home.social

#higienacyfrowa — Public Fediverse posts

Live and recent posts from across the Fediverse tagged #higienacyfrowa, aggregated by home.social.

fetched live
  1. @kojot Cytat: "wiele osób nie rezygnuje ze smartfona całkowicie, ale korzysta z dumbphone'a tylko w określonych sytuacjach."

    U mnie jest odwrotnie: korzystam z prostego telefonu z klawiaturą jako główny telefon, a smartfon służy mi jako narzędzie tylko w określonych sytuacjach.

    Nigdy nie nauczyłem się oglądania rolek/skrolowania, więc takie podejście jest dla mnie całkiem łatwe, a w nawet całkiem naturalne.

    #dumbphone #dambfon #komórka #telefon #smartfon #higienaCyfrowa

  2. @kojot Cytat: "wiele osób nie rezygnuje ze smartfona całkowicie, ale korzysta z dumbphone'a tylko w określonych sytuacjach."

    U mnie jest odwrotnie: korzystam z prostego telefonu z klawiaturą jako główny telefon, a smartfon służy mi jako narzędzie tylko w określonych sytuacjach.

    Nigdy nie nauczyłem się oglądania rolek/skrolowania, więc takie podejście jest dla mnie całkiem łatwe, a w nawet całkiem naturalne.

    #dumbphone #dambfon #komórka #telefon #smartfon #higienaCyfrowa

  3. @kojot Cytat: "wiele osób nie rezygnuje ze smartfona całkowicie, ale korzysta z dumbphone'a tylko w określonych sytuacjach."

    U mnie jest odwrotnie: korzystam z prostego telefonu z klawiaturą jako główny telefon, a smartfon służy mi jako narzędzie tylko w określonych sytuacjach.

    Nigdy nie nauczyłem się oglądania rolek/skrolowania, więc takie podejście jest dla mnie całkiem łatwe, a w nawet całkiem naturalne.

    #dumbphone #dambfon #komórka #telefon #smartfon #higienaCyfrowa

  4. @kojot Cytat: "wiele osób nie rezygnuje ze smartfona całkowicie, ale korzysta z dumbphone'a tylko w określonych sytuacjach."

    U mnie jest odwrotnie: korzystam z prostego telefonu z klawiaturą jako główny telefon, a smartfon służy mi jako narzędzie tylko w określonych sytuacjach.

    Nigdy nie nauczyłem się oglądania rolek/skrolowania, więc takie podejście jest dla mnie całkiem łatwe, a w nawet całkiem naturalne.

    #dumbphone #dambfon #komórka #telefon #smartfon #higienaCyfrowa

  5. Siri AI nie będzie Twoim przyjacielem – i dobrze

    Nowe badanie Washington Post i Elon University pokazuje, że co czwarty Amerykanin traktuje chatboty AI jak bliskiego przyjaciela lub terapeutę. Ben Lovejoy z 9to5Mac przekonuje, że decyzja Apple o zaprojektowaniu Siri AI w zupełnie inny sposób jest właśnie teraz szczególnie na miejscu.

    Pisałem już wcześniej na iMagazine o tym, jak Craig Federighi otwarcie mówił, że Siri nie będzie Waszą cyfrową partnerką, a Apple świadomie stawia na narzędzie zamiast towarzysza. Dziś ta decyzja zyskuje dodatkowy, dość niepokojący kontekst.

    Elon University we współpracy z Washington Post przeprowadził badanie, którego wyniki opisuje w komentarzu Ben Lovejoy z 9to5Mac. Ponad jedna czwarta Amerykanów, dokładnie 27%, korzysta z chatbotów takich jak ChatGPT czy Gemini w sprawach osobistych, emocjonalnych lub towarzyskich — od poszukiwania rozrywki, przez rady dotyczące relacji, po rozmowy o charakterze romantycznym lub po prostu poczucie towarzystwa, gdy ktoś jest sam. Wśród osób korzystających z chatbotów właśnie w takich, osobistych celach, prawie 4 na 10 przyznało, że czasem rozmawiają z AI, żeby poczuć się mniej samotnie. Blisko jedna trzecia stwierdziła wprost, że traktuje najczęściej używanego chatbota jak przyjaciela.

    Lovejoy zaznacza, że część takiego wykorzystania może mieć pozytywne strony, ale prawdziwym problemem jest to, co dzieje się, gdy chatbot zaczyna zastępować prawdziwą, ludzką więź — zamiast być jej uzupełnieniem, staje się jej substytutem, obniżając motywację do inwestowania czasu i wysiłku w rzeczywiste relacje. To z kolei może prowadzić do spirali coraz głębszej izolacji społecznej, bo im mniej ćwiczymy prawdziwe relacje międzyludzkie, tym trudniej nam się w nich odnaleźć.

    Właśnie w tym kontekście Lovejoy przypomina wypowiedź Federighiego i Grega Joswiaka, którą cytowałem już wcześniej. Zapytani wprost, czy nowa Siri AI będzie w stanie pełnić rolę wirtualnego partnera romantycznego, obaj odpowiedzieli stanowczo przecząco. Joswiak zwrócił uwagę na coś, co jego zdaniem odróżnia Siri od wielu istniejących dziś chatbotów — te bywają skonstruowane wokół maksymalizowania zaangażowania użytkownika, często w sposób pochlebczy, zachęcający do dzielenia się coraz bardziej osobistymi informacjami, na bazie których budowana jest pozorna więź. Apple, jak podkreślił, zaprojektowało Siri odwrotnie: asystent ma jasno komunikować, że jego rolą jest pomoc w załatwianiu spraw i zdobywaniu wiedzy o świecie, a nie odgrywanie roli partnera emocjonalnego.

    Federighi: Siri nie będzie Twoją cyfrową partnerką — Apple stawia na narzędzie, nie towarzysza

     

    Lovejoy przyznaje, że wyniki badania uznał za wyjątkowo niepokojące — tym bardziej po wysłuchaniu podcastu „Suspicious Minds: AI and the Apocalypse”, poświęconego zjawisku urojeń napędzanych przez AI. Jego zdaniem stanowisko, jakie przyjęło w tej sprawie Apple, jest po prostu słuszne.

    Trudno się z tym nie zgodzić. Technologia, która ma nam pomagać, nie powinna jednocześnie żerować na naszej samotności — a to, że Apple postanowiło zaprojektować Siri właśnie w ten sposób, może z czasem okazać się jedną z ważniejszych, choć mniej efektownych decyzji w całej tegorocznej przebudowie asystenta.

    Siri AI w systemach 27. Największy skok od lat, którego w Polsce oficjalnie nie będzie

    #AppleIntelligence #BenLovejoy #chatboty #CraigFederighi #ElonUniversity #GregJoswiak #higienaCyfrowa #samotność #SiriAI #WashingtonPost #zdrowiePsychiczne
  6. Siri AI nie będzie Twoim przyjacielem – i dobrze

    Nowe badanie Washington Post i Elon University pokazuje, że co czwarty Amerykanin traktuje chatboty AI jak bliskiego przyjaciela lub terapeutę. Ben Lovejoy z 9to5Mac przekonuje, że decyzja Apple o zaprojektowaniu Siri AI w zupełnie inny sposób jest właśnie teraz szczególnie na miejscu.

    Pisałem już wcześniej na iMagazine o tym, jak Craig Federighi otwarcie mówił, że Siri nie będzie Waszą cyfrową partnerką, a Apple świadomie stawia na narzędzie zamiast towarzysza. Dziś ta decyzja zyskuje dodatkowy, dość niepokojący kontekst.

    Elon University we współpracy z Washington Post przeprowadził badanie, którego wyniki opisuje w komentarzu Ben Lovejoy z 9to5Mac. Ponad jedna czwarta Amerykanów, dokładnie 27%, korzysta z chatbotów takich jak ChatGPT czy Gemini w sprawach osobistych, emocjonalnych lub towarzyskich — od poszukiwania rozrywki, przez rady dotyczące relacji, po rozmowy o charakterze romantycznym lub po prostu poczucie towarzystwa, gdy ktoś jest sam. Wśród osób korzystających z chatbotów właśnie w takich, osobistych celach, prawie 4 na 10 przyznało, że czasem rozmawiają z AI, żeby poczuć się mniej samotnie. Blisko jedna trzecia stwierdziła wprost, że traktuje najczęściej używanego chatbota jak przyjaciela.

    Lovejoy zaznacza, że część takiego wykorzystania może mieć pozytywne strony, ale prawdziwym problemem jest to, co dzieje się, gdy chatbot zaczyna zastępować prawdziwą, ludzką więź — zamiast być jej uzupełnieniem, staje się jej substytutem, obniżając motywację do inwestowania czasu i wysiłku w rzeczywiste relacje. To z kolei może prowadzić do spirali coraz głębszej izolacji społecznej, bo im mniej ćwiczymy prawdziwe relacje międzyludzkie, tym trudniej nam się w nich odnaleźć.

    Właśnie w tym kontekście Lovejoy przypomina wypowiedź Federighiego i Grega Joswiaka, którą cytowałem już wcześniej. Zapytani wprost, czy nowa Siri AI będzie w stanie pełnić rolę wirtualnego partnera romantycznego, obaj odpowiedzieli stanowczo przecząco. Joswiak zwrócił uwagę na coś, co jego zdaniem odróżnia Siri od wielu istniejących dziś chatbotów — te bywają skonstruowane wokół maksymalizowania zaangażowania użytkownika, często w sposób pochlebczy, zachęcający do dzielenia się coraz bardziej osobistymi informacjami, na bazie których budowana jest pozorna więź. Apple, jak podkreślił, zaprojektowało Siri odwrotnie: asystent ma jasno komunikować, że jego rolą jest pomoc w załatwianiu spraw i zdobywaniu wiedzy o świecie, a nie odgrywanie roli partnera emocjonalnego.

    Federighi: Siri nie będzie Twoją cyfrową partnerką — Apple stawia na narzędzie, nie towarzysza

     

    Lovejoy przyznaje, że wyniki badania uznał za wyjątkowo niepokojące — tym bardziej po wysłuchaniu podcastu „Suspicious Minds: AI and the Apocalypse”, poświęconego zjawisku urojeń napędzanych przez AI. Jego zdaniem stanowisko, jakie przyjęło w tej sprawie Apple, jest po prostu słuszne.

    Trudno się z tym nie zgodzić. Technologia, która ma nam pomagać, nie powinna jednocześnie żerować na naszej samotności — a to, że Apple postanowiło zaprojektować Siri właśnie w ten sposób, może z czasem okazać się jedną z ważniejszych, choć mniej efektownych decyzji w całej tegorocznej przebudowie asystenta.

    Siri AI w systemach 27. Największy skok od lat, którego w Polsce oficjalnie nie będzie

    #AppleIntelligence #BenLovejoy #chatboty #CraigFederighi #ElonUniversity #GregJoswiak #higienaCyfrowa #samotność #SiriAI #WashingtonPost #zdrowiePsychiczne
  7. Siri AI nie będzie Twoim przyjacielem – i dobrze

    Nowe badanie Washington Post i Elon University pokazuje, że co czwarty Amerykanin traktuje chatboty AI jak bliskiego przyjaciela lub terapeutę. Ben Lovejoy z 9to5Mac przekonuje, że decyzja Apple o zaprojektowaniu Siri AI w zupełnie inny sposób jest właśnie teraz szczególnie na miejscu.

    Pisałem już wcześniej na iMagazine o tym, jak Craig Federighi otwarcie mówił, że Siri nie będzie Waszą cyfrową partnerką, a Apple świadomie stawia na narzędzie zamiast towarzysza. Dziś ta decyzja zyskuje dodatkowy, dość niepokojący kontekst.

    Elon University we współpracy z Washington Post przeprowadził badanie, którego wyniki opisuje w komentarzu Ben Lovejoy z 9to5Mac. Ponad jedna czwarta Amerykanów, dokładnie 27%, korzysta z chatbotów takich jak ChatGPT czy Gemini w sprawach osobistych, emocjonalnych lub towarzyskich — od poszukiwania rozrywki, przez rady dotyczące relacji, po rozmowy o charakterze romantycznym lub po prostu poczucie towarzystwa, gdy ktoś jest sam. Wśród osób korzystających z chatbotów właśnie w takich, osobistych celach, prawie 4 na 10 przyznało, że czasem rozmawiają z AI, żeby poczuć się mniej samotnie. Blisko jedna trzecia stwierdziła wprost, że traktuje najczęściej używanego chatbota jak przyjaciela.

    Lovejoy zaznacza, że część takiego wykorzystania może mieć pozytywne strony, ale prawdziwym problemem jest to, co dzieje się, gdy chatbot zaczyna zastępować prawdziwą, ludzką więź — zamiast być jej uzupełnieniem, staje się jej substytutem, obniżając motywację do inwestowania czasu i wysiłku w rzeczywiste relacje. To z kolei może prowadzić do spirali coraz głębszej izolacji społecznej, bo im mniej ćwiczymy prawdziwe relacje międzyludzkie, tym trudniej nam się w nich odnaleźć.

    Właśnie w tym kontekście Lovejoy przypomina wypowiedź Federighiego i Grega Joswiaka, którą cytowałem już wcześniej. Zapytani wprost, czy nowa Siri AI będzie w stanie pełnić rolę wirtualnego partnera romantycznego, obaj odpowiedzieli stanowczo przecząco. Joswiak zwrócił uwagę na coś, co jego zdaniem odróżnia Siri od wielu istniejących dziś chatbotów — te bywają skonstruowane wokół maksymalizowania zaangażowania użytkownika, często w sposób pochlebczy, zachęcający do dzielenia się coraz bardziej osobistymi informacjami, na bazie których budowana jest pozorna więź. Apple, jak podkreślił, zaprojektowało Siri odwrotnie: asystent ma jasno komunikować, że jego rolą jest pomoc w załatwianiu spraw i zdobywaniu wiedzy o świecie, a nie odgrywanie roli partnera emocjonalnego.

    Federighi: Siri nie będzie Twoją cyfrową partnerką — Apple stawia na narzędzie, nie towarzysza

     

    Lovejoy przyznaje, że wyniki badania uznał za wyjątkowo niepokojące — tym bardziej po wysłuchaniu podcastu „Suspicious Minds: AI and the Apocalypse”, poświęconego zjawisku urojeń napędzanych przez AI. Jego zdaniem stanowisko, jakie przyjęło w tej sprawie Apple, jest po prostu słuszne.

    Trudno się z tym nie zgodzić. Technologia, która ma nam pomagać, nie powinna jednocześnie żerować na naszej samotności — a to, że Apple postanowiło zaprojektować Siri właśnie w ten sposób, może z czasem okazać się jedną z ważniejszych, choć mniej efektownych decyzji w całej tegorocznej przebudowie asystenta.

    Siri AI w systemach 27. Największy skok od lat, którego w Polsce oficjalnie nie będzie

    #AppleIntelligence #BenLovejoy #chatboty #CraigFederighi #ElonUniversity #GregJoswiak #higienaCyfrowa #samotność #SiriAI #WashingtonPost #zdrowiePsychiczne
  8. Siri AI nie będzie Twoim przyjacielem – i dobrze

    Nowe badanie Washington Post i Elon University pokazuje, że co czwarty Amerykanin traktuje chatboty AI jak bliskiego przyjaciela lub terapeutę. Ben Lovejoy z 9to5Mac przekonuje, że decyzja Apple o zaprojektowaniu Siri AI w zupełnie inny sposób jest właśnie teraz szczególnie na miejscu.

    Pisałem już wcześniej na iMagazine o tym, jak Craig Federighi otwarcie mówił, że Siri nie będzie Waszą cyfrową partnerką, a Apple świadomie stawia na narzędzie zamiast towarzysza. Dziś ta decyzja zyskuje dodatkowy, dość niepokojący kontekst.

    Elon University we współpracy z Washington Post przeprowadził badanie, którego wyniki opisuje w komentarzu Ben Lovejoy z 9to5Mac. Ponad jedna czwarta Amerykanów, dokładnie 27%, korzysta z chatbotów takich jak ChatGPT czy Gemini w sprawach osobistych, emocjonalnych lub towarzyskich — od poszukiwania rozrywki, przez rady dotyczące relacji, po rozmowy o charakterze romantycznym lub po prostu poczucie towarzystwa, gdy ktoś jest sam. Wśród osób korzystających z chatbotów właśnie w takich, osobistych celach, prawie 4 na 10 przyznało, że czasem rozmawiają z AI, żeby poczuć się mniej samotnie. Blisko jedna trzecia stwierdziła wprost, że traktuje najczęściej używanego chatbota jak przyjaciela.

    Lovejoy zaznacza, że część takiego wykorzystania może mieć pozytywne strony, ale prawdziwym problemem jest to, co dzieje się, gdy chatbot zaczyna zastępować prawdziwą, ludzką więź — zamiast być jej uzupełnieniem, staje się jej substytutem, obniżając motywację do inwestowania czasu i wysiłku w rzeczywiste relacje. To z kolei może prowadzić do spirali coraz głębszej izolacji społecznej, bo im mniej ćwiczymy prawdziwe relacje międzyludzkie, tym trudniej nam się w nich odnaleźć.

    Właśnie w tym kontekście Lovejoy przypomina wypowiedź Federighiego i Grega Joswiaka, którą cytowałem już wcześniej. Zapytani wprost, czy nowa Siri AI będzie w stanie pełnić rolę wirtualnego partnera romantycznego, obaj odpowiedzieli stanowczo przecząco. Joswiak zwrócił uwagę na coś, co jego zdaniem odróżnia Siri od wielu istniejących dziś chatbotów — te bywają skonstruowane wokół maksymalizowania zaangażowania użytkownika, często w sposób pochlebczy, zachęcający do dzielenia się coraz bardziej osobistymi informacjami, na bazie których budowana jest pozorna więź. Apple, jak podkreślił, zaprojektowało Siri odwrotnie: asystent ma jasno komunikować, że jego rolą jest pomoc w załatwianiu spraw i zdobywaniu wiedzy o świecie, a nie odgrywanie roli partnera emocjonalnego.

    Federighi: Siri nie będzie Twoją cyfrową partnerką — Apple stawia na narzędzie, nie towarzysza

     

    Lovejoy przyznaje, że wyniki badania uznał za wyjątkowo niepokojące — tym bardziej po wysłuchaniu podcastu „Suspicious Minds: AI and the Apocalypse”, poświęconego zjawisku urojeń napędzanych przez AI. Jego zdaniem stanowisko, jakie przyjęło w tej sprawie Apple, jest po prostu słuszne.

    Trudno się z tym nie zgodzić. Technologia, która ma nam pomagać, nie powinna jednocześnie żerować na naszej samotności — a to, że Apple postanowiło zaprojektować Siri właśnie w ten sposób, może z czasem okazać się jedną z ważniejszych, choć mniej efektownych decyzji w całej tegorocznej przebudowie asystenta.

    Siri AI w systemach 27. Największy skok od lat, którego w Polsce oficjalnie nie będzie

    #AppleIntelligence #BenLovejoy #chatboty #CraigFederighi #ElonUniversity #GregJoswiak #higienaCyfrowa #samotność #SiriAI #WashingtonPost #zdrowiePsychiczne
  9. Jak i kiedy zacząć oczyszczać technologiczne przedpole?

    Wakacje to jedyna pora roku, kiedy tempo naszego życia wyraźnie spada. Terminy, maile, powiadomienia – wszystko to ciągle jest, ale gdzieś z tyłu, za dobrze wykonanym gestem zamknięcia MacBooka. I właśnie ten moment jest – paradoksalnie – najlepszym czasem na zrobienie czegoś, co znakomicie poprawi jakość naszego powrotu z wakacji. Na zadanie sobie kilku niewygodnych pytań o technologię, z której korzystamy na co dzień. Nie o kupowanie nowej. O rozliczenie się ze starą.

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 6/2026

    Trzy liczby, które cię zaskoczą

    Zacznijmy od ćwiczenia, które polecam wykonać jeszcze przed wyjazdem. Otwórzcie wyciąg bankowy lub aplikację, która agreguje wydatki – i policzcie, ile miesięcznie schodzi z konta na subskrypcje. Nie na jedzenie, paliwo czy rachunki, ale stricte na aplikacje, usługi i serwisy, za które płacicie regularnie, często z automatu.

    Jeżeli jesteście typowym, aktywnym technologicznie gospodarstwem domowym, liczba, którą zobaczycie, będzie zaskakująca. Kwota za nią idąca tym bardziej. Często przekracza kilkaset złotych miesięcznie. I jest wśród niej spora porcja usług, z których po prostu nie korzystacie – albo korzystacie tak rzadko, że trudno to nawet nazwać korzystaniem. Pamiętam historię, którą opisywałem kiedyś w moim newsletterze: mężczyzna policzył swoje subskrypcje i zobaczył ponad dwa tysiące złotych miesięcznie. Dało mu to do myślenia. Większości z nas też by dało.

    To pierwsza liczba.

    Druga to liczba aplikacji na waszym iPhonie lub iPadzie. Wejdźcie w Ustawienia, potem w Ogólne, następnie w Miejsce na iPhonie. Lista, która się pojawi, jest kompletna i sortowalna. Przejrzyjcie ją spokojnie i zaznaczcie w głowie te aplikacje, których nie uruchamialiście od ponad miesiąca. Możliwe, że będzie ich więcej niż połowa. Żadnej z nich na 90% nie potrzebujecie.

    Trzecia liczba to liczba urządzeń w waszym domu podłączonych do prądu. Nie do internetu – do prądu. Policzcie je wszystkie. Ładowarki, słuchawki, głośniki, stare iPady służące dziś wyłącznie za stojaki na receptury kuchenne. To wszystko kosztuje – i nie tylko finansowo. Kosztuje uwagę, którą im poświęcamy, ilekroć leżą w zasięgu wzroku.

    Dlaczego tego nie robimy?

    Odpowiedź jest prostsza niż myślimy. Przez lata budowaliśmy sobie technologiczne otoczenie w modelu „więcej znaczy lepiej”. Kolejna aplikacja do notatek, kolejny serwis streamingowy, kolejna usługa do automatyzacji czegoś, co i bez niej działało całkiem sprawnie. Dokładaliśmy, bo było tanio, bo był free trial, bo ktoś polecił w podcaście. I w pewnym momencie obudziliśmy się w cyfrowym bałaganie, który – gdyby fizycznie zajmował przestrzeń w mieszkaniu – kazałby nam natychmiast zadzwonić po profesjonalnego organizatora przestrzeni.

    Ten bałagan nie jest neutralny. Ma swój koszt w postaci rozproszenia, poczucia przebodźcowania i – co najważniejsze – nieustannego odczucia, że nie nadążamy. Że czegoś nie sprawdziliśmy, czegoś nie przetestowaliśmy, że nowe narzędzie AI, o którym słyszymy co tydzień, znowu umknęło naszej uwadze. Pisałem już o tym na łamach Higieny Cyfrowej – technologia ma służyć nam, a nie my jej. Ale żeby tak było, trzeba co jakiś czas wyczyścić przedpole.

    Jak zabrać się do porządków?

    Dobrą wiadomością jest to, że nie trzeba tego robić wszystkiego naraz. Złą – że trzeba to jednak zrobić.

    Zacznijcie od subskrypcji. Najprościej sprawdzić je w ustawieniach konta Apple ID: Ustawienia → nazwa konta → Subskrypcje. Tam znajdziecie wszystkie aktywne i niedawno zakończone subskrypcje powiązane z Waszym Apple ID. Przejrzyjcie je jedną po drugiej i zadajcie sobie o każdej trzy pytania: Czy z tego korzystam? Czy jest tu coś, czego nie ma darmowy odpowiednik wbudowany w system? Czy gdybym dziś miał to kupić od nowa – zrobiłbym to? Jeżeli odpowiedź na którekolwiek brzmi „nie” – wiecie, co robić.

    Następnie aplikacje. Zasada, którą stosuję od lat: jeśli czegoś nie użyłem przez miesiąc, znika. Wyjątkiem są aplikacje awaryjne – np. te do podróży lotniczych, których używam rzadko, ale których potrzebuję właśnie wtedy, gdy czuję się bezradny na lotnisku. One zostają. Reszta – nie.

    Na końcu urządzenia. Tutaj polecam wziąć kartkę papieru i – wzorem ćwiczenia z pierwszego wydania tej kolumny – wypisać każde urządzenie, z którego realnie korzystacie każdego tygodnia. Wszystko, co nie trafi na tę listę, jest kandydatem do sprzedaży, oddania albo schowania do szuflady z etykietką „nie wiem, po co to mam”. Stare iPhone’y, których nie wymieniliście w skupie. Poprzedni iPad, na którym teraz leży kurz. Głośnik Bluetooth kupiony trzy lata temu do ogrodu, który od tamtej pory stoi w szafie.

    Nie chodzi o minimalizm dla minimalizmu

    Warto tutaj zaznaczyć jedną ważną rzecz: to ćwiczenie nie jest zachętą do wyrzucenia wszystkiego i przeprowadzenia się do pustelni z Nokią 3310. Chodzi o coś innego – o intencjonalność. O świadome decydowanie, co ma mieć dostęp do waszego czasu i uwagi. Ograniczony wybór przestał być brakiem. Stał się luksusem.

    Coraz więcej z nas mówi dziś „to mi wystarczy” zamiast „genialne, kupuję!”. I nie wynika to ani ze znużenia technologią, ani z zacofania – wynika z dojrzałości. Z rozumienia, że szum informacyjny, przebodźcowanie i toksyczny FOMO, związany z testowaniem każdej nowej aplikacji, to nie jest styl korzystania z technologii, który komukolwiek dobrze robi. Wakacje to dobry moment, żeby te intuicje zamienić na konkretne decyzje.

    Wrócić z urlopu z mniejszą liczbą subskrypcji i aplikacji, ale większym spokojem? Brzmi jak dobry plan.

    #cyfrowePorządki #felieton #higienaCyfrowa #Kołacz #minimalizm #porządki
  10. Kojarzycie raport "Internet dzieci", z którego wynika, że w Polsce z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7-14 lat, a ich średni dzienny czas online wynosi 4 godz. i 25 min, czyli więcej niż w przypadku dorosłych? No to w podcaście "Technofobia" prowadzonym przez Artura Kurasińskiego gościła ostatnio Magda Bigaj, prezeska Fundacji "Instytut Cyfrowego Obywatelstwa", która ten raport wydała. Kurasiński zadał jej też szereg pytań o rzeczy, których w raporcie nie ma, np. o to, czy ochrona dzieci stała się w Polsce zakładnikiem relacji z Waszyngtonem.

    youtube.com/watch?v=r3mI1aoAA3A

    #higienacyfrowa #dzieci

  11. Kojarzycie raport "Internet dzieci", z którego wynika, że w Polsce z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7-14 lat, a ich średni dzienny czas online wynosi 4 godz. i 25 min, czyli więcej niż w przypadku dorosłych? No to w podcaście "Technofobia" prowadzonym przez Artura Kurasińskiego gościła ostatnio Magda Bigaj, prezeska Fundacji "Instytut Cyfrowego Obywatelstwa", która ten raport wydała. Kurasiński zadał jej też szereg pytań o rzeczy, których w raporcie nie ma, np. o to, czy ochrona dzieci stała się w Polsce zakładnikiem relacji z Waszyngtonem.

    youtube.com/watch?v=r3mI1aoAA3A

    #higienacyfrowa #dzieci

  12. Kojarzycie raport "Internet dzieci", z którego wynika, że w Polsce z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7-14 lat, a ich średni dzienny czas online wynosi 4 godz. i 25 min, czyli więcej niż w przypadku dorosłych? No to w podcaście "Technofobia" prowadzonym przez Artura Kurasińskiego gościła ostatnio Magda Bigaj, prezeska Fundacji "Instytut Cyfrowego Obywatelstwa", która ten raport wydała. Kurasiński zadał jej też szereg pytań o rzeczy, których w raporcie nie ma, np. o to, czy ochrona dzieci stała się w Polsce zakładnikiem relacji z Waszyngtonem.

    youtube.com/watch?v=r3mI1aoAA3A

    #higienacyfrowa #dzieci

  13. Kojarzycie raport "Internet dzieci", z którego wynika, że w Polsce z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7-14 lat, a ich średni dzienny czas online wynosi 4 godz. i 25 min, czyli więcej niż w przypadku dorosłych? No to w podcaście "Technofobia" prowadzonym przez Artura Kurasińskiego gościła ostatnio Magda Bigaj, prezeska Fundacji "Instytut Cyfrowego Obywatelstwa", która ten raport wydała. Kurasiński zadał jej też szereg pytań o rzeczy, których w raporcie nie ma, np. o to, czy ochrona dzieci stała się w Polsce zakładnikiem relacji z Waszyngtonem.

    youtube.com/watch?v=r3mI1aoAA3A

    #higienacyfrowa #dzieci

  14. Kojarzycie raport "Internet dzieci", z którego wynika, że w Polsce z internetu korzysta 2,6 mln dzieci w wieku 7-14 lat, a ich średni dzienny czas online wynosi 4 godz. i 25 min, czyli więcej niż w przypadku dorosłych? No to w podcaście "Technofobia" prowadzonym przez Artura Kurasińskiego gościła ostatnio Magda Bigaj, prezeska Fundacji "Instytut Cyfrowego Obywatelstwa", która ten raport wydała. Kurasiński zadał jej też szereg pytań o rzeczy, których w raporcie nie ma, np. o to, czy ochrona dzieci stała się w Polsce zakładnikiem relacji z Waszyngtonem.

    youtube.com/watch?v=r3mI1aoAA3A

    #higienacyfrowa #dzieci

  15. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  16. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  17. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  18. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  19. Australia udowodniła, że zakaz social mediów to polityczny teatr. Nauka potwierdza: czas na opcję atomową

    Kiedy w styczniu br. analizowałem szum wokół australijskiej ustawy rugującej nastolatków z platform społecznościowych, nazwałem ją pudrowaniem gangreny i statystyczną wydmuszką. Wystarczyło nieco ponad pół roku, by rzetelne badania uniwersytetów Stanforda i Harvardu bezlitośnie obnażyły bezradność polityków.

    Dziś mamy dowody: cyfrowa prohibicja zbankrutowała, a świat nauki postuluje dokładnie to, co na łamach iMagazine nazwałem w styczniu opcją atomową – rozbrojenie toksycznych algorytmów rekomendacji zamiast sprawdzania numerów PESEL, czy sztywnych blokad uderzających w dzieci, a nie w operatorów infrastruktury poznawczej (Meta, TikTok i inni).

    Statystyczna iluzja prysła po trzech miesiącach

    Przypomnijmy tło: w grudniu 2025 roku rząd w Canberze zakazał osobom poniżej 16. roku życia dostępu do sieci społecznościowych. Gdy miesiąc później premier Anthony Albanese ogłaszał sukces, chwaląc się usunięciem 4,7 miliona kont, w tekście 4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci ostrzegałem, że mamy do czynienia z czystą iluzją, bo młodzież natychmiast znajdzie obejścia.

    4,7 mln usuniętych kont to nie 4,7 mln uratowanych dzieci. Australijski sukces w walce z social mediami może być statystyczną iluzją

    Dziś te przypuszczenia potwierdzają dane opublikowane na łamach Knowable Magazine. Ponad 85% australijskich nastolatków po trzech miesiącach od wejścia przepisów wciąż bez przeszkód korzystało z zablokowanych platform. Obchodzenie zabezpieczeń stało się szkolnym folklorem – od robienia podwójnego podbródka przed kamerą weryfikującą wiek, przez darmowe VPN-y, aż po konta zakładane z pomocą rodziców.

    Co gorsza, pierwsze badania ankietowe nadzorowane przez Stanford Social Media Lab wykazały okrągłe zero zmian w jakości snu i kondycji psychicznej młodzieży. Zakaz nie naprawił niczego, bo nie dotknął sedna problemu. Ba, jest jeszcze gorzej, zamiast poprawy, obrywają niewinni i ci najbardziej uczciwi.

    Ponury żart rządu: kara za praworządność i trauma COMO

    Najbardziej tragikomicznym, absurdalnie wręcz przewrotnym skutkiem australijskiego prawa okazał się mechanizm psychologiczny, który uderzył w niewłaściwą grupę. Kto poniósł realne koszty ustawy rządu Albanese? Z całą pewnością nie cwaniacy, nie młodociani wyjadacze technologii ani ci, którzy mają w nosie przepisy.

    Ustawa uderzyła wyłącznie w te kilkanaście procent nastolatków, którzy byli na tyle uczciwi, by posłuchać dorosłych, albo mieli rodziców bezwzględnie egzekwujących zakaz. To ponury żart losu: prawo mające chronić najmłodszych zepchnęło najbardziej praworządne dzieciaki w otchłań zjawiska COMO (Cost of Missing Out).

    Podczas gdy 85% rówieśników dalej organizowało spotkania, wymieniało się notatkami ze szkoły i komentowało swoje życie w sieci, uczciwi zostali wykluczeni z cyfrowego krwioobiegu. Canberra wysłała młodemu pokoleniu fatalną lekcję wychowawczą: praworządność oznacza samotność i karę, a kombinowanie i oszukiwanie biometrii gwarantuje święty spokój.

    Albanese podwaja stawki w akcie bezsilności

    Zamiast stanąć w prawdzie i przyznać, że próba zablokowania platform przypomina stawianie płotu na oceanie, australijski rząd uciekł w klasyczną eskalację. Premier Albanese ogłosił w czerwcu podwojenie kar dla platform do astronomicznej kwoty 99 milionów dolarów australijskich. Dla Mety to i tak zaokrąglenie w budżecie kwartalnym.

    Gdy nie działa mały młotek, australijscy politycy sięgają po młot pneumatyczny. Tyle, że nie chodzi o kaliber, tylko fakt, że narzędzie jest po prostu niewłaściwe. W tle tej pokazówki kryje się jednak ponury koszt dla całego społeczeństwa. Aby zweryfikować, czy ktoś nie ma 16 lat, platformy zmuszone są do zbierania skanów dowodów i biometrii od wszystkich obywateli. W ten sposób, zamiast ograniczyć wszechwładzę cyfrowych gigantów, państwo buduje im bazę danych pod powszechny cyfrowy identyfikator. Kto tu kogo naprawdę ukarał? Zamiast uderzyć w fatalnie zaprojektowane algorytmy mielące młode umysły, przepisy de facto zrobiły olbrzymi prezent operatorom sieci społecznościowych.

    Żebyśmy to dobrze zrozumieli: Meta i jej podobni dalej trują umysły (bo 85% nastolatków w Australii ominęło zakazy), to jeszcze dostają w prezencie gigantyczną bazę danych o obywatelach, biometrię, tożsamości… i to wszystko na koszt australijskiego podatnika!

    Rany boskie, niech rząd polski nie robi tego samego błędu. Może zamiast kopiować nieskuteczny młotek, lepiej posłuchać głosów z nauki?

    Nauka dochodzi do opcji atomowej

    W moim felietonie Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły pisałem wprost, że Meta i TikTok to nie są zwykłe serwisy, lecz operatorzy infrastruktury poznawczej, którzy handlują naszym czasem, podpalając emocje. Formułowałem wtedy konieczność wprowadzenia stanu wyjątkowego dla algorytmów rekomendacyjnych. Nie chodzi o likwidację social mediów, czy ich zakazywanie (co jest nieskuteczne), lecz o usunięcie z nich tego, co dewastuje umiejętności poznawcze.

    Facebook to cybernowotwór, który toczy nasze umysły. Czas na radykalną chemioterapię, a nie pudrowanie gangreny [felieton]

    Dziś środowisko akademickie – w tym badacze z Harvard Medical School i University of California – mówi dokładnie tym samym głosem. Eksperci wprost nawołują do porzucenia tępych zakazów administracyjnych i skupienia się na niezależnej regulacji konkretnych podsystemów oprogramowania:

    • Delegalizacja nieskończonego przewijania (infinite scroll): usunięcie mechanizmu cyfrowego kasyna, który uniemożliwia mózgowi postawienie naturalnej granicy,
    • Odcięcie silników rekomendacyjnych: zakaz wstrzykiwania do feedu niesubskrybowanych treści dobieranych pod kątem generowania gniewu i lęku,
    • Powrót do chronologicznego feedu: przywrócenie stanu, w którym widzimy wyłącznie posty ludzi i stron, które sami świadomie zaobserwowaliśmy,
    • Audyty kodu i systemów targetowania reklam: otwarcie czarnej skrzynki algorytmów przed niezależnymi badaczami.

    Przestroga przed kopiowaniem błędu

    Australijska lekcja powinna być czerwonym światłem dla polityków w Polsce i całej Unii Europejskiej, którzy coraz głośniej przebąkują o kopiowaniu rozwiązań z Antypodów (a niektórzy, jak Francja, już taki zakaz przegłosowali). Wprowadzenie zakazu opartego na wieku to polityczny teatr, który nie ratuje dzieci, a tworzy fałszywe poczucie bezpieczeństwa u rodziców i napędza inwigilację, nie strącając choćby włosa z głów tych, którzy zbudowali fundament problemu!

    Francja mówi „Dość”. Przegłosowano zakaz social mediów dla dzieci poniżej 15. roku życia i smartfonów w liceach

    Problem nie polega na tym, że 15-latek korzysta z komunikatora czy przegląda zdjęcia znajomych z klasy. Prawdziwym problemem jest to, że za kulisami interfejsu pracuje warty miliardy dolarów silnik behawioralny, który traktuje ludzki mózg jak zasób do wyeksploatowania. Czas przestać pudrować gangrenę tabliczkami z zakazem wstępu i wreszcie przeprowadzić operację na samym kodzie.

    #algorytmyRekomendacji #AnthonyAlbanese #Australia #COMO #felieton #Harvard #higienaCyfrowa #iMagazine #Instagram #Meta #socialMedia #Stanford #TikTok #zakazSocialMediów
  20. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że używanie xcancel.com 🔃 to sensowny kompromis 🖇️ pomiędzy całkowitym niekorzystaniem z Twittera/X z powodów higieny psychicznej, a chęcią czytania niektórych kont na X, które cenię i które uzupełniają moją wiedzę o bieżących wydarzeniach na świecie i toczących się dyskusjach politycznych i kulturowych.

    Xcancel.com to jeden z serwerów wolnego oprogramowania #Nitter do czytania treści z portalu X.

    #FOSS #FOSSpoPolsku #FLOSS #FLOSSpoPolsku #Twitter #X #CancelX #Xcancel #zamiastX #bezX #bezTwittera Xcom #higienaCyfrowa #psychika #higienaPsychiczna

  21. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że używanie xcancel.com 🔃 to sensowny kompromis 🖇️ pomiędzy całkowitym niekorzystaniem z Twittera/X z powodów higieny psychicznej, a chęcią czytania niektórych kont na X, które cenię i które uzupełniają moją wiedzę o bieżących wydarzeniach na świecie i toczących się dyskusjach politycznych i kulturowych.

    Xcancel.com to jeden z serwerów wolnego oprogramowania #Nitter do czytania treści z portalu X.

    #FOSS #FOSSpoPolsku #FLOSS #FLOSSpoPolsku #Twitter #X #CancelX #Xcancel #zamiastX #bezX #bezTwittera Xcom #higienaCyfrowa #psychika #higienaPsychiczna

  22. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że używanie xcancel.com 🔃 to sensowny kompromis 🖇️ pomiędzy całkowitym niekorzystaniem z Twittera/X z powodów higieny psychicznej, a chęcią czytania niektórych kont na X, które cenię i które uzupełniają moją wiedzę o bieżących wydarzeniach na świecie i toczących się dyskusjach politycznych i kulturowych.

    Xcancel.com to jeden z serwerów wolnego oprogramowania #Nitter do czytania treści z portalu X.

    #FOSS #FOSSpoPolsku #FLOSS #FLOSSpoPolsku #Twitter #X #CancelX #Xcancel #zamiastX #bezX #bezTwittera Xcom #higienaCyfrowa #psychika #higienaPsychiczna

  23. Na pierwszy rzut oka wygląda na to, że używanie xcancel.com 🔃 to sensowny kompromis 🖇️ pomiędzy całkowitym niekorzystaniem z Twittera/X z powodów higieny psychicznej, a chęcią czytania niektórych kont na X, które cenię i które uzupełniają moją wiedzę o bieżących wydarzeniach na świecie i toczących się dyskusjach politycznych i kulturowych.

    Xcancel.com to jeden z serwerów wolnego oprogramowania #Nitter do czytania treści z portalu X.

    #FOSS #FOSSpoPolsku #FLOSS #FLOSSpoPolsku #Twitter #X #CancelX #Xcancel #zamiastX #bezX #bezTwittera Xcom #higienaCyfrowa #psychika #higienaPsychiczna

  24. Dlaczego warto robić przeglądy aplikacji i usług?

    Wraz z początkiem Nowego Roku zaczynamy na łamach iMagazine nową kolumnę. Nazwałem ją Higiena Cyfrowa i właśnie temu, bardziej świadomemu i czystszemu korzystaniu z technologii, którą już macie, chcę ją poświęcić.
    Od wielu lat, zarówno w moim podcaście „Bo czemu nie?”, jak i newsletterze pod tym samym tytułem, staram się pokazywać, jak korzystać z urządzeń i usług tak, aby zaprzęgnąć technologię do pracy dla nas, a nie pracować dla niej. Tym zajmiemy się także tutaj, choć ograniczając się do ekosystemu rozwiązań z Cupertino. W końcu, to iMagazine!

    Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 1/2026

    Czym jest dla Ciebie komputer?

    Zaczynamy w styczniu, więc pomyślałem, że warto sięgnąć do fundamentów, które traktujemy dziś jako coś całkowicie oczywistego, a możemy nieźle samych siebie zaskoczyć, gdy przyjrzymy się im dokładniej. Zachęcam Was zatem do wykonania prostego ćwiczenia.

    1. Weźcie kartkę papieru i coś do pisania. Tak, papieru – ważne, aby nie był elektroniczny.
    2. Podzielcie kartkę na dwie kolumny. W lewej wypiszcie wszystkie posiadane przez Was urządzenia, z których realnie korzystacie każdego dnia.
    3. Prawą kolumnę nazwijcie, stawiając u góry pytanie: Co to dla mnie robi? W czym mi pomaga?
    4. Następnie odpowiedzcie bez zbędnego zastanawiania się i przeciągania sprawy. Chodzi o to, aby zidentyfikować te rzeczy i obszary wykorzystania każdego z urządzeń maksymalnie intuicyjnie.
    5. A teraz spójrzcie na tę tabelę i wybierzcie te urządzenia, które możecie nazwać komputerami. Na końcu wybierzcie jedno, które realizuje 80% zadań wypisanych w prawej kolumnie.

    Prawdopodobnie ono jedno mogłoby być Waszym podstawowym komputerem. Zastanówcie się nad tym przez chwilę. Jestem ciekawy, co Wam wyszło!

    Trzymaj rękę na pulsie

    Druga sprawa, którą warto w mojej ocenie zaplanować sobie jako powtarzalne, cykliczne zadanie w Waszej aplikacji do GTD lub po prostu – wrzucić w kalendarz – jest wykonywanie regularnego przeglądu aplikacji i usług, z których korzystacie i które opłacacie. Ja robię to co kwartał i praktycznie zawsze usuwam kilka lub kilkadziesiąt z nich. Po co?

    Przede wszystkim po to, aby kontrolować domowy budżet. I to patrząc na niego z dwóch perspektyw. Pierwszą jest po prostu kwota, która co miesiąc schodzi z Waszego konta na rozmaite subskrypcje, z czego często są to usługi, które robią lub oferują dokładnie to samo. Konia z rzędem temu, kto jest w stanie korzystać na bieżąco na przykład ze wszystkich istniejących obecnie serwisów streamingowych (VOD), a niestety wiemy, jak jest. W rozmowie ze znajomymi czy rodziną często słyszymy: „Ja mam wszystkie!”. Rzadko kiedy ktoś zadaje sobie pytanie: „Po co i czy mam czas coś tam oglądać?”. Polecam zasadę: jeden serwis VOD opłacany regularnie (u nas jest to Apple TV w ramach subskrypcji Apple One) i dodatkowy raz na kwartał. Podobnie zresztą jest z subskrypcjami na rozmaite aplikacje, o czym szerzej piszę w tekście „Out of the Box”, który znajdziecie także w tym wydaniu iMagazine. Druga perspektywa to realny koszt Waszego czasu, który mało kto wlicza do budżetu domowego i w ogóle zwraca na niego uwagę. A niestety – im więcej aplikacji i usług pożerających naszą uwagę i czas, tym więcej netto na koniec miesiąca wydajemy. Więcej o tym, jak policzyć koszt swojego czasu piszę na łamach mojego, darmowego e-booka.

    W całym tym rozsądnym podejściu do technologii nie chodzi o to, aby używać Nokii 3310 i nie łączyć się ze współczesnym światem, ale raczej o to, aby wiedzieć co, do czego i dlaczego w ogóle używamy. W czasach, w których o naszą uwagę i pieniądze zabiegają absolutnie wszyscy i zawsze — intencjonalność jest kluczem do czegoś, co jedni nazwą wolnością, inni dobrostanem, a pozostali świętym spokojem.

    Technologia ma służyć Wam, a nie Wy jej i tym właśnie zajmiemy się w tym roku. Bo czemu nie?

    #finanse #higienaCyfrowa #oszczędzanie #przeglądRoczny #subskrypcje #vod
  25. iOS 27 nauczy Wasze aplikacje rozpoznawać, że ktoś Was oszukuje

    Apple wprowadza w iOS 27 nowy framework Trust Insights, który analizuje zachowanie użytkownika w czasie rzeczywistym i ostrzega aplikacje, gdy ktoś może paść ofiarą oszustwa metodą socjotechniczną. System działa lokalnie na urządzeniu i nie zagląda w treść wiadomości ani zdjęć.

    W iMagazine piszę o cyfrowej higienie, o tym, jak dbać o porządek w naszym cyfrowym życiu, ale to, o czym chcę dziś wspomnieć, dotyka czegoś znacznie bardziej dotkliwego niż nieporządek w subskrypcjach czy zapomniane hasła. Chodzi o moment, w którym ktoś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, przez telefon albo wiadomość, przekonuje nas krok po kroku, żebyśmy zrobili coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili. Przelali pieniądze. Podali kod z SMS-a. Zmienili dane logowania. Socjotechnika, bo o niej mowa, jest podstępna właśnie dlatego, że ofiara sama, świadomie i „legalnie” wykonuje wszystkie kroki. Nie ma tu żadnego włamania do wykrycia. Jest tylko człowiek, który stopniowo traci kontrolę nad sytuacją, bo ktoś po drugiej stronie słuchawki bardzo dobrze wie, co robi.

    Apple postanowiło się z tym problemem zmierzyć wprost w iOS 27, wprowadzając framework o nazwie Trust Insights, o którym pisze 9to5Mac. Nie jest to kolejny filtr antyspamowy ani lista zablokowanych numerów. To coś subtelniejszego i, przyznam, dużo ciekawszego z punktu widzenia tego, jak Apple w ogóle myśli dziś o bezpieczeństwie swoich użytkowników.

    System działa niemal w całości lokalnie na urządzeniu i analizuje coś, co można by nazwać rytmem naszego zachowania. Wzorce interakcji, tempo, kontekst, podstawowe dane z czujników. Innymi słowy: nie to, co robimy, ale jak to robimy. Oszustwa metodą wsparcia technicznego, podszywanie się pod urzędy, fałszywe kryzysy rodzinne, którym towarzyszy spanikowany głos bliskiej osoby wygenerowany przez deepfake, mają swój charakterystyczny rytm. Ofiara działa szybciej niż zwykle, w nietypowych porach, pod presją, często w trakcie rozmowy telefonicznej prowadzonej równolegle do wykonywanych czynności w aplikacji. Trust Insights uczy się rozpoznawać właśnie takie sygnały i, jeśli wykryje wystarczająco dużo z nich, przypisuje sytuacji średni lub wysoki poziom ryzyka. Wtedy to aplikacja decyduje, co dalej: może pokazać ostrzeżenie, wprowadzić opóźnienie, zażądać dodatkowej weryfikacji.

    Grafika: 9to5Mac.

    Co szczególnie mnie ucieszyło w tym opisie, to jak bardzo Apple podkreśla, że framework nie zagląda w treść naszych Zdjęć, Wiadomości czy Maila. Analizuje wyłącznie sygnały behawioralne, natychmiast odrzuca dane źródłowe na urządzeniu i do serwerów Apple wysyła jedną, pojedynczą wartość końcową. Ta jest później zestawiana z informacjami z naszego konta Apple oraz sprawdzeniami pod kątem nietypowej aktywności, zanim padnie ostateczna ocena ryzyka.

    Trust Insights obejmie na start pięć kategorii operacji:

    • płatności (w tym zakupy w grach),
    • zmiany danych konta,
    • korzystanie z kosztownych zasobów jak wnioskowanie AI,
    • komunikację (wysyłanie wiadomości, podpisywanie dokumentów)
    • oraz kategorię ogólną dla wszystkiego, co nie mieści się w powyższych.

    Użytkownik będzie mógł wyłączyć tę funkcję w Ustawieniach, ale Apple zastrzega, że może istnieć okres karencji przed wyłączeniem — zaprojektowany specjalnie z myślą o tych, którzy zostali nakłonieni do wyłączenia zabezpieczenia właśnie przez oszusta prowadzącego ich krok po kroku przez atak. To detal, który mówi bardzo wiele o tym, jak dogłębnie Apple przemyślało cały mechanizm.

    Deweloperzy będą raportować Apple, jak Trust Insights wpłynął na każdą transakcję, i oznaczać przypadki później potwierdzone jako oszustwa, co ma pomóc w dalszym uczeniu systemu. Więcej technicznych szczegółów znajdziecie w sesji WWDC poświęconej temu frameworkowi.

    Zawsze powtarzam, że najlepszą ochroną przed oszustwem jest zdrowy rozsądek i chwila zawahania, zanim klikniemy cokolwiek pod presją. Ale to nie zmienia faktu, że coraz trudniej tę chwilę zawahania sobie zapewnić, gdy naprzeciwko mamy kogoś, kto doskonale zna psychologię manipulacji. Cieszy mnie, że Apple zaczyna traktować to poważnie na poziomie systemu, a nie tylko jako temat kolejnej kampanii edukacyjnej.

    Więcej na temat ponad 500 nowości pokazanych przez Apple na sesjach przygotowanych dla programistów w czerwcu, opowiadam w tym odcinku mojego podcastu „Bo czemu nie?”.

    Zapraszam też do omówienia w ramach „Nadgryzionych”.

    #AppleIntelligence #Bezpieczeństwo #deepfake #higienaCyfrowa #iOS27 #oszustwa #phishing #prywatność #socjotechnika #TrustInsights #WWDC2026
  26. iOS 27 nauczy Wasze aplikacje rozpoznawać, że ktoś Was oszukuje

    Apple wprowadza w iOS 27 nowy framework Trust Insights, który analizuje zachowanie użytkownika w czasie rzeczywistym i ostrzega aplikacje, gdy ktoś może paść ofiarą oszustwa metodą socjotechniczną. System działa lokalnie na urządzeniu i nie zagląda w treść wiadomości ani zdjęć.

    W iMagazine piszę o cyfrowej higienie, o tym, jak dbać o porządek w naszym cyfrowym życiu, ale to, o czym chcę dziś wspomnieć, dotyka czegoś znacznie bardziej dotkliwego niż nieporządek w subskrypcjach czy zapomniane hasła. Chodzi o moment, w którym ktoś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, przez telefon albo wiadomość, przekonuje nas krok po kroku, żebyśmy zrobili coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili. Przelali pieniądze. Podali kod z SMS-a. Zmienili dane logowania. Socjotechnika, bo o niej mowa, jest podstępna właśnie dlatego, że ofiara sama, świadomie i „legalnie” wykonuje wszystkie kroki. Nie ma tu żadnego włamania do wykrycia. Jest tylko człowiek, który stopniowo traci kontrolę nad sytuacją, bo ktoś po drugiej stronie słuchawki bardzo dobrze wie, co robi.

    Apple postanowiło się z tym problemem zmierzyć wprost w iOS 27, wprowadzając framework o nazwie Trust Insights, o którym pisze 9to5Mac. Nie jest to kolejny filtr antyspamowy ani lista zablokowanych numerów. To coś subtelniejszego i, przyznam, dużo ciekawszego z punktu widzenia tego, jak Apple w ogóle myśli dziś o bezpieczeństwie swoich użytkowników.

    System działa niemal w całości lokalnie na urządzeniu i analizuje coś, co można by nazwać rytmem naszego zachowania. Wzorce interakcji, tempo, kontekst, podstawowe dane z czujników. Innymi słowy: nie to, co robimy, ale jak to robimy. Oszustwa metodą wsparcia technicznego, podszywanie się pod urzędy, fałszywe kryzysy rodzinne, którym towarzyszy spanikowany głos bliskiej osoby wygenerowany przez deepfake, mają swój charakterystyczny rytm. Ofiara działa szybciej niż zwykle, w nietypowych porach, pod presją, często w trakcie rozmowy telefonicznej prowadzonej równolegle do wykonywanych czynności w aplikacji. Trust Insights uczy się rozpoznawać właśnie takie sygnały i, jeśli wykryje wystarczająco dużo z nich, przypisuje sytuacji średni lub wysoki poziom ryzyka. Wtedy to aplikacja decyduje, co dalej: może pokazać ostrzeżenie, wprowadzić opóźnienie, zażądać dodatkowej weryfikacji.

    Grafika: 9to5Mac.

    Co szczególnie mnie ucieszyło w tym opisie, to jak bardzo Apple podkreśla, że framework nie zagląda w treść naszych Zdjęć, Wiadomości czy Maila. Analizuje wyłącznie sygnały behawioralne, natychmiast odrzuca dane źródłowe na urządzeniu i do serwerów Apple wysyła jedną, pojedynczą wartość końcową. Ta jest później zestawiana z informacjami z naszego konta Apple oraz sprawdzeniami pod kątem nietypowej aktywności, zanim padnie ostateczna ocena ryzyka.

    Trust Insights obejmie na start pięć kategorii operacji:

    • płatności (w tym zakupy w grach),
    • zmiany danych konta,
    • korzystanie z kosztownych zasobów jak wnioskowanie AI,
    • komunikację (wysyłanie wiadomości, podpisywanie dokumentów)
    • oraz kategorię ogólną dla wszystkiego, co nie mieści się w powyższych.

    Użytkownik będzie mógł wyłączyć tę funkcję w Ustawieniach, ale Apple zastrzega, że może istnieć okres karencji przed wyłączeniem — zaprojektowany specjalnie z myślą o tych, którzy zostali nakłonieni do wyłączenia zabezpieczenia właśnie przez oszusta prowadzącego ich krok po kroku przez atak. To detal, który mówi bardzo wiele o tym, jak dogłębnie Apple przemyślało cały mechanizm.

    Deweloperzy będą raportować Apple, jak Trust Insights wpłynął na każdą transakcję, i oznaczać przypadki później potwierdzone jako oszustwa, co ma pomóc w dalszym uczeniu systemu. Więcej technicznych szczegółów znajdziecie w sesji WWDC poświęconej temu frameworkowi.

    Zawsze powtarzam, że najlepszą ochroną przed oszustwem jest zdrowy rozsądek i chwila zawahania, zanim klikniemy cokolwiek pod presją. Ale to nie zmienia faktu, że coraz trudniej tę chwilę zawahania sobie zapewnić, gdy naprzeciwko mamy kogoś, kto doskonale zna psychologię manipulacji. Cieszy mnie, że Apple zaczyna traktować to poważnie na poziomie systemu, a nie tylko jako temat kolejnej kampanii edukacyjnej.

    Więcej na temat ponad 500 nowości pokazanych przez Apple na sesjach przygotowanych dla programistów w czerwcu, opowiadam w tym odcinku mojego podcastu „Bo czemu nie?”.

    Zapraszam też do omówienia w ramach „Nadgryzionych”.

    #AppleIntelligence #Bezpieczeństwo #deepfake #higienaCyfrowa #iOS27 #oszustwa #phishing #prywatność #socjotechnika #TrustInsights #WWDC2026
  27. iOS 27 nauczy Wasze aplikacje rozpoznawać, że ktoś Was oszukuje

    Apple wprowadza w iOS 27 nowy framework Trust Insights, który analizuje zachowanie użytkownika w czasie rzeczywistym i ostrzega aplikacje, gdy ktoś może paść ofiarą oszustwa metodą socjotechniczną. System działa lokalnie na urządzeniu i nie zagląda w treść wiadomości ani zdjęć.

    W iMagazine piszę o cyfrowej higienie, o tym, jak dbać o porządek w naszym cyfrowym życiu, ale to, o czym chcę dziś wspomnieć, dotyka czegoś znacznie bardziej dotkliwego niż nieporządek w subskrypcjach czy zapomniane hasła. Chodzi o moment, w którym ktoś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, przez telefon albo wiadomość, przekonuje nas krok po kroku, żebyśmy zrobili coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili. Przelali pieniądze. Podali kod z SMS-a. Zmienili dane logowania. Socjotechnika, bo o niej mowa, jest podstępna właśnie dlatego, że ofiara sama, świadomie i „legalnie” wykonuje wszystkie kroki. Nie ma tu żadnego włamania do wykrycia. Jest tylko człowiek, który stopniowo traci kontrolę nad sytuacją, bo ktoś po drugiej stronie słuchawki bardzo dobrze wie, co robi.

    Apple postanowiło się z tym problemem zmierzyć wprost w iOS 27, wprowadzając framework o nazwie Trust Insights, o którym pisze 9to5Mac. Nie jest to kolejny filtr antyspamowy ani lista zablokowanych numerów. To coś subtelniejszego i, przyznam, dużo ciekawszego z punktu widzenia tego, jak Apple w ogóle myśli dziś o bezpieczeństwie swoich użytkowników.

    System działa niemal w całości lokalnie na urządzeniu i analizuje coś, co można by nazwać rytmem naszego zachowania. Wzorce interakcji, tempo, kontekst, podstawowe dane z czujników. Innymi słowy: nie to, co robimy, ale jak to robimy. Oszustwa metodą wsparcia technicznego, podszywanie się pod urzędy, fałszywe kryzysy rodzinne, którym towarzyszy spanikowany głos bliskiej osoby wygenerowany przez deepfake, mają swój charakterystyczny rytm. Ofiara działa szybciej niż zwykle, w nietypowych porach, pod presją, często w trakcie rozmowy telefonicznej prowadzonej równolegle do wykonywanych czynności w aplikacji. Trust Insights uczy się rozpoznawać właśnie takie sygnały i, jeśli wykryje wystarczająco dużo z nich, przypisuje sytuacji średni lub wysoki poziom ryzyka. Wtedy to aplikacja decyduje, co dalej: może pokazać ostrzeżenie, wprowadzić opóźnienie, zażądać dodatkowej weryfikacji.

    Grafika: 9to5Mac.

    Co szczególnie mnie ucieszyło w tym opisie, to jak bardzo Apple podkreśla, że framework nie zagląda w treść naszych Zdjęć, Wiadomości czy Maila. Analizuje wyłącznie sygnały behawioralne, natychmiast odrzuca dane źródłowe na urządzeniu i do serwerów Apple wysyła jedną, pojedynczą wartość końcową. Ta jest później zestawiana z informacjami z naszego konta Apple oraz sprawdzeniami pod kątem nietypowej aktywności, zanim padnie ostateczna ocena ryzyka.

    Trust Insights obejmie na start pięć kategorii operacji:

    • płatności (w tym zakupy w grach),
    • zmiany danych konta,
    • korzystanie z kosztownych zasobów jak wnioskowanie AI,
    • komunikację (wysyłanie wiadomości, podpisywanie dokumentów)
    • oraz kategorię ogólną dla wszystkiego, co nie mieści się w powyższych.

    Użytkownik będzie mógł wyłączyć tę funkcję w Ustawieniach, ale Apple zastrzega, że może istnieć okres karencji przed wyłączeniem — zaprojektowany specjalnie z myślą o tych, którzy zostali nakłonieni do wyłączenia zabezpieczenia właśnie przez oszusta prowadzącego ich krok po kroku przez atak. To detal, który mówi bardzo wiele o tym, jak dogłębnie Apple przemyślało cały mechanizm.

    Deweloperzy będą raportować Apple, jak Trust Insights wpłynął na każdą transakcję, i oznaczać przypadki później potwierdzone jako oszustwa, co ma pomóc w dalszym uczeniu systemu. Więcej technicznych szczegółów znajdziecie w sesji WWDC poświęconej temu frameworkowi.

    Zawsze powtarzam, że najlepszą ochroną przed oszustwem jest zdrowy rozsądek i chwila zawahania, zanim klikniemy cokolwiek pod presją. Ale to nie zmienia faktu, że coraz trudniej tę chwilę zawahania sobie zapewnić, gdy naprzeciwko mamy kogoś, kto doskonale zna psychologię manipulacji. Cieszy mnie, że Apple zaczyna traktować to poważnie na poziomie systemu, a nie tylko jako temat kolejnej kampanii edukacyjnej.

    Więcej na temat ponad 500 nowości pokazanych przez Apple na sesjach przygotowanych dla programistów w czerwcu, opowiadam w tym odcinku mojego podcastu „Bo czemu nie?”.

    Zapraszam też do omówienia w ramach „Nadgryzionych”.

    #AppleIntelligence #Bezpieczeństwo #deepfake #higienaCyfrowa #iOS27 #oszustwa #phishing #prywatność #socjotechnika #TrustInsights #WWDC2026
  28. iOS 27 nauczy Wasze aplikacje rozpoznawać, że ktoś Was oszukuje

    Apple wprowadza w iOS 27 nowy framework Trust Insights, który analizuje zachowanie użytkownika w czasie rzeczywistym i ostrzega aplikacje, gdy ktoś może paść ofiarą oszustwa metodą socjotechniczną. System działa lokalnie na urządzeniu i nie zagląda w treść wiadomości ani zdjęć.

    W iMagazine piszę o cyfrowej higienie, o tym, jak dbać o porządek w naszym cyfrowym życiu, ale to, o czym chcę dziś wspomnieć, dotyka czegoś znacznie bardziej dotkliwego niż nieporządek w subskrypcjach czy zapomniane hasła. Chodzi o moment, w którym ktoś, kogo nigdy nie spotkaliśmy, przez telefon albo wiadomość, przekonuje nas krok po kroku, żebyśmy zrobili coś, czego normalnie nigdy byśmy nie zrobili. Przelali pieniądze. Podali kod z SMS-a. Zmienili dane logowania. Socjotechnika, bo o niej mowa, jest podstępna właśnie dlatego, że ofiara sama, świadomie i „legalnie” wykonuje wszystkie kroki. Nie ma tu żadnego włamania do wykrycia. Jest tylko człowiek, który stopniowo traci kontrolę nad sytuacją, bo ktoś po drugiej stronie słuchawki bardzo dobrze wie, co robi.

    Apple postanowiło się z tym problemem zmierzyć wprost w iOS 27, wprowadzając framework o nazwie Trust Insights, o którym pisze 9to5Mac. Nie jest to kolejny filtr antyspamowy ani lista zablokowanych numerów. To coś subtelniejszego i, przyznam, dużo ciekawszego z punktu widzenia tego, jak Apple w ogóle myśli dziś o bezpieczeństwie swoich użytkowników.

    System działa niemal w całości lokalnie na urządzeniu i analizuje coś, co można by nazwać rytmem naszego zachowania. Wzorce interakcji, tempo, kontekst, podstawowe dane z czujników. Innymi słowy: nie to, co robimy, ale jak to robimy. Oszustwa metodą wsparcia technicznego, podszywanie się pod urzędy, fałszywe kryzysy rodzinne, którym towarzyszy spanikowany głos bliskiej osoby wygenerowany przez deepfake, mają swój charakterystyczny rytm. Ofiara działa szybciej niż zwykle, w nietypowych porach, pod presją, często w trakcie rozmowy telefonicznej prowadzonej równolegle do wykonywanych czynności w aplikacji. Trust Insights uczy się rozpoznawać właśnie takie sygnały i, jeśli wykryje wystarczająco dużo z nich, przypisuje sytuacji średni lub wysoki poziom ryzyka. Wtedy to aplikacja decyduje, co dalej: może pokazać ostrzeżenie, wprowadzić opóźnienie, zażądać dodatkowej weryfikacji.

    Grafika: 9to5Mac.

    Co szczególnie mnie ucieszyło w tym opisie, to jak bardzo Apple podkreśla, że framework nie zagląda w treść naszych Zdjęć, Wiadomości czy Maila. Analizuje wyłącznie sygnały behawioralne, natychmiast odrzuca dane źródłowe na urządzeniu i do serwerów Apple wysyła jedną, pojedynczą wartość końcową. Ta jest później zestawiana z informacjami z naszego konta Apple oraz sprawdzeniami pod kątem nietypowej aktywności, zanim padnie ostateczna ocena ryzyka.

    Trust Insights obejmie na start pięć kategorii operacji:

    • płatności (w tym zakupy w grach),
    • zmiany danych konta,
    • korzystanie z kosztownych zasobów jak wnioskowanie AI,
    • komunikację (wysyłanie wiadomości, podpisywanie dokumentów)
    • oraz kategorię ogólną dla wszystkiego, co nie mieści się w powyższych.

    Użytkownik będzie mógł wyłączyć tę funkcję w Ustawieniach, ale Apple zastrzega, że może istnieć okres karencji przed wyłączeniem — zaprojektowany specjalnie z myślą o tych, którzy zostali nakłonieni do wyłączenia zabezpieczenia właśnie przez oszusta prowadzącego ich krok po kroku przez atak. To detal, który mówi bardzo wiele o tym, jak dogłębnie Apple przemyślało cały mechanizm.

    Deweloperzy będą raportować Apple, jak Trust Insights wpłynął na każdą transakcję, i oznaczać przypadki później potwierdzone jako oszustwa, co ma pomóc w dalszym uczeniu systemu. Więcej technicznych szczegółów znajdziecie w sesji WWDC poświęconej temu frameworkowi.

    Zawsze powtarzam, że najlepszą ochroną przed oszustwem jest zdrowy rozsądek i chwila zawahania, zanim klikniemy cokolwiek pod presją. Ale to nie zmienia faktu, że coraz trudniej tę chwilę zawahania sobie zapewnić, gdy naprzeciwko mamy kogoś, kto doskonale zna psychologię manipulacji. Cieszy mnie, że Apple zaczyna traktować to poważnie na poziomie systemu, a nie tylko jako temat kolejnej kampanii edukacyjnej.

    Więcej na temat ponad 500 nowości pokazanych przez Apple na sesjach przygotowanych dla programistów w czerwcu, opowiadam w tym odcinku mojego podcastu „Bo czemu nie?”.

    Zapraszam też do omówienia w ramach „Nadgryzionych”.

    #AppleIntelligence #Bezpieczeństwo #deepfake #higienaCyfrowa #iOS27 #oszustwa #phishing #prywatność #socjotechnika #TrustInsights #WWDC2026
  29. Technologia pod kontrolą. Warszawa zyskuje ważne miejsce na mapie cyfrowej edukacji

    W świecie, gdzie smartfony są przedłużeniem naszej dłoni, a algorytmy decydują o tym, co nas interesuje, edukacja cyfrowa staje się równie ważna, co nauka czytania i pisania.

    W niedzielę 12 kwietnia, przy ulicy Rembielińskiej 20 w Warszawie, uroczyście otwarto ośrodek Fundacji Sensus Vitae. To miejsce, które nie demonizuje technologii, lecz uczy, jak mądrze i świadomie z niej korzystać.

    Z problemem nadużywania ekranów mierzymy się niemal wszyscy, jednak to najmłodsi są na niego najbardziej narażeni. Twórcy inicjatywy zauważają, że współczesny system edukacji nie nadąża za tempem technologicznych przemian, a brak kompetencji medialnych stanowi rosnące wyzwanie dla całego społeczeństwa.

    – Cyfryzacja nie jest zagrożeniem sama w sobie. Problem zaczyna się wtedy, gdy brakuje wiedzy, narzędzi i wsparcia w jej świadomym wykorzystaniu. Naszym celem jest stworzenie miejsca, które łączy świat technologii z realnymi potrzebami dzieci, rodziców i nauczycieli – mówiła podczas otwarcia Donata Urło-Piotrowska, prezes Fundacji Sensus Vitae.

    Donata Urło-Piotrowska, prezes Fundacji Sensus Vitae – fot. Agnieszka Serafinowicz / iMagazine

    Placówka ma pełnić funkcję punktu wsparcia opartego na wiedzy ekspertów z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Pedagogiki Specjalnej. W praktyce oznacza to m.in. warsztaty dla rodzin, programy profilaktyki uzależnień od smartfonów (i ekranów w ogóle) oraz bezpośrednie wsparcie dla nauczycieli i psychologów, którzy coraz częściej spotykają się z uczniami (nierzadko już w pierwszych klasach szkoły podstawowej) wprost deklarującymi problem z odłożeniem telefonu.

    Rok 2011. Moment, w którym zgubiliśmy balans

    Prawdziwą wagę problemu uświadomiło zebranym wystąpienie dr Agnieszki Gąstoł, psychologa i eksperta współpracującego z fundacją. Zwróciła ona uwagę na niepokojący trend – po raz pierwszy w historii współczesnej najmłodsze pokolenie osiąga słabsze wyniki w testach zdolności poznawczych (takich jak pamięć czy koncentracja) niż ich rodzice. Granicą tego załamania wydaje się być rok 2011, kiedy to smartfony przestały być biznesowym gadżetem, a stały się masowo dostępnym produktem dla każdego.

    Ekspertka w trafny sposób opisała nasz współczesny kontakt z urządzeniami mobilnymi. Porównała go do uciążliwej znajomości, w której „przyjaciel” nie rozstaje się z nami ani na krok, żąda ciągłej uwagi przy każdym posiłku, a rozłąka z nim wywołuje fizyczny niepokój. Jedynym ratunkiem w takiej relacji staje się stanowcze określenie własnych granic.

    – Granice nie są po to, żeby zamknąć, tylko żeby chronić – podkreślała dr Gąstoł. Zaznaczyła przy tym, że odcięcie dzieci od cyfrowego świata jest dziś niemożliwe i nierozsądne. Prawdziwa kultura cyfrowa to umiejętność niegubienia samego siebie w oceanie powiadomień.

    Świat, do którego warto oderwać wzrok od ekranu

    Największym zagrożeniem, według ekspertki, nie jest wcale to, co dzieci widzą na ekranach. Zagrożeniem jest to, jak technologia przebudowuje ich postrzeganie własnej wartości. Żyjemy w kulcie natychmiastowej gratyfikacji, gdzie nie ma miejsca na nudę, samotność czy głębsze przemyślenia. Co gorsza, my – dorośli – przekazujemy ten wzorzec dzieciom, często sami zbywając je, byle tylko móc szybko odpisać na kolejną wiadomość w komunikatorze.

    Ośrodek przy ulicy Rembielińskiej ma być przestrzenią, w której dorośli przypomną sobie, jak zbudować rzeczywistość, w której dla dzieci warto będzie odłożyć telefon. Dom, w którym panuje prawdziwa, niepodzielna uwaga i szkołę, w której ceni się ciekawość ponad błyskawiczne podpowiedzi od sztucznej inteligencji.

    To nie jest odosobniona inicjatywa. Podobne próby szukania równowagi między technologią a zdrowiem psychicznym (i przeciwdziałania odruchowemu sięganiu po telefon jako remedium na każdą frustrację) pojawiają się dziś w wielu europejskich państwach. Biorąc pod uwagę rosnące statystyki depresji wśród najmłodszych, takie miejsca przestają być luksusem, a stają się absolutną koniecznością.

    #dzieciWSieci #edukacjaMedialna #FundacjaSensusVitae #higienaCyfrowa #profilaktykaUzależnień #rozwójPoznawczy #smartfony #uzależnieniaCyfrowe #Warszawa
  30. Technologia pod kontrolą. Warszawa zyskuje ważne miejsce na mapie cyfrowej edukacji

    W świecie, gdzie smartfony są przedłużeniem naszej dłoni, a algorytmy decydują o tym, co nas interesuje, edukacja cyfrowa staje się równie ważna, co nauka czytania i pisania.

    W niedzielę 12 kwietnia, przy ulicy Rembielińskiej 20 w Warszawie, uroczyście otwarto ośrodek Fundacji Sensus Vitae. To miejsce, które nie demonizuje technologii, lecz uczy, jak mądrze i świadomie z niej korzystać.

    Z problemem nadużywania ekranów mierzymy się niemal wszyscy, jednak to najmłodsi są na niego najbardziej narażeni. Twórcy inicjatywy zauważają, że współczesny system edukacji nie nadąża za tempem technologicznych przemian, a brak kompetencji medialnych stanowi rosnące wyzwanie dla całego społeczeństwa.

    – Cyfryzacja nie jest zagrożeniem sama w sobie. Problem zaczyna się wtedy, gdy brakuje wiedzy, narzędzi i wsparcia w jej świadomym wykorzystaniu. Naszym celem jest stworzenie miejsca, które łączy świat technologii z realnymi potrzebami dzieci, rodziców i nauczycieli – mówiła podczas otwarcia Donata Urło-Piotrowska, prezes Fundacji Sensus Vitae.

    Donata Urło-Piotrowska, prezes Fundacji Sensus Vitae – fot. Agnieszka Serafinowicz / iMagazine

    Placówka ma pełnić funkcję punktu wsparcia opartego na wiedzy ekspertów z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Pedagogiki Specjalnej. W praktyce oznacza to m.in. warsztaty dla rodzin, programy profilaktyki uzależnień od smartfonów (i ekranów w ogóle) oraz bezpośrednie wsparcie dla nauczycieli i psychologów, którzy coraz częściej spotykają się z uczniami (nierzadko już w pierwszych klasach szkoły podstawowej) wprost deklarującymi problem z odłożeniem telefonu.

    Rok 2011. Moment, w którym zgubiliśmy balans

    Prawdziwą wagę problemu uświadomiło zebranym wystąpienie dr Agnieszki Gąstoł, psychologa i eksperta współpracującego z fundacją. Zwróciła ona uwagę na niepokojący trend – po raz pierwszy w historii współczesnej najmłodsze pokolenie osiąga słabsze wyniki w testach zdolności poznawczych (takich jak pamięć czy koncentracja) niż ich rodzice. Granicą tego załamania wydaje się być rok 2011, kiedy to smartfony przestały być biznesowym gadżetem, a stały się masowo dostępnym produktem dla każdego.

    Ekspertka w trafny sposób opisała nasz współczesny kontakt z urządzeniami mobilnymi. Porównała go do uciążliwej znajomości, w której „przyjaciel” nie rozstaje się z nami ani na krok, żąda ciągłej uwagi przy każdym posiłku, a rozłąka z nim wywołuje fizyczny niepokój. Jedynym ratunkiem w takiej relacji staje się stanowcze określenie własnych granic.

    – Granice nie są po to, żeby zamknąć, tylko żeby chronić – podkreślała dr Gąstoł. Zaznaczyła przy tym, że odcięcie dzieci od cyfrowego świata jest dziś niemożliwe i nierozsądne. Prawdziwa kultura cyfrowa to umiejętność niegubienia samego siebie w oceanie powiadomień.

    Świat, do którego warto oderwać wzrok od ekranu

    Największym zagrożeniem, według ekspertki, nie jest wcale to, co dzieci widzą na ekranach. Zagrożeniem jest to, jak technologia przebudowuje ich postrzeganie własnej wartości. Żyjemy w kulcie natychmiastowej gratyfikacji, gdzie nie ma miejsca na nudę, samotność czy głębsze przemyślenia. Co gorsza, my – dorośli – przekazujemy ten wzorzec dzieciom, często sami zbywając je, byle tylko móc szybko odpisać na kolejną wiadomość w komunikatorze.

    Ośrodek przy ulicy Rembielińskiej ma być przestrzenią, w której dorośli przypomną sobie, jak zbudować rzeczywistość, w której dla dzieci warto będzie odłożyć telefon. Dom, w którym panuje prawdziwa, niepodzielna uwaga i szkołę, w której ceni się ciekawość ponad błyskawiczne podpowiedzi od sztucznej inteligencji.

    To nie jest odosobniona inicjatywa. Podobne próby szukania równowagi między technologią a zdrowiem psychicznym (i przeciwdziałania odruchowemu sięganiu po telefon jako remedium na każdą frustrację) pojawiają się dziś w wielu europejskich państwach. Biorąc pod uwagę rosnące statystyki depresji wśród najmłodszych, takie miejsca przestają być luksusem, a stają się absolutną koniecznością.

    #dzieciWSieci #edukacjaMedialna #FundacjaSensusVitae #higienaCyfrowa #profilaktykaUzależnień #rozwójPoznawczy #smartfony #uzależnieniaCyfrowe #Warszawa
  31. RE: imagazine.pl/2026/03/05/mobywa

    Czym bardziej cieszymy się, że wszystko można załatwić w aplikacji, bez wychodzenia z domu i spotykania innych ludzi, tym bardziej będziemy zaskoczeni, że... tak powszechna jest #samotność i #depresja. No, któż by się spodziewał?! 🤓

    ---

    I nie, nie mówcie, że dzięki oszczędności czasu na załatwianiu spraw urzędowych będziecie się częściej spotykać z przyjaciółmi i znajomymi z kółek zainteresowań. Nie będziecie. Będziecie więcej siedzieć przed netfliksem i przeciągać palcem po telefonie.

    #zdrowiePsychiczne #psychika #mObywatel #eUrząd #technoidiotyzm #alienacja #higienaCyfrowa #trzeźwośćCyfrowa #govPL

  32. RE: imagazine.pl/2026/03/05/mobywa

    Czym bardziej cieszymy się, że wszystko można załatwić w aplikacji, bez wychodzenia z domu i spotykania innych ludzi, tym bardziej będziemy zaskoczeni, że... tak powszechna jest #samotność i #depresja. No, któż by się spodziewał?! 🤓

    ---

    I nie, nie mówcie, że dzięki oszczędności czasu na załatwianiu spraw urzędowych będziecie się częściej spotykać z przyjaciółmi i znajomymi z kółek zainteresowań. Nie będziecie. Będziecie więcej siedzieć przed netfliksem i przeciągać palcem po telefonie.

    #zdrowiePsychiczne #psychika #mObywatel #eUrząd #technoidiotyzm #alienacja #higienaCyfrowa #trzeźwośćCyfrowa #govPL

  33. RE: imagazine.pl/2026/03/05/mobywa

    Czym bardziej cieszymy się, że wszystko można załatwić w aplikacji, bez wychodzenia z domu i spotykania innych ludzi, tym bardziej będziemy zaskoczeni, że... tak powszechna jest #samotność i #depresja. No, któż by się spodziewał?! 🤓

    ---

    I nie, nie mówcie, że dzięki oszczędności czasu na załatwianiu spraw urzędowych będziecie się częściej spotykać z przyjaciółmi i znajomymi z kółek zainteresowań. Nie będziecie. Będziecie więcej siedzieć przed netfliksem i przeciągać palcem po telefonie.

    #zdrowiePsychiczne #psychika #mObywatel #eUrząd #technoidiotyzm #alienacja #higienaCyfrowa #trzeźwośćCyfrowa #govPL

  34. RE: imagazine.pl/2026/03/05/mobywa

    Czym bardziej cieszymy się, że wszystko można załatwić w aplikacji, bez wychodzenia z domu i spotykania innych ludzi, tym bardziej będziemy zaskoczeni, że... tak powszechna jest #samotność i #depresja. No, któż by się spodziewał?! 🤓

    ---

    I nie, nie mówcie, że dzięki oszczędności czasu na załatwianiu spraw urzędowych będziecie się częściej spotykać z przyjaciółmi i znajomymi z kółek zainteresowań. Nie będziecie. Będziecie więcej siedzieć przed netfliksem i przeciągać palcem po telefonie.

    #zdrowiePsychiczne #psychika #mObywatel #eUrząd #technoidiotyzm #alienacja #higienaCyfrowa #trzeźwośćCyfrowa #govPL

  35. Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli.

    Dlaczego placówki domagają się, by rodzice wyrazili zgodę na sharenting i dlaczego rodzice tę zgodę podpisują? Czy zamiast wprowadzać zakaz socialmediów dla dzieci nie powinno się go wprowadzić dla szkół?

    Zapraszam na drugą część cyklu o sharentingu:

    didleth.pl/kto-odpowiada-za-dz

    #dzieci #sharenting #szkoła #przedszkole #żłobek #edukacja #higienacyfrowa

  36. Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli.

    Dlaczego placówki domagają się, by rodzice wyrazili zgodę na sharenting i dlaczego rodzice tę zgodę podpisują? Czy zamiast wprowadzać zakaz socialmediów dla dzieci nie powinno się go wprowadzić dla szkół?

    Zapraszam na drugą część cyklu o sharentingu:

    didleth.pl/kto-odpowiada-za-dz

    #dzieci #sharenting #szkoła #przedszkole #żłobek #edukacja #higienacyfrowa

  37. Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli.

    Dlaczego placówki domagają się, by rodzice wyrazili zgodę na sharenting i dlaczego rodzice tę zgodę podpisują? Czy zamiast wprowadzać zakaz socialmediów dla dzieci nie powinno się go wprowadzić dla szkół?

    Zapraszam na drugą część cyklu o sharentingu:

    didleth.pl/kto-odpowiada-za-dz

    #dzieci #sharenting #szkoła #przedszkole #żłobek #edukacja #higienacyfrowa

  38. Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli.

    Dlaczego placówki domagają się, by rodzice wyrazili zgodę na sharenting i dlaczego rodzice tę zgodę podpisują? Czy zamiast wprowadzać zakaz socialmediów dla dzieci nie powinno się go wprowadzić dla szkół?

    Zapraszam na drugą część cyklu o sharentingu:

    didleth.pl/kto-odpowiada-za-dz

    #dzieci #sharenting #szkoła #przedszkole #żłobek #edukacja #higienacyfrowa

  39. Zdjęciami dzieci w sieci dzieli się ok. 40% polskich rodziców i ok. 75% szkół i przedszkoli.

    Dlaczego placówki domagają się, by rodzice wyrazili zgodę na sharenting i dlaczego rodzice tę zgodę podpisują? Czy zamiast wprowadzać zakaz socialmediów dla dzieci nie powinno się go wprowadzić dla szkół?

    Zapraszam na drugą część cyklu o sharentingu:

    didleth.pl/kto-odpowiada-za-dz

    #dzieci #sharenting #szkoła #przedszkole #żłobek #edukacja #higienacyfrowa

  40. 🌨️ 🏂 Zima to jest jedyna pora roku, gdy mogę sobie pozwolić na realizację mojego postanowienia o wspieraniu niekorporacyjnych mediów społecznościowych poprzez publikowanie co najmniej jednego wpisu na dobę.

    🌥️ W pozostałe trzy pory roku mam tyle pracy, że nie zawsze jest możliwe, żeby zerknąć na Fedi. Szczególnie trudno jest wiosną i latem. Jesienią już trochę się przejaśnia, ale nie na tyle, żeby zawsze mieć czas i siłę na zajrzenie do komputera* i zagłębienia się w #Fediwersum. Taka jest specyfika pracy rolnika.

    * Smartfona do mediów społecznościowych nie używam. To byłaby głupota.

    #higienaCyfrowa #rolnik #rolnicy #rolnicyFedi

  41. 🌨️ 🏂 Zima to jest jedyna pora roku, gdy mogę sobie pozwolić na realizację mojego postanowienia o wspieraniu niekorporacyjnych mediów społecznościowych poprzez publikowanie co najmniej jednego wpisu na dobę.

    🌥️ W pozostałe trzy pory roku mam tyle pracy, że nie zawsze jest możliwe, żeby zerknąć na Fedi. Szczególnie trudno jest wiosną i latem. Jesienią już trochę się przejaśnia, ale nie na tyle, żeby zawsze mieć czas i siłę na zajrzenie do komputera* i zagłębienia się w #Fediwersum. Taka jest specyfika pracy rolnika.

    * Smartfona do mediów społecznościowych nie używam. To byłaby głupota.

    #higienaCyfrowa #rolnik #rolnicy #rolnicyFedi

  42. 🌨️ 🏂 Zima to jest jedyna pora roku, gdy mogę sobie pozwolić na realizację mojego postanowienia o wspieraniu niekorporacyjnych mediów społecznościowych poprzez publikowanie co najmniej jednego wpisu na dobę.

    🌥️ W pozostałe trzy pory roku mam tyle pracy, że nie zawsze jest możliwe, żeby zerknąć na Fedi. Szczególnie trudno jest wiosną i latem. Jesienią już trochę się przejaśnia, ale nie na tyle, żeby zawsze mieć czas i siłę na zajrzenie do komputera* i zagłębienia się w #Fediwersum. Taka jest specyfika pracy rolnika.

    * Smartfona do mediów społecznościowych nie używam. To byłaby głupota.

    #higienaCyfrowa #rolnik #rolnicy #rolnicyFedi

  43. 🌨️ 🏂 Zima to jest jedyna pora roku, gdy mogę sobie pozwolić na realizację mojego postanowienia o wspieraniu niekorporacyjnych mediów społecznościowych poprzez publikowanie co najmniej jednego wpisu na dobę.

    🌥️ W pozostałe trzy pory roku mam tyle pracy, że nie zawsze jest możliwe, żeby zerknąć na Fedi. Szczególnie trudno jest wiosną i latem. Jesienią już trochę się przejaśnia, ale nie na tyle, żeby zawsze mieć czas i siłę na zajrzenie do komputera* i zagłębienia się w #Fediwersum. Taka jest specyfika pracy rolnika.

    * Smartfona do mediów społecznościowych nie używam. To byłaby głupota.

    #higienaCyfrowa #rolnik #rolnicy #rolnicyFedi

  44. 🌨️ 🏂 Zima to jest jedyna pora roku, gdy mogę sobie pozwolić na realizację mojego postanowienia o wspieraniu niekorporacyjnych mediów społecznościowych poprzez publikowanie co najmniej jednego wpisu na dobę.

    🌥️ W pozostałe trzy pory roku mam tyle pracy, że nie zawsze jest możliwe, żeby zerknąć na Fedi. Szczególnie trudno jest wiosną i latem. Jesienią już trochę się przejaśnia, ale nie na tyle, żeby zawsze mieć czas i siłę na zajrzenie do komputera* i zagłębienia się w #Fediwersum. Taka jest specyfika pracy rolnika.

    * Smartfona do mediów społecznościowych nie używam. To byłaby głupota.

    #higienaCyfrowa #rolnik #rolnicy #rolnicyFedi

  45. @lukaso666 Acha, jeszcze jedna rzecz: mi pomaga to, że w ogóle nie używam Mastodona przez smartfona. Dzięki temu nie mam tego beznadziejnego poczucia, że mnie mierzi. Wschodzę do Fedi wtedy, gdy się na to faktycznie decyduję (a nie dlatego, że akurat miałem smartfona pod ręką). To mi pomaga w niefrustrowaniu się.

    #HigienaCyfrowa #smartfon