedynie temu, by budzić śmiech u swojego pana. Ktokolwiek cię widział, pisał Teodoryk, ktokolwiek cię znał, kochał cię, a teraz lamentuje po twojej śmierci, która powinna zostać opłakana.
Toteż w odległej głębinie średniowiecza świątobliwy opat, opłakując swojego martwego psiaka, napisał elegię w pięknej łacinie.
Nie przekonuję Was, że w średniowieczu wszyscy desperowali po śmierci swoich zwierząt. Nie wiemy zbyt wiele o zwierzętach hołubionych wyłącznie dla przyjemności ich towarzystwa. Ale życie było trudne – i dla ludzi, i dla zwierząt. Większość psów pracowała. Większość ludzi nie miała czasu bądź umiejętności, by pisać elegie po ich śmierci. Lecz już wtedy istnieli – nieliczni – intelektualiści, którzy uczłowieczali swoich ulubieńców, a po ich śmierci rozpaczali, jakby stracili dziecko, i potrafili tę rozpacz utrwalić piórem dla przyszłych pokoleń.
Mamy skomplikowaną przeszłość, splątaną z bardzo wielu tradycji, także w kwestii umierających/zdychających zwierząt.
A jeśli się Wam wydaje, że w starych dobrych czasach psy nie sypiały w łóżkach właścicieli, to jako ilustracja niemiecki witraż z początku XVI w.
Nie robię w poezji, więc odmawiam tłumaczenia, ale oto cała elegia opata Teodoryka:
‘Flete, canes, si flere vacat, si flere valetis;
flete, canes: catulus mortuus est Pitulus.’
‘Mortuus est Pitulus? Pitulus quis?’ ‘Plus cane dignus.’
‘Quis Pitulus?’ ‘Domini cura dolorque sui.
‘Non canis Albanus, nec erat canis ille Molossus
sed canis exiguus, sed brevis et catulus.
Quinquennis fuerat; si bis foret ille decennis,
usque putes catulum, cum videas, modicum.
Muri pannonico vix aequus corpore toto
qui non tam muri quam similis lepori.
Albicolor nigris facies gemmabat ocellis.’
Unde genus?’ ‘Mater Fresia, Freso pater.’
‘Quae vires?’ ‘Parvae, satis illo corpore dignae,
ingentes animi robore dissimili.’
‘Quid fuit officium? Numquid fuit utile vel non?’
‘Ut parvum magnus diligeret dominus.
Hoc fuit officum, domino praeludere tantum.’
‘Quae fuit utilitas?’ ‘Non nisi risus erat.’
‘Qualis eras, dilecte canis, ridende, dolende,
risus eras vivens, mortuus ecce dolor.
Quisquis te vidit, quisquis te novit, amavit
et dolet exitio nunc, miserando, tuo. -
#RadekWiśniewski na FB, o dyskryminacji na przykładzie. Porządny człowiek, ten Wiśniewski, chociaż państwowiec.
Jest taki muzyk, nazywa się Avishai Cohen, naprawdę świetny. I ten muzyk miał grać w Polsce na Jazz Around Festival no, ale nie zagra, bo wyszło na jaw, że strzelił sobie gig w Moskwie, 15 czerwca tego roku za kasę gazpromu, na zaproszenie wielbiciela chujły z kremla, Igora Butmana.
Sprawę nagłośnił Tomasz Sikora, organizatorzy wydali oświadczenie, być może nawet pod presją, że no nie, nie da się tak nasze majtki nosić a dla GKS-u grać.
Napisałem komentarz, że bardzo, kurwa, dobrze. I oczywiście zaraz jakieś dopiski, w tym i taki, że jak to sympatyk Zielonych tu popiera dyskryminację i uśmieszek.
To ja może coś wyjaśnię przy tej okazji, bo niby się obserwujemy, a jednak objawiamy się sobie chaotycznie i od przypadku do przypadku.Po pierwsze sympatyk Zielonych to nadmiarowa koncepcja. Jestem sympatykiem tej planety, a szczególności kraju w którym mieszkam i kilku chłopackich zasad z podwórka.
To czasem pozwala mi zagłosować na jednych lub drugich i owszem często z równania wychodzili i do tej pory Zieloni.Ale co do tej dyskryminacji.
Otóż dla mnie dyskryminacja to jest wtedy, gdy krytyka i reakcja, czasem mocna, dotyczy cech czy zachowań na które osoba nie ma wpływu. Na przykład ma różne tęczówki, jedną niebieską, drugą czarną. Albo na przykład osoba jest leworęczna.
Ale kiedy rzecz dotyczy zachowań kierowanych przez wolną wolę dorosłego człowieka - to trudno mówić w tym wypadku o dyskryminacji, po prostu tak przyjęliśmy w tym kręgu kulturowym, że dorośli odpowiadają za swoje uczynki, podlegają ocenie i muszą się liczyć z konsekwencjami.
Prawo do ekspresji artystycznej pana Cohena nie zostało w żaden sposób zresztą ograniczone, może przyjechać sobie do Polski, wynająć dowolną salę koncertową, czy w ostateczności stanąć na Placu Zamkowym w Warszawie i zagrać, a przed sobą ustawić kapelusz. Kto wie, może miałby wcale niemałe grono odbiorców.
Po prostu tak to w życiu bywa, że trzeba wybierać. I jak chcesz się kolegować ze wszystkimi, to najczęściej się okazuje, że jednak się nie da. Warto to mieć na uwadze, rozumieć bieżące konteksty a nie udawać naiwnego, dużego dziecka z dużym kontrabasem.
Mówimy o koncercie w Polsce, zaraz po koncercie w Moskwie, jest czerwiec 2024, w Polsce mieszkają setki tysięcy ludzi, którzy z różnych powodów i motywacji tutaj są, ale łączy ich jedno - w złej czy dobrej wierze wywaliła ich z domu wojna, którą rozpoczęła rosja, a którą sponsoruje hojnie gazprom.
I tyle. Nie rozumiesz - trudno, może kiedyś zrozumiesz. A jak nie - to będziesz dalej tym chłopcem z przedszkola, który uważa że wszyscy są winni naokoło tylko nie on. Większość dzieci z tego wyrasta, mam nadzieję, że Pan Cohen też wyrósł, tylko wielbicieli ma w Polsce mało rozgarniętych.
Na zdjęciu dwóch mało znanych muzyków z Dublina gra w kijowskim metrze jakiś czas temu. Obaj najlepsze lata mają za sobą. Pandemiczne popisy jednego z nich wolałbym szybko zapomnieć, podobnie jak banany z Panamy.
Ale co - da się?
Da się.
Albo ma się to mimo wszystko we krwi.
Tak nie dosłownie, metaforycznie, tam w środku.